Sernik z truskawkami, bdb

Znajomi z internetu są super. A jeszcze lepsi się stają, gdy już się ich pozna 🙂 Na trudne poranki nie ma jak kawa i ciastko z Cashew. Dwie godziny minęły jak kwadrans. I nikt nie wolał „Mamoo, a On mi zabrał/powiedział/zrobił…” Pełen luksus.

W drodze powrotnej szyld „wybijanie nieśmiertelników”. Uff. Jestem bezpieczna. Bycie zwykłym śmiertelnikiem w pewnych kręgach ma mnóstwo zalet.

Motyw żółtego sera w zabytkach Warszawy

Janek był na wycieczce w Wilanowie. Wrócił z pamiątkową książką i rumieńcem. Uśmiecha się zagadkowo.

– Podobało Ci się w Wilanowie? – pytam.
– Tak – odpowiada Jan Lakoniczny.
– A co Ci się najbardziej podobało?  Pałac, ogród, czy może coś innego? – dopytuję z zainteresowaniem.
– Kanapka – wyznaje Jan po namyśle.
– Co takiego? – pytam, odtwarzając w pamięci wyposażenie meblowe pałacu i usiłując coś dopasować.
– No kanapka z żółtym serem – doprecyzowuje Jan Uprzejmy.
– Ach, dostaliście poczęstunek – zauważam przytomnie – Jak miło.
– Nie. Pani Babcia z szatni w pałacu jadła. I spytałem, czy ma też dla mnie – uściśla ze spokojem grabarza Jan Żarłoczny, dla którego odebranie Starszej Pani od ust posiłku, to betka.

Tu nastąpiła chwila zaskoczenia i tłumienie chichotu. Po chwili.

– Ale nie martw się, Mamo. Grzecznie zapytałem i podziękowałem – oznajmia Jan z Savoir-vivrem we krwi.

Ąę i kurtyna.

Dzień Wszystkich Mam

Na Dzień Matki po deszczowym, szaroburym dniu dostałam mnóstwo słońca w uśmiechach i prezenty od serca, własnoręcznie wykonane przez małych artystów, z którymi szczęście mieszkać, a niekiedy również sypiać. Obiecuję przez chwilę nie narzekać na małe zimne stópki i podbieranie kołdry. Fajnie być Mamą. Potrójnie 🙂

image

image

image

image

Wzrusz oraz budyń naturalnie

Sporty ekstremalne w weekend

Dziś triathlon: jeżdżę na szmacie, gotuję, ganiam z i za dziećmi. Konkurencja dodatkowa: jeździectwo. Z elementami akrobatyki. Pieczenie chleba z uwieszoną nogawki Córką i wzywającym mnie co chwilę z toalety Synem Młodszym.

A już strzałem w dziesiątkę były zakupy z całą trójką.

Ten moment, gdy już witasz się z gąską i układasz na taśmie ostatni produkt, a na trzy-cztery jedno chce siku, drugie pić a trzecie po prostu zmienia kolor.

I masz dokładnie pięć sekund na dotarcie do toalety oraz postanawiasz zignorować kolejkowy pluton egzekucyjny, który powita Cię po powrocie.

Życie to sztuka wyboru.

Teraz usiądę i zjem lody. A potem do końca weekendu planuję zajmować się wyłącznie trawieniem.

Piątek i spełniające się marzenia

W kwestii marzeń należy zachować daleko idącą ostrożność. Gdyż ponieważ albowiem mogą się spełnić. I to w najmniej oczekiwanym momencie.

Zawsze marzyłam o podróżach, wielkiej miłości i dużych pieniądzach.

Wielką miłość mam jakby zaliczoną. Kto ma troje dzieci, jest bowiem kochany bardzo mocno, uporczywie, z zaangażowaniem, w sposób zaborczy oraz całą dobę przez siedem dni w tygodniu. Ma również pokaźnych rozmiarów plik laurek z wyznaniami na każdą okazję, jak również bez.

Z dużymi pieniędzmi mea culpa, bo chyba nie sprecyzowałam, że chodzi o konto moje, a nie kredyt czy wiszenie kasy innym. I tyle lat marzeń drapał pies.

Podróże mi się spełniły.

Codziennie podróżuję koleją, która to podobno właśnie teraz zmienia się na lepsze. Mam jednakowoż postulat, żeby wysłali mi jakiś znak o treści „TERAZ!” – może być SMS, e-mail, neon – cokolwiek, jak już to nastąpi. Albowiem wyrażam obawę, iż przeoczę. W natłoku tych zmian na lepsze czasem giną pociągi. I nie przyjeżdżają. Wsiada wtedy człowiek w inny skład, jeśli coś raczy podjechać i myśli, że już może odetchnąć z ulgą, bo zaraz będzie w domu.

Lecz tu może się bardzo, ale to bardzo zdziwić.

Jestem mistrzem. Mistrzem przygód, sensacji, suspensu i robienia pełnego makijażu w 60 sekund. Ale o tym później.

Umeczona po ciężkim dniu pracy wsiadłam w pociąg, który, uwaga uwaga, NIE ZATRZYMUJE się na mojej stacji i ten pociąg oczywiście wywiózł mnie daleko do jakiegoś Halinowa. Mogłam się wprawdzie zorientować, że coś tu nie gra, bo miałam miejsce siedzące oraz przed moją stacją nie nastąpiło pospolite ruszenie, by zająć pozycję najbliżej drzwi. Jakby fakt opuszczenia pojazdu kilka sekund później był wydarzeniem uwłaczającym i burą plamą na honorze. Jednak się nie zorientowałam. Mignęła mi moja stacja w pędzie dalekobieżnym, mignęło też kilka następnych, nie moich, ale takich jeszcze przeze mnie nieco kojarzonych.

Pociąg jechał sobie do Łukowa i miał tam dojechać dwie godziny później. Na szczęście nie musiałam czekać aż tak długo. Najbliższy postój był w Halinowie, z czego oczywiście skorzystałam i wysiadłam.

W Halinowie nie było nic, co przyciągnęłoby moją uwagę. Domki-kwadraciaki z ogródkami, w których zatrzymał się czas, lokalna kompania piwna, sącząca wzajemne światopoglądy pod przystankową wiatą, kilka ujadających psów. I ja jako kupka nieszczęścia i rozpaczy.

Pomyślałam sobie oczywiście, że mogło być gorzej, bo z Halinowa jednak zawsze bliżej niż z Łukowa, ale było mi cholernie daleko do entuzjazmu. Myśl, że moje dzieci czekają na mnie w domu pod opieką wnerwionej babci, Książę Małżonek kręci aktualnie kilometry w drodze do Katowic, a ja bez kasy na bilet znajduję się w miejscu, którego nazwa nic mi nie mówi. Optymizm może się zgubić, doprawdy. Kartą miejską mogłam się w tej sytuacji ewentualnie podrapać. Za uchem.

No ale nie rozpłakałam się i to był niewątpliwie plus. Jeden z dwóch. Drugim był brak deszczu, gradu, burzy z piorunami, czy innej maści opadu atmosferycznego. Aplikacja ‚jak dojadę’ pokazała mi, że coś tu czasem jeździ. Postanowiłam więc życzyć samej sobie szczęścia w przekonywaniu konduktora, że jestem tak zajebista, iż PKP powinno mnie przewieźć gratis.

Do domu dotarłam szybciej niż przypuszczałam. Złapałam na stopa przemiłą Starszą Panią, która z miejsca została moją idolką. Starsza Pani stwierdziła, że przypominam jej samą siebie sprzed lat. I to był zdecydowanie pod każdym względem komplement. Oraz podwiozła mnie pod sam dom, choć miała zgoła inne plany na trasę powrotną od wnuków.

Jak dorosnę, chcę być właśnie taka.
Choć może wolałabym nieco lepiej prowadzić 😉

Łydko, wróć!

Po wczorajszych 6 km biegu w deszczu i dzisiejszym morderczym w tempie treningu  step-sztangi-respirator moje łydki umarły i znajdują się w jakiejś odległej galaktyce. Są w niebie dla zbolałych i zmaltretowanych części ciała. Ale nadal chodzę. Czary z mleka!

Oraz Syn mój najstarszy zagaja: „Mamo, zagraj ze mną w piłkarzyki, co?”

Pewnie, że zagram, Synu. Albowiem gdyż ponieważ mam opcję „zmartwychwstanie” w pakiecie powitalnym. Ze stałą odnawialnością co rano. Opcja ma wprawdzie wyłącznik czasowy między pierwszą w nocy a piątą rano, ale spokojnie – wtedy jestem w trybie gotowości. Nieustający stand by z mleczkiem, kocykiem, kołyszącymi ramionami i bajką na życzenie.

Wszystkie SuperMatki tak mają. A SuperOjcowie wracają po dobie spędzonej za kierownicą, biorą prysznic i hop – już jeżdżą z dziećmi na rowerze, albo bujają huśtawki, z których wystają tylko majtające się, dziecięce nogi.

Wszelki wypadek

Jadę do pracy.

Pociąg turkoce po szynach, ludzie wiszą gdzie i na kim popadnie, gimnazjaliści spierają się, kto ma więcej lajków pod zdjęciem z imprezy u Rafała.

Pozdrawiam Rafała, kimkolwiek jest, gdyż w odczuciu pasażerów SKM-ki jest już postacią mityczną.

WTEM ściana deszczu.

No tak.
Ale przecież mam parasol.

Dopiero po trzech minutach dotarło do mnie, że owszem mam. Nawet dwa. Jeden w domu, drugi w pracy. Na wszelki wypadek, gdyby padało.

Brawa dla mnie.
Dziś wystapię w stylizacji ala zmokła zielononóżka z wolnego wybiegu.