Refleksje rasowej kobiety z zachciankami na temat porannych spóźnienień do pracy

Wczoraj w porze drugiego śniadania, które rzadko dla mnie w ogóle pierwszym nawet bywa, zapragnęłam jak rasowa kobieta z zachciankami. Rasowa kobieta z zachciankami budzi się we mnie częściej niż jadam jakiekolwiek śniadania i objawia się na przykład niepohamowanym głodem śledzi marynowanych albo lodów malinowych w środku głuchej nocy na wakacjach w jakimś Pierdziszewie, gdzie najbliższy sklep (oddalony o zaledwie 4 kilometry) ma dostawę pieczywa dwa razy w tygodniu – w środy i soboty. Zachcianki rasowej kobiety z zachciankami są bezsprzecznie najsilniejsze na świecie i absolutnie najważniejsze. MUSZĄ zostać zaspokojone NATYCHMIASTOWO. W przeciwnym razie grożą utratą zdrowia a nawet życia… osoby, która nie ma ochoty ich spełnić. Bowiem naprawdę rasowa kobieta z zachciankami jest wredną szują, która wykorzystuje biednych panów znacząco mrugając rzęs wachlarzem i w tym trzepocie zniżając tembr głosu do niebezpiecznie zmysłowo-mruczącego progu, zmusza ich do zdobycia dla niej przedmiotu owego pragnienia. Nie każda jednak rasowa kobieta z zachciankami musi być aż tak bardzo rasowa. Mnie wystarczyło ładnie poprosić… promienny uśmiech jest w pakiecie i ten model bez niego nie występuje. Pragnienie moje miało postać słodkiej owsianki miodowo-orzechowej i kusiło z opakowania obietnicą rajskiego smaku, aromatu i ogólnym miłym rozpłynięciem się w ustach ze szczególnym uwielbieniem dla kubków smakowych dalszych. Mrraaaauuu. Zakupu dokonał kolega, któremu mój żołądek miał być niezmiernie wdzięczny. I pewnie by był… gdyby rzeczona upragniona zachciankowo owsianka do niego dotarła. Ale stało się niestety inaczej. Bo jak już byłam tuż tuż i nalewałam gorącej wody przy pracowniczym wodopoju do gotowej misktury owsiankowo-miodowo-orzechowej (czyli szalenie zdrowe E-coś tam) i już prawie czułam tę błogość na języku… pojemnik zrobił salto mortale, owsianka przeuroczą hosanną upstrzyła moje glany, spodnie i podłogę w promieniu solidnego pawia a mnie trafił szlag! Na miejscu! I z siłą wodospadu! Całe szczęście, że przez kolejne 15 minut nikt nie chciał niczego ode mnie i sie nie odzywał, bo zapewne wyszłabym z tasakiem, siekierą bądź piłą łańcuchową na ulicę i zawalczyła z przeludnieniem świata rozpoczynając od stolicy. Taki wkurw nie zdarza się często. Bowiem rasowa kobieta z zachciankami brutalnie pozbawiona przedmiotu pożądania, który to przedmiot już był przez nią prawie osiągnięty, wpada w furię i może mordować… nawet seryjnie. Zamiast mordować zajęłam się uprzątaniem pozostałości po niedoszłym ciepłym posiłku drugośniadaniowym i klnąc na czym świat stoi łypałam wściekle na boki bacząc by nikt nie zarejestrował całego zdarzenia czujnym okiem bądź uchem, bądź wszystkim na raz. Wiem już, że wylana na podłogę owsianka wyglada jak nieświeża sałatka po imprezie w wersji wtórnej. Wiem też, że spodnie od owsianki robią się sztywne jak krochmalony waciak Heńka Szprychy. I wiem, że moje buty nie darzą olbrzymią sympatią miodowo-orzechowego cudu. Zwłaszcza ‚kilometrowe’ sznurówki. Wszystko to wiem i wystarczyła chwila jedynie by tę wiedzę posiąść. Ależ ja pojętna bestia jestem. Nie ma co 😉

A dziś zaspałam pół godziny… po czym nieprzytomnie spojrzałam na budzik… oprzytomniałam… nastawiłam go ponownie… i postanowiłam przespać kolejne pół…
Jak się spóźniać to konkretnie
i z przytupem 😉

Miłego dnia

Przygody poranne, czyli Bajka kontra fryzjerstwo

Poranny autobus linii 171 może być pełen przygód. Już samą przygodą jest fakt, że to nie mój autobus… a tylko jeżdżę nim okazyjnie – od przypadku do przypadku – kiedy akurat mi się spodoba. O tym, że jazda autobusem to moje hobby, pisałam już kiedyś sporych gabarytów notkę na początku istnienia radzieckiego-termosu. Zamiłowanie do komunikacyjno-transportowych przejażdżek podsycam stale przemieszczając się tym właśnie środkiem do pracy, do domu tudzież w inne ciekawe miejsca, o których pisać by za wiele. W autobusach spotyka mnie wiele przygód a każda od drugiej lepsza. Dziś na przykład poznałam fryzjera. To znaczy nie do końca. Bo to on mnie poznał – ja jego nie. Byłam tak zatopiona nosem w książce, że nie poznałabym pewnie samej siebie, gdyby mnie ktoś znienacka przed lustrem postawił i powiedziałabym ‚dzień dobry’. Fryzjer nie od razu się zdemaskował. Najpierw ponoć przyglądał mi się badawczo, chcąc wywnioskować czy ja to na pewno ja (sama czasem tego nie jestem pewna więc też się badawczo sobie przyglądam rankiem w łazienkowym lustrze), potem odważył się na krok naprzód i rozpoczął konwersację. Ale raczej jednostronną bo początkowo nie przedostał się przez moją troposferę literacką. Nie zrażony jednak powtórzył pytanie ‚czy go pamiętam’?. Taki powtórny dystraktor nie mógł umknąć mojej czujnej uwadze Sherlocka, więc spojrzałam nieprzytomnym z niewyspania i zaczytania wzrokiem na intruza. Wysoki, wiek jakiś taki nieokreślony ale koło 30 na oko, patrzy na mnie i cieszy banana od ucha do ucha jakby się podtlenku azotu nawąchał. Przyjrzałam mu się badawczo, żeby nie wyjść na buraka ćwikłowego. Nikogo mi znajomego nie przypominał, więc grzecznie powiedziałam ‚nie bardzo’ i już chciałam powrócić do przerwanej lektury, ale uchachany osobnik miał w planach dalsze dialogi. Przedstawił się jako Arkadiusz. ‚Świetnie’ – myślę sobie – ‚Znałam kiedyś jednego ale mocno zniewieściały był i to dawno było bo w przedszkolu’. Arkadiusz najwyraźniej czekał na zachętę w stylu ‚urzekła mnie twoja historia… mów dalej’ i tak właśnie potraktował moje pytające spojrzenie. Moje pytające spojrzenie mówiło raczej ‚i co mnie to kurka siwa obchodzi?!’ bo w porannych autobusach w deszczowe dni z ciekawą książką mam nastrój raczej nieprzysiadalny, ale przez wrodzony takt i uprzejmość (tia) nie wyprowadzałam go z błędu. Jak się okazało Arkadiusz z zawodu jest fryzjerem i kiedyś mieliśmy przyjemność wpaść w bliższe interakcje. To znaczy on i moje włosy. I on mnie tak zapamiętał przez te włosy i w ogóle. Ja zszokowana stoję w tym autobusie i nie wiem czy wiać czy co – bo to nigdy nie wiadomo co to za wariat albo inny fetyszysta włosowy. Ale nic. Twardo stoję dalej, uśmiecham się ze świetnie udawanym zrozumieniem sytuacji i obmyślam plan ewakuacji. O ile na stażu w zakładzie karnym nie odczuwałam nigdy żadnego dyskomfortu (wszak od razu wiadomo czego się można spodziewać więc się człek odpowiednio psychicznie przygotowuje) o tyle w warunkach dnia codziennego (złaszcza z poranno-zaspanym brakiem mechanizmów obronnych) w kontaktach z wszelkiej maści zboczeńcami czuję się z lekka niepewnie. Na szczęście ten okazał się tylko fryzjerem. A zapamiętał mnie ot tak po prostu. Ciekawy kolor włosów mam i ponoć się swego czasu zachwycał, że takie naturalne, bez farby i innych polepszaczy. Ja tam nie wiem czym tu sie zachwycać. Włosy jak włosy. Ale on wiedział. I dobrze. Czasem trzeba coś wiedzieć, żeby się na nieumnego buca nie lansować. Fryzjer Arkadiusz wpadł w monolog na temat swojej pracy, którą kocha i… z miejsca go polubiłam. Bo jak tu nie lubić kogoś, kto z taką pasją opowiada o swoim zajęciu codziennym? No zgoda. Grabarza, rzeźnika albo seryjnego mordercy mogłabym nie polubić. Przynajmniej nie tak od razu. Ale Fryzjer Arkadiusz wydał mi się sympatyczniejszy osobowościowo od Kuby Rozpruwacza albo Łomiarza Bramowego, więc sympatia jakaś zaistniała. Do czasu… Rozwalił mnie jednym pytaniem: ‚czy będę ścinać włosy bo on by chętnie na peruczki kupił?’… Tu mnie aż zgięło. Ale tylko troszkę. Zaraz jak się odgięłam wypaliłam, że nawet jak będę to sama sobie obetnę maszynką i nie sprzedam, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żeby jakaś obca baba mogła w moim upierzeniu pomykać po chodnikach i szczerzyć klawiaturę. Już zaczęłam mówić, że skoro taka interesowna bestia z niego, że tylko dlatego laski zaczepia w autobusach, żeby handel uskuteczniać to niech książkę napisze to chociaż fortunę zbije… ale mi przerwał bo się uśmiał. Bo to ponoć nie tak. I on na serio serio mnie zapamiętał i serio serio te włosy mam takie a nie inne i że on przeprasza za nieporozumienie. Serio serio serio. A ja jak to baba. Zmiękłam i się przestałam chmurzyć. Mało tego. Rozchmurzyłam się całkowicie i nawet się uśmiechnęłam. A jak się uśmiechnęłam to już się śmiać zaczęłam. Bo to na prawdę wybitnie zabawna sytuacja jak na środowy ranek w autobusie linii 171. Zwłaszcza jak zobaczyłam radosne miny współpasażerów.
Potem wysiadłam z szerokim uśmiechem z autobusu pozostawiając Fryzjera Arkadiusza i całą resztę w głębokim poważaniu…
Teatrzyk Zielona Gęś przedstawia 😉

Apel – zbiorowe trzymanie kciuków

Wiem, że niewiele mogę zrobić.
A szkoda…

Ale tu w tym miejscu bardzo proszę o odcisk łapki, kto trzyma i będzie trzymał kciuki za Just…

bo to fajna wiedźma jest
i zasługuje na coś lepszego niż ją spotyka…

i tak sobie myślę, że jak tak razem te kciuki zaciskać będziemy…

to w końcu się uda

Bajka zaciśnięta

Nie lubię 'cze', 'pozdro', 'tnx'… i mało inteligentnych rozmówców, czyli dlaczego bywam wredna

xxx
cze
bajka
Che Guevara? a myślalam, że nie żyjesz 😉
xxx
że co?
bajka
a nic… taki dowcip sytuacyjny
xxx
chciałaś być zabawna?
bajka
niezmiernie 😉
xxx
aha
bajka
nie przejmuj się… rzadko mi wychodzi 😉 na ogół jestem po prostu złośliwa
xxx
czemu?
bajka
bo rozmowa z kimś nieznajomym rozpoczynająca się od ‚cze’ wywołuje u mnie specyficzny grymas
xxx
co z tym Che coś tam?
bajka
a nic – zmarło mu się jakiś czas temu już więc pewnie też się nie przejmuje
xxx
czemu bajka?
bajka
a czemu nie? może również dlatego, że ma wiele znaczeń…
xxx
a dobrze się kończysz?
bajka
rewelacyjnie wręcz – z jednej strony stopami a z drugiej głową, czyli niczego mi nie brak
xxx
umówisz się ze mną?
bajka
nie
xxx
czemu???
bajka
nie przywykłeś do odpowiedzi odmownych
xxx
to fakt
bajka
to może pora się przyzwyczaić… albo zmienić obiekt… albo schemat a najlepiej wszystko
xxx
?
bajka
tak mało Ci trzeba by chceć się umówić z kobietą? wystarczy głowa i stopy na swoim miejscu?
xxx
intrygujesz mnie
bajka
bez wzajemności
xxx
czemu?
bajka
bo w rozmowie z Tobą nie znajduję niczego interesującego, a samo nabijanie się nie jest zabawne… dlatego staram się ją skończyć
xxx
ostra jesteś
bajka
szczera
xxx
podobasz mi się
bajka
przykro mi… jeśli lubisz tak się czuć to chyba czas na jakąś terapię
xxx
czemu?
bajka
bo to chore
xxx
wyleczysz mnie?
bajka
ani myślę… i w dodatku wyłączę się bez pożegnania

DELETE

ps. ja akurat za bardzo czasu nie miałam ale nie chciałam tak od razu mówić ‚spierdalaj’… staram się być miła… czasami… ale jakoś nie żałuję, że mi nie wychodzi

Miłego dnia

Koci Jazz

Marzec przyszedł czas już temu jakiś i się zadomowił w naszych klimatycznych pieleszach jak dziki lokator z bimbrem na poddaszu. To uprawia sobie solarium i przegania po niebie białe chmurzaste baranki, rozbierając nas z zimowych kurtek i paltocików, rozsupłując szaliki a czapki i rękawiczki chowając w kieszenie. To hula od rana do nocy wiatrem i rozmaite deszczowe fanaberie na parapetach i dachach wyczynia a Bajkę bez parasola (bo parasol i Bajka nie chodzą w parze) w strugach wody z rozdziawioną w uśmiechu buzią zastaje. Ach ten marzec to figlarz straszny. Lubi tak ni z tego ni z owego spódnicę podwinąć do góry by światu nogi jakieś pokazać, albo włosy rozwiać do nieprzytomności aż się potem skląć przy rozczesywaniu można, albo kałużę przyczajoną i zakamuflowaną w chodniku gdzieś ukryć, albo pozwolić pozachwycać się pączkami na drzewach, aż autobus niezauważony sobie odjedzie z przystanku…
Ale pięknie jest. Wiosna. Te sprawy. No właśnie. TE sprawy…
Te sprawy budzą mnie co noc z uporem maniaka i spać nie dają. Głośne są te sprawy jak cholera. A jaka w nich dramaturgia. Akcja wartka i zmienna jak nurt w górskim strumieniu. A jakie efekty dźwiękowe. Wszystko fajnie tylko
czemu akurat te sprawy nie mogą się dziać w ciągu dnia, tylko wtedy, kiedy człek najbardziej zmęczony zwleka się do domu i marzy już tylko o możliwości swobodnego zamknięcia powiek bez konieczności ‚pilnowania się’ by w tramwaju ‚dziobaka’ nie strzelić. I jeszcze, żeby te sprawy mnie dotyczyły. To rozumiem. To zupełnie inna bajka… Ale nie. I to jest najgorsze. To bowiem dotyczy KOTÓW. Te milusie czworonożne futerkowe stworzonka, które potrafią cichutko mruczeć do uszka kołysanki i miękko ugniatać włosy swoimi delikatnymi opoduszkowanymi łapkami… teraz drą się w niebogłosy jak stare watowane spodnie na szwach i spać nie dają. No ale marzec – ich prawo. Tak więc jest wiosna, koty się marcują, Bajka zaś spać nie może i się nie marcuje… i jest sfrustrowana, bo gdyby była kotem to by się choć powydzierać mogła a tak to pozostaje jej tylko słuchać conocnych jam sessions do bladego świtu. Bladym świtem bowiem koty marcować się przestają i wracają umęczone wielce do swych domostw i ciepłych kącików z miskami mleka a Bajka, choć bardzo by chciała w objęcia nieziemskiej urody przystojniaka imieniem Morfeusz się udać, to niestety nie może, bo zaraz budzi ją nieziemsko wkurwiający Pan Budzik. No niech to szlag i wszelka jasna cholera pod opiekę weźmie!
Że Pan Budzik jest bezlitosny to już ustaliliśmy; że jest niezniszczalny i ma pokrewieństwo w linii prostej z Robocopem – też; że nie lubimy go bardzo bardzo bardzo – również; że on nas nie lubi (czyli pełna wzajemność) nasuwa się samo. Brzęczy bowiem ów Pan Budzik cholerny z wybitnym zamiłowaniem zawsze akurat wtedy, gdy mamy piękny sen i bardzo nie chcemy się budzić, albo dopiero się udało nam się zasnąć, albo o czwartej wróciliśmy zmaltretowani niemiłosiernie z marcowania się z Halką w Proximie przy wcześniejszym akompaniamencie malibu (prezent od Karolusa z okazji Requiem – dzięki Big Bro), mleka (karton zakupiony w pobliskim pracy spożywczaku), kubeczków plastikowych Dar Natury (przywłaszczonych sobie przestępczą drogą z miejsca pracy) i pidżejowo-zamieszanych tekstów natury szowinistyczno-prześmiewczej (bosko było, poza tym, że nalałam sobie ze śmiechu płynnych kokosowych procentów w oba rękawy a mokotowskie pola jeszcze długo będą pamiętać mój histeryczny śmiech na odgłosy halkowego bekania – pełna kultura rulez ;))… i mamy ochotę tylko i wyłącznie na SEN a ktoś (lepiej żebym się nie dowiedziała kto) nastawił Pana Budzika na pełne wycie o 6 rano. A mogłaby to być pierwsza marcowa przespana noc (o ile sen od 4.15 można nazwać nocnym)… bo ten koci jazz już długo daje mi się we znaki… czy to z uwagi na spory ogród za oknem wychodzącym na podwórze, czy to ze względu na osobistego Kota Dudusława, który jak na szanującego się dojrzałego już samca przystało, przyczołguje się nad ranem po całonocnych sekscesach i czeka aż ktoś go wniesie do domu, bo on ofkurs nie ma siły. On może potem spać cały dzień i wypoczywać po tak ciężkiej przecież pracy. Ja nie. Ja muszę obudzić się o szóstej w sobotę i w kanonadzie wymyślnych przekleństw (szkoda, że od razu nie zapisałam bo chyba wymyśliłam jakieś nowe genialne permutacje) snuć mordercze plany obiecując sobie solennie, że gdy tylko wytropię dowcipnisia, to dopiero będzie jazz. Oczywiście nikt się nie przyznaje. I oczywiście Kot Dudusław chadza nocami ‚na ląfry’ w dalszym ciągu przyczyniając się wybitnie do wzbogacania okolicznych efektów dźwiękowych swoim niezidentyfikowanym przy tej liczbie sierściuchów ‚mraauuu’.
Mam nadzieję, że kocie marcowanie kończy się z marcem… W przeciwnym razie czeka mnie wymuszona bezsenność albo zacznę wygłuszać koty podsypując im kiełbasę ze środkiem nasennym. Niech się marcują od rana. W nocy nawet Bajka czasem sypia. Choć ostatnio tego hobby nie praktykuję…
Brak snu powoduje wzmożony poziom agresji.
Wzmożony poziom agresji wywołuje obniżenie poziomu samokontroli.
Obniżony poziom samokontroli to przyczyna wielu groźnych przestępstw.
Czyli w niedługim czasie zapewne stanę się przestępcą, zbrodniarzem, zwyrodnialcem, psychopatą, hersztem mafijnej bandy a może nawet seryjnym mordercą zbierającym znaczki.
Ech… Świetlana przyszłość się przede mną maluje. Niech to…
Ponoć muzyka łagodzi obyczaje.
Nie ma jak jazz…

Czasem wszystko opada…

Nastrój, ręce, powieki…
Czasem nie powinnam czytać niektórych komentarzy…
Niepotrzebnie.
Bo tylko przykro sie robi.
Powinnam się zamknąć w czterech śnianach, nie wychodzić, nie rozmawiać, nie czuć…
Nie wolno mi zapomnieć, że jestem chora nawet na chwilę.
Zakupy są nie dla mnie, bo każda złotówka powinna trafiać na konto…
To nic, że cała moją pensję praktycznie wydaję na leczenie (praktycznie bo reszta zostaje na bilet miesięczny i odżywianie się… nienajczęstsze zresztą)…
Ale kogo to obchodzi…
Kogo interesuje, że chciałabym czasem po prostu móc cieszyć się życiem bez konieczności odliczania tej każdej złotówki.
Ubranie albo jedzenie – wybór należy do mnie. Wybrałam nowe spodnie i spódnicę.
Bo to nie o wygląd chodzi… tylko o poczucie, że nadal ma się na cokolwiek wpływ… że nadal się żyje…
Ale inni to przecież ocenią lepiej…
Czasem wystarczy jeden komentarz, by nie móc zapomnieć o chorobie nawet na chwilę…
Wiem, że powinnam olać… ale boli…
Czasem żałuję, że kogokolwiek prosiłam o pomoc…

I hope you feelin’ happy now

link

Praca. Dzień Trzeci…. od końca

Nawpychałyśmy się przed chwilą z Basią łazanek z kapustą jak dzikie świnie na wykopkach i teraz siedzimy pielęgnując pełne brzuchy.
No i po co ta wiosna przyszła… kurka siwa.
Teraz to jak kaszaloty będziemy łazić a nie jak szprychy o zanikającym obwodzie w miejscu talii.
Ja czuję, że za chwilę pęknę.
Ona też.

Basiagłosem zbolałym z przejedzenia – Mogłyśmy wziąć jedną porcję na pół zamiast dwóch…
Japrawie już nie mogąc mówić– uhhhmm… – nie mogła mi tego powiedzieć kopiasty talerz temu?…
Jęczymy obie…
Basia – Zrobię sobie herbatę – nadzieja, że herbata pomoże nadmiarowi łazanek spłynąć bez odkładania się w strategicznych miejscach kobiecego ciała również mnie nie jest obca
Ja – To ja może kawę… – kamikadze – boski wiatr… zwłaszcza z uwagi na zagęszczone mleko – Herbata Cię jeszcze rozedmie… – tia… jakbyśmy mało rozdęte po tej kapuście były 😉

Następnie Basia – znawczyni i smakosz herbat rozmaitych – wyciągnęła spory pojemnik nabity po wieczko całą masą herbacianych torebek a jej mina niewinnej kobietki rzekła:

– Tylko, którą teraz wybrać?

Bo ona tam zmieszała wszystkie jakie miała… malinową, truskawkową, earl grey, miętę i bóg wie co jeszcze…

Barbarossa… jesteś moją idolką 🙂

Bajka bez kapci

Welcome to the real world… (so better be strong)

Po pierwsze przetrwają najlepsi, więc staraj się, by Cię nie zdeptano.
Walcz, gryź, drap, wyszarpuj, krzycz. Rywalizacja niech pochwaloną będzie.

Po drugie wrażliwość to śmierć.
Niszcz w sobie wszelkie jej przejawy.
W przeciwnym razie nienawidzić Cię za to będą i zniszczą Ciebie… zamiast niej.

Po trzecie nie ufaj nikomu… nawet sobie… zwłaszcza sobie.
Ludzie to wrogowie. Nie miej skrupułów.
Urodzili się po to, by Ci zagrażać.

Po czwarte nigdy nie mów prawdy.
Szczerość nie popłaca. Zwłaszcza ta do bólu. Kłam, oszukuj, koloryzuj, zatajaj – przecież to w dobrej wierze.

Po piąte liczysz się tylko Ty.
Nie myśl o innych, nie dbaj o nich.
Bądź centrum wszechświata i czuj się w tym dobrze.

Po szóste moralność i sprawiedliwość to tylko puste słowa w mocno zakurzonym słowniku.
Omijaj te kartki i te wyrazy…
I tak nie wiesz co znaczą

Po siódme, to co w Tobie obumiera… nie jest Ci potrzebne.
Kamień jest mocniejszy niż pięść.
Pielęgnuj go… zastapi Ci serce.

Po ósme nie miej szacunku.
Do nikogo i niczego.
Co prawda inni nie będą mieli szacunku do Ciebie a z czasem odbicie w lustrze zacznie boleć ale to niska cena za sukces.

Po dziewiąte naucz się żyć samotnie.
Bo nie będziesz potrafił dzielić się światem z nikim.
A świat nikim z Tobą.

Po dziesiąte naucz się nienawiści.
Nie ma silnejszego uczucia.

Nie pasuję do tej ramki.
Wolę być sobą…

Za to, że jestem silna… mimo wszystko.
Za to, że jestem.
Choć zżerasz mnie od środka.
Jesteś mną…

Kocham Cię mój wrogu.