Królowa nauk i my

– Igor, wstawaj! – emituję o poranku z dość świdrującym, jak to ja, zaśpiewem.

– Mmmm, jeszcze pięć minut – pomrukuje budzony i szczelniej przykrywa głowę kołdrą.

– Wstawaj, bo spóźnisz się do szkoły! – ostrzegam.

– A co jest pierwsze? – z głębin pościeli w barwach FC Barcelona pada rzeczowe pytanie.

– Matematyka – informuję i właściwie nie muszę dodawać nic więcej.

30 sekund później Igor siedzi kompletnie ubrany przy stole w kuchni i zaczyna śniadanie.

Czy to na pewno moje Dziecko?

O poprawianiu

Jeśli chodzi o poprawianie, to mamy teraz przeboje z Jankiem.

– A dzisiej w przedszkolu bawiłem się z Tadziem w Zoo.
– To świetnie, Jasiu, ale mówi się dzisiaj.
– No dzisiej, mówię.
– Powtórz: dzi-SIAJ.
– Dzi-SIEJ.

I tak w kółko graniaste.

Podobno nic tak nie poprawia kobiecie nastroju jak zakupy.

Po zakupieniu materiałów ogrodniczych w ilościach znacznych i omówieniu z Księciem Małżonkiem zamówienia 6-tonowej wywrotki czarnoziemu wcale nie poczułam się lepiej. Wiem, drobnym druczkiem było o ciuchach, butach i torebkach. Chwilowo jednak napięty budżet pokazuje mi całkiem nieelegancko środkowy palec.

Mogę wystąpić co najwyżej odziana w agrowłókninę i obficie posypana sosnową korą. W ramach dodatków mam nowe rękawice, szpadel i sekator. Wszybko w gustownej zieleni.

Myślę jednak, że to zbyt odważna stylizacja, nawet jak na moje zaawansowane bycie ignorantem w kwestiach dotyczących aktualnie panującej mody.

Poza tym agrowłóknina ma paski, a poprzeczne raczej złośliwie poszerzają, więc prędzej już ta kora i czarnoziem.

Z braku szans na inne zakupy poszłam do fryzjera.

U fryzjera, jak wiadomo, można odpocząć, napić się gorącej – cóż za odmiana – kawy, pogadać na tematy inne niż test z angielskiego, obóz piłkarski, nowe zajęcia w przedszkolu, czy też konieczność doniesienia paczki pieluch do żłobka. U fryzjera można delektować się brakiem małych, lepkich rączek w okolicach kolan oraz prawie zasnąć podczas masażu i mycia głowy. Cudownie.

Stwierdziłam jednak, że na pytanie „Co jeszcze podać?” nie będę wspominać nic o trzydaniowym obiedzie z naciskiem na deser i poprzestanę na kawie.

Tak. Wizyta u fryzjera również poprawia nastrój.

Nowa grzywka, nowe piegi, siniaki zamaskowane korektorem, który pokrywa mi dość szczelnie żuchwę i znaczną część szyi. Luksusowo. Oraz słońce na czubku nosa 🙂

image

Spacer uważam za zaliczony. Też poprawia. Kondycję zwłaszcza, jeśli mamy pociąg za 4 minuty, następny za pół godziny a do pokonania kilka przecznic.

Ciocia Dobra Rada

Jak powszechnie wiadomo uwielbiam wszelkiej maści porady. Zwłaszcza nieproszone. I jeszcze bardziej zwłaszcza od osób żyjących w innej niż moja galaktyce. Wprost przepadam i proszę o więcej. Ta siekiera w dłoni to z przyzwyczajenia.

– Przed powrotem do pracy koniecznie powinnaś znaleźć czas dla siebie – poradziła mi znajoma.
– Hmmm? – wyraziłam uprzejme zainteresowanie między jednym a drugim łykiem jaśminowej herbaty (błeee… mam jednak straszliwie plebejskie kubki smakowe i nie doceniam oczywistych walorów).
– No tak! Wybierz się do spa, albo chociaż na jakiś relaksacyjny masaż – zaordynowała – Zobaczysz jak szybko odzyskasz energię.
– Ależ mam mnóstwo energii – odparłam tłumiąc ziewnięcie.
(Och, spa od razu by mnie zelektryzowało. Zwłaszcza rachunek na do widzenia.)
– A może Ty masz kłopoty z tarczycą? I dlatego tak nie możesz schudnąć? – raziła mnie piorunem znajoma i z miejsca postanowiłam, że jeśli w końcu zostanę seryjnym mordercą, będzie trzecia.
– Schudłam. Od sierpnia 10 kg. – wycedziłam zdejmując z języka przeklęte jaśminowe fusy.
– Naprawdę? – szczerze zdziwiła się znajoma.
– Naprawdę – odpowiedziałam nadal nie warcząc – I mam czas dla siebie.
(Całe morze czasu. Codziennie pomiędzy 23.00 a 4.00)
– No i co wtedy robisz? – zaciekawiła się znajoma.
– Bezczelnie go trwonię – odparłam.

Znajoma zatrudnia Panią do sprzątania i Panią do opieki nad 6-letnią córką, jedynaczką. Znajoma środkami komunikacji miejskiej podróżowała ostatnio za czasów studenckich, a więc raczej dawno i nie pamięta. Znajomą zdumiewają moje nie do końca przystające do jej życia problemy.

Mnie nic nie zdumiewa. Wolę pamiętać znajomą jako Aśkę, która na egzaminach zrzynała ode mnie psychologię kliniczną a na zaliczenie psychiatrii obryła się nie z tego zakresu materiału i w 10 minut musiała przyjąć na klatę streszczenie dość obszernego fragmentu podręcznika. Co pozwoliło Jej uzyskać ocenę dobrą, gdyż gadane to zawsze miała skuteczne.

I ta moja Aśka uratowałaby mnie przed utonięciem w jaśminowej herbacie, poradach od najlepszej zaprzyjaźnionej dietetyczki i kuponach zniżkowych do miejsc, gdzie stać mnie na wodę. Bez lodu i cytryny.

Chyba wolę po swojemu. Bez zadęcia. Ze śniadaniem na kocu w kratę na trawie, a nie na targach śniadaniowych w Bardzo Modnym Miejscu.

Bardzo Modne Miejsca to ja mam wiadomo gdzie.

Głodzenie dzieci, moje nowe hobby

Wczoraj Jan kategorycznie odmówił spożycia obiadu.

Akurat gościliśmy Rodziców. Mamut oczywiście z miejsca wyraziła obawę, że Młody nie dożyje kolacji i zejdzie śmiertelnie z głodu.

– I co Mu innego zrobisz? – zadała mi pytanie z naciskiem na natychmiast, teraz, zaraz.

– Nic. Zje jabłko, albo więcej na kolację – wyjaśniłam ze spokojem.

– To może Go jakoś przekonaj,  zagadaj i przemyć Mu ten obiad? – walczyła o każdy gram Wnuka kochana Babcia.

– Przeżyje – oceniłam rzeczowo – Widocznie nie jest głodny.

– I Ty tak spokojnie jesz podczas gdy On nie? JA BYM TAK NIE MOGŁA. – oburzyła się Rodzicielka wycierąjac sosik ostatnim kawałkiem pieczonego ziemniaczka.

– Uhm – wyznałam znad łososia. Bardzo dobrego zresztą.

Wiem najlepiej, że wmuszanie przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. W przedszkolu upychałam z powodzeniem kotlety mielone za kaloryferem i gdyby nie sezon grzewczy, który rozpoczął się niedługo, zapewne byłabym powodem gigantycznej plagi robactwa w tejże placówce. Do dziś mielone jem lewym zębem, bez frajdy i wyłącznie przez grzeczność dla pracy kucharza.

Dobrze, że od czasu naszych Rodziców dużo się zmieniło. Wychowanie ma znaczenie. Kiedyś głównym wyznacznikiem był fakt, czy dziecko zjadło i ile. Dziś coraz częściej dostosowujemy rozmaite dobre rady do dziecka. Dziecko to człowiek, tylko jeszcze mały. Każdy z nas jest inny. I dobrze.

Jan spałaszował na kolację pół lodówki nabiału. Sądząc po minie, głód nie doskwierał Mu jakoś znacząco.

Książę Małżonek maratończykiem

Gdy wczoraj Książę Małżonek oznajmił, że dziś wybiera się na maraton Orlenu, prawie wykonałam natryskowe malowanie ściany herbatą, którą akurat niefortunnie raczyłam siorbnąć z kubka.

Na szczęście, zanim zdążyłam zdziwić się, że osobisty lord kanapowy będzie z własnej nieprzymuszonej woli biegł w deszczu w jedyny wolny od dawna dzień, sam wyznał, że nawet się nie zmęczy. Gdyż ponieważ albowiem będzie zapewniał zaplecze techniczne grającej tam kapeli.

A już chciałam pojechać i uzbrojona w dzieci oraz pompony dopingować go do biegu. Ewentualnie eliminować innych uczestników maratonu – co chyba nawet z trójką dzieci i koniecznością zapewnienia zaplecza technicznego dla nich, byłoby prostsze.

Spryciarz. Chyba postaram się w przyszły weekend o pracę dorywczą w charakterze obserwatora procesu wzrostu tulipanów w Powsinie. Jemu zostawię relaks z uroczą gromadką w domu podczas deszczu.

Niech sobie biedaczek odpocznie.

Mecz, wiadomo

– Mamo, jutro gram mecz na uroczyste otwarcie nowego boiska. Czy moja biała koszulka jest czysta? – zapytał przy kolacji Igor.

– Nie wiem, Synu. Musisz sprawdzić – odpowiedziałam znad gazety.

– No ale jeśli gram mecz, to wiadomo przecież, że będzie mi potrzebna – wyburczał z rosnącym fochem Pierworodny.

– Skoro wiadomo, to może koszulka również wie i akurat się przygotowała – dodałam.

Sprawdził. Biała koszulka okazała się być brudna jak cała populacja Przystanku Woodstock w dniu wyjazdu. Dramat i zgrzytanie zębem.

– Chętnie nauczę Cię obsługi pralki – powiedziałam – Następnym razem nie będziesz musiał wybierać innej koszulki.
Dziś po meczu Igo wrócił i od progu z prędkością karabinu maszynowego oznajmił:

– Przegraliśmy 5 do 6, ale strzeliłem fajną bramkę i zjadłem pięć kawałków tortu.

Oto mój Syn, niejadek i jego wypełniony słodyczami żołądek. Oto moja rozpacz w bordowe ciapki.

– Pięć kawałków tortu???!!! – matka we mnie doznała rozległego zawału mięśnia sercowego i chwyciła tasak – Przed obiadem??!!

– Mamo, przecież skoro jest uroczyste otwarcie boiska, to wiadomo, że jest tort, a skoro jest tort i to dobry, to wiadomo, że ja zjem go dużo – wyjaśnił mi Syn a jego żelazna logika przygniotła mnie swym ciężarem.

Mieszając sos do jego ulubionego spaghetti, pod nosem mruczałam same niecenzuralne wyrazy oraz tworzyłam całe wymyślne związki frazeologiczne.

– Jak chcesz to wezmę przepis na ten tort, bo naprawdę był pyszny – moje Dziecko postanowiło mnie dobić.

– Weź koniecznie, zrobisz z Tatusiem – wycedziłam wraz z makaronem znad durszlaka.

– Pani S. robiła. Nie wiem czemu się nie lubicie. Ciągle pytała czy zjem jeszcze kawałek i czy Tata dalej tyle pracuje.

I dobiło.

Obmyślając wymyślne tortury dla Pani S. wykonywane metodycznie jej własnym perłowym laczkiem z kokardką, koncertowo przypaliłam mięso.

Moje wrogie nastawienie rozsiadło się wygodnie i bębni paznokciem o blat. W rytmie wojskowych szlagierów z Kołobrzegu.

Pierwsze urodziny Leny

Panna Lena. Dokładnie rok temu była najdzielniejsza na świecie. Nauczyła się oddychać, ignorować nadprogramowy wywietrznik w sercu, jakiś czas później siedzieć, raczkować i właśnie sobie wstaje. Nauczyła nas, że chcieć, to móc. Bo Ona postanowiła, że będzie. I już.

Najwspanialszy prezent-niespodzianka w moim życiu.

Wszystkiego, co mądre, dobre i piękne, Córeczko moja :-*

image

image

image

image

image

image

image

image

image