'Bo ja, mówi, jestem z lasu i już'

Leżę sobie horyzontalnie zorientowana na problem suszy w Europie i spod przymkniętych powiek obserwuję świat. Świat toczy się wyśmienicie bez mojego udziału i bynajmniej nie jest zmuszony do czynienia podobnych obserwacji w stronę przeciwną. Czasem świat się wypina bardziej niż zwykle i sprawia wrażenie, że z tych baranków na niebie lada chwila spadnie deszcz, ale zaraz potem okazuje się, że to tylko złudzenie apteczne. Przydaje się wąż w ogrodzie i woda w studni. Pies dyszy, kot sapie, ślimaki są niemrawe i nie uprawiają rajdowej samowolki, a chrabąszczom nawet nie chce się bzykać. Jak tak dalej pójdzie to wyginą jak mamuty. Te lodowcowe. Mój Mamut do wiecznych zmarzlin na szczęście nie należy i jedyne, co go łączy z tą epoką, to charcząca miarowo lodówka. Lodówka charczy, bo ma dość, a Mamut trzyma się dzielnie i nie puszcza. I dobrze. Ja dla odmiany z przedmiotów trzymanych ostatnio preferuję nogi na ogrodowym stole. Nikt mi nie marudzi bo lekarz kazał. To trzymam. Fajny ten lekarz. Szkoda, że nie kazał mi jeść codziennie lodów w ilości porażającej rdzennych Eskimosów, bo miałabym jeden wyrzut sumienia z głowy. A tak muszę mieć z portfela. Ale bądź człowieku mądry a odważny i przetłumacz mi, że nie, jak mi się tak chce. No to leżę sobie z tymi racicami na meblu, świat mnie zlewa koncertowo, a ja go obserwuję. Ostatnio odkryłam (znaczy ściślej rzecz ujmując odkrył Mamut, ale ja widziałam, a poza tym i tak wszystko zostaje w rodzinie), że wieczorami wyłazi i tupta w trawie Pani Jeżowa z młodymi. Młode jeszcze mało tuptają, bo się boją, ale Jeżyna odważna jest. Pani Jeżowa jak na rasowego tuptacza z rodowodem przystało posiada kolce, zwinne łapki, urodziwy ryjek i bystre oczka. Wszystko w komplecie, żeby nie było, że luzem. Przytuptała tu do nas z pobliskiego lasu i chyba jej się spodobało, bo postanowiła zostać. Za siedzibę obrała sobie bujny krzak winogron. Dotychczas Pani Jeżowej udawało się pozostawać na terenie bytności mojej wesołej kompanii incognito, ale Mamut rozpoznał ją chytrze, gdy to rzeczona kolczata primadonna została wzięta za kota przy Stefanim mlekopoju, gdzie pod osłoną mroku chłeptała sobie spokojnie to, co sierściuch zostawił. Pani Jeżowa uniknęła zwyczajowego pogłaskania, bo Mamut już tuż tuż miał wyciągnięte ku temu górne odnóże, ale za to została rozreklamowana na podwórzu. Pamiętam, że kiedyś widziałam toczącą się jakiś czas temu w wieczornej trawie kulkę obszczekaną rutynowo przez psa, ale wolałam wtedy nie zagłębiać się w tajniki śledcze, pomna swej szczurofobii i wygodniej było przyjąć, że to jakiś gigantyczny ślimol z turbodopalaniem i na resorach. No cóż. Potrzeba matką wynalazków. Także tych wyobrażeniowych. Ale tym razem Pani Jeżowa została zdemaskowana bez pudła, a Mamut wywołał mnie z latarką na schody celem dokonania wspólnych oględzin. Ze schodów słychać było tylko mlaskanie i nawet mimo latarki widać było jedynie szarą bryłę, która równie dobrze mogła być jakimś obcym nam kulturowo i towarzysko kotem. Na ‚kici kici’ jednak bryła nie zareagowała. Postanowiłam wzorem pana Bodzia Wołoszańskiego wziąć sprawę w swoje ręce i działać. Podeszłam więc bliżej z zamiarem zaświecenia bryle po oczach, bo wyszłam z założenia, że skoro mleko chłepce, to z powodzeniem powinna też posiadać ślepia. Bryła z bliska okazała się być nieco wyraźniejsza, ale dopiero po oświetleniu wielokątnym rozpoznałam Panią Jeżową. Przemieszczając się pokracznym berkiem kucanym, po cichu, aby nie spłoszyć spragnionego stołówkowicza i ignorując Mamucie przestrogi w stylu ‚nie kucaj przy pełni, bo dziecko urodzi się w pepegach’, zlustrowałam przybysza, pozwoliłam wypić i wyjeść wszystko ze Stefaniej miseczki, a następnie z uśmiechem odprowadziłam w winogrona. Pani Jeżowa ma tam świetną kryjówkę, gdzie karmi małe iglaki i urządza przedpokój. Nie wiem jak z przedpokojem, ale z młodymi radzi sobie świetnie. Fajne są i tuptają już pomału jak trzeba ku uciesze Mamuta i mojej, a czarnej rozpaczy psa, który nawet ich sobie porządnie obszczekać nie może, bo mu zabraniamy. Państwo Jeżostwo bowiem będzie tu miało spokój i ciszę, bo skoro już się tu zadomowiło, to zostanie. Winorośl na tym nie ucierpi, Kota i tak zawsze w misce dużo zostawia, a poza tym z Mamutem zgodnie stwierdziłyśmy, że jeże przynoszą szczęście. Będą więc sobie tuptać na zdrowie a ja świetnie się zadowolę rolą obserwatora. Jutro zostawię im w trawie jabłko. Niech się Jeżowa pomęczy 😉

Folwark zwierzęcy

Mój pies to zwierz prawdziwie obronny. Gdy pojawia się ktoś obcy, albo zaczyna się najgorsza dla niego ze wszystkich klęsk żywiołowych – burza – wtedy trzeba go bronić. Jak lew. To dobry pies, ale ma słabe narwy. Sprawia wrażenie pożeracza zbłąkanych łydek skrzyżowanego z pluszowym dywanem, ale zdecydowanie ma więcej z tego drugiego. W przypadku nieoczekiwanego spotkania z jakimkolwiek – proszonym czy nie – gościem, nie zrobi mu żadnej krzywdy. No chyba, że zamerda go ogonem na śmierć albo w przypływie czułości i nadmiernego zbliżenia tegoż gościa w promień zasięgu psiego ozora – zaciamka z radości na myśl o ewentualnej zabawie. Najlepszą zabawą jest skakanie na przybysza celem powalenia go na ziemię, a następnie zasypanie go gradem mokrych pocałunków. Ale do tego trzeba naruszyć przestrzeń życiową kudłacza. Poza tym Pies Mój Wspaniały nie wchodzi z obcymi w nadmierne interakcje i sukcesem niebywałym jest, gdy ucinając sobie rutynową stałą drzemkę, podniesie łeb na dźwięk otwieranej furtki. Alti twierdzi, że mu się nie dziwi, bo na miejscu psa mając takie imię i taką panią też by nie była normalna. Ale to jakieś pomówienia oczywiście, bo jest najzupełniej normalny i nawet potrafi szczekać. Bardzo głośno i wyraźnie. Sama słyszałam. Tylko, że Pampers (imię to nadała mu Zuzia gdy oboje byli mali, ale tylko on wg niej notorycznie sikał) szczeka tylko i wyłącznie na ślimaki. Wystarczy, by jakiś morderczy winnik niepostrzeżenie i podstępnie wślizgnął się na jego teren, a już zaczyna się koncert basowy z natężeniem godnym Soulfly’a. Do tej pory nie wiem co takiego w tych ślimakach go przeraża, że potem godzinę stoi nad delikwentem i szczeka ilekroć ten zechce opuścić skorupę i wybrać się na spacer. Zupełnie mu też zdaje się nie przeszkadzać fakt, że ślimaki są najpewniej całkowicie głuche. A czemu ujada? Stawiam na zawrotną szybkość płaszczowców z domem na grzbiecie. Bo to przecież nie do pomyślenia, gdy ktoś nam bezczelnie zakłóca spokojny sen i biega przed nosem. Nic sobie w dodatku nie robiąc z ograniczenia prędkości i zaskakując biednego psa bezczelnym tuptaniem. Z ciekawostek dodam tylko, że kudłacz siusia nie podnosząc nogi tylko kucając, lubi moczyć ‚stopy’ w pojemniku na zimną wodę (najlepiej w takiej świeżo wlanej do picia) i brać prysznic pod ogrodowym wężem, a ulubionym letnim smakołykiem są dla niego truskawki i winogrona. Za to kot Stefan, co to faktycznie jest kobietą, z powodzeniem przejął część psich obowiązków. Pogadliwym i groźnym spojrzeniem obrzuca obcych, a w najlepszym przypadku włącza ignora, potrafi warczeć, warować i jest niesamowicie wierna. Swoim dziwactwom. Jak przystało na damę nie zje byle czego. Myszki polne są dobre do zabawy, ale gdy już się znudzą, wtedy należy niezwłocznie przynieść takąż Gryzeldę pod nogi pani, czyli mnie i głośno a miaukliwie zażądać ekwiwalentu w postaci paróweczki (koniecznie pokrojonej w plasterki) czy kocich chrupek o smaku mielonych chrabąszczy z grilla. Przysmakiem Stefana są świeże zielone ogórki lub sernik nieopatrznie pozostawiony na podwórzowym stole bez dozorcy. Po pięciu sekundach można się spodziewać pustego talerzyka z okruszkami (bo spodów sernika kotek kochany nie lubi), choć samej sprawczyni jak nie było widać, tak nie ma. Nie wiem jak ona to robi, ale jak na mój gust ma szósty zmysł sernikowy. I wykorzystuje go z powodzeniem. Stefan przybiera też, jak przystało na kota z charakterem, rozliczne pozy, nierzadko wzbudzając u postronnych obserwatorów długotrwałe i wyczerpujące salwy śmiechu. Z ulubionych: ostatnio praktykuje schodzenie ze schodów metodą ‚na śpiocha’. Metoda owa polega na zasypianiu brzuchem do góry na skraju najwyższego stopnia i w momencie wejścia w fazę REM znajdowaniu się na schodku niższym przez przeturlanie. Po takim ‚wypadku’ Kota rozgląda się bacznie, by sprawdzić ‚kto to widział i kto musi zginąć’, a następnie przybierając minę z gatunku ‚ tak było w scenariuszu’ prezentuje następną przewrotkę, tym razem umyślną, by utwierdzić ewentualnych niedowiarków w przeświadczeniu, że tak miało być i kropka. Z innych zwierzaków pielęgnujemy na podwórzu wieczorne chrabąszcze, których boi się Stefan i rzeczone ślimaki, których boi się Pampers. Chrabąszcze zamieszkują korony drzewek owocowych i uaktywniają się po zachodzie słońca, gdy biedny, zmęczony, spracowany kot chciałby sobie odpocząć i nie może, bo mu coś brzęczy nad uchem i nie daje się przeżuć. Ślimaki zamieszkują pobliskie krzaczki truskawek i praktycznie uaktywniać się nie przestają, ku rozpaczy psa, który najzwyczajniej nie radzi sobie z inwazją ‚szybkich i wściekłych’. Niestety prócz tego zwierzyńca same pielęgnują sie komary, które w myśl zasady równowagi w przyrodzie dają się we znaki reszcie domowników nie posiadających ochronnego futra. No ale taka już cena letniego ciepełka, długich dni i wieczorów spędzanych na świeżym powietrzu. Wieczorami bowiem wszystko jest najładniejsze. I pochrapujący pies i mruczący kot i morze gwiazd nad głową. Poza tym wieczorem najbardziej mi smakują czereśnie. Są teraz tak pyszne i słodkie, że potrafię wchłonąć kilogram za jednym posiedzeniem. Nie wiem jak znosi to Lokator Z Dolnego Piętra, bo chyba robi mu się coraz ciaśniej, ale wygląda na to, że pogodził się z zaistniałym faktem i się zaprzyjaźnimy. Nie ma wyjścia. Nawet kopać zaczął. Co prawda na razie lekko i nieśmiało, ale jak go znam to tylko taka podpucha. Poczeka aż zasnę i wtedy zrobi sobie World Cup jakich mało. Tylko żeby mi faulowania nie było panie Facet 😉

Ps. W tym miejscu wielkie dzięki dla Pablosa, który na hasło ‚notkę mam’ oddzwania i spokojnie, bez marudzenia spisuje po drugiej stronie słuchawki wszystko co powiem, by następnie wstawić to w wiadomym miejscu. Myślę, że jeszcze jedna tak długa notka i mnie znienawidzi.

U2 – Discoteque

Niby nic. Ot sms. Nie pierwszy i nie ostatni raczej. Bo Lokator. Bo nie w porę. Bo zielony druczek pocztą do kamieniołomu. Bo nie mam prawa przecież. Bo niby jak to tak. Że zły stan zdrowia. Że leżeć i liczyć czy świat aby nie za często mi się kurczy. Przecież to tylko mój świat. Niczyj więcej. Nawet gdy dopiero teraz zrównały mi się południki…

Niby nic. Ot sms. Nie pytajnik o poczucie samo. Kolec raczej:

‚Mam nadzieję. Że świetnie się bawisz. Bo ja dzięki tobie nie pójdę na urlop’

Tak… dawno się tak nie bawiłam… Chętnie odstąpię cały karnet. I konferansjera dorzucę w promocji.

Jakoś dziwnie. Przełknąć ciężko. Że tak. Że to. Że akurat ten ktoś, kto najlepiej zrozumieć powinien, że są przypadki ważniejsze niż biernik. Że cudze podwórko zawsze z tęczą. Urlop. Czasem nie rozumiem dialektu, w którym plują na mnie ludzie. Ani nienawiści dodawanej do szamponu. Gratis. Słów brak. I tylko przykro znów. Jakoś…

Pies na kobiety, czyli jak to było…

– Dzień dobry panie doktorze.
– A dzień dobry! To znowu pani?
– Tak. Też się cieszę, że pana widzę.
– No ja nie mówię, bo to oczywiste. Co tam słychać? Coś się urodziło?
– Właśnie nic. I nawet się nie rusza.
– Wcale?
– Wcale.
– To leń! Może śpi?
– Tak notorycznie?
– Pani nie marudzi. Jeszcze za tym pani zatęskni, jak włączy alarm o trzeciej w nocy;) Proszę się położyć.
– Tak od razu? Bez gry wstępnej?
– No a co by pani chciała. W poczekalni kolejka napalonych ciężarnych;)
– Przekażę im.
– Niech tylko pani spróbuje… to przyprowadzą koleżanki;)
– Dobrze, przejdźmy do brzdąca.
(chwila ciszy)
Na początek powiem, żeby się pani nie denerwowała, że maluch żyje i ma się dobrze.
– Dobrze?
– No, na ile dobrze można się oczywiście mieć w tak ciasnym i ruchliwym pomieszczeniu. Serducho bije, wszystko na swoim miejscu. Nie będziemy budzić.
– Lepiej nie bo jeszcze zechce się przewietrzyć;)
– Fakt, za dużo spalin tu mamy;)
– Może się rusza jak ja śpię?
– No tak, rośnie nocny buszmen i koniec.
(chwila ciszy)
Mówić?
– Mówić.
– Na pewno?
– Na pewno.
(niemal namacalne werble)
– Facet!
– Wiedziałam!!;)
– To po co pani przyszła?;)
– Bo lubię jak mnie pan dotyka;)
– Wiedziałem! Wszystkie mi to mówią.
– Wszystkie?
– Bez wyjątku. Nawet moja wnuczka;)

Śnią mi się konewki

Wczoraj, w porze mocno późno wieczornej, zatrzasnęłam się w wuce. Zdarza się. Byłam przekonana, że w naszym domowym wuce nie da się zatrzasnąć nawet, gdyby człek mocno chciał, bo na ten przykład goniłaby go gigantyczna suszarka albo inny krwiożerczy pająk gabarytów niezłego strongmana. Ba! Do tej pory się nie dało nawet porządnie tych drzwiczek zamknąć gdy się chciało trochę spokoju i odosobnienia. A tu proszę. Nie dość, że się wzięły i zamkły to na głucho. Pech chciał, że w czasie owego feralnego zatrzaśnięcia wcale nie byłam spragniona długotrwałego tet a tet z muszlą. Chciałam tylko na małe siusiu i już. Odosobnienia nie potrzebowałam wybitnie, bo i tak byłam sama w domu. Mamuty przebywały bowiem u Siostrzycy i jakoś nie zapowiadało się, że wrócą jeszcze w niedzielę. Moje pranie przebywało – prawie suche już – na świeżym powietrzu a ja jakoś na powtórne ich płukanie przez deszczyk i ponowne czekanie aż mi się jedyne dwie pary spodni dosuszą mało miałam ochoty. Tymczasem ja przebywałam w malowniczej klitce dwa na półtora metra mierzącej i walcząc z nasilającą się klaustrofobią usiłowałam obmyślić gry-plan.

Telefon przezornie zostawiłam w pokoju, więc wezwanie do pomocy najbliżej nawet mieszkającego osobnika, którego miałam w książce telefonicznej, raczej nie wchodziło w grę. Do sąsiada nie dodarłabym się za Chiny Ludowe, zresztą i tak go nie lubię, więc usiadłam sobie wygodnie na klapie i majestatycznie wpatrując się w wywietrznik (niestety musiałabym być muchą i to dość anorektyczną by po pierwsze dostać sie tak wysoko, a po drugie przecisnąć się na wolność) postanowiłam zmierzyć się z nasilającym się głodem (akurat miałam sobie zrobić kolację), frustracją i wytrzeszczem oczu. W tym celu chwyciłam pierwszą z brzegu gazetę w charakterystycznym stylu ‚Jestem kobietą, kocham gary a moim najwyższym osiągnięciem na polu umysłowych rozgrywek było wyśledzenie systemu promocji proszków do prania w hipermarkecie’. Już wiem czemu ta makulatura leży akurat w wuce i systematycznie pokrywa się kurzem. Tego się przecież nie da czytać. Raz, że tam mało co do czytania znaleźć można. Dwa, że cholera nagła jak jasny gwint trafia zbłąkanego czytelnika co drugie zdanie i co trzeci obrazek. To po prostu czeka na lepsze czasy i litościwe wyniesienie na śmietnik.

Dowiedziałam się na przykład, że aby być piękną i zdrową to w zasadzie powinnam tylko codziennie wstawać trzy godziny wcześniej niż wstaję by zdążyć podżogingować sobie dwa kilosy przez las, wrócić do domu, z uśmiechem na ustach poćwiczyć aerobik, szybko się zreanimować, wziąć prysznic, zjeść na śniadanie filiżankę mleka 0% z dietetycznym muesli, zrobić to co zostało na bóstwo i z pełną relaksacją cieszyć się kolejnym dniem w zadowalającej mnie pracy bądź też weekendem w rodzinnym gronie. Następnie powinnam pielęgnować swój partnerski obowiązkowy związek i obowiązkową gromadkę dzieci, którą zdołałam urodzić w tak zwanym międzyczasie życiowego spełniania się i nadal ważyć 40 kilogramów. W tym celu po powrocie z pracy zamiast paść na pysk stylem dowolnym i obudzić się w następnym wcieleniu jako piesek preriowy po lobotomii, powinnam zaszczebiotać do kapci przed telewizorem i rąbka gazety wystającej zza kanapy (o ile nie daj bóg nie udałoby mi się wrócić przed mężusiem żeby mu te kapcie i tę gazetę wytwornym gestem damy – ćwiczonym na kursach korespondencyjnych – podać) ‚Jak spędziłeć dzionek kochanie?’. W tym samym momencie oczywiście już powinnam nakrywać do stołu (biały wykrochmalony obrus i porcelanowa zastawa + fantazyjnie poskładane serwetki no i oczywiście świeże kwiaty zbierane z przydomowego – własnoręcznie wypielęgnowanego wypielęgnowanymi dłońmi – ogródka o północy przy nowiu), wzywać na pyszny, zdrowy, trzydaniowy, z deserem i niskokaloryczny obiadek rzeczoną dzieci gromadkę (perfekcyjnie wychowaną dzięki tejże gazetce właśnie), przeistoczyć się w ulotnego motyla na fiszbinach, pięknym gestem dziubnąć z talerza ze trzy groszki i ze szczerym uśmiechem fachowej matko-żono-kochanki oddać się radości zmywania (o zmywarce nawet nie powinnam marzyć bo zmywarki sa be bo są nieekologiczne i mają w zadzie wszystkie normy). Wieczorem zaś powinnam po rozlicznych obowiązkach domowych, pieczeniu chleba z kminkiem, doglądaniu lekcji pociech, obowiązkowych ćwiczeniach i godzinnym spacerze z psem, powinnam zamiast dostać schizofrenii, zjeść własną stopę i usnąć w wannie przy własnoręcznie utoczonych świecach, przeistoczyć się w zmysłową (choć jednocześnie niewinną) boginkę w jedwabiach (choć czasem i lateks jest potrzebny) a następnie uwodzić myślą mową i uczynkiem męża – pana i władcę – by czuł się przy moim boku komfortowo (choć niepewnie bo powinien być lekko zazdrosny) i bym co noc zaskakiwała go nowymi pozycjami i erotycznymi fantazjami (choć powinnam się dawać zdobywać bo mężczyźni nie lubią ofiar podawanych na ołtarzach).

Jak mi przeszedł ten atak śmiechu co to go byłam dostałam po przeczytaniu tych wszystkich rewelacji i zdołałam złapać oddech to zarechotałam ponownie. Żesz w czapkę smyrany! Jak szanowna redakcja sobie myśli, że to jest mój upragniony i wyczekany sposób na życie, to ja szanownej redakcji mogę pokazać co o tym myślę. Bo mówić ze śmiechu ciężko. Jakbym bowiem wstawała trzy godziny wcześniej to wory pod oczami miałabym głębokie jak Rów Mariana i z pewnością godną tego, że nie jestem tchórzofretką na rowerze, nie miałabym najmniejszej nawet ochoty na dżoging, aerobik czy robienie się na bóstwo i śniadanie w racji żywnościowej trzmiela a nawet jeśli chciałabym zaryzykować to gwarantuję, że nie miałabym później siły na reanimację. O pracy nawet nie wspomnę bo jakbym już do niej po czymś takim dopełzła to tylko po to by wezwać pogotowie i straż pożarną. Chyba tylko oni maja na składzie dźwig. Poza tym gdybym chciała pielęgnować swój partnerski obowiązkowy związek to prędzej bym takiego darmozjada jak prezentowany statystyczny z gazety zaciukała starym grzebieniem, poćwiartowała, usmażyła na masełku w pieczarkach i podała obowiązkowej gromadce w formie klopsików a to co zostało upchnęła ochoczo w słoikach i opatrzyła ręcznie malowaną nalepką – Ślubny, niż pozwoliłabym mu na te kapcie i na tę gazetkę i na tę kanapę i na ten telewizorek w ramach nieróbstwa. Takie partnerstwo to ja za przeproszeniem chromolę. Zamiast spytać go jak mu ‚dzionek’ minął spytałabym czy woli siekierkę czy tasaczek i czy w karczek czy w gardziołko. Obrusów krochmalonych nie lubię bo się można nimi w kolana pozacinać, przydomowe ogródki zostawiam stęsknionym wiosny emerytkom, bo mi życia szkoda i pielić nie znoszę, trzy groszki z obiadu to ja bym mogła wciągnąć nosem… oprócz innych dań i deseru, zaś radości zmywania oddawać się mogę pod warunkiem, że nie będzie to tylko moja domena. Doglądanie gromadki dziateczek wychowanych na radach tegoż pisemka przypominałoby jak sądzę spacer na bosaka po ostrych żyletkach z perspektywą wanny pełnej jodyny na patrerze. Chwilowo wolę sobie wytrenować oczy naokoło głowy, bo i tak mi się niedługo przydadzą i zabawić się w strusia na betonie. Wieczorem natomiast po takim dniu wolałabym połknąć własne sznurówki, niż zabawiać erotycznie jakiegoś buca. Poza tym w ramach spaceru raczej sama zgłosiłabym sie na policję, bo obawiam się, że mogłabym w niedalekiej przyszłości posłużyć jakiemuś twórcy scenariusza do horroru jako muza. I to dość rozbudowana osobowościowo, bo psychiatryk przy tym wszystkim to małe piwo.

Dobrze, że w końcu udało mi się te cholerne drzwi otworzyć – przy którymś natarciu wreszcie puściły – bo po tych wszystkich rewelacjach omal nie wypadłam z tego wucetu razem z futryną. Przy okazji nadmienię tylko, że rodzina wróciła pół godziny później gdy akurat już zdążyłam dojść do siebie, stanąć obok, zdzierzyć to co głośno wypowiadałam pod adresem drzwi wuce, pozbierać pranie i przyszykować sobie smakowitą kolację.

Mają bezbłędne wyczucie

A jak będziesz tańczyć to mu się pępowina owinie wokół szyi i zadusi na śmierć

Mamut z mieszaniną nagany i troski w głosie sprzedała mi stosowny do ciężkiej sytuacji (w jakiej przyłapała mnie w kącie ogrodu) zabobon, że jak się w ciąży płacze to potem dziecko ryczy non-stop.

Po pierwsze primo – nie wiem w jaki sposób miało mi to pomóc. Gdzieś przecież czasem trzeba wylać. Z próżni wraca.

Po drugie primo – gdyby to się wywodziło z wszem i wobec znanej teorii o emocjach i ich wpływie na życie płodowe i późniejsze, to nawet bym nie mrugnęła, ale się nie wywodziło. Wywodziło się z drabin i czarnych kotów. A na to mam pokrzywkę na mózgu i to w trybie niejednistajnie przyspieszonym.

Po trzecie primo ultimo – i tak z początku ryczy non-stop jak jaki bawół dziki a nieokiełznany, chyba, że już ochrypło albo robi przerwę na sen. Z naliczaniem sekundowym.

Tak czy siak psychicznie przygotowuję się na solidne w brzmieniu i barwie arie operowe godne niezłego kontrtenora lub innej dramatycznej sopranistki w stylu osiedlowo-monopolowym. Czynne całą dobę.

Miłego ujkendu

Bajka z przeszkodami

Reakcje światłoutwardzalne a rozwój przemysłu browarniczego w Polsce

Ludzie bardzo różnie reagują na mój nowy stan skupienia. W sumie od niedawna zaczęło być widać mocniej niż dotychczas bo Obywatel się uwypuklił całkiem solidnie. Jedni udają, że wiedzieli od samego początku i ich to nie zaskoczyło a delikatny opad szczęki maskują znaczącym chrząkaniem i gubieniem wątków. Z tych nieodmiennie chce mi się śmiać bo im bardziej chcą sprawiać wrażenie świetnie poinformowanych, tym gorzej im to wychodzi. Inni wyciągają ręce celem pogłaskania i mówią ‚O, jaka ładna piłeczka’. Tych się boję, bo pod warunkiem, że sama nie pozwolę, nie lubię jak mnie ktoś dotyka. Jakiś uraz mam albo inną cholerę i reaguję jak piwniczak ze światłowstrętem. Jeszcze inni przyznają, że nie mieli pojęcia i albo się cieszą albo walą gafy całym stadem. Tych kocham najbardziej. Przynajmniej są naturalni.

Wczoraj minęłam się w przejściu podziemnym z kolegą sprzed trzech lat. Nie widzieliśmy się od czasu mojego pamiętnego towarzyskiego dramatu w trzech aktach. Ja zorientowałam się, że on to on, dopiero gdy znajoma twarz mignęła mi jakieś 15 cm od mojej. Oboje się spieszyliśmy, więc nie padło nawet cześć. Zresztą jego spojrzenie było wymowniejsze niż jakiekolwiek powitanie. Po kilku minutach dostałam esemesa, że chyba własnie minęliśmy się na schodach i że miał zadzwonić, bo kiedyś chciał się spotkać, pogadać ale szkoła, sesja, praca, dziura ozonowa i.. co w ogóle u mnie słychać. Odpisałam, że wszystko dobrze, że się cieszę, że obronił pracę i będziemy w kontakcie. Jakoś nie mam ochoty na plotki i badanie mnie na odległość przy użyciu telefonu.

Kilka dni temu zadzwonił kumpel. Kompan zlotowy, dawniej nieco bardziej udzielający się w towarzystwie. Obecnie na dobrowolnym zesłaniu. Jak i ja zresztą. Chciał porozmawiać przy piwie. Odparłam, że z czasem krucho, piwa jak nie lubiłam tak nie lubię, a nawet gdyby zresztą, to teraz nie pijam alkoholu, bo nie wystepuję pojedynczo. Po zadaniu zwyczajowego, obowiązkowego już chyba w społeczeństwie pytania o ślub, ‚szczęśliwego tatusia’ i takie tam i uzyskaniu odpowiedzi, że właściwie, to nie jest najlepsze o co mógł mnie spytać, padło coś, co mnie rozwaliło:

– Jak mogłaś do tego dopuścić?!

Gdy odzyskałam oddech, powiedziałam, że się spieszę i odezwę się jakby co. Nic lepszego chwilowo nie przyszło mi do głowy. Do tramwaju wchodziłam już znacznie bardziej przygnębiona. A może to przez ten deszcz. Grunt, że akurat po tej osobie spodziewałam się choćby namiastki taktu i wyczucia sytuacji. Szkoda. Nie wiem czemu ludzie wyznają zasadę, że wolno im pytać o wszystko i bez ceregieli pakować się w cudze życie ‚bo oni mają akurat teraz na to ochotę’ tylko dlatego, że kiedyś znaliśmy się nie tylko z ‚dzień dobry’ na ulicy.

Milsza rzecz za to spotkała mnie niedawno w autobusie. Milsza bo bardzo naturalna i dość przewidywalna a takie rozumiem. Bez zbędnych pytań i osobistych wycieczek, za to z potrzebnymi o moje (dla odmiany) samopoczucie. Mianowicie spotkałam koleżankę z podstawówki. Dawno temu w trawie się nie widziałyśmy bo mieszkała w innym mieście. Rozmawiałyśmy przez chwilę i nagle swój wzrok z mojej twarzy przeniosła na Lokatora z dolnego piętra. Zaskoczona przy tym była jakbym co najmniej płeć zmieniła i to dwukrotnie w ciągu ostatniego roku a do tego kandydowała na prezydenta z ramienia Partii Przyjaciół Ogrodowych Krasnali:

– Boże! Ty jesteś w ciąży!

Na to ja spojrzałam w dół, na znany sobie dobrze bębenek, zrobiłam minę ala ‚tego tu wcześniej nie było i nie mam pojęcia jak to się stało’ i z udawanym przerażeniem odwrzasnęłam:

– O Rety! Faktycznie!!

Śmiechu było co nie miara 😉