A Eliza niech ma korale i pierścionki ze trzy, ze dwa

Wracam z wakacji, słucham Trójki, patrzę na drogę co ucieka jakby kto ją gonił i księżyc po prawej. Taki rogal. Całkiem spokojny, dziwny, zamglony. Mało teraz można znaleźć rogali w sklepie. Nie wiem czemu. Na wakacjach trzeba było jeździć po rogale 8km do Monkiń. Duże, złociste, pachnące pszenicą i ciepłymi dłońmi, posypane makiem, chrupiące. Powrót do dzieciństwa za jedyne 1,30. I przejażdżkę bo nigdzie indziej księżyców śniadaniowych nie uświadczysz. Szkoda. Wracać też szkoda. Zawsze te powroty z wakacji trochę nazbyt nostalgiczne są. Pomimo i aż. Ze zbyt wielu powodów by w ogóle chcieć o nich myśleć. Nie przeszkadzają mi korki ani deszcz czy słońce śmiejące sie tym pospiesznym turystom prosto w nos. Przeszkadza mi bezwzględność czasu. Kiedy chcę wracać, muszę czekać bo to przecież jeszcze nie pora na powroty. Kiedy pora na powrót już odpowiednia, zawsze trudno to wytłumaczyć temu czemuś w środku mnie…

Indeskrymable bez szelek

Ludzie spędzają czas wolny jak lubią albo jak muszą. Są oczywiście jeszcze tacy co wolnego czasu nie spędzają w żaden sposób z tej prostej przyczyny, że go nie mają a samo określenie jest dla nich mocno odległe emocjonalnie. Oczywiście każdy chciałby wolny czas posiadać i móc go spędzać jak chce. Ja też. Na szczęście należę do grona wybrańców posiadających urlop wypoczynkowy, który nawet czasem mogę z lekka wykorzystać i spędzam go jak lubię, chcę i widzi mi się. Taka jestem okropna. I wcale się nie męczę. Ani nie poświęcam. Ani nie marudzę jak w Warszawie, gdzie przeszkadza mi nawet to, że w sklepie akurat zabrakło mojego ulubionego soku. Wyjeżdżam do miejsc totalnie odległych od rzeczywistości, gdzie jest jeden sklep, w którym nie ma nic, jeden bar z sieją za 4,50 a skrzynkę pocztową opróżnia się we środy (najbliższa poczta 16km stąd). I co? I nic. Jest mi dobrze. Leżę do góry wszystkim, Dzieć szoruje kolanami po trawie a jesteśmy przy tym szczęśliwi jak dzikie świnie w obierkach. Nie słucham radia, nie oglądam telewizji, nie wiem co w tym sezonie nosi się w Paryżu ani kto komu zakręcił rurociąg z kremem. I alleluja. Tego mi było trzeba. Jak chcę to pójdę popływać w jeziorze, jak nie to poczytam książkę, albo pobawię się z Synem w łowienie kamyków i brodzenie przy brzegu. I odpoczywam. Ładuję baterie na cały rok. Dobrze mi. Obserwuję ludzi. Pan z B. przyjechał i szuka telewizora, Pani z K. pralki. On znalazł i się wścieka bo obejrzał wiadomości, ona nie i od razu zła bo przecież to nie średniowiecze. Zadziwiające ale wcześniej nawet nie zauważyłam braku tych urządzeń. Jakoś niespecjalnie widać są mi niezbędne do życia. A przecież lubię oglądać filmy, prania zaś mam codziennie solidny stos. Inny ktoś narzeka, że łazienki w pokoju brak i do sławojki musi biegać przez podwórze po drodze rozdeptując okoliczne żaby. A ja? Jestem tu czwarty raz i wiem, że za piątym, jeśli tylko los pozwoli, też chętnie przyjadę. A w domu narzekam, że kafelki nibieskie do beżowych i dziura w ścianie. Nie wiem skąd to się bierze ale tu jestem w stanie przejść do porządku dziennego nawet nad tym, że ćma wpadła mi do ucha i tkwi tam nadal a najbliższy lekarz sześć wsi dalej a w pracy do furii doprowadza mnie warkot drukarki wypluwającej z siebie tony papieru na korytarzu. To miejsce mnie leczy. Ceruje łatki, zabliźnia rany, głaszcze po głowie, przynosi spokój. I cieszę się, że się przydarzyło. I akurat teraz. Ważne żeby każdy znalazł takie swoje miejsce magiczne. Miejsce, gdzie wystarczy mu to co w nim zastanie i niczego nie będzie musiał zmieniać by poczuć się lepiej. Mnie wystarczy jedno spojrzenie. Łan zboża, grążele na wodzie, sitowie czesane wiatrem, las pachnący żywicą, łąka miękka od barw, wstążka szosy daleko na horyzoncie i ocean gwiazd i ciszy… tylko dla mnie. A Mój Syn ma cztery zęby, rumiane policzki i właśnie powiedział do mnie ‚mama’. Wszechświat wypełniony jest takimi okruchami małych szczęść. Lubię je kolekcjonować. Zbierać, wysupływać z zakamarków, odkurzać z zabiegań i niedoczasów, przyglądać się im, smakować z kubkiem herbaty w dłoni, zapamiętywać, pielęgnować, uśmiechać się ciepło za każdym razem gdy o nich pomyślę. Wspomnienia są jak koty. Niesamowicie łaszą się gdy je drapać po grzbiecie.

Danowskie

Kojarzą mi się. Z zapachem nagrzanych słońcem desek pomostu i ciepłem spojrzeń ludzi, których cenię i którym ufam. Z mapą gwiazd na bezchmurnym niebie spadających prędzej niż zdołam mrugnąć i zdziwieniem, że północ nadchodzi tu tak niepostrzeżenie. Bez pukania. Z koncertem świerszczy tuż za framugą okna i skrzypnięciem podłogi gdy chce się stąpać jak najciszej, by nie zbudzić tych, co śnią swoje małe-wielkie sny o lataniu. Z karmieniem łabędzi i helikopterami ważek, tuż nad głową, gdy zanużam się po szyję w wodzie, w której widac dno. Z poważnymi rozmowami o śmiesznych sprawach i obowiązkowym ogniskiem 26 lipca. Z rowerowaniem po lasach i przyjacielem co miał być mój. Przez zwykłe u, otwarte jak ramiona. I jak drzwi. Z burzą na jeziorze co błyska jakby pękło niebo i równym rzędem leśnych poziomek tuż przy drodze. Wprost na wyciągnięcie ręki. Z dobrym i złym mi się kojarza te Danowskie od lat oswajane kolejnym śladem. Ale tylko to dobre chcę pamiętać..

Widzę cię mucho

Lato oszalało i wybuchło z siłą wodospadu co to szklanki czyści nie przerywając snu. Pomosty są pełne skwierczącech ciał w rozmaitej gamie kolorystycznej – od majtkowego bladego różu miejskiego i ogorzałych kończyn tubylczych, przez wściekłe bordo tych, których na słońcu dorwał Morfeusz, do stonowanego brązu wreszcie. Po godzinach zaś stanowiska operacyjne na deskach, uprzykrzając życie ewentualnym wakacyjnym Ściskaczom Wstydliwym, zajmują wędkarze, tyleż zapaleni co znerwicowani ogólnym rwetesem w wodzie. Ryby biorą, co mnie nie dziwi jak sobie przypomnę moje nogi podskubywane tajemniczo w okolicznościach pomostowego moczenia.
Po jeziorze pałętają się to łódki (niekiedy nawet z załogą), to łabędzie, to kąpielówki i kapielowi, to okoliczne plactwo i robale. Ważki głównie. Dziatwa licznie zgromadzona u gospodyni – Pani Krysi – po jeziorze się nie pęta bo za mała. A jezioro dla dziatwy za duże. W odróżnieniu. Osobistą dziatwę lokatorską moczyłam w jeziorze do kolan żeby tylko dziatwa osobista miała własny pogląd w temacie jeziora o pierwszej klasie czystości. Dziatwa zdziwiła się niepomiernie a zaraz potem zapluła się z radosci. Ostatecznie jednak z jeziorem wygrał spłachetek koniczynowego trawnika, który to Dziatwa upodobała sobie najbardziej. Nie wiem co na to czystość i wszelkie jej klasy ale koniczyna milczy. Od czasu do czasu puszcza tylko bąki. I pszczoły. W świat. Lokator jest generalnie zachwycony i pozostaje w przekonaniu, że jeśli wykona jeszcze odrobinę szerszy uśmiech, równik bedzie zbedny ale On zachwyca się nawet rolką papieru toaletowego, jest więc jakby z lekka nieobiektywny. My jesteśmy za to obiektywne. I też się zachwycamy. Przyzwyczaiłyśmy się już do myszy za lodówka i falujacego wdziecznie z przeciagiem dywanu traktując to jako miejscowy folklor – pora na resztę.
Reszta przedstawia się tak, że spaliłyśmy sobie tyłki. Znaczy konkretnie nogi. Z tyłu. Pod sam zadek. Teraz wieczorami smarujemy sobie zaciekle nasze czerwone pończoszki balsamami co to maja załagodzić, nawilzyć, wyrównać koloryt, ugotować obiad i zrobić pranie. Jeśli nie pomogą to do końca wakacji bedziemy siadać z wielka gracją i na poduszkach. Ja na ten przykład, żeby było urozmaicenie w przyrodzie, prócz odnóży spiekłam sobie również plecy i ramiona. Co się będę ograniczać. Tylko Młody zachował zdrowy koloryt bo my obie rzuciłysmy się na to słońce i na to jezioro jak kozy na jesionkę rozwieszoną na płocie. Rzuciłysmy się po radomsku, popularnie, bez filtra – to teraz mamy za swoje. Przy wieczornym scrablowaniu Halka narzeka, że uwierają ją te dessousy a smarowanie nic nie daje.
– Ty przynajmniej masz tylko pończochy a ja? – wysyczałam boleściwie – Ja mam kurna nawet gorset w kolorze bordo.
– Nie gorset tylko plastron – rzuciła fachowo Hal znad swojego ‚czako’.
– Jaki znowu plastron? – zdziwiłam się myśląc jak z ‚b’, ‚ó’, ‚ź’ i ‚ą’ oraz trzech ‚i’ ułożyć coś sensownego i nie dostać przy tym zadyszki.
– No taki szkaplerz.
– Aha…

Dziewiętnasty



Siedzę przy stoliku z drewnianych belek, pod daszkiem gontowym krytym gęsto jak łuski złotej rybki, czekam na zamówione placki ziemniaczane, które przyniesie znajoma już Dziewczyna Z Uśmiechem, popijam jabłkowo-miętowe orzeźwienie, sąsiad skosił trawę i wiatr prócz jeziornych podmuchów niesie zapach, który nieodmiennie kojarzy mi się z Mamutowem, ziemia paruje dniem, Młody wsuwa olbrzymiego podpłomyka a oczy świecą Mu jakby to był rarytas wszechczasów… i utrzymujemy, że we dwoje też można czuć się wspaniale. Bo dobrze nam jest. Nam. Piękne to słowo. Aż trudno uwierzyć, że dziewięć miesięcy temu byłam jeszcze tylko ja. I ktoś wybrzuszający mi letnią sukienkę. Dziś to Nas brzmi całkiem inaczej. Prawdziwiej. Odświętniej. I smakuje cukierkami, których nazwy już nie pamiętam ale wiem, że najlepiej smakowały jedzone na drzewie w towarzystwie podwórkowej ferajny umorusanej po końce płowych włosów. Dziś mam swoje Nas. Nasze. I nie wyobrażam już sobie że mogłabym być pojedyncza.

Jest idealnie

Sto metrów do jeziora Wigry, świeżutka sieja w barze o dwa rzuty beretem stąd, zachody słońca nie do opisania, łabędzie, pusty dom i Młody śpiący do dziewiątej. Czegóż chcieć więcej? W zasadzie teraz jest idealnie. Ale było trudno. Jak chyba zawsze z początku. Najpierw ciężko było wyjechać bo z Halką zapakowałyśmy pół miasta i wujek Pablos obawiał się czy w ogóle damy radę ruszyć z miejsca. Ale na szczęście wujek się nie zna i mogłam nawet dopakować rondel. Ruszyliśmy… i utknęliśmy w korku. Norma. Ciągle zapominam, że to jednak Warszawa i mieszkając tam trzeba się uzbroić w cierpliwość oraz dodatkowe dwie godziny na uliczne kontemplacje. Lokator w trasie był tak grzeczny, że co chwilę łypałam niespokojnie w lewo czy aby czasem nie ogryza pasów. Albo czy sobie nie poszedł. Ale nie – twardy był. Na miejscu okazało się, że mamy z Halą do dyspozycji stary dom. Pusty do dwudziestego. Zachwyciłyśmy się od razu. Pokoje, po których można się ganiać, bo wszystkie połączone drzwiami, olbrzymi kaflowy piec, skrzypiące historią podłogi, przytulna kuchnia i nawet mikroskopijna łazienka z wanną w wersji mini i ukośnym sufitem. Wszystko bardzo skromne ale super. Napaliłyśmy się jak szczerbaty na suchary i rozpakowałyśmy ochoczo. Młody piał z zachwytu, widok z okna wprost na jezioro zachwycał a kuchnia zachęcała by posiedzieć sobie weń z kubkiem gorącej herbaty. Problemy zaczęły się pod wieczór. Porywisty wiatr niósł z Wigier lodowate podmuchy, nieszczelne okna i ściany grały nam kołysanki, z dywanu i pogłogi to wznosiła się to opadała meksykańska fala a przeciąg trzaskał drzwiami. W dodatku drzwi wejściowe nie zamykają się inaczej niż na haczyk a w szparze pod nimi dowolnie mogą wędrować okoliczne żyjątka. A tych ci u nas dostatek. W wannie pająki wielkości znacznie powyżej średniej krajowej, w kredensie Koło Mrówek Wiejskich robi sobie wieczorki zapoznawcze w cukiernicy a po podłodze bez żenady popylają sobie nic sobie najwyraźniej nie robiąc z naszego zdumienia całkiem dorodne nornice. Nawet miejscowy kot dał sobie spokój. Nie dziwię się. W końcu może mieć dość i umierać z przeżarcia. W nocy było zimno jak piorun ale zakopałam się z Dzieciem w pościeli i daliśmy radę, mrówki wytłukłyśmy zakupionym ‚mrówkofonem’ a mysz złapała ostatni kęs w pułapce. Więcej niespodzianek nie było. I dobrze, bo jeszcze chwila a mogłabym się założyć, że domek stoi na jakimś starym, przeklętym cmentarzu i o północy zaatakują nas ludzie-ogórki wyłażący z piwnicy a ze strychu poza gołebimi kupami i stadem szpargałów spadnie na nas klątwa i blacha falista utnie nam głowy. Rano wszystko wyglądało już inaczej. Słońce na pomoście i moczenie nóg w jeziorze wynagrodziło nam wszystkie niedogodności. Byczymy się koncertowo, śpimy bezwstydnie długo, uśmiechamy do Młodego, który jest w trakcie witania dwóch górnych jedynek i w związku z tym klawiaturę to wietrzy to zapycha kukurydzianym chrupkiem, pałaszujemy tubylcze specjały i nałogowo gramy w scrable.
Jest idealnie.