Fotki?

Meet my family, czyli bardzo proszę…

Oto najbliższe sąsiedztwo:

Piękna panorama nade mną:

Moje cudowne biurko:

Sufit – dla Kiszczaka, niech ma:

Widok na okno przez poetycką szufladę:

Wyżej wzmiankowana:

Oraz zastraszony wiatrak:

No! To się znamy.
Teraz idę kupić siekierę.

Sprostowanie po godzinach:

Siekiery nie kupiłam ale kupiłam gacie. W paski. Zielono-żółto-niebiesko-czarno-pomarańczowo-czerwone. Takie co by Obywatelowi nie przeszkadzali a niekoniecznie pod pachy sięgali. Zdjęcia nie będzie bo już je mam na tyłku. Poza tym to wybitnie niskie biodrówki. Oczywiście przy założeniu, że biodra ma się w połowie pośladków.

7 zeta do tyłu ale jakie widoki 😉
Odezwę się jak wyjdę z podziwu.

Późnym wieczorem:

Wyszłam.

!@*)$%^#$&@#!

Przeprowadzka wcale nie brzmi wspaniale. Wręcz kurde jego mol przeciwnie. Nie było mnie gdy bety przenosili bo musiałam wyjść. Po powrocie nic nie było już takie jak dawniej. Okno – owszem jest, ale mogę sobie popatrzeć bokiem ewentualnie, jak sie nauczę. Tylko żebym przy tym zeza rozbieżnego nie dostała. Pokój? Cóż – camera obscura by się tu wynudziła jak mops. Syfnie białe (dawno dawno temu) ściany, w które nie da się wbić pinezki bez użycia młotka i olbrzymiej dozy cierpliwości.

Uszkodziłam sobie mojego osobistego kciuka przy próbie zainstalowania nad biurkiem kalendarza z gołymi motocyklami. I w mordę jeża prędzej bym tę ścianę przewinęła na lewą stronę z cegłami i watą szklaną, niż by to się udało. Kalendarz wylądował w koszu a ja sapiąc na fotelu. Policzę do dziesięciu to może nie wyjdę na ulicę z siekierą i nie zacznę zabijać. Może tylko trochę podgryzę. O ile uda mi się liczyć nie zgrzytając zębami.

Brzydko, szaro, nijak i wybitnie mało ustawnie. Siedzę tyłem do drzwi (do pozostałych zresztą też ale jakoś mnie to nie dziwi…), więc każden jeden delikwent, co sobie zażyczy akurat przejść nieopodal, może mnie zlustrować dogłębnie w temacie pracy bądź innych czynności. Zwłaszcza w temacie innych czynności. Poza tym jak się otworzy okno i drzwi – a inaczej się nie da bo w przypływie dobrego humoru słońca robi się szwedzka sauna za free tyle, że bez Szwedek – to mam przeciąg aż miło. Poza tym obok mam też wentylator ale warknęłam mu na wstępie, że jak będzie działał to jest pierwszy w kolejce do przyspieszonej eksmisji przez to okno co to się tak krzywo otwiera. Na razie skutkuje.

Biurko to jest w ogóle inna historia. Ja nie wiem kto tu siedział przede mną ale chyba jego ulubionym zajęciem (poza byciem ostatnią żyjącą fleją i ogryzaniem nóg tegoż biurka) był skok z obrotowego krzesła obunóż do otwartej szuflady. Raz, że ten ktoś musiał być wybitnie wąskodupny bo szuflada mikra jak Koreańczyk w podziemiach i to po sezonie na skarpetki, dwa, że co to w ogóle do jasnej nieustającej ma być! Się pytam!

Szuflady bez dna to może i fajne są, ale w przenośni. W życiu codziennym to ja wolę takie funkcjonalne, w które mogę sobie (excuce mot) wsadzić zszywacz, długopisy, linijki, kalkulator, dziurkacz i inne narzędzia tortur + rafaello i kisiel ‚słodka kurde chwila’ bo tak. I może nawet taśmę klejącą bym zmieściła i korektor. A na kiego grzyba mi taka, przez którą mogę sobie popatrzeć na zachód słońca? I to jak rzucę okiem prawoskrętnie na odległość 5 metrów? No? Ma ktoś koncepcję co mam sobie z tą szufladą zrobić? Wiem, mogę ją sobie podpalić i upiec na niej żółwia-maskotkę, bo na moim ogrooomnym, olbrzymim, gargantuicznym wręcz biurku nic poza monitorem, klawiaturą, telefonem i myszką mi się nie mieści. Upchnęłam jeszcze kubek ale to łokciem.

Oczywiście muszę wspomnieć jeszcze o wuce, gdzie po wejściu trzeba się kłócić z umywalką (o ile coś tych rozmiarów da się nazwać umywalką) o pierwszeństwo do sedesu. Nie opracowałam jeszcze metody na mieszczenie się tam bez obijania sobie kolanami brzucha ale jak opracuję to napiszę poradnik. Pomieszczenie szumnie nazwane ‚kuchnią’ pominę milczeniem.

Myślę, że polubimy się z nowym pokojem. Taaak. Co za klimat i ta przestrzeń i ta szafa obok i ten dyskretny urok zapyziałego peerelu. Cud, miód i maliny. To wymarzone miejsce na realizację głęboko skrywanych i uśpionych dotychczas ambicji. Wreszcie mogę się spełnić.

Zostanę seryjnym mordercą.

Się dzieje

Dziś mamy przeprowadzkę. Opuszczamy nasz miły, ciemny, klaustrofobiczny pokoik (który bardziej spodobał się komuś innemu kto najwyraźniej stwierdził, że nasza czwórka to i tak nic nie robi, więc może spadać na bambus albo do wucetu) i udajemy się do budynku obok. Ponoć jest bardziej obskurnie ale twierdzę śmiało, że to plotki. Bardziej obskurnie przecież nie może być w centrumie bo by się robale na przedmieścia wyprowadziły. One też mają swoją godność. Zresztą zobaczę to ocenię sama.

Na razie wszystkiego dowiadujemy się pocztą pantoflową. Dobrze, że ktoś nas w ogóle poinformował, że nas przestawiają. Tak, umyślnie użyłam porównania do mebla przesuwnego. Poprzednio nas po prostu w ujkent przenieśli. Zorientowaliśmy się, jak w poniedziałek przyszliśmy do pracy i naszych rzeczy nie było a głucha pustka powiedziała nam dźwięczne heloł. Teraz to pełna kultura normalnie. Plotki krążyły od dwóch tygodni. Szef poinformował nas przedwczoraj. Żeby nie było, że nie wiemy. Poza tym teraz sami się będziemy przenosić, więc tym bardziej wypadało. Bo co. Sam ma dźwigać?

Z nowin absolutnie fantastycznych (przynajmniej jedna): ponoć jest OKNO, więc będzie nieco jaśniej, nieco mniej klaustrofobicznie pewnie i zawsze będzie przez co wyskoczyć w przypływie energii po Matki Boskiej Pieniężnej. Czad. Już zapomniałam jak to jest pracować przy dziennym świetle. W tej jaskini to tylko świetlówki i lampka. A kwiatki więdły na samą myśl o pokoju numer 5. A tu proszę. I widok będzie ładny. Na Orbis i jakąś knajpę. I spaliny świeże jak maliny. I drugie piętro. Niby tylko jedna winda jest i to mało fartowna ale zawsze to o dwie kondygnacje bliżej do dołu. Mniej biegania.

Co prawda jeszcze nie do końca sobie tę przeprowadzkę wyobrażam – no bo jak to? zasuwać z monitorkiem, komputerkiem, klawiaturką i myszką.. biureczkiem, krzesełeczkiem, szafeczką z otwierającymi się szufladeczkami.. pudłami z dokumentacją, stertą papierzysk pod pachami i własną torbą w zębach na dół, na zewnatrz i potem szu do innego budynku i na górę? i może jeszcze drukarkę na plecy? – ale chyba będę musiała.

W kwestii dźwigowej nieodmiennie liczę na płeć męską (ponoć). Zobaczymy czy się nie przeliczę. Najwyżej poczekam aż moje rzeczy za mną zatęsknią i same się przytachają. Może reagują na jakieś elektrowstrząsy? Albo przynajmniej widok nagiej Renaty od Kurwików? To bym się postarała o jakieś urocze fotosy dla nich i torebki podróżne nagłej potrzeby dla siebie. A może…

Już wiem – zacznę wierzyć w teleportację.

Mocy przybywaj!

Apdejt 18.26

Akcja społeczna KM!!!

To co nas nie zabije i nie wzmocni zdecydowanie powinniśmy przespać

Otrzymałam zgodę na podzielenie się z blogiem pewną historią. Pewna historia miała miejsce jakiś miesiąc temu w jakimś nocnym autobusie po jakimś koncercie w stylu wybitnie gotyckim, z którego to wracała pewna moja kuleżanka. Kuleżanka ubrana była równie wybitnie gotycko co reszta bywalców takichż koncertów (a może nawet wybitniej) a strzeliste okna miała na plecach. Kościołów w posiadaniu nie stwierdzono ale makijaż za to – pełen gotyk – mocny, ciężki i taki w stylu kokoty w rokoko tylko po ciemku.

Kuleżanka w makijażu i pełnym rynsztunku wyglądała ładnie i na koncercie zapewne furrorę zrobiła niemożebną aczkolwiek w środkach komunikacji miejskiej i bez stylowego ‚bwhrryyyy łeeee’ z równie stylowym wrzaskunem z mikrofonu najzwyczajniej w świecie dość mocno wyróżniała się z otoczenia. Dobrze, że nocnymi autobusami nie jeżdżą babinki z różańcami, odmawiające godzinki i inne litanie bo niejedna by się z pewnością mogła poczuć co najmniej nieswojo i na (excuse mot) amen przerazić. Zamiast babinek i ich różańców, nocnymi autobusami jeżdżą za to różne świry i inni panowie. Trza uważać.

Kuleżanka mimo zmęczenia pomna była zachować odstęp i ostrożność, jednak i tak spotkała ją niespodzianka. Podszedł do niej bowiem pewien młodzian, na licu i w postawie przystojen niezmiernie i rzucił jej hasełko: ‚jesteś wolna?’…
Ja na jej miejscu zanim bym pomyślała, odpaliłabym: ‚nie, szybka’ ale kuleżanka odpaliła coś innego. Też bez zastanowienia ale jeszcze lepsze. Odpowiedziała – ‚sorry, nie pracuję’ – i zanim zdała sobie sprawę z efektu jaki wywoła, nieomal zjadła kasownik. No tak.. fajrant chłopcze, fajrant.

Mianowicie nie dość, że kuleżanka na własne życzenie zrobiła z siebie wzmiankowaną kokotę w rokoko tylko w czasach współczesnych i speszyła biednego młodziana (bo jak się okazało o nic z TYCH rzeczy mu nie chodziło i zwyczajnie chciał zagadać bo mu się bardzo spodobała a nie chciał być posądzany o rwanie zajętej pannicy), to jeszcze speszyła siebie samą i pół autobusu.

Biedny młodzian w przyszłości nie odezwie się słowem do najpiękniejszej nawet i najbardziej pociągającej nieznajomej… chyba, że zmodyfikuje słownik, a biedna kuleżanka w przyszłości prędzej połknie swój własny język i podwójny fotel z przegubowca, niż wyjdzie na kurtyzanę w efekcie swojej własnej odpowiedzi… chyba, że zmodyfikuje gotyckie koncerty i po nich powroty. Generalnie śmiechu było potem co nie miara, ale w tym autobusie czerwień jej oblicza była zapewne porównywalna z flagą byłego EsEsEsEr i to w szczytowej fazie prania w Perwolu.

Wniosek? W autobusach drzwi otwierają się zawsze do środka.

Dziwny dzień

Miałam sen. Śniło mi się, że poszłam na badanie USG, które wykonywała pani sprzątaczka z mojej podstawówki (ta, co mnie zawsze ganiała za psoty i groziła poprawczakiem za noszenie moich ulubionych żółtych rajstopek) przy użyciu… odkurzacza. Dokładnie nie pamiętam co i gdzie tym odkurzaczem robiła (może to i lepiej) jednak pamiętam, że grobowym głosem nie znoszącym sprzeciwu i jakichkolwiek komentarzy obwieściła mi, że będzie chłopiec. Zanim się jednak ucieszyłam, że mam w moim własnym brzuchu mojego własnego syna… zadzwonił budzik. Ale w mojej głowie tylko, bo faktycznie zegar pokazał mi 5.45. Całe piętnaście minut do tego namacalnego budzika przy poduszce, który nastawiłam wczoraj wieczorem…

Może to trochę mój nastrój z lekka nieprzysiadalny ostatnio. A może strach bo dziś odbieram bardzo ważne wyniki badań i dowiem się, czy wreszcie trochę odpocznę, czy dalej karuzela z madonnami z przychodni. A może to, że Obywatel jak przestał kopać tak więcej znaku życia nie daje. Chyba się był obraził. A może fakt, że kocięta gdzieś zniknęły a Stefan coraz więcej czasu spędzać chce z nami i nie bardzo umie niestety zrelacjonować co się właściwie stało. A może fakt, że ostatnimi czasy przez terapię rozkopała mi się trochę tak skutecznie zasypana uprzednio podświadomość. A może jakiś hormon znów czy insza cholera. A może to ten sen, który wcale nie był tak radosny jakby się mógł wydawać… bo ten odkurzacz i ta pani i ten ton… Gdzieś mi się zapodział błogostan. Mam nadzieję, że chwilowo. Dziwnie mi dziś.

Jedyne na czym mogłam się skupić w drodze do pracy to upiorne bezgłowe dziecięce manekiny na wystawie Smyka machające mi o wiośnie.

Lajonel Ryczy

znów czuję się jakby wszyscy mieli mnie dokładnie tam, gdzie wcale nie chciałabym się znaleźć. no może poza jednym małym wyjątkiem. ale wyjątek jeszcze się nie urodził. do bani.

jest mi źle
i smutno
i będę beczeć

tylko pójdę sobie poszukać jakiegoś odludnego pastwiska

ps. mam alergię na rady a obcych szczuję wściekłymi jeżami.

Dzie te chopy

W pracy mamy stojako-baniaczki z wodą. Pitną. Bo ta z kranu to wyżera nawet paznokcie. Ta pitna też taka średnio pitna – konwalie w niej zdychają w trzy godziny a chabry w dwie – ale marudzić nie będę. Dają to brać. W końcu i tak niczego lepszego się tu nie dostanie.

Przez krótki czas była nawet do nieograniczonej dyspozycji woda butelkowana w uroczej lodóweczce (do wyboru pod gazem lub trzeźwa) ale czy to dyspozycja zanadto nieograniczona była, czy też umowa jakaś się skończyła – grunt, że źródło wyschło. Lodówka stoi pusta a mnie pozostało przeprosić się ze stojako-baniaczkami.

Ostatnio odkryłam, że na stojaku jest baniaczek, a i owszem, jednak pusty jak dziś po przebudzeniu moje spojrzenie. Odkryłam to nieco zbyt późno, bo już z kawusiom wdzięcznie zasypanom cukierem i zalanom zegęszczonem mlekiem obficie w dłoni. Ale odkryłam. Dalej więc puściłam się naprzód (kubeczek odstawiwszy grzecznie nieopodal pustego baniaczka) w poszukiwaniu stosownych gabarytów osiłka (literówka możliwa ;)), któren to zainstalowałby pełny pojemnik na odpowiedniej wysokości nie wyłamawszy sobie przy paluchów ani nie pokaleczywszy dotkliwie.

Wcześniej robiłam to sama ale teraz stwierdziłam, że pitolę w czapkę równouprawnienie i zaczynam wreszcie korzystać z bycia pciom słabom, pięknom i rzęs wachlarzem mrygającom. Znaczy postanowiłam, że zaczynam. Bo inni to niekoniecznie by mi na to pozwolili chyba.

Najpierw rozejrzałam się wokół i na godzinie 8:50 zobaczyłam Szeleszczący Dział Księgowości. Jakoś nie miałam sumienia prosić żadnej pani o pomoc bo sama pamiętam jaki to ciężar i jak się trzeba nagimnastykować, żeby wtoczyć toto na górę i nie zabić się o własne buty. Potruchtałam dalej a Obywatel ze mną. Jego też suszyło. Na 15:06 minęłam Pokój z Panami o Nieprzyjaznych Obliczach i stwierdziłam, że prędzej zjem pobliską paprotkę by wyrównać poziom wilgoci w organizmie niż rozpłaszczę się przed nimi z gadką o pustym baniaku. Mój pokój z przyczyn oczywistych odpadał a u informatyków oczywiście akurat nie było nikogo, więc… potuptałam do ukochanego Działu Multimendiów.

Chłopcy z miejsca wyczuli podstęp, bo uśmiech miałam najwyraźniej za szeroki. Poza tym oni mają jedenasty zmysł do wyczuwania podstępów wyostrzony jak ołówki prezesa. Wyczuli i uśmiech odwzajemnili aczkolwiek lekko spode łba. Postanowiłam działać bez znieczulenia. No może z delikatnie umiarkowanym. Przybrałam miły wyraz twarzy, zaopatrzyłam głos w brzmienie czystej słodyczy i przemówiłam:

– Potrzebuję silnego mencizny…

Zrobiłam przy tym minkę mdlejącej Marylin, ale tak wdzięcznie i zachęcająco mdlejącej i dla podkreślenia wagi sytuacji wykonałam kilka zalotnych ‚mryg’, ‚mryg’ numer 6. Plus poza ala absolutnie bezradna cizia sama na środku oceanu. Totalny hollywoodzki horror. Klasy C.

Panowie oczywiście błyskawicznie zaczęli rozglądać się wokół chcąc mi pomóc w poszukiwaniach a jeden to nawet zaczął nagle wertować jakieś papierzyska, które miał na biurku a które zdążyły już pożółknąć z sędziwości i zagnieździć w sobie niejednego pajączka. Zapewne miał tam namiary na odpowiedniego kandydata.

Bardzo kurka siwa zabawne. Zwłaszcza jak chce mi się pić, umieram z niewyspania i jedyne o czym w tym momencie marzę (prócz osobistego masażysty i jakiegoś zabłąkanego czeku na swobodną a okrągłą sumkę) to KAWA. Zanim jednak zaczęłam warczeć i ciskać gromami spojrzeń, parsknęli śmiechem w poczuciu świetnego dowcipu sytuacyjnego i wstał Wojtek.

No. Miał szczęście. Ponoć kobiecie w ciąży nie można odmówić, bo na osobnika takiego spada bujne stadko klątw i plag a myszy wyżerają mu w szafie od zaraz wszystkie lewe nogawki wszystkiego co nogawki posiada.

Ha! Mam władzę nad światem. I nie zawaham się jej użyć.

Idę do salonu Peugeota 😉

Wiadomości Zdziś… i nie tylko

Wczoraj wyszłam z pracy tak kompletnie zmęczona i padnięta, jakbym co najmniej w kamieniołomach na trzy zmiany z taczką pełną gruzu zasuwała dziko. Jakiś dzień parszywy był czy cuś a w dodatku duszność mimo chłodu mię napadła i dżenerali nieszczególnie się czuliśmy z Obywatelem do spółki. Nie pomogły nawet truskawki.

Dopiero po terapii zyskaliśmy trochę pewności siebie i pozytywnych emocji, więc powrót do domu odbywał się już w miłej i dźwięcznej atmosferze dziewięćdziesiątki czwórki a autobusowe Baby Sapiące były uroczo i uprzejmie ignorowane. Nie będę przeca wstawać i prezentować wypiętego brzucha espeszaly, żeby ta czy owa się ode mnie odpierwiastkowała i przypięła astmatycznie do kogoś innego, z reguły młodszego, w dresie i rozwalonego na całą szerokość podwójnego siedziska. Zawsze to łatwiej do kogoś kto wygląda bardziej po ludzku i mniej zwyrodniale, nawet gdy jest w widocznej już bez wątpienia ciąży.

Obywatel jakiś czas temu się zbuntował i stwierdził, że jednak nie będzie piłkarzem. Po szeregu kopnięć pamiętnych z wyjazdu nad morze, które niewątpliwie zapowiadać mogły niezwykle udaną karierę na murawie zielonej a rozdeptanej, przerzucił się na nocne bulgoty. Teraz nie kopie. Teraz bulba. Ja sobie leżę i pachnę a On bulba. Nie ma co – udany duecik. Jak Go dobrze przetrzymam to może wystartujemy w przyszłorocznej Eurowizji, hę? Sądzę, że nawet mało subtelny Piard Fotelowy w wykonaniu mopsa pani Heli byłby lepszy od Delfina Fefnastego z Czarnymy Pazuramy.

Dziś odstawiłam piękny taniec zmokłej kury na warszawskich ulicach. Do pracy zaspałam – to raz. Dziesięć minut zaledwie ale zawsze. Jednak biorąc pod uwagę szybkość porannej toalety i przyodziewku wszelakiego to po prostu przeszłam samą siebie. Siedem minut. Mówcie mi Miszczuniu – to dwa. Przytomnie pognałam w stronę stacji kolejowej – to trzy. Zawsze to lepiej spóźnić się 15 minut niż godzinę. W pociągu pod koniec jazdy jakaś pani zorientowała się, że to coś co jej zakłóca widoczność na zatłoczony korytarz to nie pomarańczowa fatamrugana, tylko mój osobisty bębęnek – to sztyry. Ale z uśmiechem podziękowałam jej za ‚usiądź se dziewczyno może’ bo musiałam wysiadać.

No to wysiadłam. I stała się jasność, że parasol jak paszoł w choleru tak nie wrócił. Uczciwy jego w moim pokoju w pracy znalazca, co to sobie go przy szafce znalazł i pożyczył, jakoś dotychczas nie oddał. Chyba pora pogodzić się z faktem, że dalej będę mokła w deszcz. Ponoć zdrowo. Tak sobie tłumaczę. Tylko czy aby na pewno tak rano i w taki zimny.

Na poprawę humoru zaraz idę na dół zaatakować półki z pieczywem i owoco-warzywniak, a że raczej z pustymi ręcami nie wrócę, najbliższą godzinę spędzę na radosnej konsumpcji i jeszcze radośniejszym trawieniu. Ku chwale Ojczyzny i Obywatela. O Firmie nie wspomniawszy. Bo wiecie. Zadowolony pracownik to wydajniejszy pracownik. Tak rozgrzeszona z przyjemnością oddam się dzikiej żądzy i uwolnię jamochłona w ostrej gastrofazie wsobnej.

Smacznego

Ps. Mniej lub bardziej zainteresowanym jednostkom przypominam o dzisiejszym KONCERCIE

Dziś jestem jakaś niedookreślona…

A może poszli do lasu?

Słońce moje…

Najdroższy Bajtku

Nie wiem jeszcze kim jesteś i nie wiem kim się staniesz. Kimkolwiek będziesz i jakkolwiek będziesz wyglądał, wierzę, że świat będę Ci przedstawiać swoimi oczyma a one będą też Twoje. Kiedyś. Całkiem niedługo już. I że zrobię to najlepiej jak tylko można. Nie dam Ci gwiazdki z nieba, ale postaram się sprawić, byś sam spostrzegł je gdy przyjdzie czas w wieczornej tafli jeziora i w kocich oczach na dobranoc.

Może w przyszłości przeczytasz to wszystko co tu wypisuję i po przebrnięciu przez mniej lub bardziej nudne zakamarki mojego życia z wybojami stwierdzisz, że Twoja matka to jednak całkiem normalna to nie była 😉 ale mam nadzieję, że kiedyś będziesz ze mnie dumny. Tak jak ja jestem już teraz. Z Ciebie. Bo jesteś. Mimo wszystko i naprzeciw wszystkiemu. Było ciężko, dobrze wiemy, ale jesteśmy tu oboje i wciąż czuję jak rośniesz. I tylko to się liczy.

Jesteś wszystkim co mam i wszystkim co dla mnie istotne. Co ma sens. Bez Ciebie nie liczy się nic. Już nic. Mam nadzieję, że nie będę egzaltowaną wielbicielką opowieści o zielonych kupach ani panikarą o każdego siniaka i zachowam zdrowy rozsądek a w przyszłości nie będę pokazywać wszystkim Twoim ‚dorosłym’ znajomym kompromitujących zdjęć na nocniku albo z gilem do pasa. Ale proszę. Miej do mnie cierpliwość. W końcu jesteś moim cudem i muszę się jeszcze wiele nauczyć. Zobaczysz. Oboje się ze sobą oswoimy. Bo najbardziej na świecie to chciałabym być Ci kiedyś… przyjacielem.

Póki co noszę Cię pod sercem i głaszczę sama nie wiem po czym z wiarą, że jest Ci tam dobrze, słyszysz co Ci czasem opowiadam i czujesz się bezpiecznie. Nazywam Bąblem, czasem Alienem, czasem Obywatelem a czasem Dzieckiem. Możesz być Synkiem a możesz Córeczką. Wybierz co chcesz. U mnie to nic nie zmieni, bo już Cię kocham. Ważne, że będziesz Człowiekiem. Takim przez duże C. Największe z możliwych.

Dla mnie zawsze będziesz absolutnie najważniejszym zbiorem atomów we wszechświecie.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka, słońce moje :*

Mama

Pani Plotka ma wąsy i różową sukienkę

Na ulicy mijają mnie szepty i spojrzenia. Pani Plotka sieje spustoszenie pomiędzy pomidorami na straganie w spożywczym a w windzie wieje ciszą. Taką z gatunku cisz znaczących. Trudno się mówi. I z tym trzeba się liczyć. Mimo dwudziestego pierwszego ponoć wieku i mimo tolerancji, nie_wtykania_w_nie_swoje i rozmaitych etceter. Ludzie są tylko ludźmi i mówić zawsze będą to co chcą. A to, na co nie mam wpływu, staram się zaakceptować. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie, żeby mnie nie ciskało czasem, ale nie reaguję. Bez sensu.

U Mamuta w pracy jakiś bardzo nieżyczliwy pan lubi wtykać. Szkoda, że nie to co trzeba i nie w swoje sprawy a jeszcze większa szkoda, że nie ma na tyle odwagi by zwyczajnie spotkać się ze mną i porozmawiać. Skoro taki zainteresowany. Ja zawsze chętnie jakby co. Tylko wprost, z mostu, kawę na ławę i bez owijania. Adres mailowy dostępny dla wszystkich. Nie boję się konfrontacji. Krytyki też nie. O ile jest poparta argumentami a nie tylko oznacza gadanie dla samego podgryzienia i puste słowa na złość. Żeby tylko komuś zrobić przykrość. I szacunku też wymagam. Od każdego, bez wyjątku, rozmówcy. Na wulgaryzmy i prowokacje z zasady nie odpowiadam. Inni niestety wolą uprawiać pseudowerbalny masaż pleców w dość kiepskim wydaniu.

Ja dam sobie radę. Oswoiłam Panią Plotkę i już nauczyła się nie deptać mi po odciskach. Tak mocno. Albo naklejam grubsze plastry. I tylko bliskich mi szkoda.

Bo Mamut po pracy ma coraz smutniejsze oczy…