Zgodnie z zamówieniem

Ziuta – Ty byś pokazała coś lepiej na tym blogu bo tylko piszesz i piszesz.
Ja – Palec Ci mogę pokazać. Wybierz sobie.
Ziuta – Sama se palec pokaż. Się pokaż jak wyglądasz idiotko.
Ja – Przez okno albo przez oczy. A za idiotkę masz w dziób i to publicznie.
Ziuta – Dobrze, że jestem daleko by bym udusiła przecież…
Ja – Matkę Dziecku byś zabrała? Ty Straszna Kobieto!
Ziuta – Nie marudź, dorósłby i podziękował. A tak to jeszcze musi wytrzymać 14 lat.
Ja – I to bez apelacji. Dramat.
Ziuta – Dobra mam urodziny jutro, kategorycznie domagam się zdjęć. Łóżkowych najlepiej, więc zaproś sąsiada.
Ja – Najlepszego…
Ziuta – Może być i najgorszy. Nie rzutuje.
Ja – Najlepszego Ci życzę głupia 😉

.

Tak? Dobra. Prosz.
Bez sąsiada, za to na łóżku. Zgodnie z zamówieniem.
Wu_a_la.




                

Wszystkiego czego chcesz, o czym tylko marzysz…

http://www.youtube-nocookie.com/v/d0AuaEVi6tE&hl=pl&fs=1&rel=0&color1=0x3a3a3a&color2=0x999999&border=1

Dobry wieczór. Mam na imię Anna i mam dziś imieniny. Anna, Ania, Anula, Aneczka, Andzia. Tylko Anki nie lubię. Po imieniu zwraca się do mnie kilka osób. Cztery w porywach do siedmiu. Reszta świata zna mnie w formie bezosobowej, albo jako Bajkę.

Historię tego pseudonimu i jego ewolucji do formy obecnej znają tylko najstarsi górale i weterani ro2, które kiedyś w niczym nie przypominało żadnego serwisu randkowego, a raczej wielkie forum dyskusyjne – księgi gości żyły tam swoim życiem oraz zawierały się długotrwałe przyjaźnie. Moja z Halutą jest tego najlepszym dowodem – to zdecydowanie najdłuższy i najbardziej udany związek w mojej emocjonalnej karierze. Wprawdzie Hal jest trochę kobietą, ale oj tam. Nobody’s perfect.

W dużym i mega uproszczonym skrócie: był sobie klub motocyklowy Bikers Cavalry (jeszcze wtedy na Bema 60), potem Bikersgirl, potem długo, długo Bike, aż komuś się spolszczyło do Bajk. Kwestia a na końcu to już czysto kosmetyczna poprawka.

Czyli imieniny, tak?

Wczoraj była wycieczka do Czerska i łażenie po ruinach zamku, były ulubione moje torciki Almondy made in Ikea oraz tyle lodów, ile tylko jest w stanie pomieścić jeden duży wafel. A dziś mam szampana, co to miał być na szczególne okazje. No bo w końcu uznajmy, że oto jest. Życzę sobie szczęścia. Po prostu. Jak zwyke przy każdej nadarzającej sie okazji. Takiego permanentnego, stałego, w które można skoczyć na główkę, bez trzymanki i z zamkniętymi oczyma. Bo wcale nie trzeba się bać. Kiedyś się musi spełnić.

A Siostrzycę uratował dziś gulasz wieprzowy, albo wołowy – nie pomnę.

Zawiozłam Młodego do Dziadków, pomachałam Mu do okna, przesłałam całusa i pojechałam do domu. W tramwaju wydzwoniła mnie właśnie Siostra. Otóż rozpakowując wieczorem zakupy natknęła się na wyżej wzmiankowany produkt garmażeryjny, a tam na nalepce stało czarno na białym, że "paczkowano: 26.07.2009". I ją olśniło, że ta data to dziś. TO dziś. A cały dzień miała dziwne przeczucie, że o czymś zapomniała. Tak oto gulasz w folii uratował sytuację oraz całkiem pokaźną odnogę naszego drzewa genealogicznego przed moim rozbudowanym i wielopoziomowym Marszałkiem Fochem. Od dziś zdecydowanie zmieni to nasz stosunek do tej części sklepowej półki 🙂

A Ty jak Drogi Czytelniku masz na imię?

Nowy domownik

W pokoju zamieszkało całkiem nowe, całkiem dorosłe i
lokatorskie łóżko. Metalowe, na antresoli. Naturalnie, że jestem w nim
szaleńczo zakochana. Jeszcze tylko częściowo zmontowane a już mnie
zachwyca. Sama zawsze o takim jako dziecko marzyłam. Jest wysokie na
tyle, że spokojnie zmieszczę się pod spodem bez schylania – stanie tam
komoda i zostanie jeszcze sporo miejsca na kącik do zabawy dla Igora.
Bardzo miła perspektywa dla Prawie Czterolatka z gwałtownym
zamiłowaniem do szałasów, namiotów, bunkrów i innych skrytych umocnień.

Mieszkanie, które w wdziękiem zaludniamy to mocno obstawione
trzydzieści metrów w tak zwanym starym budownictwie. Wolnej przestrzeni
jest tyle akurat by lekko tylko otrzeć się o klaustrofobię acz jeszcze
nie wrzeszczeć w panice, za to wzwyż pozostawia nam ów lokal całkiem
miłe pole do popisu. Antresola wydała mi się więc jedynym rozsądnym
pomysłem rozwiązującym palący problem wystających z niemowlęcego
łóżeczka lokatorskich stóp przy jednocześnie nie zmieniającym naszego
em w puszkę skumbrii w tomacie. Pomyśleć, że potrzebny nam sprzęt
spędzał dotychczas samotne chwile zamknięty w szopie i tylko czekał by
go przygarnąć. No to z dziką chęcią przygarnęliśmy.

W związku ze związkiem i okolicznościami Iggy przenosi się na pięterko. Był Jožin z bažin, pora na Lokatora z wyżyn. Póki co
tylko PanKot nie może się odnaleźć i nieustannie obwąchuje kolejne fragmenty
kolejnych rurek. Bo to łóżko głównie z rurek się składa właśnie. Gdyby mi nagle
jakiejś w obejściu zabrakło, z pewnością mogę jedną wypożyczyć i uratować
sytuację. A jak nam się znudzi, zmontujemy fletnię i zrobimy karierę jak Mike Oldfield. Grunt to mieć dobry plan.

Obecnie Młody śpi w pozycji na statuę wolności czasami ewoluującą w
pozycję rozgwiazdy na mojej leżance, czyli chyba pora wyciągnąć
śpiworek i zaprzyjaźnić się z dywanem. No ale jestem szczęśliwa, tak?
Wszyscy na miejscu i jeszcze do tego stęsknieni jak trzeba. PanKot
wspaniałomyślnie wzgardził dogorywającą zielenią w doniczkach i
wygodnie umościwszy się pomiędzy nami, mruczy jak rasowy Harley. A ja
leżę, pachnę i cieszę się zasłużonym weekendem, który zamierzam spędzić
na koncertowym byczeniu się ile wlezie. Jedyny palec jakim mogę kiwnąć
to środkowy, na wypadek propozycji jakiejkolwiek, poza obligatoryjnymi,
aktywności.

Że tak to ujmę lingwistycznie – knee who ya.

Cud, miód i orzeszki.

Przystanek samodzielność

Skończyło się przedszkole, zaraz po nim dwutygodniowa akcja letnia, na którą zdołaliśmy się zapisać, a udało się, że tak to ujmę, o długość przednich zębów – kolejka chętnych była bowiem długa i absolutnie bezwzględna. Od poniedziałku Lokator ma wakacje w Mamutowie a ja mam nieustająco zwinięte w supeł wszystko w środku.

Powinnam się cieszyć, pląsać w podskokach z racji nagle odzyskanej wolności i rzucić się w wir wszystkiego, czego dotychczas nie robiłam z przyczyn opiekuńczo-wychowawczych. Chadzać na imprezy, wracać na czworaka albo wcale, zamiast obiadu jeść popcorn z mikrofalówki i popijać colą, biegać po mieszkaniu wyłącznie nago, kląć jak stary marynarz, a w przebłyskach pragnienia kultury oglądać ociekające przemocą i seksem dzieła kinematografii. Powinnam. Ale zupełnie nie mam ochoty. Zwyczajnie tęsknię.

Mogę pojechać tam raz czy dwa w tygodniu, kiedy akurat kończę wcześniej pracę i mogę zabierać Go na weekendy. Gdy mam drugą zmianę, nawet nie ma sensu jechać – zanim dotrę na miejsce, już zaśnie a ja i tak będę musiała wrócić z przyczyn metrażowo-niezależnych. I choć wiem, że w Mamutowie jest Młodemu super, świetnie się bawi i wcale za mną nie tęskni (powiedział mi, szuja), to im jest starszy, tym trudniej na dłużej mi się z Nim rozstać. Mam nadzieję, że to minie, albowiem średnio widzę oczyma wyobraźni okres burzy i naporu albo pierwsze randki z mamuśką w charakterze towarzyszącej paprotki.

Dzwonię. Staram się tylko dwa razy dziennie. Leczę uzależnienie 🙂

Ostatnio powitał mnie komunikatem:
– Ceść, jem jabuszko. Później zadzwoń. Teraz nie.
Potem było:
– Telas ide jeździć na lowerze. Na lazie!
Następnie:
– Idziemy z dziadkiem na zjezdzalnie. Nie mamy casu zupełnie. No to pa!

Tylko czekać aż usłyszę: – Idę z Jolką do kina, wracam we środę…

Rocznik 78

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małym grzdylem, spytana czy jest coś, czego się boję, odpowiadałam, że niczego, chyba, że to jest cebula. Cebuli nienawidzę bowiem od zawsze szczerze i z olbrzymią wzajemnością, gdyż mam na nią alergię. Potem sąsiadka zabrała mnie do lasu na grzyby i zaczęłam bać się mrówek. Wylądowałam bowiem w całkiem potężnym mrowisku i zanim zdołałam się z niego wygrzebać, byłam już cała w bąblach. Bolało jak diabli i pamiętam to doskonale a byłam jeszcze przedszkolakiem.

Poza tym nic nie robiło na mnie większego wrażenia. Taki byłam chojrak.

Ostatnio boję się coraz częściej. A to, że pralka wyleje i będę miała w kuchni basen z pianką, albo rachunek za energię i gaz przyprawi mnie o tachykardię a Doktor House jest tylko jeden, zmyślony i w dodatku bardzo daleko, że zostawię bilet w innych spodniach i akurat spotka mnie przyjemność z Panem Kontrolerem (nie wiem o co w tym chodzi ale niezależnie od faktu permanentnego posiadania biletu zawsze podczas kontroli czuję się jak wywołana do odpowiedzi na lekcji geografii, kiedy to oczywiście jestem dramatycznie nieprzygotowana i akurat grałam w statki albo marzyłam o niebieskich migdałach, za to z pewnością nie o cieśninach i prądach przez nie płynących) albo PanKot wyskoczy oknem jak tylko znajdzie sposobność, albo Lokator przestanie chcieć się przytulać i być mizianym po głowie na dobranoc. W ogóle strasznie dużo tych strachów mam teraz. Albo, że sama zostanę. Bo na to się w sumie zanosi jakby. Samej mnie już ze sobą trudno wytrzymać a co dopiero znaleźć kogoś, kto by się dobrowolnie poddał takim torturom. Przesrane z lekka. Jeśli znajdzie się śmiałek, to musi być upośledzony pod innym względem – nie wiem… morderca, psychopata, operator wózka widłowego z rzeźnickim nożem i mordem w oku? Albo filatelista-numizmatyk nagrywający wszystkie odcinki Mody na sukces. Sama nie wiem co gorsze. Wybieram bramkę numer 4 i wjeżdżam traktorem na szóste piętro bez windy.

W przypływie nostalgii zajrzałam w końcu w to siedlisko rozpusty i gonadotropizmu – Naszą Klasę. Broniłam się długo, przyznaję – z czystej przekory i uporu oczywiście, bo jeśli byli tam wszyscy, to ja na złość nie wlezę. Ale wlazłam. Założyłam sobie profil. Wylazłam. Za jakiś czas zalogowałam się ponownie i okazało się, że naprawdę byli tam wszyscy. Jestem w szoku. Wszyscy mnie pamiętają, chcą żeby ich dodała do listy znajomych i mają jakieś pytania. Nie jestem na to gotowa. A gra wstępna?

Dziwnie się patrzy na zdjęcie Miłości Mojego Nastoletniego Życia, której na hasło "oddaj mi nerkę" oddałabym obie i jeszcze w zębach przyniosła kilkanaście od okolicznych przygodnie napotkanych "dawców", a teraz jest żonata, dzieciata i wakacje spędza przy grillu albo popijając piwko we Władysławowie. Ból istnienia niewątpliwie łagodzi fakt, że na tych zdjęciach po chłopaku, w którym byłam tak szaleńczo zakochana i z którym dość długo łączyły mnie całkiem poważne życiowe plany, nie pozostał najmniejszy ślad. Zbrzydł, roztył się przepotwornie i wyraźnie poszedł w stronę osobników zwanych roboczo ABS (Absolutnie Bez Szyi) a sądząc po niektórych opisach, raczej trudno byłoby nam dziś znaleźć płaszczyznę porozumienia i jakikolwiek wątek konwersacyjny. Ale jest pewnie szczęśliwy i to właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

Zdecydowanie wypisuję się z tego portalu. Nie dlatego, że brak mi wspaniałych wspomnień. Przeciwnie – może właśnie dla nich warto stamtąd po prostu wyjść. Mam wszystko w myślach i wolę to pamiętać takim, jakie było. Bez porównań, bez rozczarowań. To miejsce gdzie warto pochwalić się domkiem z ogródkiem, ślubnym plenerkiem i fotkami uroczej gromadki dziateczek, albo powymieniać ploteczkami. Jeśli z tego wszystkiego masz tylko uroczego dziateczka sztuk jeden, swoje dawne nazwisko i brak perspektyw na ogródek i obrączkę, nie masz tam czego szukać. Najwyraźniej mam kiepski czas, albo z wiekiem zrobiłam się mało odporna i przecieram się na szwach.

Zupełnym szczytem zaś są dla mnie informacje, że czyjeś tam małżeństwo się rozpadło, bo druga połowa spotkała miłość z dawnych lat, pisali do siebie, pisali i zaiskrzyło. Odpowiedzialność i dojrzałość na poziomie komórkowym rzeżuchy doprawdy. Do elektrowni migiem a nie paluszki na pisanie marnować. Rozwiąże się problem brakujących pokładów energii, ludzkość będzie uratowana i alleluja.

Dobra, pomarudziłam sobie. Teraz obejrzę jak Doktor House na widok brakującego tipsa zdiagnozuje u pacjentki Creutzfeldta-Jakoba albo kuru i zapadnę na śpiączkę afrykańską. Do szóstej.

Ciąg wyrazów nieparlamentarnych

We wtorek po południu w mieszkaniu w sąsiedniej klatce znaleziono Starszą Panią. Akurat byłam w domu i usłyszałam przeraźliwy krzyk. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że ktoś wypadł z okna, chwyciłam więc ze stołu klucze, telefon i wybiegłam. Odruchowo, bo może trzeba wezwać pomoc. Starszą Panią odwiedziła wnuczka. Dziewczyna jest w szoku. Jak się później dowiedzieliśmy, staruszka zmarła przeszło tydzień wcześniej. Nawet nie próbuję myśleć co dzieje się z ciałem po upływie tygodnia w takiej temperaturze. Próbuję za to zrozumieć czemu wcześniej nikt się Starszą Panią nie zainteresował. Tak się bowiem składa, że jej Córka, mieszka na drugim końcu kamienicy, a jest kobietą bardzo aktywną – zwłaszcza w kontekście rozpowszechniania plotek i kościelnych agitacji. Tym bardziej zdumiewa mnie jej jawna ignorancja w samej tylko kwestii przykazań.

Nie wyobrażam sobie kontaktu z Mamutem rzadziej niż co dwa dni. Na ogół staramy się jednak codziennie. Mimo, że czasem to był tylko krótki telefon pod hasłem: "wszystko w porządku ale mam pożar w burdelu i nie mogę gadać". Po prostu nigdzie mi się to nie mieści. Choćby za sam fakt nieprzespanych nocy i zmieniania ton pieluch czy dyżurowania przy moim łóżku gdy chorowałam Rodzicom należy się moje zainteresowanie. Ja mam to wgrane w system operacyjny. Po prostu.

Do trzeciej w nocy udało się w końcu zabrać ciało Starszej Pani z tego mieszkania. Pogotowie, policja, lekarz, prokurator, stado innych ludzi pomiędzy – nie sądziłam, że tyle to trwa. Inna sprawa, że nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam.

Do rana Córka Starszej Pani z sąsiadkami sprzątały mieszkanie. Na drugi dzień rodzina rozgłośnie skłóciła się o spadek i to, kto powinien dostać mieszkanie.

Nie umiem tego skomentować. Nijak.

Pojemność dwa czterysta

Jem czereśnie, popijam colą i zastanawiam się kiedy pęknę.

Mamut, któremu przeczytałam poprzednią notkę, orzekł:

No… To męża dla Ciebie mamy z głowy.
Większe szanse ma chyba nawet Breżniew, choć nie żyje.

Chyba faktycznie bardziej mogę liczyć na spektakularną karierę w chińskim balecie. Stopa 39. I zdecydowany brak talii osy. Taaak.

Aczkolwiek jakbym tak mocno zliftingowała się ściśniętym kucykiem (tak właśnie, bo jak się bardzo postaram to już taki mikroskopijny mysi ogonek będzie), to jednak mam coś z Chinki. Nieco się wprawdzie pole widzenia zawęża, ale oj tam.

PanKot dokonał przegrupowań w domowych zielonościach i oto parapet okienny w pokoju zyskał nieco więcej przestrzeni. Dwie zamie poszły do doniczkowego nieba. A ja poszłam po tasak, topór, szlifierkę kątową i wziernik. Niestety nic z tych rzeczy nie znalazłam, czego zresztą można się było spodziewać bo to w końcu ja tam mieszkam, a nie monter-ginekolog wycinający po godzinach okoliczne zagajniki i z zapałem siekający kotlety.

Droga Redakcjo! Bardzo lubię rośliny na parapecie i niezwykle cenię sobie ich posiadanie. Moja urocza kicia najwyraźniej podziela ten wielki entuzjazm dla kwiatów i notorycznie konsumuje kolejne fragmenty nawet tych, które w teorii są nieco podtruwające, a z pewnością mało smaczne. Kocią trawkę i inne zieleniny podsuwane mu pod nos z uporem maniaka ignoruje. Co robić? Czy jest coś, co jest rośliną, nadale się na parapet, nie jest kaktusem i czego nie zeżre kot? Nieco idiotycznie byłoby otoczyć się rzeżuchą.

Niestety obawiam się, że kot zeżre wszystko. Rośliny z doniczek, pamiątki właścicieli, tynk z przedpokoju a także – w sprzyjających okoliczościach – znienawidzonego ratlera sąsiadów. W dodatku mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że on to robi umyślnie i złośliwie. Biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowanie nie cierpi z głodu, śmiem twierdzić, że PanKot to enta reinkarnacja jakiegoś mega_wkurwiającego gnoma. A rzeżuchę też wciągnie.

Matko! Zwariuję od tych czereśni.
Czy Wy też jak zaczniecie je jeść, to nie możecie przestać?