Dziś też się kocham

Fart utrzymuje się w dalszym ciągu. Rozważam możliwość nawiedzenia pobliskiej kolektury albo przynajmniej przejścia obok. Z przyczyn całkowicie ode mnie niezależnych bowiem (bo to przez Obywatela zaspałam przecież) zmuszona byłam dziś jechać do pracy pociągiem. Takim co to jedzie po szynach i stuka a prócz zwyczajowego Złego Pana Konduktora i Maszynisty O Dziwnym Spojrzeniu ma na składzie zatkane lub/i zamknięte na głucho wucety oraz spocony tłumek różnego autoramentu.

Na peron wpadłam oczywiście gdy rzeczony pociąg już wjechał podśmiardując miarowo spoconym tłumkiem, więc biletu w kasie – rzecz oczywista – nie zanabyłam. Nie chcąc jednak ryzykować spotkania ze Złym Panem Na Ka ruszyłam na podbój wagonu pierwszego, w którym w razie konieczności jak wieść gminna głosi można przydatne uprawnienie do przejazdu kupić. Przydatne jak diabli, bo pamiętna jestem swego nieustającego szczęścia, gdy zawsze, ilekroć zdarzało mi się bez biletu jeździć, wpadał radośnie wyżej wzmiankowany Pan Na Ka i jeszcze radośniej obdarzał mnie mandatem w odpowiedniej wysokości. O szczęście niepomierne.. jeszcze tego tylko byłoby mi trzeba.

Ruszyłam więc przepychając się pomiędzy siatami rozmaitymi i ich właścicielami do tego nieszczęsnego wagonu a łatwe to nie było, choćby z uwagi na fakt, że wsiadając znajdowałam się w wagonie ostatnim, który jest – jak można łatwo i dość logicznie wywnioskować – oddalony od lokomotywy długością solidnego spacerku. Spacerek przebyłam lekko świńskim truchtem, bo jakoś nie chciałam się natknąć przypadkiem na Złego Pana Na Ka już sprawdzającego bilety. Wtedy to wszystkie moje dobre chęci wzięły i by sobie w łeb palnęły, bo już by było tu lejt i dostałabym papierek.. tylko jakby nieco inny.

Do przedziału dla Pana Maszynisty i jego Wesołej Kompanii dotarłam dysząc i sapiąc jak ranny łoś tylko w trochę gorszym stylu. Oblicze czerwone, włos rozwiany, Obywatel bezczelnie rozwalony na przednim siedzeniu. Zastukałam grzecznie w szybkę a Zły Pan Konduktor mi pomachał. Fajnie – myślę sobie – no to bawimy się w machanie. To ja mu też pomachałam. Po chwili jednak mu się znudziło i podszedł do drzwi a ja znalazłam się w Świętym Przedziale Służbowym z najmilszą miną Sierotki Marysi po pożarze jaką udało mi się przywołać na spocone oblicze.

– Dzień dobry. Chciałam kupić bilecik.
– Aale to będzie dopłata.
– No trudno. Co zrobić.
– I dokąd?
– Do Powiśla.
– Aale to szkolny??
– Nie… normalny

W tym miejscu nastąpiło bezbrzeżne zdziwienie Pana Na Ka, mocno zmienna mimika, szybkie oglądnięcie Lokatora z dolnego piętra, podrapanie się w czoło i kontynuacja.

– Aale to będzie 7 złotych.
– O rety! Tak dużo?
– Noo. Niestety
– Szkoda…

Tu z kolei nastąpiła kolejna moja mina z cyklu Sierotka Marysia na Dzikim Śniadaniu, bezradny uśmiech numer 5 i mryganie rzęskami w stylu jelonka Bambi na ślizgawce. Chcąc nie chcąc chwyciłam za portfel. Na to Pan Na Ka łypnął porozumiewawczo na mnie i na Obywatela i wskazał nam miejsce w kącie świętego służbowego przedziału uśmiechniętym szeptem dodając:

– Pani siada.. Może ‚Renoma’ nie wpadnie.

Tym oto sposobem poznałam pierwszego, iście renomowanego Pana Na Ka, który okazał się Dobrym Panem Konduktorem i odbyłam całkowicie bezpłatną podróż pociągiem w komfortowych warunkach siedząc w pustym przedziale z wyrazem olbrzymiego zdumienia i głupawej szczęśliwości na twarzy.

Czy dziś jest jakiś Dzień Dobroci Dla Ciężarówek?

Ps. ‚….’ podaj mi na pasztetowa_raz@gazeta.pl numer swojego konta – z chęcią wpłacę Ci te 7 złotych, żebyś tak nie obrywał po kieszeni w przypadku podwyżek. Trzeba sobie w końcu jakoś pomagać. Pozdrawiam.

Z ostatniej chwili

A jednak zawsze może zdarzyć się coś, co przylepi nam do twarzy taki szeroki od ucha do ucha uśmiech. Na długo.

Właśnie dostalam esemesa:

‚Decyzją Rady Chóru Politechniki Warszawskiej zostało przyznane Ci becikowe w wysokości całkowitego sfinansowania obozu letniego. Od decyzji nie ma możliwości odwołania’

:))))))))))))))))))))))))))))
Jessss. Normalnie musiałam usiąść z radości. Jadę w sierpniu do Sarbinowa. Na całe dwa tygodnie. Jednak się uda. A już myślałam, że pozostanie mi walka z komarami w przydomowym ogródku i dalsza pielęgnacja bębna. Po prostu kocham tych ludzi…

No! Obywatelu – zobacz ile cioć i wujków nas lubi. Niech pies trąca te wszystkie autobusowe i przychodniane horpyny. Pięknie jest!

Ps. A żeby towarzystwo nie myślało, że tam nad tym morzem to sie tylko obijać z Lokatorem koncertowo będziemy, to dodam tylko, że czeka nas ciężka praca nad nowymi utworami (bo we wrześniu jedziemy na festiwal do Sopotu a musimy stamtąd przywieźć coś poza opalenizną)… prócz obijania rzecz jasna 😉 Taki Grybów – tylko latem. Już się nie mogę doczekać. Jak pragnę podskoczyć.

Ps2. Zatrważająco okrutnie chce mi się parówek. Wyczaiłam w lodówce musztardę ale jakoś samej nie wypada. Rety! Te zachcianki mnie wykończą.

Ps3. Myśląc o parówkach złamałam linijkę.

Ps4. Ze wszystkich sił staram się nie myśleć o wołowince w sosie chrzanowym i młodych ziemniaczkach z koperkiem.

Blurp

Dziś poszalałam, czyli marudnika ciężarówki ciąg dalszy

Rano masakra. Autentyczny welszmerc z przeszkodami. Bojówki, co to w nie dwa tygodnie temu wchodziłam z palcem w uchu, mogą mi teraz zrobić urocze ‚papa’ z szafy. Podobnie jak spódnica – co Mamut twierdził, że w niej jakbym szła na wojnę wyglądam, tylko brzydziej – do tej pory ulubiona. I będąca powodem nieustającej zazdrości Katy, z czego nie powiem, żebym się nie cieszyła. Teraz mogę sobie powspominać jak to kiedyś było fajnie być szczupłą. Czuję się jakbym z węgorza zmieniła się w wala błękitnego. Tylko gigantycznego penisa nie mam. Zresztą – na co mi.

Co prawda mówią mi na około, że tylko z boku widać i jak stanę rzutem przednim albo tylnym to nic a nic i się nieźle przypatrzeć trzeba. Mamut twierdzi, że to dlatego nie ustępują mi miejsca. Ale przecież nie będę się pchać na każdego bokiem jak jakaś wściekła mątwa żeby tylko raczył mnie zauważyć, podnieść swój gruby zad i żebym mogła swój nie mniejszy posadzić i dalej sapać miarowo. Poza tym wcale mnie jakoś to, że tylko bokiem Obywatel jest widoczny, nie pociesza.

W nic się do cholery ciężkiej nie mieszczę. Spodzień codzienny paszoł w kąt i się kurzy. O dżinach nie wspomnę. Ani sukienkach w linii ‚blisko ciała’. W tej linii to ja mam teraz absolutnie wszystko, pod warunkiem, że w ogóle uda mi się to wcisnąć na grzbiet, upchnąć mleczarnię i przynajmniej połowicznie nasunąć na Lokatora z dolnego piętra. Pozostają mi czerwone sztruksy, jedne jedyne spodnie z cienkiego dżinsu (póki co), dwie długie sukienki, jedna krótka, ze dwie spódnice i… prześcieradło. I zero koszulek co bym mogła całkowicie zakryć nimi balonik, który połknęłam i się on – ten balonik – systematycznie i samoczynnie pompuje.

U Halki są co prawda jakieś dwie sukienki od jej kuleżanki z pracy, co to dla mnie przyniosła z okazji obecności Obywatela coraz widoczniejszej, ale w jedną to się lada chwila już nie zmieszczę a druga jest nieprzyzwoicie krótka i za każdym razem jak ją założę będę się zapewne zastanawiać czy już widać moje majty w paski czy jeszcze trochę muszę się poschylać. Przecież nie będę chodzić do pracy w dresowych spodniach co je mam w spadku i górze od bikini albo owinięta w ręcznik kąpielowy. Przy czym w sklepach z odzieżą ciążową z reguły poprzestaję na oglądaniu wystawy, bo jak już jest coś co do złudzenia nie przypomina brezentowego namiotu wojskowego na trzydzieści osób i nie jest różowe, to z reguły kosztuje to trzydzieści razy więcej niż mogę sobie na to pozwolić. Bo pozwolić sobie mogę na coraz mniej. Psia kostka.

Dziś na przykład poszalałam. Kupiłam sobie pół kilograma truskawek i drugie pół czereśni. Pięć zeta lżejsza poszłam jeszcze po sok, pół razowego chlebka, pomidora i… pasztet. Tak mnie dziś naszło na pasztet. No i promocja była. Generalnie to należało mi się szaleństwo i żałuję, że mi na pączka nie starczyło co to był mrugał do mnie z półeczki pełnej smakowitości. Ale może to i lepiej, że mi nie starczyło. Jeszcze trochę pączków i już nawet w to co mi z tekstyliów zostało nie wlezę. Tak czy siak – poszalałam. Ale należało mi się. Bo dziś kolejne kłucie było i Lejdi Wampiria De Monster wessała mi się za pomocą szczykawki s pompkom wew żyłę i wyciungła sobie co tam jej się przydać miało. Jak tak dalej pójdzie to nie będzie miała czego pobierać do badań. Wysuszy mnie jak mumię albo jakąś inną starą wydrę.

Całą drogę do pracy jakoś mi słabo było. Potem się okazało, że znów mi zrobiła kuku. Co dokładnie to nie wiem. Grunt, że łapa boli, siniec okazały jest i wyraźnie odczuwam deficyt płynów ustrojowych w ciele. Zamierzam nadrabiać cały dzień bo upalnie przy tym i duszno jest niezwykle a jeśli wieczorem zobaczę w pobliżu jakiegoś zbłąkanego komara chętnego na małe co nie co, to ostrzegam, że mogę być niebezpieczna. Zatem panie komarzyce – ssawki won, bo w dziób!

A tak w ogóle to zapomniałam o jeszcze jednej długiej sukience. Co to mam ją na sobie dzisiaj. Nie wiem ile jeszcze w niej uda mi się pochodzić, ale póki co w obcisłych i wydekoltowanych brązach na ramiączkach (takich ala późna Rzymianka z ukulele) prezentuję się wyjątkowo kobieco. I sądząc po spojrzeniach panów wyjątkowo ładnie. A co mam sobie żałować.

Wieczorem ma być burza.
Mrrr

Ps. Dla chętnych i gotowych – jutro o 17.00 w Polibudzie (Gmach Główny)dajemy ostatni przed wakacjami koncert. Szczegóły. Wstęp oczywiście wolny. Zapraszam serdelecznie.

Empty spaces… take a look at me now

Ponoć wszystko, co nas spotyka ma jakiś cel.
Ponoć zarówno osiągnięte jak i chybione cele wzbogacają doświadczenia.
Ponoć wszystko, czego doświadczamy, ma nas przygotować do czegoś, co nastąpi w przyszłości.
Ponoć przyszłość jest przewidywalna tylko jeśli chodzi o gotowanie mleka.
Wiadomo, że kiedy tylko odwrócisz wzrok, wykipi.
Ponoć emocje gromadzą się w nas niczym w garnku z pokrywką, stojącym na silnym ogniu, a tłumione, na pewno nie prowadzą do lepszego smaku.
Ponoć za smak odpowiada miliony kubków smakowych.
Wszystkie mieszczą się na bardzo małym fragmencie wszechświata jakim jest język.
Małe przestrzenie mieszczą czasem znacznie więcej niż duże.
Zwłaszcza jeśli chodzi o przestrzenie pomiędzy ludźmi.

Ponoć czas ciąży powinien być dla kobiety najwspanialszym i najmilej wspominanym w życiu okresem.
Ponoć powinna być wtedy spokojna, wolna od zbytecznych trosk i z radością przygotowywać się na przyjście na świat swojego szczęścia.
Ponoć nie powinna mieć wtedy zbyt wielu powodów do łez i smutku, a jeśli już, to tylko takich, o które z czystym sumieniem można obwinić buzujące w niej wówczas hormony.

Ponoć…

Wiem jedno. Cała moja wiedza i życiowe doświadczenie ma się czasem nijak do otaczającego mnie świata.

Wiem drugie. Nigdy nie będzie już tak jak przed. Zawsze będzie po.

Wiem trzecie. Dziś czternasty. Wszystkiego najlepszego R.

Przygód z komunikacją ciąg dalszy

Zauważyłam dziwną prawidłowość. Im widoczniejszy robi się Obywatel dla otoczenia, tym częściej owo otoczenie go (i mnie przy okazji) ignoruje koncertowo. Popsuł się autobus. Bywa. Stanął, rozkraczył i powiedział to co ja bym tak często chciała ale się wstydzę. Pech chciał, że zaraz za nim jechał ten mój, w którym stałam sobie w spokoju. Już dawno pisałam, że mało kto teraz miejsca ustępuje, nawet gdy bęben jest ewidentnie na wierzchu i świeci pomarańczową koszulką bo pod żadną kurtkę ani żaden sweter już się zwyczajnie bez kombinacji nie mieści. Ale trudno. Rano to nie problem bo i tak z reguły jestem zbyt zaspana, żeby mi to przeszkadzało. Gorzej wieczorami, gdy na ciele czuję każdą ciężką sekundę minionego dnia. A najbardziej w głowie. Ale ja nie o tym.

No to stałam sobie w spokoju w tym moim autobusie przewiewnym co to mnie unosił w dal na skrzydłach spalinowych pomruków, aż tu nagle brzdęk. Zatrzymaliśmy się (bo razem z kierowcą to i ja), otworzyliśmy drzwi (to już sam pan kierownik wycieczki) i… po pięciu sekundach stało się jasne, że limit na miejsca siedząco-stojąco-kucająco-leżące a także takie w półprzysiadzie skrzyżnym pomiędzy rurkami został wyczerpany jak archiwalny nakład Bruma z Nirvaną w roku 1994. I, że jakoś nie zanosi się na zwiększenie przestrzeni życiowej.

Gdzieś kiedyś na psychologii pan – co to miał fryzurę jak wokalista Prodigy, tylko taką naturally – nudnym głosem szemrał coś o bańkach powietrznych, czyli w mocnym skrócie o indywidualnym minimum wolnej przestrzeni wokół każdego z nas. U każdego ponoć takie minimum jest inne i wieksze zapotrzebowanie mają ludzie z lasu a najmniejsze Japończycy i Chińczycy. Kwestia przyzwyczajenia ponoć i dopóki takiej bańki zapewnionej nie mamy to czujemy dyskomfort.

Ja prócz dyskomfortu czułam jeszcze z lewej przetrawioną jajecznicę a z prawej szczypiorek wystający Pani Z Kaltką Piersiową z torebki a Madonna Z Tyłu moją należną mi jak psu buda bańkę powietrzną najwyraźniej puściła sobie nosem bo nawet znaczące chrząkanie, uwagi i rozpaczliwe próby usunięcia się bardziej w bok (bezskuteczne niestety bo musiałabym wyjść przez ścianę z autobusu i biec truchcikiem za nim) nie przeszkadzało jej w tworzeniu mi olbrzymiej platformy wiertniczej w plecach za pomocą łokcia. Spoko. Normalnie to jestem oazą spokoju i pięknym kwiatem lotosu na tafli jeziora ALE JAK MNIE TAKA BABA WNERWI TO MI OKO LATA!!! Bo jakoś odkąd niesamodzielnie zamieszkuję swoje własne Idaho i w brzuchu rośnie mi Potwór, który potem zje mnie, moją rodzinę i kota a później poprawi sąsiadem, to MNIE NORMALNIE SZLAG NAGŁY STRZELA NA MIEJSCU ILEKROĆ MI KTOŚ TĘ BAŃKĘ CZY INNE SZKŁO NARUSZA!!

No! Ale ogólnie to lotos i te sprawy. Zrobiłam więc wdech i wydech i policzyłam sobie radośnie do dziesięciu próbując przy okazji wyswobodzić się z żelaznego uścisku ziejących śniadaniowo olbrzymek. No bo przecież nie walnę od razu kobicie fangi w nos. Nie wypada. Może zwyczajnie nie zauważyła mojej obecności i nie poczuła w swoim łokciu mojego jak najbardziej osobistego rdzenia kręgowego, do którego już jak na mój gust dotarła conajmniej trzy razy. Rozważyłam więc możliwość nakierowania Baby Z Łokciem na właściwe tory myślenia (dobre sobie) i łypnęłam na nią bokiem. Z boku mój brzuch był widoczny jak warchlak w pokrzywach ale na Towarzyszce Naftowej najwyraźniej nie zrobił żadnego wrażenia.

Chrzaniąc w czapkę konwenanse już chciałam ją ugryźć w nos, bo ręce miałam zajęte trzymaniem się poręczy i torebki, ale zmuszona byłam tylko warknąć złowieszczo, z uwagi na fakt, że wysiadła. Po niej wtoczył się Pan Baryton ale napotkawszy moje niezbyt przyjazne po zaistniałym incydencie oblicze, grzecznie skulił się w drzwiach. Zaiste piekło miałam w oczach a iskry sypać musiałam zgrzytając zębami, albowiem po chwili z miejsca siedzącego uniosła się jakaś pani w szpilkach z nieśmiałą propozycją, żebym sobie skorzystała. Najchętniej to bym skorzystała z jej upindrzonych fioków i sobie szczotę do wycierania kurzu pod szafą zrobiła ale stwierdziłam, że wolę rude. Odpowiedziałam jej więc – nie bacząc, że jad skapuje mi na sandał lewy – że jak stałam piętnaście przystanków to i szesnasty postoję bo i tak zaraz zrobię desant. Lala W Szpilkach przypatrzyła mi się dokładnie jeszcze jak stałam w luźnym i przewiewnym autobusie, więc teraz to miałam głęboko w poważaniu jej propozycję. Zresztą wysiałada na tym samym przystanku. Też mi łaskawczyni.

Dobrze, że nabitej broni palnej nie znajduje się na chodniku codziennie. I nie w drodze do pracy. W przeciwnym wypadku na swoim koncie miałabym już co najmniej setkę pretendetów do nagrody Darwina a moje dziecko w przyszłości znałoby mnie tylko z legend o Wściekłej Maciorze z Łorsoł.

Miłego dnia

Ps. Chciałam tylko dodać, bo może w notce mało czytelne jest – ludzie najczęściej nie reagują na uwagi i prośby o ustąpienie miejsca. Żeby było ciekawiej ostatnio usłyszałam, że ciąża to nie choroba i dalej coś o nowej diecie bananowej od uprzejmej matrony z siatami.

No, to teraz chyba już jasno się wyraziłam w kwestii ‚upominania się’ o ‚swoje’. Za dumna jestem na płaszczenie się. To stoję. Bo na własne żądanie przecież.

Z czereśniami na pracę

Poranne autobusy są nieodmiennie źródłem niezapomnianych przeżyć.

Po pierwsze można się w nich zapatrzeć na kasownik tudzież psychodeliczny i wprowadzający w trans wyświetlacz z imieninami i godziną aktualną jakieś pół roku nazad. A potem z tępym wyrazem twarzy zastanawiać się jak to jest, że właśnie odjeżdża nasz przystanek. I zareagować dopiero po dwóch kolejnych. Za to gwałtownie i ze skutkiem natychmiastowym. W tym miejscu pragnę serdecznie przeprosić wszelkich przydrożnych współpasażerów za ewentualne stratowanie. Zwłaszcza Pana Różowego za gazetę. Pewnie i tak nie było w niej nic dobrego.

Po drugie można się w nich dowiedzieć od siedzącego naprzeciwko czterolatka, że ziemia składa się z czekoladowych ciasteczek i jeśli by jeść je systematycznie a tłumnie to nie będą potrzebne samoloty, bo podróż do Chin będzie betką. Wystarczeć będzie skok w dziurę po ciastkach. Oczywiście w bardziej zawoalowanej w przygłosy formie i oldskulowym stajlu świszczących sylab… Tak. Mowa dzieci zaczyna mieć dla mnie coraz mniej tajemnic. To chyba dobry znak.

Po trzecie, obserwując krajobraz zaokienny, można z niemałym podziwem stwierdzić, że absolutnie nie ma w obecnej rzeczywistości miejsca, w którym przeciętny warszawski kierowca nie potrafiłby zaparkować samochodu. Jestem doprawdy pełna uznania dla samozaparcia i pomysłowości wielbicieli czterech kółek w stolicy. Wyobrażam sobie, że znalezienie tu miejsca do parkowania jest bardziej prawdopodobne niż dwukrotne objawienie w Fatimie ale dumą (choć i przestrachem niekiedy) napawa mnie fakt, iż da się zmieścić z blaszanką tak głęboko pod chodnikowym wiaduktem. Albo pod takim kątem. Ja to bym się bała, że mi się razem z kawałem nadwozia skosi fryzura, ale może ktoś lubi kabriolety tworzone metodą ‚zrób to sam’. Brawa.

Po czwarte można prosto z autobusu wysiąść przed straganik z przepięknymi czereśniami, wołającymi wręcz ‚kup nas, kup i to zaraz’. A muszę przyznać, że urody były te czereśnie wybitnej i dałabym głowę, że czekały tak akurat na mnie. No to wygrzebałam dwa pięćdziesiąt i mam pół kilograma szczęścia na własność.

No, można pracować 😉

Ps. Absolutny hicior wieczoru kabaretowego w Opolu to był dla mnie tekst z lachonarium w tle – ‚Cześć maleńka! Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia czy mam przejść przed tobą jeszcze raz?’

Urocze… a jakie praktyczne ;))

Ryzyko wliczone w cenę, czyli po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się

Lubię robić ludziom niespodzianki. Miłe. Sama nie wiem, czy robię to ze względu na to, by potem patrzeć jak dużą frajdę im to sprawiło i jacy wyjątkowi się poczuli (przynajmniej przez tę jedna małą chwilę zaskoczenia i niedowierzania), czy też raczej ze względu na to, jak sama się potem czuję. A może jedno i drugie? Grunt, że jest mi dobrze, gdy widzę, że sprawiłam komuś przyjemność choćby tylko tym, że pamiętałam, gdy już sądził, że zapomnieli wszyscy. Czuję się wtedy tak jakbym dostawała gigantyczny zastrzyk pozytywnej energii i za to uczucie, gdy obserwuje się jak komuś twarz rozciąga się w uśmiechu a oczy zaczynają się szklić wzruszeniem, warto oddać wiele. Zwłaszcza swój czas i wyobraźnię. Niestety w najlepsze nawet niespodzianki wliczone jest ryzyko…

Wczoraj były urodziny Siostrzycy. Postanowiłam zrobić jej taką właśnie siurpryzową siurpryzę. Żeby było miło, wyjątkowo i absolutnie radośnie. Przez cały dzień nie zadzwoniłam z życzeniami ani nie napisałam nawet pół esemesa. Wyszłam wcześniej z pracy i pognałam do Smyka. Tam zanabyłam drogą okazyjnego kupna upatrzone już wcześniej tekstylia dla moich ulubionych małych kobietek. I tym sposobem wyszłam bogatsza o prześliczną letnią ażurową sukienkę dla Motyla (jeśli kiedyś będę miała córeczkę, to póki nie będzie na tyle duża by gwałtownie protestować będę ją ubierać w takie sukienki – przy czym dodam od razu, że raczej nie toleruję koloru różowego, moje dzieci będą więc miały mocno wyszperane ubranka, bo wszędzie, absolutnie wszędzie w modzie dziecięcej dominuje ów różyk w rozmaitych wersjach i kombinacjach) i o komplet młodej kraciastej modnisi dla Zuzola. W torbie miałam już prezent dla Siostrzycy – wonną parfumę – i pozostawała tylko kwestia dotarcia na miejsce przeznaczenia.

Nie było to wcale takie oczywiste i banalne jakby się wydawać mogło, ponieważ wczoraj w godzinach popołudniowych (a akurat w takich udało mi się pracę zakończyć i rozpocząć ujkent) jakiś mosiek preriowy zaalarmował naszych dzielnych panów policjantów, że w podziemiach pod Rotundą jest bombka i to bynajniej nie taka, co to ją na świątecznej choince uwiesić można. Dzielni panowie policjanci oczywiście jak każe procedura sparaliżowali miasto na ładnych kilka godzin (sześć nawiasem mówiąc), bo przecież podziemia te są tak rozłożyste i pełne tajemnych przejść i korytarzy, że szybciej nie dało się sprawdzić. Dodam może tylko, że dogłębny spacer po nich zajmuje zwyczajowo przeciętnej staruszce 7 minut. I to z przystankiem na pączka i oglądnięcie torebki na wystawie. Ale cóż mogę chcieć – obowiązek to obowiązek – bezpieczeństwo obywateli być musi.

Pech chciał, że akurat w tym czasie próbowałam przedostać się przez centrum. Ulice poblokowane w promieniu 5 kilometrów, tramwaje stoją w grzecznym ogonku, ludzie mdleją w ścisku na chodnikach i w sklepach, z których nie można wyjść na zewnątrz a dzielni panowie policjanci ganiają się w berka spoglądając nieprzytomnym wzrokiem na swoje krótkofalówki. Jakoś udało mi się jednak przemknąć podwórkami kamienic i na piechotkę udałam się na Wolę. Z torbą pełną odzieży, własną wyładowaną torebką i dwudziestką białych róż było to zadanie dość karkołomne, a na pewno mocno nieprzemyślane biorąc pod uwagę mój aktualny stan skupienia, ale z nadzieją, że uda mi się dojść na miejsce nie rozdzielając się przedwcześnie z Lokatorem w jakiejś przydrożnej bramie i z myślą o niespodziance brnęłam naprzód. Słońce i zaduch swoje a ja swoje.

Na miejsce dotarłam półtorej godziny po wyjściu z pracy. I nagle ogarnęło mnie jakieś dziwne, niejasne uczucie. Taki dyskomfort, jak wtedy, gdy mając lat sześć zorientowałam się, że wyszłam po zakupy w kapciach. Uczucie to ogarnęło mnie jeszcze mocniej gdy zorientowałam się, że stoję przed domofonem, który milczy. Najwyraźniej nikogo nie było w domu. Chcąc nie chcąc musiałam do Siostrzycy zadzwonić na komórkofon i ‚najwyraźniej’ się potwierdziło. Była sto kilosów za Warszawą na jakiejś działce z przedszkolną grupą Zuzy. Przełknęłam to co mi się w gardle zrobiło, złożyłam jej życzenia i postanowiłam zawinąć się z powrotem. W końcu mogłam uprzedzić wcześniej. W końcu skąd mogła wiedzieć, że przyjadę. W końcu zawsze była w domu a tu akurat taki jeden jedyny wycieczkowy dzień. W końcu pogoda ładna i jakaś przedszkolna mama zaprosiła grupę innych przedszkolnych mam z pociechami.

Cóż, nie wyszło. Ale i tak warto było. Bo czasem chęci liczą się bardziej niż efekt. Bo czasem sam fakt, że ktoś tę niespodziankę chciał nam zrobić znaczy więcej, niż wszystkie prezenty świata razem wzięte. Taką przynajmniej mam nadzieję. Może innym razem się uda.

W końcu… wszystko jasne i nie mogłabym nawet mieć cienia pretensji bo zrozumiałe, że ma się własne plany i niekoniecznie cierpimy na jasnowidztwo by zorientować się, że ktoś nas akurat nawiedzi z wizytą. Tylko, czy to hormon jakiś, czy zmęczenie, czy ten dzień paskudny w pracy, i ta bomba, i ten spacer godzinny, czy całkoształt świata.. grunt, że siedząc pod tą klatką na tym betonowym klombie z bratkami przy koszu na śmieci… rozpłakałam się jak bóbr. Nie wiem sama dlaczego. Bo przecież mogłam uprzedzić…

Tylko, że wtedy nie byłoby już niespodzianki.

– Ja wcale nie płaczę. To tylko oczy mi się pocą

Wyniki sondy majowej


function ResultWindow(my_win_param) { window.open(„http://www.sonda.pl/wait.php3″,”sondaplwin”,my_win_param); return false; }

Sonda majowa
Gdy budzę się rano…

wyglądam jak skrzyżowanie Terminatora z tchórzofretką po starciu z młotem pneumatycznym
to lepiej do mnie bez kija nie podchodź
nie mogę zlokalizować oczu
po zlokalizowaniu oczu odkrywam, że na policzkach mam wdzięcznie odciśnięte zarysy wszystkich kontynentów… wszystkich jednocześnie
zderzam się z lustrem i zaczyna się awantura
mam ochotę zdobywać świat… ale na szczęście po chwili mi przechodzi
cała ziemia drży gdy błogosławię budzik
nie wyglądam
nie budzę się
to dobry pies… ale ma słabe nerwy

Dżordż prosto z drzewa

– Widziałeś samochód z drzewa?
– Niee
– To wejdź na drzewo i zobacz

Z okna w pokoju mam widok na bzy, uliczkę, rzędy domków i las. Wieczorami nad lasem unosi się mgła gęsta i biała jak mleko. Wtedy wiadomo, że nazajutrz będzie piękne słońce. Z okna w kuchni mam widok na trawnik, psa, ogród i akacje. Najpiękniejsze wschody słońca widziałam właśnie pomiędzy tymi akacjami. A pies teraz gubi sierść ale i tak jest cudny.

Z okna w pracy mam widok na brudny dach, filtry wentylacyjne, parking i zabytkowe kamieniczki naprzeciwko. Najobrzydliwsze opalające się na balkonie w centrum miasta babsko widziałam właśnie tu. Już wiem, że kobieta może być tak paskudna i jednocześnie tak bardzo rozebrana, że cały zastęp rzodkiewek, truskawek, czereśni i brzoskwiń może mnie ochoczo cmoknąć w pompkę. Odechciewa się. Poza tym zabytkowe kamieniczki są ładne i mile odwracają uwagę od reszty widoku.

Tylko, że zabytkowe kamieniczki naprzeciwko akurat są zaciekle remontowane przez szalone zespoły panów robotników. Borują, wiercą, pylą, rozbierają się, gwiżdżą i dają rozmaite wyrazy. Normalnie mam szczęście – Cheapendalesi gratis. I to w godzinach pracy. Zgrabne rusztowanko, zielona siatka maskująca co niestety mało maskuje i hordy mało apetycznych panów o mało zagmatwanych zasobach leksykalnych. No chyba, że chodzi o rozmyślne wiązanki okolicznościowe lecące tu i ówdzie. W kwestii słownika panowie mają polot i finezję godną niejednego lingwistyka.

Poza tym, nie wiem co jest, że im facet bardziej obleśny, utytłany, zionący promilami na odległość potężnego strzału z bazzuki i ogólnie rzecz ujmując pobudzający perystaltykę jelit mocno wzwyż, tym ma się za większego macho. Bo z całą pewnością wszystkie kobiety w wieku produkcyjnym w Polsce (a może nawet i na świecie – w zależności od aspiracji tegoż dżentelmena) dnia i nocami marzą tylko o małym tet a tet z nim. I to już zaraz teraz natentychmiast…

Jasne. Przy założeniu, że wszystkie wyżej wymienione cierpią na poważne a nieuleczalne zaburzenia psychiczne, są niepoczytalne i mają inteligencję na poziomie groszku ptysiowego.

Idę się słodko pouśmiechać.

Mryg mryg