Urlop czas zacząć, czyli notka-marudka

Wreszcie nadejszła wiekopomna chwiła i będę się urlopować. Wyjeżdżam w niedzielę do Jastarni (chyba), ale jak mi się nie spodoba to zmienię miejsce pobytu. Mam nadzieję spędzić tam tydzień a potem teleportować się na Mazurki do Hal (Ha_lucynki, Magdy, Carramby – wiadomo kto zacz). Uczucia mam mieszane cokolwiek bo noclegownią będzie namiot – towarzystwo również mieszane. Nie żeby mi przeszkadzało, że pod namiotem zawsze komary rypią jak oszalałe i znacznie bardziej niż gdziekolwiek indziej, albo że jeśli już uda się zlokalizować jakiś zapyziały natrysk to kolejki będą niczym te, które w mym dzieciństwie wczesnym widywałam i to do wody zimnej jak górski strumień, nie przeraża mnie też myśl o zapchanych i cuchnących toaletach gdzie wiecznie jakieś fafluniące się siksy ze wścieklizną macicy rozpatrują czy dwóch panów na raz to skuteczny sposób zapobiegania niechcianej ciąży, albo że co wieczór słychać będzie zewsząd dobiegające odgłosy kopulacji (dzieci + dzieci = dzieci) przemieszane z dźwiękami wzmożonej perystaltyki jelit po spożyciu wielu środków odurzających z siłą odśrodkową wzwyż… To wszystko sprawia tylko, że nasuwa mi się refleksja – jak bardzo postarzałam się, skoro to wszystko zaczyna mi teraz przeszkadzać (a jeszcze nawet mnie tam nie ma). Kiedyś każde wakacje, każdy weekend, każdy zlot motocyklowy spędzałam pod namiotem i byłam szczęśliwa jak norka ze schizofrenią a teraz marudzę jak zgredka korniszonka. Wstyd mi trochę ale tylko trochę, bo jak sobie pomyślę o deszczu sączącym się malowniczo do wnętrza namiotu i śpiwora, albo o wczesnym wstawaniu – zanim jeszcze słońce zdąży zrobić z tegoż namiotu piekarnik i poczuję się jak pomidor gotowany na parze, to jakoś czuję się poniekąd usprawiedliwiona. Bo jak ktoś raz zasmakuje w wygodnych i przytulnych warunkach prywatnych kwater z lodówką w korytarzu, prawdziwym łóżkiem, łazienką w pokoju i brakiem mrówek i reszty robactwa w pościeli, to potem ciężko mu się przestawić na spartańskie warunki wiecznie wilgotnych skarpetek. Może i są ludzie wielbiący survival ale ja do nich nie należę, bo raz, że baba jestem (nie da się ukryć) a dwa – wygodnicka. Przynajmniej jestem szczera a to już coś. Tym niemniej jadę pod ten cudowny namiocik, bo chcę się przekonać czy jeszcze pamiętam jak się wykąpać łącznie z myciem i płukaniem głowy w jednej półlitrowej butelce niegazowanej wody mineralnej 😉 A poza tym dawno nie obchodziłam imienin ukiszona w śpiworze w towarzystwie chrapiącego chóru mężczyzn (bynajmniej nie będą to Poznańskie Słowiki ale raczej gawrony z zapaleniem krtani) nawalonych jak szpadle skonsumowanym winem marki „Czar PGR-u” zakupionym uprzednio w lokalnym WSS Społem. Tym optymistycznym akcentem pożegnam się z termosem na całe dwa tygodnie, zatem do zobaczenia już w sierpniu.

Wagary

Do pracy mam stosunek wybitnie seksualny czyli optyczno-przerywany. jak na mnie chiff patrzy to symuluję, a jak nie muszę to nawet tego mi sie nie chce. Rozleniwiłam się przez ten ostatni tydzień jak stado zamarzniętych leniwców na pustyni i najchętniej poszłabym spać. Uniemożliwia mi to znacznie sterta piętrzących się na biurku papierzysk ale za to świetny zdaje egzamin jako parawan. Ech… szkoda, że nie chodze już do liceum – poszłabym na wagary i po krzyku. waksy to zawsze była moja specjalność. Miałam koleżankę – dość bliską swego czasu – Agatę, z którą uskuteczniałam ten niecny i wyjątkowo przyjemny proceder uprawniający do mianowania nas przez szkolnych psychologów niedostosowanymi społecznie i bardzo nas z tym było dobrze. Bo na przykład wpadłyśmy kiedyś na pomysł, że pójdziemy na lody, ale jak lody to nie byle jakie tylko najlepsze a najlepsze lody w Warszawie są na Starówce na Nowomiejskiej (kolejka jest tam zawsze nieziemska, niezależnie od pory dnia czy roku). Jak pomyślałyśmy tak zrobiłyśmy. Pognałyśmy do autobusu, potem do następnego, potem do tramwaju i po 4 przesiadkach (drobiazg) dotarłyśmy a że pora była dość wczesna – dostałyśmy zniżkę 50%. Tym oto sposobem w środku pięknej majowej wiosny dorobiłyśmy się niezłej anginy bo zjadłyśmy po 10 kulek lodów. mnie do dziś wydaje się to nieprawdopodobne, żeby wchłonąć tyle na raz i się nie porzygać ale jako młode dziewczę robiłam różne dziwne dla mnie obecnie rzeczy. Miałyśmy też zwyczaj (również z Agatą) podróżowania sobie autobusami – to chyba tłumaczy moją dozgonną miłość do tych środków komunikacji miejskiej. Wyglądało to tak. Stojąc na przystanku grałyśmy w marynarza (jedną ręką, żeby zawrotnych liczb nie było) i ile nam wypadło, w ten w kolejności autobus wsiadałyśmy, potem znowy grałyśmy i jechałyśmy tyle przystanków ile wyszło z paluchów, potem znowu kolejny autobus, kolejne przystanki etc etc. W ten sposób zwiedziłyśmy calutką Warszawę i okolice i nader często znajdowałyśmy się w miejscach, z których kompletnie nie wiedziałyśmy jak wrócić a to z kolei prowokowało nastepne wygłupy i przygody. Dodam tylko, że mase fajnych ludzi można poznać podróżując w ten sposób. Miałyśmy jeszcze jedną fajną zabawę. Polegało to na tym, że upatrywałyśmy sobie w autobusie ofiarę (płci męskiej rzecz jasna i zawsze bardzo przystojną ;0) i „śledziłyśmy ją”. Wyobraźcie sobie kolesia, którego ruchy naśladują z dokładnością dzięcioła dwie totalnie postrzelone nastolatki w odległości 10-20m. On dwa kroki – my dwa kroki, on sie zatrzymuje – my też, on sie drapie w głowę – my też, on się oderaca do tyłu – to i my. Komedia. Zawsze kończyło się to kupą śmiechu i nawiązaniem kolejnej miłej znajomości. Potrafiłyśmy też pisać jakieś śmieszne liściki w stylu „za Tobą jest tajny agent sanepidu przebrany za zakonnicę, nie odwracaj się”, albo „zrób 10 kroków w lewo, potem i w prawo i znajdź najbliższe drzewo, tam będzie na Ciebie czekać człowiek z nagrodą” lub „jeśli nie masz dziś majtek to się uśmiechnij” i podrzucałyśmy niepostrzeżenie ludziom do toreb, plecaków i kieszeni. Po prostu czad 🙂 Nie zapomnę też naszych wypraw szlakiem warszawskich parków i karmienia kaczek. W tym celu uprzednio zaopatrzałyśmy się w pieczywo i ruszałyśmy na podbój kaczych kuprów. Następnie obstawiałyśmy zakłady, która kaczka pierwsza dotrze do pierwszej strawy itd. Raz nawet o mały włos nie stałam się sprawcą mordu na niewinnym i Bogu ducha winnym kaczorze, kiedy to trafiłam go cudnie wypieczona bułką kajzerką i rzeczona bułka w całości utkwiła mu pod skrzydłem (złapał ją jak Michael Jordan w NBA) a inne kaczki ruszyły na niego z impetem z celu wydziobania jego skrytego pod piórami skarbu. Kaczor się wściekł i zaczął się drzec na cały staw jakby go zarzynano ale na szczęście utrzymał się na wodzie pod naporem nachalnych towarzyszy obiadu i pozwolił wydziobać sobie bułę nie ponosząc strat. Żeby nie był smutny dostał od nas na pocieszenie drugą bułkę – tym razem wydziobał ją sobie sam z wody. Pomyślałyśmy, że jego psychice nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo i wróciłyśmy do innych wagarowych rozrywek. Oj sporo tego było ale nie sposób wszystkiego opisać. Grunt, że wagary były często i udane ale nie miałyśmy specjalnych problemów w szkole bo skutecznie nauczyłyśmy sie podrabiać podpisy szanownych rodzicieli i wszystko było fajnie aż do semestralnej wywiadówki, ale to juz zupełnie inna historia 😉

Końkurs z nagrodamy

Niniejszym ogłaszam wszem i wobec konkurs dla wszystkich nękaczy i nękającopodobnych. Kto ma najlepszy pomysł na to jak można nękać Bajkę czyli mnie proszony jest o wpisywanie swoich wymyślych przepisów w komentarzach.
Nagrodą będzie do wyboru:
bramka nr 1 – odcisk zwyrodniałej stopy zwyroniałej właścicielki (gipsowy odlew bądź odcisk na szczęce)
bramka nr 2 – spotkanie w stawie na polach mokotowskich w charakterze kaczek i nękanie na żywo
bramka nr 3 – głuchy telefon o 3.45 w nocy bądź nad ranem (jak kto woli – hehe)

Wasza Bajka Kochana

W kwestii nogi jestem zwyrodnialcem, czyli gdyby Bajka nie skakała to by nie żyła

Tak tak, pan doktor (miły zresztą nawet bardzo) stwierdził kategorycznie, że ze mnie zwyrodnialec jak sie patrzy. Przynajmniej jeśli chodzi o staw skokowy. Nie bardzo wiem co jest z nim nie tak ale rozczarował mnie ten staw – jak to bowiem możliwe, że tak słodka, miła, pełna spokoju, wdzięku i harmonii osóbka, wprost anioł wcielony może mieć coś wspólnego z patologią jakią jest wszelkie zwyrodnienie… Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale trudno – jakoś to przeżyję. Zaczne jednak od początku.
Jechałam sobie spokojnie do pracy w książce jak zawsze zaczytana po uszy (choć za każdym razem w innej – to tak gwoli wyjaśnienia, żeby ktoś sobie czasem nie pomyślał, że ja ciągle jedną książką wałkuję – choć nie ukrywam, że „Chłopi” mogliby prenetdować to tego tytułu jak najbardziej) i jak zawsze zbliżał się mój przystanek. Ruszyłam ochoczo do wyjścia celem wydostania się z pojazdu kołowego marki Ikarus na wspaniały trotuar Nowego Światu. Nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedii. To co sie stało przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Już stawiałam nogę na wyżej wymienionym betonowym trakcie gdy nagle, zupełnie niespodziewanie i znienacka (niepotrzebne skreślić) napadła mnie wściekła płytka chodnikowa. Zapewne była zazdrosna, że wybrałam jej koleżankę na powierniczkę mojej szlachetnej stopy i postanowiła się zemścić. Udało jej sie to choć nie bez szwanku. Ona skręciła mi staw skokowy ale ja złamałam jej serce… i pokuśtykałam dalej. Nic się nie przejmując narastającym w bucie balonem udałam się do pracy ale zanim wjechałam windą na 4 piętro, już miałam ochotę zejść i to w trybie przyspieszonym z tego świata. Na szczęście w owej windzie nieszczęsnej spotkałam kolegę z pracy, który pobiegł niczym Żwawy Szczepan do biura z przykra wiadomością a potem wrócił i wręcz zaniósł mnie do lekarza – najbliżej była nasza pracownicza przychodnia lekarska. Wchodzimy – tzn on wchodzi bo ja wiszę – do poczekalni i uff na szczęście pusto. Pani recepcjonistka o wyglądzie zmutowanego genetycznie bulteriera z domieszką wiewiórki aż wyszła nam na spotkanie – jak miło – ale tylko po to, żeby warknąć przyjaźnie „czego”. Mielismy szczęście, bo akurat zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, z gabinetu wyszła jakaś uśmiechnięta pani doktor – widać noc była udana – i ta z widoczną troską zaczęła pytać co się stało. Terierka się odszczekała do swojej kanciapy a ja wyjaśniłam miłej pani dr nauk med. w czym rzecz i że boli jak diabli. Ona mi na to, że najpierw to ja powinnam na prześwietlenie na Hożą a dopiero potem tu ale nie skończyła swojego wywodu bo moja mina mówiła „jak już się tu doczołgałam, to nigdzie się stąd nie ruszę bez pomocy a w razie protestu potrafię nawet odgryźć sutki przez ołowiany fartuch”. Pani doktor chyba spostrzegła we mnie seryjnego zabójcę, w którego lada chwila mogę się przeobrazić, poleciła tapirowi w recepcji wyjąć moją kartę i zaprosiła mnie do gabinetu. Dodam tylko, że skręcenie tejże nogi zdarza mi się po raz czwarty w tym roku chyba i żaden Roentgen ze swoją wiążką promieni X nie jest mi juz potrzebny. Mam już taką wprawę, że zanim dotarłam do tej przychodni, zdążyłam już zapaćkać nogę Altacetem w żelu i zabandażować ją (ku nieskrywanemu podziwowi pani dr nauk med.) sposobem żółwiowym rozbieżnym dzięki opasce uciskowej dzianej zakupionej w pobliskiej aptece. pani pokiwała głową, popatrzyła, skrzywiła się we współczującym usmiechu i wypisała zwolnienie lekarskie na 7 dni. Hmmm… odkąd pracuję tak gdzie pracuję, czyli od laty blisko pięciu, nigdy nie byłam na zwolnieniu. Cóż, czas pożegnać pracoholizm i odpocząć. Kolega z pracy, grzecznie czekający przed gabinetem przydał się jeszcze w jednym celu – podczas gdy ja zamawiałam taksówkę do domu, on zaniósł druk L4 do biura. Swoją drogą to lipiec zapowiada się ciekawy bo 7 dni zwolnienia i ostatnie dwa tygodnie na urlopie (urlop mam zaklepany już od maja) daje tylko 10 dni spędzonych w pracy. Jejku ja to zupełnie bez umiaru mam te przerwy – albo 3 lata bez urlopu albo prawie miesiąć byczenia się. No ale cóż, coś za coś, premii powiem w tym miesiącu papa lecz wypocznę – mam nadzieję – za wszystkie czasy. Pan taksówkarz przerwał moje dywagacje pracoholiczne i zawiózł mnie do domu. Bardzo był przejęty moją nogą i prawie mi się oświadczył ale na szczęście był wypadek i musiał się skupić na prowadzeniu auta. Uprzejmie jednak złamał przepisy i dowiózł mnie pod same drzwi. W domu było lepiej, bo mogłam się położyć i wyciągnąć nieszczęśne odnóże na łóżku ale już wyprawa do łazienki czy kuchni okazała się drogą przez mękę porównywalną przez zdobywanie Mount Everestu przez uposledzoną umysłowo dżdżownicę. Potem zaczęły działac leki przeciwbólowe od pani doktor i pamiętam tylko, że było rewelacyjnie i nawet pływać się nauczyłam. Na szczęście nie obudziłam się w wannie z suszarką podłączoną do prądu tylko w tym samym łóżku ale wrażenie i tak było elektryzujące. Spędziłam tydzień zamknięta w czterech ścianach co dla mnie było dodatkowo traumatycznym przeżyciem, bo zazwyczaj nie jestem w stanie usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż kwadrans, a w dzieciństwie miałam opinię diabła tasmańskiego. Z nudów oglądałam telewizję (brr koszmar, najciekawsze były z tego wszystkiego reklamy plastrów na odciski i tabletek na zatwardzenie), posprzątałam wszystko co się tylko dało dosięgnąć siedząć na taborecie, zrobiłam pranie ręczne nawet zimowego szalika, przeczytałam wszystkie książki w zasiegu wzroku i rąk, rozważyłam przystąpienie do sekty (żęby było ciekawiej), stanie sie zakonnicą (zawsze marzyłam o spowodowaniu buntu w zakonie i poderwaniu stada księży), biłam sie z myślami (remis), wymyślałam scenki rodzajowe z udziałem odkurzacza i przepychaczki do zlewu, poznałam budowę i zwyczaje roztoczy i dowiedziałam sie dlaczego nie powinno się jeść paprotek oraz zabijałam czas z siłą wodospadu. W niedzielę wieczorem miałam kryzys i oświadczyłam, że w poniedziałek wracam do pracy, bo jeszcze chwila a zacznę gryźć tynk ze ścian by czymś zająć mój złakniony wyzwań intelektualnych i owoców umysł, ale zostałam skutecznie odwiedziona od tego pomysłu. Najgorsze jest to, że nikt nawet do mnie nie przyjechał, żeby odwiedzić biedną, chorą i obolałą – nikt nie miał czasu, chęci albo jednego i drugiego. Dostałam dwa sms-y dwa telefony i poza tym pies z kulawą nogą się nie pofatygował. No nic – takie czasy – a pomarudzić zawsze można. W poniedziałem wyszłam sobie na spacer i kupiłam czereśnie – ten dzień był bardzo udany, choc zanim doszłam z prędkością rdzy na starym polonezie do domu, wszystkie zdążyłam zjeść. Wczoraj miałam umówiona wizytę u pani doktor od rehabilitacji ale jej nie było bo… jest na zwolnieniu (hehe) ale zanim zdążyłam się wkurzyć z pomoca przyszedł miły pan doktor, który jednak tylko popatrzył, pokiwał głową, opukał, ostukał i wyzwał mnie od zwyrodnialców. Hmmm… nie wiem po co były mu te studia medyczne i męczenie się na praktykach bo znam co najmniej kilka osób, które powiedzą to samo bez zbędnego kształcenia ;))

Piękne lato mamy tej jesieni

Od pewnego czasu jest mi zimno. Bez znaczenia jest w sumie fakt, co na siebie włożę, bo mój organizm przestawił się już w tryb letnich upałów i dobrze mu było a teraz usilnie broni się przed ponownym przestawieniem się w stan uprzedni, czyli zimno, buro i ponuro. Koniec końców wcale mu się nie dziwię – zmarźluch ze mnie okropniasty i nigdy nie jest mi wystarczająco ciepło. W nocy rozważałam przeprowadzkę do Afryki lub w inne ciepłe rejony. Taka na przykład Dolina Śmierci ma w lipcu amplitudę temperatur nawet do +54 stopni Celsjusza – nazwa może mało chwytliwa ale dobry marketing może cuda zdziałać, więc nie zdziwię się jak pojawią się oferty last minute. Dziś rano wstałam razem z kołdrą i odmówiłam kategorycznie rozłąki, dopóki nie dotarłam do wanny z gorącą wodą. Bo ja się nawet kąpię we wrzątku ostatnio. Tak, tak na Syberię to bym się nie nadawała. Marzy mi się słoneczko i chłodne napoje dla orzeźwienia (pomijam bardziej kolorowe marzenia o wachlujących mnie w upale przystojnych ciemnoskórych niewolnikach – bynajmniej nie eunuchach). Zamiast tego mam ołów za oknem w miejsce lazurowego czystego nieba i kałuże podstępnie czyhające na moje nogawki zamiast żaru tropików. Chyba zaprzyjaźnię się z parasolem – jak go znajdę oczywiście – bo notorycznie chodzę po deszczu. Naturalnie nie z mojej winy – sam pada cwaniak – nie mam szans. Ech kocham lato… mam tylko nadzieję, że skończy się niedługo ta plucha bo chciałabym choć trochę ogrzać się przed zimą a z tego co widzę to jest jak w ulubionym dowcipie Eskimosów – „u nas to tylko 9 miesięcy zimy a potem to już lato, lato, lato…”

Ja i Sebian na gadulcu ;)

Sebian (14:47)
hej
Sebian (14:47)
masz może dziś okres?
Sebian (14:47)
sorki za pytanie, ale to ważne
Ja (15:07)
nie 🙂
Ja (15:07)
a czemu pytasz?
Sebian (15:11)
a to dobrze
Sebian (15:11)
a co dziś robisz?
Ja (15:12)
na razie pracuję
Ja (15:12)
ale skąd to pytanie? 😉
Sebian (15:12)
chcemy się dziś z Tobą umówić, o ile pasuje, ale lepiej najpierw sprawdzić, czy jest to bezpieczne
Ja (15:13)
bezpieczne to jest ale dziś odpada
Ja (15:13)
może byc środa
Sebian (15:13)
uuu
Sebian (15:13)
no właśnie nie bardzo
Sebian (15:14)
ale co tam – niech będzie
Ja (15:14)
dziś i jutro mam zajęte
Sebian (15:14)
szkoda
Sebian (15:14)
bo my też dzis nie mamy okresu
Ja (15:14)
a pozniej?
Sebian (15:14)
a później, to nas krew zaleje
Sebian (15:15)
a może jednak możesz dzisiaj?
Sebian (15:15)
poooo mszy
Ja (15:15)
nie mogę
Ja (15:15)
dziś mam dziecko
Ja (15:15)
i jutro też
Sebian (15:15)
aha
Sebian (15:15)
to zabierz je
Ja (15:15)
nie
Ja (15:16)
za małe jest
Ja (15:16)
dopiero sie urodziło
Sebian (15:16)
popije, to urośnie
Ja (15:16)
jaaasne
Ja (15:17)
to co z tą środą? może być?
Sebian (15:22)
może
Sebian (15:22)
poooo mszy
Ja (15:22)
to chill
Ja (15:22)
popopopooomszy
Ja (15:23)
hehehe
Ja (15:23)
zarechotała załobnie bajka
Sebian (15:23)
hehehe
Sebian (15:23)
i padła
Ja (15:23)
jak długa
Ja (15:23)
a sebian przystapil do wiwisekcji
Sebian (15:23)
mam ochote na lody
Sebian (15:23)
wszystko przez Twojego bloga
Ja (15:23)
a to czemu?
Sebian (15:24)
a to trzeba czytać komentarze
Ja (15:24)
myślisz, że do Polityki będą dodane? 😉
Ja (15:24)
zaraz se poczytam
Ja (15:24)
teraz se pracuję
Sebian (15:24)
se pracuj
Sebian (15:24)
a garb niech urasta
Ja (15:24)
nie wytrzymię i pojdę sprawdzić 🙂
Ja (15:24)
sam masz garba buraku
Sebian (15:25)
truskawa
Sebian (15:25)
w centki
Ja (15:25)
lepsza truskawa na widelcu niż burak nie powiem gdzie 🙂
Sebian (15:26)
lepsze truskawy w rękach
Sebian (15:26)
prawa w lewej, a lewa w prawej
Ja (15:26)
jasne
Ja (15:26)
a pączki za uszami
Sebian (15:28)
za uszami to makaron
Ja (15:29)
gdzie te lody na blogu?
Ja (15:29)
u was nie znalazlam
Sebian (15:29)
u Ciebie
Sebian (15:29)
czytaj uważnie
Sebian (15:30)
jak dokończałaś wypowiedzi
Ja (15:30)
ach o to chodzi
Sebian (15:30)
nie, o loda
Ja (15:30)
loda z automatu chcesz?
Ja (15:30)
to se wsadź małego w odkurzacz
Ja (15:30)
hehehe
Sebian (15:30)
hihihi
Sebian (15:30)
jakbym nie miał gdzie wsadzać
Sebian (15:31)
wolę między truskawki
Sebian (15:31)
hihihihi
Ja (15:31)
w gniazdko próbowałes?
Ja (15:31)
nieźle trzepie ponoć
Ja (15:31)
między truskawki to ty nawet nie marz żeby wsadzić
Ja (15:31)
albo se idź na grządkę do babci Stefanii
Sebian (15:31)
gniazdo pasuje tylko do ryja świnii
Ja (15:35)
to ty powiedziałeś, hihi
Ja (15:38)
a kiedy ty masz okres?
Sebian (15:38)
jak w ryj dostanę
Sebian (15:38)
wtedy jucha leci
Ja (15:38)
heheh
Ja (15:39)
to widocznie kobiety mają tak zaprogramowane profilaktycznie
Ja (15:39)
pewnie Zeus Here lał raz w miesiacu na odlew i tak zostalo
Sebian (15:38)
od czasu do czasu
(…)
Sebian (15:41)
myślałem, że już po piciu, a tu znowu wyjazd
Ja (15:41)
a kaj?
Sebian (15:41)
będziemy pod chmurką gotować węgierską zupę gulaszową
Sebian (15:41)
Trzebnica
Ja (15:41)
fajnie
Sebian (15:42)
Fabian nie może
Sebian (15:42)
mojej Kobiałki nie ma
Ja (15:42)
wytrzebicie tam pewnie wszystkie świnskie ryje
Sebian (15:42)
sam jadę
Sebian (15:42)
pewnie tak
Ja (15:42)
no tak jak Fabian nie może i kobiałki nie ma to weź odkurzacz – dobrze Ci radzę 😉
Sebian (15:42)
urlop sobie wezme w piątek
Ja (15:42)
a co Fabian ma okres?
Sebian (15:42)
jadę się napić ;PPP
Ja (15:43)
nawet ozor masz krzywy Sebianku hehe
Sebian (15:43)
ale jaki zwinny
Ja (15:43)
wierzę na słowo
Sebian (15:43)
przyjemności dopiero za tydzień
Ja (15:43)
uuuu to przykre
Ja (15:43)
dobrze że tam są lasy w a lasach dziuple i świnskie ryje
Ja (15:43)
masz ozorek zwinny jak cherlawy wiewior
Sebian (15:44)
wiewióra przejechaliśmy w poniedziałek
Sebian (15:45)
jeszcze żył
Sebian (15:45)
więc mu pomogliśmy
Sebian (15:45)
co by się nie męczył
Ja (15:45)
zrobiliście mu oddychanie otworem wylotowym?
Ja (15:45)
czy mu pomogliscie zejść z tego świata z uśmiechem na pyszczku?
Ja (15:45)
znając ciebie to poszedł w ruch ozorek
Ja (15:47)
cooo tak długo cię nie ma? poszedłeś go odkopać czy jak?
Sebian (15:47)
z wytkniętym ozorem przejechałem po nim samochodem
Ja (15:47)
hehe
Ja (15:47)
wiedziałam
Ja (15:47)
i zrobilo ci sie dobrze, tak?
Sebian (15:47)
chyba czas zasypać truskawki w popiele
Ja (15:48)
i swinskie ryje w kaczych kupach
Sebian (15:48)
bo na gruszki za wcześnie
Ja (15:48)
hihihi
Ja (15:48)
a na truskawki już za późno
Ja (15:48)
za drogie są
Ja (15:48)
czereśnie sś jeszcze
Ja (15:48)
możesz sobie powtykać hany 😉
(…)
Sebian (15:54)
nie ma mojej Połówki 😦
Ja (15:54)
możesz kupić drugą w monopolu
Sebian (15:55)
wole jednak żywą
Sebian (15:55)
do butelki się nie mieści
Ja (15:55)
no jak się postarasz, to do butelki też wciśniesz
Ja (15:55)
popieścisz to zmieścisz
Sebian (15:56)
rozumiem, że Ty też używasz technologii kosmicznej
Ja (15:56)
nie :), ja nie muszę
Sebian (15:58)
ach – nie masz potrzeb
Ja (15:58)
mam, ale zaspokajane są na bieżąco
Ja (15:59)
i to nie przez butelkę
Ja (15:59)
hehe
Sebian (16:00)
więc o co chodzi?
Ja (16:00)
no martwie się o ciebie of course
Ja (16:00)
ześ taki niewyżyty
Ja (16:00)
i nie możesz się doczekać kobiałki
Sebian (16:01)
nie martw się
Ja (16:01)
aż wiewióry na drogach rozjeżdzasz
Sebian (16:01)
na boki nie łażę, więc motylka nie złapię
Ja (16:01)
hehehe
Ja (16:01)
ale moze kalafiorka
Ja (16:02)
nie skręcasz za rogiem? cały czas prosto?
Ja (16:02)
to ty biedaku ciężko masz z dojazdem do domu
Sebian (16:02)
kawałek
Sebian (16:02)
jak się doczołgam, to mam dość
Ja (16:02)
;0)
Sebian (16:03)
wskakuje na Wisłostradę i do końca… jej lub mojego
Ja (16:03)
hihihi
Ja (16:03)
to chyba jesteś nieśmiertelny
Ja (16:03)
bo ona ciagle jest
Sebian (16:03)
hehe
Sebian (16:04)
the nieśmiertelnies rulez
Ja (16:04)
taaa
Ja (16:05)
i bajka oczyma duszy ujrzala Sebiana śpiewajacego na masce mesi „who want’s to live forever” hihihi
(…)
Sebian (16:11)
tak se próbowałem nagiąć fakty
Ja (16:12)
to se nie próbuj
Ja (16:12)
nie ze mną te numery Sebian
Sebian (16:12)
oki Bruner
Sebian (16:13)
a może Brunhildo?
Ja (16:13)
ja jestem Hans
Ja (16:14)
i nauczę Cię pokory (świst pejcza)
Ja (16:14)
Sebian, Ty świnio ;)hehe
Sebian (16:14)
a właśnie muszę iść do kina na „Ogól się świnio”
Ja (16:15)
coś dla ciebie
Ja (16:15)
ostatnio jak cię widziałam to byłeś zarośniety jak Tony Halik
Sebian (16:15)
on był zarośnięty?
Ja (16:15)
a może jak Elżbieta Dzikowska?
Ja (16:16)
nie wiem
Sebian (16:16)
pomyliłaś go chyba z Yeti
Ja (16:16)
podobni byli 🙂
Ja (16:16)
za dużo blantów palili
Sebian (16:16)
a to na przekór się nie ogolę
Sebian (16:16)
będę zarośniety
Sebian (16:16)
Fabian też
Ja (16:16)
to fajnie
Ja (16:16)
wezmą was za bliźniakow
Ja (16:16)
i beda na was kwestowac na ulicy
Sebian (16:16)
możliwe to to jest
Ja (16:16)
na dzieci specjalnej troski
(…)
Sebian (16:17)
głodny jestem
Ja (16:17)
to żryj
Sebian (16:18)
a co?
Sebian (16:18)
zapomniałem obiad zamówić
Ja (16:18)
trawę sprzed bloku
Ja (16:18)
z psimi kupami
Ja (16:19)
pożywne i tanie
to fakt
Sebian (16:29)
mam chyba okres, klient mnie wq…ł, dam mu w ryj chyba
Ja (16:29)
to fakt, pms jak się patrzy
Ja (16:29)
tylko wiesz – jak mu dasz w ryj to może cię potem boleć 😉
Sebian (16:30)
zboczeniec truskawkowy
Ja (16:30)
hehehe
Ja (16:30)
odezwał się anioł
(…)
Sebian (16:33)
jakby mać natura chciała, to fiuty pasowałyby do uszu
(…)
Ja (16:38)
dzieci to ja lubię i to bardzo
Ja (16:39)
ale strasznie się długo skubane gotują
Sebian (16:39)
wiedźma
Ja (16:39)
tylko bez komplementow