Una sola volta

Jachu nie żyje…

Do końca miałam nadzieję, że się odnajdzie, że da znak, że będę go mogła od góry do dołu za to wszystko opierdolić bo świat postawił na nogi, bo żeśmy się wszyscy martwili. Tego smutnego scenariusza w ogóle nie brałam pod uwagę. Więc jak to tak.

Przecież jeszcze nie tak dawno jeszcze pyskowaliśmy sobie wzajem na gg, czyja racja na wierzchu a potem sms, że życie jednak jest w porządku. A teraz? Teraz od pewnego czasu "nie ma takiego numeru". Ale jeszcze miałam nadzieję. Wszyscy mieliśmy. Byłam pewna, że wróci i mu wygarnę. Przecież.

2 czerwca o godzinie 14.00 na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie będzie można się pożegnać.

Nie umiem napisać nic mądrego.

Przykro mi. Jak cholera.

Wchodzę na te blogi, widzę te szablony, nie wiem, nie ogarniam.

Popieprzone to wszystko.

Był sobie człowiek.

😦

I miał długie, piękne, kręcone… zęby*

Moja skrzynka na listy poczuła się zaniepokojona. Doprawdy. Jeden e-mail mnie uśmiercił, drugi wysłał w podróż na koniec świata o jednej butelce mineralnej, a trzeci znów próbował namówić na tuning męskich klejnotów.

Nie, nie, kategorycznie nie. Złego diabli nie biorą, więc obstawiam, że przeżyję wszystkich swoich wrogów i wykończy mnie wreszcie pełen werwy kankan odtańczony na grobie jednego z nich (zapisy na listę wrogów przyjmują wszystkie urzędy, w tym najbardziej pocztowy), w podróż na koniec świata to mogłabym zabrać jedną butelkę tequilli ale nie wody na litość wszelaką – wody to ja w ogóle nie pijam, truję się najchętniej cherry coke i red bullem z rana – a penisa mimo najszczerszych chęci nadal nie posiadam (sprawdzałam nawet w komodzie – nie ma), można więc sobie darować.

Nie no co wy. Nie stoję nadal pod tym sklepem wyżerając kapustę. Nic się nie stało i ogólnie na zachodzie bez zmian. Miałam po prostu ostatnio dość zapełniony grafik a i jakoś po kilku godzinach intensywnego wpatrywania się w ekran w pracy, jakoś usilnie unikałam go wieczorem w domu. Co prawda zupełnie na odwrót mam z truskawkami – wgapiam się w nie, póki są, w pracy, w autobusie (gdy je zobaczę u kogoś w bagażu podręcznym) i w domu a ciągle mam na nie apetyt – ale to chyba nieco inny mechanizm co to wybitnie mi działa na ślinianki i wydzielanie enzymów trawiennych.

Myślę, że przy odrobinie samozaparcia potrafiłabym zjeść więcej truskawek niż ważę. Przebiją je tylko czereśnie. Na czereśnie czekam z utęsknieniem i już mi się śnią. Panie Doktorze, mam sny erotyczne z udziałem czereśni – czy to znaczy, że dojrzewam? czy też to moja utajona fobia przed szpakami? Jeszcze trochę i sąsiedzi będą dzwonić po policję, że zakłócam nocną ciszę zbyt głośnym mlaskaniem. Póki co PanKot omija mnie szerokim łukiem węsząc na kilometr świra z gastrofazą.

Urząd Skarbowy zrobił mi w końcu Matki Boskiej Pieniężnej i zwrócił to, co wchłonął był w ciągu roku. Na becikowe się nie załapałam (Młody urodził się trzy tygodnie za wcześnie), zasiłek, dodatek ani nic innego z żadnego tytułu mi nie przysługuje, alimentów nie dostaję, więc przynajmniej w kwestii podatku rodzicielstwo na dwieście procent normy cokolwiek poza zadyszką przynosi.

Najchętniej zafundowałabym sobie koncert Radiohead, albo Diany Krall, albo jednych i drugą, a następnie kupiła wagon czereśni i jakąś wystrzałową kieckę, w której bym w ten wagon wskoczyła z trampoliny. Tymczasem wykonam zaległe opłaty, zapewnię Młodemu kolejny miesiąc w przedszkolu, przytaszczę jakieś dwa proszki do prania i tyle. Poza tym w sierpniu i tak mnie nie będzie a na Dianę jesienią pewnie przyjadą takie tłumy, że moja krótkowzroczność nie pozwoliłaby mi Jej dostrzec. Ale miło przecież czasem pomarzyć 🙂

Wściekłe korniszonki*

Czy ktoś jeszcze uwielbia wyżerać ledwie zakupioną kiszoną kapustę z foliowej torebki palcami? —- Znaczy oczywiście, że chodzi o wyżeranie jamą gębową, ale do tejże najlepiej pakować w tym konkretnym przypadku paluchy właśnie. —- A najlepiej tak zacząć tuż przed sklepem w drodze do domu? Proszę, niech ktoś napisze, że tak oczywiście i niech to będzie prawda. Inaczej całkiem stracę złudzenia względnej poczytalności. Reputacji nie stracę, bo na wszelki wypadek jej nie posiadam. Ale taka poczytalność, to w sumie czasami może się przydać.

Kapusta kiszona po prostu inaczej nie smakuje. Musi być palcami. Absolutnie.

Wszystko przez to, że poszliśmy z Lokatorem na zakupy do pobliskiego warzywniaka i kobieta nabywająca dobra wszelakie przede mną poprosiła o rzeczoną kapustę właśnie. Oczywiście, że wcześniej nie miałam pomysłu by ją kupić —- kapustę, nie kobietę —- ale dokładnie w momencie, w którym usłyszałam TE dwa słowa, wszystko we mnie krzyknęło: – O!… I już po chwili okazało się, że absolutnie nie jestem w stanie przeżyć nawet ułamka sekundy dłużej bez Tej Z Beczki. Zupełnie jakby dotychczasowe polecenia mojego mózgu w sobotni poranek – Oddychaj! Nie oddychaj! Przestań ziewać! – zmieniły się w jeden imperatyw brzmiący – KAPUSTA! Bierz kapustę! Oddychaj do torebki i kapustę migiem!

Dobrze, że kobieta nie poprosiła o Porsche.

No więc —- nie zaczyna się zdania od więc, ale no powinno załatwić sprawę —- stoję pod tym sklepem, dobieram się swawolnie posapując do kapusty i usiłuję zapanować nad Młodocianym i jego żywą chęcią interakcji z naręczem dmuchawców, nad kompletem toreb z resztą zakupów i naszym przyszłym obiadem, nad włosami rozwiewającymi mi się we wszystkie strony z wyraźnym umiłowaniem oczu i ust, nad kamykiem w bucie, nad rosnącą stertą książek czekających na przeczytanie, nad globalizacją i ociepleniem klimatu.

Wtem.

Kątem oka dostrzegam zbliżającą się do mnie Sąsiadkę. Sąsiadka z gatunku tych, co to skomentuje nawet zawartość nieszczęśliwie zbyt przeziernego worka ze śmieciami, jeśli tylko spostrzeże tam coś interesującego. Wychylam się z folii i bąkam coś nieokreślonego, pomiędzy "dzień dobry" a "pieszo? a co, miotła w warsztacie?". Albowiem Sąsiadka jest znana z dość powszechnego kłapania dziobem jak w tok szole – na każdy temat, z każdym, byle pogrzać atmosferę. Jeśli plotka byłaby literą, to ta kobieta byłaby całym alfabetem. Takim kompletnym, z: ą,ć,ę,ł,ń. Prześwietliła mnie jak bramka na lotnisku, łypnęła złowieszczo na Igo topiącego aktualnie dmuchawce w kałuży, jednym celnym spojrzeniem oceniła mnie w rzucie bocznym – zwłaszcza w odcinku brzusznym – i pocwałowała dalej.

W najbliższym czasie oczekuję wzmożonego ruchu informacyjnego na temat domniemanego powiększenia naszej patologicznej i dysfunkcyjnej rodziny.

Będzie wesoło 🙂

———————–

Babskie sprawy, panowie sio!

Po ciężkim tygodniu pracy, wszystkim Paniom należy się coś baaaardzo przyjemnego. Usiądźcie więc wygodnie i obejrzyjcie ‚side effects’… w celu wybrania najlepszego produktu oczywiście 🙂
Polecam z dźwiękiem.

A Ty którego… ekhem… który krem wybierasz? 😉

It's oh so quiet

Jutro… a nie, przepraszam, już dziś… Lokator dostanie (dzięki Adze i Izie) swój pierwszy prawdziwy rower. Oczywiście wersja dla małych kurdupli, bo na taki dla rosłych i potężnych dwumetrowców jeszcze troszeczkę będzie musiał poczekać. Aczkolwiek pewnie zleci szybko i się okaże, że to pojutrze.

Młody dostanie rower.

Skoro służył innemu Dziecku, więc musi być super – pewnie jeździło się na nim bosko i poprzedni właściciel ma wspaniałe wspomnienia. Mam nadzieję, że dodamy trochę równie miłych.

Ja zaś dostanę pierdolca.

Nadal nie wychodzi mi spanie. Nic nie działa. Próbuję się znudzić wszystkim, czym tylko bym mogła i nic. Jak na złość niezwykle zaczęły mnie fascynować telewizyjne reklamy przedzierające się przez naszą ekranową "kaszę", jak również programy publicystyczne, w których jedno w porywach do dwóch zdań mieli się na okrągło podając je każdorazowo w innym kontekście i finalnie wychodzi z tego sieczka. Z uwagą śledzę dmuchane materace w tele_zakupach i zaczytuję się w każdym spamie, jaki trafi na moją skrzynkę. Niestety nadal mają mnie za mężczyznę. Wstrząsające.

Do pracy ubieram się barwnie by ewentualnego dziobaka zniwelować nagłym szokiem kolorystycznym gdy kątem oka rzucę na pomarańczowy rękaw bluzki. Nie pomaga. A to była zawsze taka moja pierwsza pomoc na pogodę ducha.

Macie jakieś swoje ulubione ubrania?

Ja mam kilka. Mocno już sprane dżinsy, które pamiętają mnie chyba we wszystkich odsłonach wiekowych odkąd zaczęłam świadomie a z lubością użytkować ten rodzaj spodni. Wspomniana pomarańczowa bluzka z cudownie długimi rękawami, w które można się przy odrobinie szczęścia zaplątać – świetnie się sprawdzają gdy marzną mi dłonie. Długa drelichowa spódnica, która dawno temu zawróciła mnie z wysokości wystawy z chodnika i wyraziła kategoryczny imperatyw na temat zabrania jej stamtąd do siebie. Posłuchałam. Jesteśmy razem już prawie dekadę. Albo czarny podkoszulek z motywem motyla wyciętym misternie na praktycznie całych plecach. I jeszcze takie jedne skarpetki pięciopalczaste mam ulubione. Nie wiem co będzie jak zejdą śmiertelnie z przetarcia.

Potrafiłam kiedyś przez dwa lata szukać butów. Bo bezwzględnie musiały być takie same jak te, które przeszły do Wiecznej Krainy Obuwniczej. I znalazłam. Nie znoszę odchodzić z kwitkiem.

Cała prawda o Bajce

anarchizująca buntowniczka
choleryczna ćma
długopalczasta empatyczna furiatka
gniewna horpyna
impertynencko-ironiczna jaszczurka
klnąca literatka
łatwopalna mentalna naturystka
ostro pyskata
radośnie subiektywna
tragicznie uparta
wściekła yntelygętna zołza

i lubię się przytulać niestety
wygląda na to, że mam przesrane w pełnym wymiarze godzin
 
.
 
Czy w kwestii chęci poznania ewentualnego – kiedykolwiek – z naciskiem na: za milion lat, gdy piekło zamarznie – ekhem partnera powinnam zawczasu przyjąć egzorcyzmy?
I czy na klatę czy z główki je? … Droga Kasiu.

w bonusie śliska nawiersznia