Njusy

Byłam na ‚Kill Bill-u’.
Jatka mniejsza niż jedynka ale całokształt wielce przyjemny do oglądnięcia.
Pozbyłam się swetra, jednego lizaka i paznokcia.
Zyskałam kolejny ciekawy obraz kinematograficzny, świetną muzykę i dużo miłych wrażeń z kinowej ciemnicy (dzieki panom mlaszczącym w rzędzie nieopodal).
Nowego wyrazu nabrało również słowo ‚gargantuiczny’.

Ps. Uma ma fenomenalnie fajny brzuch

Post scriptum

Zjadłam sałatkę z tuńczyka (version mini)
pęczek rzodkiewek (version maxi)
garść jakichś dziwnych kiełków
pół ogórka (długi był)
wypiłam sok marchwiowy jednodniowy (dla mnie jednominutowy nawet)
1 litr soku z czerwonych pomarańczy (i wcale nie z Sycylii jak głosi opakowanie tylko ze sklepowej półki w Śródmieściu)
wchłaniam olbrzymie ilości lizaków (pyszne i niezdrowe czyli moje ulubione połączenie)
ulubiona czekolada leży sobie bezpiecznie niechciana w szufladzie i czeka na lepsze czasy (miło jest mieć taką świadomość)
siedzę sobie w pracy w dziwnej pozie machając nogami obutymi w glany wystające spod spódniczki
nucę sobie ‚mam ręce w kieszeniach a kieszenie jak ocean’
drapię się ołówkiem za lewym uchem
roztaczam zapach liliowego majowego bzu
a teraz właśnie idę zrobić sobie trzecią kawę z morzem zagęszczonego mleka

A co!
Wiosna przyszła
😉

Do zobaczenia we wtorek… albo i nie

Dziś jestem ostatni dzień w pracy w tym miesiącu. Wybitnie długi weekend, który zaczyna się we środę a kończy w poniedziałek. Wybitnie bez planów i wybitnie spontaniczny będzie pewnie. Mam nadzieję, że nie skończę siedząc plackiem w domu podgryzana przez korniki ale to raczej do mnie niepodobne i prędzej sama zbuduję wesołe miasteczko, niż będę czekać na ewentualny przypływ dobrego nastroju. Jakiś wolny dobry nastrój z pewnością mnie odwiedzi. Zresztą mam taką cichą, prawie niezauważalną (ale zawsze;) nadzieję, że mi się jakieś plany znajdą, skrystalizują i spędzę ten czas wybitnie miło i przyjemnie. To tyle celem dyskretnej sugestii (ekhem, ekhem) co do niektórych 😉

A teraz próbka tego, czym zajmuję się w ostatnim dniu pracy prócz koncertowego olewania telefonów, e-maili, czifa i grania po sieci w scrabble na brzydkie wyrazy 😉

Halka
suchaj jakiś kolo mnie bajeruje
hyhy
no jak ja działam na tych menszczyzn 😉
Bajka
no ba
dobrze – ciesz sie
ja tez bym czasem chciała podziałać
na jakiegoś pana ;))
Halka
podając numerki gg
‚Pawel lat 27 wymiary 186 90 21’
‚Wojtek lat 12 chętnie cię poznam’
a teraz powiedz, która wersja ci pasuje
Halka (cd)
jakiś cienki
yyy co to niby ma być to 21?
hę?
Bajka
zgadnij 😉
to tyle ile by chciał mieć
gdyby w ogóle mógł
Halka
no tak właśnie pomyślałam
jak go zapytałam, powiedział, że to iq
Bajka
hehe
Halka
taaa
Bajka
to i tak wysokie
jak na bajeranta 😉

Miłej reszty dnia

Epidemia warszawska, czyli każdy ma prawo do orgazmu

W moim mieście chyba wszyscy powariowali. Albo co najmniej zaliczyli przyspieszony kurs lobotomii pierwszego stopnia. Normalnie epidemia jakaś. Ludzie rozciągają na ścianach budynków ochronne siatki, stawiają blaszane parkany, z ulic poznikały kwietne klomby, kosze na śmieci, a już po 21 zaczyna się robić ciemno i głucho jak w zapadłej dziurze na końcu świata. Jakaś godzina policyjna czy jak? Niedługo zobaczę okopy, zasieki i uzbrojonych po zęby żołnierzy gotowych strzelać do każdego, kto będzie chciał się przedostać na drugą stronę Wisły. Idzie szczyt i będą szczytować wszyscy w centrum. Świetnie, tylko po co do tego wszystkiego takie wielkie halo robić dla całej stolicy. Jak jakiś pan Heniutek z panią Zytą chcą szczytować na praskich ogródkach działkowych ‚Rajska Jabłoń’ w pobliskich chaszczach, to jakoś nie ma ewakuacji połowy miasta, choć też może być niebezpiecznie. Bo na przykład przy takim szczytowaniu jakiś postronny obywatel relaksujący się po sąsiedzku na hamaczku z piwkiem w łapie i swojskim obłędem w oku może oberwać w płat czołowy drewniakiem z lewej nogi pani Zyty, albo pan Heniutek zamiast dojść… do consensusu może zejść… na zawał. Różne mogą się przydarzyć przy takim nieoczekiwanym szczytowaniu wpadki i wypadki. Pewnie dlatego do tego warszawskiego centralnego szczytu wszyscy przygotowują się już od jakiegoś czasu pilnie i zaciekle. W pracy musieliśmy teraz pracować w dwa kolejne weekendy, bo firmowemu ciału zarządczemu przepustek i innych kękart wyrabiać dla pracowników się nie chciało i woleli zrobić nam obowiązkowe wagary na zapas. Wszystko fajnie, tylko może nie każdemu pasuje weekendować się w pracy, bo są przecież ludzie, którzy studiują zaocznie, dorabiają się odcisków w dodatkowych fuchach, nie mają z kim zostawić dzieci (przedszkola przecież nieczynne w soboty i niedziele), albo po prostu mają inne, znacznie ciekawsze plany. Tak czy inaczej w dobie dyktatur rozmaitych możnych przedsiębiorców z wystarczającym (dla nich) kapitałem, by wszystkich innych ludzi traktować jako zło konieczne lub/i odpady komunalne na nielegalnym wysypisku, nie bardzo mamy prawo głosu, by oprotestować taką kolej rzeczy i musimy tolerować wszystko – bo i tak na nic nie mamy wpływu. Będzie szczyt i centrum będzie odcięte od reszty miasta ‚bo tak’ a jak się komuś nie podoba to niech emigruje na Seszele. Na myśl o tym pięść sama mi sie zaciska na kamieniu, którym z chęcią rzuciłabym w czyjąś pustą głowę. Nic więc dziwnego, że władze boją się wściekłości tłumu antyglobalistów, skoro ów tłum ma świadomość, że w zasadzie to NIE MOŻE NIC. Bo co, prócz gniewu, zostaje człowiekowi pozbawionemu prawa do wypowiedzenia na głos, że coś mu się nie podoba w wolnym (ponoć) kraju? Przecież to powinno być mu zapewnione i – mało tego – respektowane, bo jest takim samym obywatelem, jak i ten stojący na wyższym szczeblu drabiny do głównego koryta i winien mieć takie same prawa. I nic dziwnego, że skoro wszyscy na górze mają zwykłych ludzi głęboko w… pamięci, to ci zwykli ludzie będą chcieli wykrzyczeć swoje pretensje światu i mogą złapać za kamienie. Jesień średniowiecza po prostu. I wiecie co? Z całym szacunkiem… wcale mnie to nie dziwi.

Miłego dnia