Rozmowy kontrolowane

Ja
właśnie odebrałam ciekawy post by gg:
‚cześć bajka piszesz może wiersze na zamówienie?’
Ja
żenada – kolo chce jakiś poemacik dla panny
On
właśnie… słuchaj, podrywam taką szatynkę i przydałby się jakiś zachęcający…
Ja
poradzisz sobie 😉
On
na dole fiołki
na górze róże
a my na trawce bara bara

On
może być? poleci na to?
Ja
no ;))
dla mnie bomba
startuj
będzie twoja
On
kull

po chwili
On
fiołki na górze
a ty może dla mnie
na rurze
?
Ja
bosz…
może ty już nie pisz rymowanek co?
Ja
może w białych wierszach ci lepiej pójdzie…
On
lepiej?! to jest wspaniałe przecież
Ja
aha…
a ja jestem stukilogramowym murzynem
i tańczę salsę
On
ooo schudło się 😉
Ja
no
troszku
On
dbaj o linię z tym nie ma żartuff 😉
Ja
dbam…
żeby była gruba i wyraźna

🙂

Zaklinanie…

Dzięki za miłość

Mam na imię…
Miło mi…
Udajemy że
Znamy się od kilku chwil
Milczę… nie bój się
Nie uwierzysz… tak to ja…
Gdy zerkam w twoją twarz
Nie potrafię znaleźć siebie tam
Nie pozostał po mnie żaden ślad

Dzięki za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Dzięki że to już skończone
Dzięki że minąłeś we mnie już

Ciągle za mną
Oddech twój
Ciągle czuję cię
Znikam w tłumie
Znów twój śmiech
Ktoś zatrzasnął drzwi

Nagle sami – ja i ty
Przeklęte de ja vu
Zabłądziły gdzieś
Głupie dłonie me
Ale usta… one nie śpią więc…

Nie… dzięki… za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Przeszły dawno i skończony
Dzięki …
Wierz mi
Gdziekolwiek jeszcze jest
Miłość – znajdę ją
Klęczysz
Z głową pochyloną
Idę
I bez lęku mijam cię…

Dzięki za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Szepty krzyki i dotknięcia
Iskry
Wierz mi
Gdziekolwiek jeszcze jest
Miłość – znajdę ją
Wierz mi
Niechby mnie dopadła
Nowa – jeśli boli
to co?
niech boli

Grzegorz Ciechowski
Katarzyna Groniec

Kiedyś uwierzę
Pogodnego weekendu
Bajka

Halucynogenna noc, rześki poranek…

Noc spędziłam z Halką.
Wybacz Alty ale jesteś daleko a czego oczy nie widzą to lepiej żeby nie zobaczyły i tak dalej 😉
Zaczęło się od pół mokotowskich, gdzie słynna już skądinąd Malinezja świętowała kolejny rok ataku wolnych rodników czyli urodziny. Dowlokłam się tam padnięta po chóralnych czwartkowych popisach wokalnych i z miejsca porwał mnie wir. Wir osób, tańca i ogólnej uciechy. Pląsałyśmy z Halą jak rasowe dziunie aż przyszła pora kiedy Bajka, choć o bycie grzeczną dziewczynką nikt by jej nie posądzał, musi wracać do domu. A to z tego prostego powodu, że komunikacja miejska nie przepada za błotnisto-bagiennymi i zalesionymi obficie terenami Rembridge (home sweet home) i autobusy traktują to miejsce wybitnie olewczo. Jeżdżą jak chcą i kiedy chcą a mnie nie uśmiecha się 25-kilometrowa wycieczka krajoznawcza albo czekanie na zapijaczony nocnik 605, od którego i tak potem czeka mnie urocza przebieżka. Na moje jęknięcia nieśmiałe, że muszę już iść, Halka-kusicielka zrobiła się stanowcza i męska: ‚Chodź do mnie maleńka… będzie fajnie’ – mówiły jej oczy a cała reszta pląsać na parkiecie chciała dalej. Moje argumenty nie okazały się zbyt przekonujące i tak to zostałam podstępnie zwabiona do jej domostwa… Nie powiem, że na siłę, o nie 😉 Ale skąd mogłam przypuszczać, że Halucyna zwabi mnie do siebie celem umęczenia ogólnego i tortur wymyślnych. Tego nie przewidziałam…
Dotarłysmy późną nocą (o dzięki Ci zmotoryzowany Krzysiu), narobiłyśmy szumu, pomęczyłyśmy psa, narozlewałyśmy herbaty, wykorzystałyśmy rozmówczo młodszego halkowego brata, pochichrałyśmy się smętnie z deczka bo już się pierwsza zrobiła i pojechałyśmy do ‚Hono lulu’ przez ‚Łazienki’. Zasnęłam tak szybko, że nawet nie pamiętam jak trafiłam do łóżka. Rano masakra dźwiękowa. Hala w pełnym rynsztunku wparowała do pokoju z radosnym świergotem oznajmiając ‚Uuu! Wstaaawaj! Już sióóódma!’ niszcząc większość moich szarych komórek nastawionych na opcję ‚błogi sen’. Jakim cudem mój budzik telefoniczny nie zadzwonił? Nie wiem… najwyraźniej byłam zbyt zaspana by go usłyszeć. Otworzyłam oczy z trudem, z jeszcze większym usiadłam a już wysiłkiem umysłowym niemałej klasy okazało się odnalezienie skarpetek. Skarpetki na stopach to podstawa. Można zacząć dzień. Potem zakłada sie zegarek… i człek głupieje. Bo na zegarku 6.12… a skoro miał wstać dopiero o 7.00 to po kiego grzyba teraz siedzi w tych skarach na brzegu łóżka i z głupią miną zaspanego rosomaka wpatruje się to w cyferblat to w komórkę? Błysk mojej błyskotliwej myśli powalił mnie na kolana. Nieśmiało baknęłam do nienaturalnie rozentuzjazmowanej o tej chorej porze Halki, że jest dopiero po szóstej… Na co ona, z lekka się zmarszczywszy, dała wyraz swemu zdziwieniu a następnie pogodnym tonem dodała ‚Eeee… taaak… to może się jeszcze prześpij’. Nie wiem czy skończyła bo skwapliwie skorzystałam z tego pomysłu wpadając w jeszcze ciepłą pościel z sobie tylko znaną rozkoszą i przywitałam fazę REM. Potem zobaczyłam, że też się zdrzemnęła… w opakowaniu 😉 Mój budzik zadzwonił o czasie informując bardziej i mniej zainteresowanych o tym, że minęła 7.00. Już wspominałam, że go nie lubię. Całkiem bardzo nawet. Powtórne wstawanie wyszło mi nieco lepiej niż za pierwszym razem. Już wiedziałam gdzie są skarpetki. Dalej poszło z górki.
Tylko Halce mogę wybaczyć podstepne zwabienie mnie na noc i uśpienie w okolicach drugiej jedynie po to by mnie o 6.12 postawić w stan gotowości bojowej i zmusić do szukania z obłędem w oczach swojego ja w zakamarkach snu. Pomijając oczywiście fakt, że byłam jakoś mocniej niż zwykle nieprzytomna i nie zraził mnie nawet halkowy czworonóg Bell porannym ‚kapciem’ chuchający mi w nos z radości, że może mi troche poprzeszkadzać w wiązaniu sznurówek.
A teraz skubane znowu się rozwiązują…
Nie krochmalcie nigdy więzadeł owsianką 😉

Bajka rozwiązła

Refleksje rasowej kobiety z zachciankami na temat porannych spóźnienień do pracy

Wczoraj w porze drugiego śniadania, które rzadko dla mnie w ogóle pierwszym nawet bywa, zapragnęłam jak rasowa kobieta z zachciankami. Rasowa kobieta z zachciankami budzi się we mnie częściej niż jadam jakiekolwiek śniadania i objawia się na przykład niepohamowanym głodem śledzi marynowanych albo lodów malinowych w środku głuchej nocy na wakacjach w jakimś Pierdziszewie, gdzie najbliższy sklep (oddalony o zaledwie 4 kilometry) ma dostawę pieczywa dwa razy w tygodniu – w środy i soboty. Zachcianki rasowej kobiety z zachciankami są bezsprzecznie najsilniejsze na świecie i absolutnie najważniejsze. MUSZĄ zostać zaspokojone NATYCHMIASTOWO. W przeciwnym razie grożą utratą zdrowia a nawet życia… osoby, która nie ma ochoty ich spełnić. Bowiem naprawdę rasowa kobieta z zachciankami jest wredną szują, która wykorzystuje biednych panów znacząco mrugając rzęs wachlarzem i w tym trzepocie zniżając tembr głosu do niebezpiecznie zmysłowo-mruczącego progu, zmusza ich do zdobycia dla niej przedmiotu owego pragnienia. Nie każda jednak rasowa kobieta z zachciankami musi być aż tak bardzo rasowa. Mnie wystarczyło ładnie poprosić… promienny uśmiech jest w pakiecie i ten model bez niego nie występuje. Pragnienie moje miało postać słodkiej owsianki miodowo-orzechowej i kusiło z opakowania obietnicą rajskiego smaku, aromatu i ogólnym miłym rozpłynięciem się w ustach ze szczególnym uwielbieniem dla kubków smakowych dalszych. Mrraaaauuu. Zakupu dokonał kolega, któremu mój żołądek miał być niezmiernie wdzięczny. I pewnie by był… gdyby rzeczona upragniona zachciankowo owsianka do niego dotarła. Ale stało się niestety inaczej. Bo jak już byłam tuż tuż i nalewałam gorącej wody przy pracowniczym wodopoju do gotowej misktury owsiankowo-miodowo-orzechowej (czyli szalenie zdrowe E-coś tam) i już prawie czułam tę błogość na języku… pojemnik zrobił salto mortale, owsianka przeuroczą hosanną upstrzyła moje glany, spodnie i podłogę w promieniu solidnego pawia a mnie trafił szlag! Na miejscu! I z siłą wodospadu! Całe szczęście, że przez kolejne 15 minut nikt nie chciał niczego ode mnie i sie nie odzywał, bo zapewne wyszłabym z tasakiem, siekierą bądź piłą łańcuchową na ulicę i zawalczyła z przeludnieniem świata rozpoczynając od stolicy. Taki wkurw nie zdarza się często. Bowiem rasowa kobieta z zachciankami brutalnie pozbawiona przedmiotu pożądania, który to przedmiot już był przez nią prawie osiągnięty, wpada w furię i może mordować… nawet seryjnie. Zamiast mordować zajęłam się uprzątaniem pozostałości po niedoszłym ciepłym posiłku drugośniadaniowym i klnąc na czym świat stoi łypałam wściekle na boki bacząc by nikt nie zarejestrował całego zdarzenia czujnym okiem bądź uchem, bądź wszystkim na raz. Wiem już, że wylana na podłogę owsianka wyglada jak nieświeża sałatka po imprezie w wersji wtórnej. Wiem też, że spodnie od owsianki robią się sztywne jak krochmalony waciak Heńka Szprychy. I wiem, że moje buty nie darzą olbrzymią sympatią miodowo-orzechowego cudu. Zwłaszcza ‚kilometrowe’ sznurówki. Wszystko to wiem i wystarczyła chwila jedynie by tę wiedzę posiąść. Ależ ja pojętna bestia jestem. Nie ma co 😉

A dziś zaspałam pół godziny… po czym nieprzytomnie spojrzałam na budzik… oprzytomniałam… nastawiłam go ponownie… i postanowiłam przespać kolejne pół…
Jak się spóźniać to konkretnie
i z przytupem 😉

Miłego dnia

Przygody poranne, czyli Bajka kontra fryzjerstwo

Poranny autobus linii 171 może być pełen przygód. Już samą przygodą jest fakt, że to nie mój autobus… a tylko jeżdżę nim okazyjnie – od przypadku do przypadku – kiedy akurat mi się spodoba. O tym, że jazda autobusem to moje hobby, pisałam już kiedyś sporych gabarytów notkę na początku istnienia radzieckiego-termosu. Zamiłowanie do komunikacyjno-transportowych przejażdżek podsycam stale przemieszczając się tym właśnie środkiem do pracy, do domu tudzież w inne ciekawe miejsca, o których pisać by za wiele. W autobusach spotyka mnie wiele przygód a każda od drugiej lepsza. Dziś na przykład poznałam fryzjera. To znaczy nie do końca. Bo to on mnie poznał – ja jego nie. Byłam tak zatopiona nosem w książce, że nie poznałabym pewnie samej siebie, gdyby mnie ktoś znienacka przed lustrem postawił i powiedziałabym ‚dzień dobry’. Fryzjer nie od razu się zdemaskował. Najpierw ponoć przyglądał mi się badawczo, chcąc wywnioskować czy ja to na pewno ja (sama czasem tego nie jestem pewna więc też się badawczo sobie przyglądam rankiem w łazienkowym lustrze), potem odważył się na krok naprzód i rozpoczął konwersację. Ale raczej jednostronną bo początkowo nie przedostał się przez moją troposferę literacką. Nie zrażony jednak powtórzył pytanie ‚czy go pamiętam’?. Taki powtórny dystraktor nie mógł umknąć mojej czujnej uwadze Sherlocka, więc spojrzałam nieprzytomnym z niewyspania i zaczytania wzrokiem na intruza. Wysoki, wiek jakiś taki nieokreślony ale koło 30 na oko, patrzy na mnie i cieszy banana od ucha do ucha jakby się podtlenku azotu nawąchał. Przyjrzałam mu się badawczo, żeby nie wyjść na buraka ćwikłowego. Nikogo mi znajomego nie przypominał, więc grzecznie powiedziałam ‚nie bardzo’ i już chciałam powrócić do przerwanej lektury, ale uchachany osobnik miał w planach dalsze dialogi. Przedstawił się jako Arkadiusz. ‚Świetnie’ – myślę sobie – ‚Znałam kiedyś jednego ale mocno zniewieściały był i to dawno było bo w przedszkolu’. Arkadiusz najwyraźniej czekał na zachętę w stylu ‚urzekła mnie twoja historia… mów dalej’ i tak właśnie potraktował moje pytające spojrzenie. Moje pytające spojrzenie mówiło raczej ‚i co mnie to kurka siwa obchodzi?!’ bo w porannych autobusach w deszczowe dni z ciekawą książką mam nastrój raczej nieprzysiadalny, ale przez wrodzony takt i uprzejmość (tia) nie wyprowadzałam go z błędu. Jak się okazało Arkadiusz z zawodu jest fryzjerem i kiedyś mieliśmy przyjemność wpaść w bliższe interakcje. To znaczy on i moje włosy. I on mnie tak zapamiętał przez te włosy i w ogóle. Ja zszokowana stoję w tym autobusie i nie wiem czy wiać czy co – bo to nigdy nie wiadomo co to za wariat albo inny fetyszysta włosowy. Ale nic. Twardo stoję dalej, uśmiecham się ze świetnie udawanym zrozumieniem sytuacji i obmyślam plan ewakuacji. O ile na stażu w zakładzie karnym nie odczuwałam nigdy żadnego dyskomfortu (wszak od razu wiadomo czego się można spodziewać więc się człek odpowiednio psychicznie przygotowuje) o tyle w warunkach dnia codziennego (złaszcza z poranno-zaspanym brakiem mechanizmów obronnych) w kontaktach z wszelkiej maści zboczeńcami czuję się z lekka niepewnie. Na szczęście ten okazał się tylko fryzjerem. A zapamiętał mnie ot tak po prostu. Ciekawy kolor włosów mam i ponoć się swego czasu zachwycał, że takie naturalne, bez farby i innych polepszaczy. Ja tam nie wiem czym tu sie zachwycać. Włosy jak włosy. Ale on wiedział. I dobrze. Czasem trzeba coś wiedzieć, żeby się na nieumnego buca nie lansować. Fryzjer Arkadiusz wpadł w monolog na temat swojej pracy, którą kocha i… z miejsca go polubiłam. Bo jak tu nie lubić kogoś, kto z taką pasją opowiada o swoim zajęciu codziennym? No zgoda. Grabarza, rzeźnika albo seryjnego mordercy mogłabym nie polubić. Przynajmniej nie tak od razu. Ale Fryzjer Arkadiusz wydał mi się sympatyczniejszy osobowościowo od Kuby Rozpruwacza albo Łomiarza Bramowego, więc sympatia jakaś zaistniała. Do czasu… Rozwalił mnie jednym pytaniem: ‚czy będę ścinać włosy bo on by chętnie na peruczki kupił?’… Tu mnie aż zgięło. Ale tylko troszkę. Zaraz jak się odgięłam wypaliłam, że nawet jak będę to sama sobie obetnę maszynką i nie sprzedam, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żeby jakaś obca baba mogła w moim upierzeniu pomykać po chodnikach i szczerzyć klawiaturę. Już zaczęłam mówić, że skoro taka interesowna bestia z niego, że tylko dlatego laski zaczepia w autobusach, żeby handel uskuteczniać to niech książkę napisze to chociaż fortunę zbije… ale mi przerwał bo się uśmiał. Bo to ponoć nie tak. I on na serio serio mnie zapamiętał i serio serio te włosy mam takie a nie inne i że on przeprasza za nieporozumienie. Serio serio serio. A ja jak to baba. Zmiękłam i się przestałam chmurzyć. Mało tego. Rozchmurzyłam się całkowicie i nawet się uśmiechnęłam. A jak się uśmiechnęłam to już się śmiać zaczęłam. Bo to na prawdę wybitnie zabawna sytuacja jak na środowy ranek w autobusie linii 171. Zwłaszcza jak zobaczyłam radosne miny współpasażerów.
Potem wysiadłam z szerokim uśmiechem z autobusu pozostawiając Fryzjera Arkadiusza i całą resztę w głębokim poważaniu…
Teatrzyk Zielona Gęś przedstawia 😉

Apel – zbiorowe trzymanie kciuków

Wiem, że niewiele mogę zrobić.
A szkoda…

Ale tu w tym miejscu bardzo proszę o odcisk łapki, kto trzyma i będzie trzymał kciuki za Just…

bo to fajna wiedźma jest
i zasługuje na coś lepszego niż ją spotyka…

i tak sobie myślę, że jak tak razem te kciuki zaciskać będziemy…

to w końcu się uda

Bajka zaciśnięta