Polska język trudna jest

Lokator prócz tego, że uroczy jest osobliwie i podrywa wszelkie Przygodnie Napotkane Staruszki, zdaje się mieć głęboko w poważaniu prawidła naszego narzecza. Śmiem twierdzić, że robi to specjalnie albowiem doskonale potrafi powiedzieć pewne słowa – na czym został niejednokrotnie przyłapany – a z uporem maniaka ignoruje istnienie innych. Na spory zasób leksykalny ma zaś własne odpowiedniki.

Generalnie mówi bardzo dużo we wspominanym już niegdyś przeze mnie na blogu dialekcie kantońskim skrzyżowanym z suahili. Z lekką nutką mandaryńskiej dekadencji. Po polsku mało i bardzo wybiórczo. Ot, pojedyncze słowa.

Pocieszam się, że istnieje posibilitacja, że po prostu za lat kilka spyta „gdzie kompot?”.

Do tego czasu staram się przewalczyć przynajmniej podstawy:

– Igorku powiedz piesek – namawiam Dziecia z miną łagodną a troskliwą.
Hau hau – odpowiada pogodnie Potomek.
– Kochanie… pie-sek… – artukułuję cierpliwie.
Hau-hau… – ze skupieniem odpowiada Igor.

🙂

Ostatnio troszkę biegam

Ale nie żeby jogging czy coś. Raczej przez płotki, na przełaj i z językiem powiewającym na wietrze jak sztandar. O tak patriotycznie. Tak tak.

No więc – bo ja uwielbiam zaczynać zdanie od „no więc” – najpierw biegam na te konsultacje, a z konsultacji na rentgeny, bo nowe być muszą, a z rentgenów znów do Dochtora i od Dochtora do pracy.

Czyli zwyczajowo ostatnio wygląda to tak, że się wstaje o tej piątej, o szóstej.trzydzieści Obywatela zakwaterowuje się w Żłobku i biegnie się na autobus, który zawiezie nas do… no niestety nie do Włoch a na Włochy ale stojąc w malowniczym korku mam nieodparte wrażenie, że to taka sama odległość. Jak już o ósmej melduję się na miejscu, uprzejmy pan Dochtor – nie no kochany jest, że się podjął i obiecał nie spierdolić jak kilka poprzednich osób za granicę albo się zwyczajnie wycofać – doprowadza mnie do bólu głowy i okolic wiercąc mi dziury w szczęce. Ale poza tym jest czarujący. I w sumie dobrze bo będziemy się widywać przynajmniej raz w tygodniu (choć na początek po dwa) przez ładnych kilka miesięcy, dobrze byłoby więc się przynajmniej tolerować. Ale miły jest i w ogóle. I zawsze bardzo przeprasza, że z tymi odwiertami ale wiadomo – musi.

Generalnie jest czarownie.

Dobrze, że wymyślili te wszystkie środki znieczulające. W życiu nie sądziłam, że będę wzdychać z ulgą na widok strzykawki…

Potem wracam do świata żywych bo wsiadam w autobus – jeden z trzech – który dowozi mnie do metra, metrem jadę minut pięć i już jestem prawie prawie w Firmie. W tak zwanym miedzyczasie schodzi znieczulenie i zaczyna się ostra jazda bez trzymanki.

Wtedy faktycznie robi się jakby gorzej. I chodzę sobie z tymi dziurami i mam w nich takie metalowe ćwieki i czuję się jak Arnie Terminator. Tyle, że nie mogę nikogo dwadzieścia pięć razy zastrzelić, następnie spalić, zrobić mu z losowo wybranej części ciała jesieni średniowiecza i na koniec powiedzieć czegoś zabawnego, co by potem mogły powtarzać pokolenia narwańców science-fiction. Albo sobie łypiąc to jednym do drugim zaspanym okiem jeżdżę na retgeny do WCS tuż przy Wiśle – piękne widoki zaiste – i znów na Włochy. A z tego wszystkiego najbardziej dramatyczna jest niemożność normalnego jedzenia. Kanapki w strzępkach, kaszki dla niemowląt, jogurty, kisielki. Matko! Minęły dopiero dwa dni a ja już marzę o kotlecie. Już zapomniałam jak to jest. W końcu od poprzedniego razu minęło parę lat. No ale nic, damy radę.

Po pracy biegnę już tylko do domu, gdzie czeka stęskniony Lokator i trzy bramki do wyboru: pranie, prasowanie, obiad na jutro.

Albo trasa Żłobek-Chór, w zależności od dnia tygodnia.

Miałam tego wszystkiego nie pisać bo jakoś wcześniej się nie wywnętrzałam zabiegowo – taka super_hiper_dzielna chciałam być – ale pomyślałam sobie, że może taki jeden lub drugi ktoś nie ma bladego pojęcia jak to wygląda. A chciałby. Bo w końcu chcieć może. Niestety próbek bólowych nie zamieszczam. A akurat tego niezmiernie żałuję bo sporo fajnych gmerań robi się bez znieczulenia. Jest na ten przykład takie miejsce gdzie końcy się światło kanału i następuje przebitka do okostnej. I bynajmniej nie chce mi się śpiewać w takich momentach pląsając niczym rącza łania „merci, że jesteś tu”, tylko całkiem inne rzeczy chce mi się robic i to z udziałem różnych dziwnych narzędzi. Widzi się wtedy całe galaktyki i czuje się człowiek jak w obserwatorium.

Zawsze chciałam studiować astronomię…

Ach… powinnam jeszcze znaleźć sobie w trybie pilnym czas na angielski, Firma chce mi zafundować z ramach funduszu szkoleniowego i ja oczywiście bardzo chętnie. Tylko jak Milutka Pani zez Recepcji Jednej Szkoły zadzwoniła żebym się z nią umówiła na rozmowę i spytała kiedy mam czas, to zachichotałam szpetnie. Bo co jej miałam powiedzieć? Między pierwszą a czwartą mam.

W nocy.

Na sprzątanie jakoś chwilowo nie mam siły. Roztocza czują się zapewne jak w niebie. Czyli u mnie ogólna sielanka. Uśmiecham się jak ta cizia w „Dźwiękach muzyki”, głaszczę jelonki i zrywam na łące kwiaty. Ach, och.

Co u Was?

Zmęczenie materiału

To zdecydowanie nie był mój dzień.
Głównie wahałam się czy bardziej mam ochotę gryźć i pokątnie dźgać widelcem na oślep, czy spektakularnie się rozryczeć w toalecie a potem wyjść i dalej udawać Super Mamę.
Nie znoszę takich dni.
I siebie takiej.

Rzucam kurwami i przyglądam się czy równo dźwięczy kaloryfer. I warczę na listonoszy. Oraz rozważam pracę na poczcie. Można przynajmniej wyżyć się napierdalając stempelkiem w paczuszki. Taką refleksję mam albowiem przyszła książka…

… do strony 50 ma wgniecenia. Priorytetowe.

Tak, nadal nie mam swoich rzeczy, od czasu do czasu odbieram głuchy telefon i śni mi się, że jestem szczęśliwie zakochana. A potem wstaję o piątej i zapełniam sobie dzień maksymalnie po brzegi. Taki mój podskórny sposób na sobie_radzenie.

Czasem żałuję, że nie wylosowałam normalnego życia.

Dialogi pracowe

Gadulec.

Magda – BAJUŚ XXX JUŻ GOTOWE. JEST W MOIM FOLDERZE.
Bajka – Dobrze, dzięki. Tylko nie krzycz tak 😉

Na żywo.

Sylwia – A to do mnie mówisz?
Kapusta – No do Ciebie córko, trukam od dobrych kilku minut…
Sylwia – Bo mnie to trzeba zauważyć wzrokiem.
Reszta pokoju – ???
Sylwia – Jak zauważysz ruch gałki znaczy, że czuwam.

Mamy na pokładzie cyborga 😉