A Ty… jakim jesteś kolorem?

BLUE


You give your love and friendship unconditionaly. You enjoy long, thoughtful conversations rich in philosophy and spirituality. You are very loyal and intuitive.


Find out your color at Quiz Me!

YELLOW


You are very perceptive and smart. You are clear and to the point and have a great sense of humor. You are always learning and searching for understanding.


Find out your color at Quiz Me!

A jakby to zmieszać to otrzymamy zielony…
I bądź tu człowieku mądry

Bajka zaklęta w barwie
niejedrorodnej…
🙂

'Możecie liczyć na przyjaciół… pomogą wam'

Z cyklu ‚Rozmówki pracownicze’

Siedzimy z Basią zblazowane perspektywą kolejnego pięknego dnia spędzanego w pracy zamiast na spacerze.
Marzą nam się wagary na jakimś hamaku i stado mężczyzn z wachlarzami z palmowych liści.
Mile widziani sympatyczni wizualnie mulaci… z dużymi… wachlarzami rzecz jasna.
Pracować nam sie nie chce wybitnie… czyli dzień jak co dzień.
Komentujemy wypowiedzi naszych komunikatorowych rozmówców płci męskiej w stylu ‚rwij mnie, rwij mnie bo stracę formę’… komentarze bywają drastyczne… zwłaszcza moje.
Basia jako dziewczę młode i nie zepsute jeszcze złośliwcem w stopniu znacznym zaśmiewa się z ripost, którymi raczę miłych panów.
Mało tego – Ona je lubi.
Lubi, ceni i twierdzi, że są świetne.
Zapisuję to specjalnie, żeby mieć to gdzieś zarchiwizowane, bo potem mi nikt nie uwierzy.

Chwila przerwy z ciągotami refleksyjnymi…

Ja – Ależ ja jestem wredna – ale za to jaka samokrytyczna…
Basia – Oj tam… Ktoś musi być 😉

Nie ma jak pomoc… psychiczna 😉

Dzisiejszy tytuł ocenzurowano… a sponsoruje go literka 'k'

Jeśli dziś środa to jesteśmy… śpiący.
Generalnie rano jesteśmy śpiący… zwłaszcza w pracy… zwłaszcza gdy do weekendu jeszcze dwa dni… zwłaszcza gdy nastrój jak pogoda w górach… i zwłaszcza gdy pół nocy wyplątywaliśmy się z kołdry by potem następne pół się w nią wplątywać… takie nowe hobby.
Tumiwisizm z tendencją do nagłego nerwa pospolitego. Nerw pospolity występuje najczęściej stadnie i lubi zwiększać swoje nasilenie w okolicach końca miesiąca, gdy nie wiadomo, czy premia będzie czy też w tym miesiącu mamy dietę cud i nową sportową dyscyplinę olimpijską – ogryzanie tynku na czas. No i bomba. Kwiecień przywita nas radośnie. Będzie nas stać na obiady i nawet czasami kolacje. Ha! Ot burżujka ze mnie straszna. Szkoda, że jakoś apetyt znowu straciłam. Nie straciłam za to zimnej krwi, gdy rano na moście zepsuł się autobus i musiałam uskutecznić marszobieg, bo tam oczywiście nie ma żadnego przystanku. Najbliższy… nieopodal pracy mojej szanownej, więc nie skorzystam raczej. Marszobieg uskuteczniałam nagły i ze wszech miar szalony, bo dziś co by wiośnie hołd oddać założyłam kiecunię. Kiecunia długaśna do kostek, sztywna bo w stylu militarnym (Mamut twierdzi, że to zakamuflowany wojskowy namiot), z rozpierdaczem tylnym po kolana, więc biega się w niej niespecjalnie komfortowo. Ale od czego pomysły. Jeśli ktoś w średnio-wczesnych (znowu zaspałam) godzinach porannych dostrzegł wybitnie interesujące zjawisko płci żeńskiej popylające mostem z torbą w jednej dłoni a dolną częścią podwiniętej spódnicy w drugiej i włosem jasnym a na wietrze rozwianym obute w solidne wojskowe glany… to byłam to ja we własnej zbzikowanej do reszty osobie. Jeśli przez zupełny przypadek ktoś później, obserwując ciąg dalszy mojego sprintu, dostrzegł w jakim pięknym stylu dowolnym pękła moja kilometrowa sznurówka z prawego buta… to miał niewątpliwy ubaw po pachy i powinien przygotować punktację. I niech się cieszy ten ktoś, że nie słyszał okrzyków bojowych jakie wtedy z mojej niewinnej, rzec by można, buziuchny wydobywać się zaczęły. Niejeden szewc wiele mógły się o zgrozo nauczyć i to bynajmniej nie z wiedzy fachowej.
Poza tym bywam całkiem oswojona…

Miłego dnia

Smutas bajkowy… decydujące starcie

Zakończył swój barwny miauczący żywot Kot Duduś Dudusławem zwany…
Przykre to… zawsze.
Przywiązujemy się do miejsc, ludzi, zwierząt…
A wyjątkowy to był kot ze wszech miar.
Ale męczył się już biedaczek… choć czasem bywało jakby lepiej…
Choroba nie wybiera.
Miłość też…
A kochałam go całym swoim głaszczącym za uszkiem ‚ja’.
Bywa i tak…
Złudzenia niektóre też zakończyły swój żywot…
Zwłaszcza te uczuciowe…
Może tylko wolałabym mieć świadomość, że są ludzie, dla których znaczę nieco więcej.
Może mniej kłamstw by się przydało…
i szczerości więcej…
Może…
A może tak już bywa…
że mnie się tylko wydawało…
że mnie się na prawdę nie da pokochać… na dłużej…
że to normalne, że każdy z nas jest tylko jednym z wielu punktów na tej prostej…
i że z każdym nastepnym, każdy poprzedni istnieć przestaje…
i że to ja chyba tylko mam tak, że pamiętam… doceniam… nie chcę zacierać śladów na piasku tylko dlatego, że ucichł wiatr…
chyba tylko…
przypomina mi się sekcja… na jeszcze ciepłych zwłokach…

Czekam na kamień
W miejscu, które teraz boli…

Może bredzić przestanę
i mniej się użalać…
może uda się wreszcie być silną…
może…

Tajemnica numerowanej torby, czyli jestem roztrzepana jak jajo do panierki

Robię wiele kompletnie niezrozumiałych rzeczy… bo lubię. Wykonuję wiele nieprzydatnych gestów… bo tak! Chadzam dłuższymi drogami… bo widoki ładniejsze. Bo po cóż sobie życie ułatwiać skoro można na ten przykład utrudnić. Ciekawiej będzie… i emocji więcej… równie niezrozumiałych… Potrafię posługiwać się skrótami myślowymi jak mało kto. Tak dobrze mi to wychodzi, że potem często dość zapominam, o co mi w ogóle szło i jaką drogą dotarłam do zanotowanych informacji, które w tym momencie raczej stają się szyfrem niż jakąkolwiek podpowiedzią i ułatwieniem. Szyfrem, do którego klucz znajduje się gdzieś wewnątrz mojego roztrzepania. Można sobie darować poszukiwania. Od razu. Na szczęście do rzeczy wybitnie ważnych i naistotniejszych pod słońcem mam pamięć dobrą… na resztę jest iście wiewiórcza (skrót myślowy od wybiórczej – dla nietomnych).
Takie na przykład numery telefoniczne…
Bywają mniej i bardziej pomocne i ważne… można je zapisać wszystkim – od ołówka począwszy, na cieniu do powiek skończywczy… i wszędzie…
Dokładnie wszędzie. Pomijam tak trywialne karteczki, karteluszki, sklepowe rachunki, koperty, bankomatowe świstki, chusteczki higieniczne, okładki doszczętnie już zabazgranego starego notesu… Nie wspomnę nawet o częściach ciała czy garderoby. Kiedyś numer telefonu zdarzyło mi się mieć zapisany nawet na podeszwie trampka… ale to czasy licealne były i na wuefie raczej nie dysponowałam niczym innym. A numer był mi niezbędnie potrzebny i potem pół godziny udawałam, że boli mnie lewa noga by nie musieć na niej stawać. Ale ostatnio przeszłam sama siebie.
Na zajęcia rysunku i malarstwa nosić zwykłam rysunkową teczkę i przyległości ołówkowo-węglowo-pędzlowo-farbiane w obszernej torbie foliowej reklamówką potocznie zwanej. I ta reklamówka musiała mi ostatnimi czasy posłużyć jako notes. Najwyraźniej musiała. Bo kompletnie nie pamiętam okoliczności wpisania dziewięciocyfrowej liczby układającej się w numer telefonu komórkowego, na który się natknęłam przestawiając ją z kąta w kąt. A co za tym idzie nie pamiętam również osoby, która właścicielem owego numeru zwać by sie mogła. Taaaaak. Historia zna takie przypadki. Można także bardzo obficie i pieczołowicie zasmarować sklerokarteczkę różnymi znakami charakterystycznymi, ale trzeba się liczyć z tym, że po jakimś czasie te znaki staną się wcale nie charakterystyczne a raczej niezrozumiałe dla przeciętnego śmiertelnika. I wtedy to już chyba sam pan Bóg może wiedzieć o cóż nam do licha chodziło. Ale On niestety nie udziela prywatnych audiencji… chyba, że po śmierci… a tak długo to mi się czekać nie opłaca. Zresztą w piekle lepiej – kupa znajomych… no i jakie imprezki.
Znając siebie zadzwonię pod ten numer z reklamówki. I znając siebie przedstawię się ładnie i spytam rozmówcy, czy mnie zna… bo ja ten numer mam zapisany na torbie… ale za Chiny ludowe nie wiem kiedy, jak, gdzie i po co go wpisałam… a już najbardziej nie wiem do kogo… ten tego ten

Miłego dnia

Aaabsolutnie podejmę stanowisko polarnego niedźwiedzia… byle z przytulną gawrą…

Budzenie proszę zamówić na połowę kwietnia… albo na maj… wtedy już będzie pięknie, ciepło i ogólnie przyjemnie. Zakwitną bzy, ptaszki będą się świergolić jak dzikie a słońce będzie grzało jak Józek na Harleyu. Do tej pory będę miała minę pod tytułem ‚bez kija nie podchodź… albo podejdź… zdzielę cię czymś innym’.
Nie podoba mi się, że ktoś ukradł mi godzinę snu. Bez pytania. Tak się nie robi. Nikogo nie obchodzi, że ja miałam plany na tę godzinę. Bo miała mi się akurat przyśnić bardzo very ważna scena. Otóż całą noc śniłam zbrodnicze kryminały z wątkami miłosnymi. Wątki miłosne ograniczały się na szczęście do umiłowania broni palnej i nie przypominały wenezuelskich seriali tv ale były. I zabrakło mi tej jednej godziny by sobie z panem zabójcą pogwarzyć w miłej atmosferze i wydobyć z niego jakąś wybitnie potrzebną mi informację. Oczywiście na koniec zabiłby mnie niechybnie ale być może wcześniej nawet z lekka wykorzystał… A ja bym sie oczywiście opierała… O ścianę… Bo to bardzo przystojny pan zabójca był i z takim spojrzeniem i z takim wszystkim innym to on mnie w każdej chwili mordować może. Sama mu nóż podam albo inną giwerę. I obudził mnie poranny świergot Mamuta w kuchni. Bo Mamut zawsze zaczyna kuchenne harce w niedzielny poranek o godzinie 8. A gdyby tej godziny mi nie zabrali… to mogłabym sobie jeszcze dośnić tę końcówkę zabójczą. A tu dupa blada. Sen sobie poszedł obrażony i nie wrócił.
To nic, że to było w sobotnią noc i niedzielny poranek… skutki odczuwam do dziś, bo takiej ważnej godziny snu nie da się odespać. Sprawdziłam. Ziewa się, jakby się nie spało całą niemal noc. Bez ustanku i z wielkim ‚aaaaa’.
To ja poproszę… ładnie… o tę niedźwiedzią posadę… od zaraz…

Big ziew