Prywatne źródło energii samoodnawialnej

Jan jest królem życia nawet obudzony rankiem do szkoły.

Wstał wprawdzie akurat w tym krótkim momencie, w którym Matka Dzieciom była na rehabilitacji, Igor w szkole, a Książę Małżonek odprowadzał Lenę do przedszkola, więc przez chwilę był sam na środku oceanu zwanego życiem (wszak Babcia na dole się nie liczy, bo jest Babcią na dole, czyli całe piętro niżej).

Na szczęście po chwili powrócił Książę Małżonek, więc Jan przypomniał sobie, że jest cały stale w wybitnie szampańskim nastroju, przytulał się i podskakiwał, na zmianę, a energią był wypełniony od palców stóp po kogucika na czubku głowy.

Oczywiście po przebudzeniu natychmiast trzeba zjeść śniadanie, gdyż jak udowodniono naukowo człowiek pozostawiony zbyt długo bez jedzenia, wyraźnie smutnieje. A Jaś nie znosi być smutny – wiadomo.

– Janek, co zjesz na śniadanie? Kanapkę, czy płatki? – zagadnął Książę Małżonek
– Płatki! Bo czas, to pieniądz! – bez zastanowienia wypalił Janek, nie przestając podskakiwać z radości, że Tata się znalazł.

Spotkałam ich idących do szkoły, gdy wracałam z przychodni. Janek był pląsającą radosną kolorową kulką, podśpiewującą pod nosem coś o nosorożcu 🙂

#KochaćWszystkichNikogoNieOszczędzać

Jakby luksusowo

Matka Dzieciom po kuchennych krzątaninach i daleko zakrojonym ogarnianiu rzeczywistości zapragnęła relaksującej kąpieli w wannie.
Wlała wody i dodała musującą kulę do kąpieli, co to ją dostała w prezencie. Kula zrobiła bulb, po czym zaszumiało, zabrzęczało i wanna wypełniła się czymś w kolorze przedszkolnej serwatki, ale bardzo ładnie pachnącej. Na powierzchni wody pięknie unosiły się płatki róż. Cud, miód i karmelki. Tylko leżeć i się napawać chwilą ciszy i spokoju.
 
Matka Dzieciom położyła sobie jeszcze maseczkę z białej glinki – ha! kto kobiecie, spuszczonej z łańcucha macierzyństwa do pustej łazienki, zabroni. Maseczka miała być zgodnie z instrukcją na twarz, szyję i dekolt, więc po wypaćkaniu zawartości saszetki wyszło jakoś na pół Matki Dzieciom. Górne pół. Ale do brzegu…
 
Leży sobie Matka Dzieciom w wannie, leży, kontempluje odłażącą już farbę na ścianie, rozmyśla nad sensem istnienia w kontekście sprawdzianu z niemieckiego w klasach siódmych i już, już miała wynaleźć koło oraz sposób na matowienie szkła w zmywarce. Już, już prawie wszystkie wolne rodniki, wystraszone widokiem Matki Dzieciom w maseczce z białej glinki, jęły uciekać w podskokach.
 
WTEM…
okazało się, ach jakże prozaicznie, że drzwi do łazienki Matka Dzieciom z przyzwyczajenia zostawiła zamknięte tylko na klamkę. I się zaczęło.
 
Pierwsza przydreptała Lena. Zmierzyła wzrokiem postać rodzicielki do połowy na biało i z powątpiewaniem podeszła bliżej.
– Śmiesznie wyglądasz – wyparowała – Ale do pracy to może tak nie chodź.
Zajrzała do wanny, gdzie płatki róż, piękne aromaty i ogólny luksus:
– O rany! Ale tu brudno! – orzekła Lena marszcząc swoje 4,5 letnie czoło.
– To taka kula do kąpieli z płatkami kwiatów – wyjaśniła Matka Dzieciom – Całkiem przyjemne są. I pięknie pachną.
– Masz taką dla mnie? – podchwyciła ochoczo mała kobietka, złakniona eksperymentów kosmetycznych jak kania dżdżu.
– Oczywiście – wszak w zestawie były trzy kule, to jedną można się podzielić.
 
Drugi nadciągnął Janek. Poirytowany brakiem siostry pośród zabawek znalazł ją w łazience. Z Matką Dzieciom rzecz jasna. Jan, słynny rodzinny sceptyk, rzucił tylko okiem na całą scenę, bezbłędnie wypatrzył co tu się wyprawia i poruszony do głębi wykrzyknął z naganą:
– Tyle wody???!!!
 
Jan jest na wskroś eko. Ekologiczny ekonomista. Całe szczęście, że jako esteta z zamiłowania, nie skomentował maseczki z białej glinki. Za to po wyjaśnieniu mu przez siostrę działania musującej kąpielowej kuli, zaordynował jedną dla siebie.
 
– Na szczęście były trzy i jedną udało się już zużyć – pomyślała Matka Dzieciom zmywając glinkę płatkami damasceńskich róż.

Imprezowo

Matka Dzieciom westchnęła przeciągle.
Przypomniało jej się, jak kiedyś na Sylwestra miewała zaproszenia i plany jak stąd do Radomia, a może nawet i dalej, domówka na Mokotowie, Gdańsk, Kraków, wielki świat. Od rana kręciła loki, robiła paznokcie, dobierała kiecki i malowała oko, czasem nawet drugie. Tańce, hulanki, swawole.
Tymczasem aktualnie wyrabia ciasto na chleb i jedyny plan, to trzy foremki na blachę. No może jeszcze bułeczki cynamonowe.
Odkąd Matka Dzieciom dysponuje rodziną wielodzietną jej galaktyka niebezpiecznie zawęziła się. Znów będzie grana kanapa i pewnie nadrabianie filmowych zaległości. Co oczywiście ma całkiem sporo plusów (nie trzeba wciągać brzucha „przy ludziach”, kapcie są o niebo lepsze niż szpilki, a i w razie czego będzie można całkiem na legalu się zdrzemnąć, bez obawy, że wylądujemy nosem w sałatce). Ale nie zmienia to faktu, że w ten konkretny dzień towarzysko Matka Dzieciom czuje się nieco na marginesie okrężnicy.
 
Chyba, że udekorujemy pokój, wypijemy piccolo, pogramy w planszówki i potańczymy sobie w piątkę 🙂
 
A Wy co porabiacie wieczorem?
1544474921_wcokbm_600

Jan dobrze rokuje

Z cyklu – dialogi rodzinne.

– Mamaaaa! – krzyczy z pokoju Lena – A Igor grozi, że mnie zje!
– Tylko spójrz na niego – odpowiadam spokojnie z kuchni – Jest za chudy. Nie zmieścisz mu się w brzuchu.
– Fakt – zauważa Igor – Nawet ty Lena, jesteś grubsza ode mnie…
– Nie mów kobiecie, że jest grubsza, osiole! – nie wytrzymał Janek.

😀