Ryzyko wliczone w cenę, czyli po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się

Lubię robić ludziom niespodzianki. Miłe. Sama nie wiem, czy robię to ze względu na to, by potem patrzeć jak dużą frajdę im to sprawiło i jacy wyjątkowi się poczuli (przynajmniej przez tę jedna małą chwilę zaskoczenia i niedowierzania), czy też raczej ze względu na to, jak sama się potem czuję. A może jedno i drugie? Grunt, że jest mi dobrze, gdy widzę, że sprawiłam komuś przyjemność choćby tylko tym, że pamiętałam, gdy już sądził, że zapomnieli wszyscy. Czuję się wtedy tak jakbym dostawała gigantyczny zastrzyk pozytywnej energii i za to uczucie, gdy obserwuje się jak komuś twarz rozciąga się w uśmiechu a oczy zaczynają się szklić wzruszeniem, warto oddać wiele. Zwłaszcza swój czas i wyobraźnię. Niestety w najlepsze nawet niespodzianki wliczone jest ryzyko…

Wczoraj były urodziny Siostrzycy. Postanowiłam zrobić jej taką właśnie siurpryzową siurpryzę. Żeby było miło, wyjątkowo i absolutnie radośnie. Przez cały dzień nie zadzwoniłam z życzeniami ani nie napisałam nawet pół esemesa. Wyszłam wcześniej z pracy i pognałam do Smyka. Tam zanabyłam drogą okazyjnego kupna upatrzone już wcześniej tekstylia dla moich ulubionych małych kobietek. I tym sposobem wyszłam bogatsza o prześliczną letnią ażurową sukienkę dla Motyla (jeśli kiedyś będę miała córeczkę, to póki nie będzie na tyle duża by gwałtownie protestować będę ją ubierać w takie sukienki – przy czym dodam od razu, że raczej nie toleruję koloru różowego, moje dzieci będą więc miały mocno wyszperane ubranka, bo wszędzie, absolutnie wszędzie w modzie dziecięcej dominuje ów różyk w rozmaitych wersjach i kombinacjach) i o komplet młodej kraciastej modnisi dla Zuzola. W torbie miałam już prezent dla Siostrzycy – wonną parfumę – i pozostawała tylko kwestia dotarcia na miejsce przeznaczenia.

Nie było to wcale takie oczywiste i banalne jakby się wydawać mogło, ponieważ wczoraj w godzinach popołudniowych (a akurat w takich udało mi się pracę zakończyć i rozpocząć ujkent) jakiś mosiek preriowy zaalarmował naszych dzielnych panów policjantów, że w podziemiach pod Rotundą jest bombka i to bynajniej nie taka, co to ją na świątecznej choince uwiesić można. Dzielni panowie policjanci oczywiście jak każe procedura sparaliżowali miasto na ładnych kilka godzin (sześć nawiasem mówiąc), bo przecież podziemia te są tak rozłożyste i pełne tajemnych przejść i korytarzy, że szybciej nie dało się sprawdzić. Dodam może tylko, że dogłębny spacer po nich zajmuje zwyczajowo przeciętnej staruszce 7 minut. I to z przystankiem na pączka i oglądnięcie torebki na wystawie. Ale cóż mogę chcieć – obowiązek to obowiązek – bezpieczeństwo obywateli być musi.

Pech chciał, że akurat w tym czasie próbowałam przedostać się przez centrum. Ulice poblokowane w promieniu 5 kilometrów, tramwaje stoją w grzecznym ogonku, ludzie mdleją w ścisku na chodnikach i w sklepach, z których nie można wyjść na zewnątrz a dzielni panowie policjanci ganiają się w berka spoglądając nieprzytomnym wzrokiem na swoje krótkofalówki. Jakoś udało mi się jednak przemknąć podwórkami kamienic i na piechotkę udałam się na Wolę. Z torbą pełną odzieży, własną wyładowaną torebką i dwudziestką białych róż było to zadanie dość karkołomne, a na pewno mocno nieprzemyślane biorąc pod uwagę mój aktualny stan skupienia, ale z nadzieją, że uda mi się dojść na miejsce nie rozdzielając się przedwcześnie z Lokatorem w jakiejś przydrożnej bramie i z myślą o niespodziance brnęłam naprzód. Słońce i zaduch swoje a ja swoje.

Na miejsce dotarłam półtorej godziny po wyjściu z pracy. I nagle ogarnęło mnie jakieś dziwne, niejasne uczucie. Taki dyskomfort, jak wtedy, gdy mając lat sześć zorientowałam się, że wyszłam po zakupy w kapciach. Uczucie to ogarnęło mnie jeszcze mocniej gdy zorientowałam się, że stoję przed domofonem, który milczy. Najwyraźniej nikogo nie było w domu. Chcąc nie chcąc musiałam do Siostrzycy zadzwonić na komórkofon i ‚najwyraźniej’ się potwierdziło. Była sto kilosów za Warszawą na jakiejś działce z przedszkolną grupą Zuzy. Przełknęłam to co mi się w gardle zrobiło, złożyłam jej życzenia i postanowiłam zawinąć się z powrotem. W końcu mogłam uprzedzić wcześniej. W końcu skąd mogła wiedzieć, że przyjadę. W końcu zawsze była w domu a tu akurat taki jeden jedyny wycieczkowy dzień. W końcu pogoda ładna i jakaś przedszkolna mama zaprosiła grupę innych przedszkolnych mam z pociechami.

Cóż, nie wyszło. Ale i tak warto było. Bo czasem chęci liczą się bardziej niż efekt. Bo czasem sam fakt, że ktoś tę niespodziankę chciał nam zrobić znaczy więcej, niż wszystkie prezenty świata razem wzięte. Taką przynajmniej mam nadzieję. Może innym razem się uda.

W końcu… wszystko jasne i nie mogłabym nawet mieć cienia pretensji bo zrozumiałe, że ma się własne plany i niekoniecznie cierpimy na jasnowidztwo by zorientować się, że ktoś nas akurat nawiedzi z wizytą. Tylko, czy to hormon jakiś, czy zmęczenie, czy ten dzień paskudny w pracy, i ta bomba, i ten spacer godzinny, czy całkoształt świata.. grunt, że siedząc pod tą klatką na tym betonowym klombie z bratkami przy koszu na śmieci… rozpłakałam się jak bóbr. Nie wiem sama dlaczego. Bo przecież mogłam uprzedzić…

Tylko, że wtedy nie byłoby już niespodzianki.

– Ja wcale nie płaczę. To tylko oczy mi się pocą

15 uwag do wpisu “Ryzyko wliczone w cenę, czyli po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się

  1. oj, biedactwo… nie zawsze wszystko musi się udać na piątkę. Pomysł był dobry, poświęcenie duże, ale akurat nie wyszło. Starałaś się. Jesteś cudowną osobą i jeszcze nie raz zrobisz Siostrzycy niespodziankę. A ona Tobie. I wtedy na pewno się uda. Tak to już jest, że CZASEM naprawdę coś nam nie wychodzi. Pomimo poświęcenia i najszczerszych chęci. Trzymaj(cie) się 🙂

    Polubienie

  2. Pisze.. choć Cie nie znam.. wpadłam tu całkiem przez przypadek.. zaczełam czytać.. podoba mi sie jak piszesz.. (ja tak nie umie niestety).. Przeczytałam kiedyś tutaj takie opowiadanie.. o dziweczynie która nie miała sie urodzić.. przypomniało mi to moją sytuacje.. Chciałabym je jeszcze raz przeczytać.. tylko nie mam hasła.. czy mogłabyś mi je udostępnić? Cieszyłabym sie..

    a co do notki..
    Jak w coś wierzymy mocno to łatwiej do tego dochodzimy:]
    Głowa do góry:)

    Polubienie

  3. bo życie to nie amerykański film, w którym każda niespodzianka się udaje…

    ale z drugiej strony, pomyśl, że Ciebie spotkała niespodzianka 🙂 może nie taka, jakiej oczekiwałaś, ale niespodzianka

    tak sobie myślę, że to chyba entropia…świat coraz szybciej zdaje się gnać ku czarnej dziurze

    PS. dzięki za emalię:-)

    Polubienie

  4. hmm, to faktycznie przez nadmiar wrazen, ja przypuszczam, bo gdybys dotarla tam normalna droga, sytuacja bylaby inna i w drodze do domu pęczniałabyś z dumy nad samą sobą, że taka fajoska siostra jesteś. Bajeczko, ja to będę powatarzać do znudzenia, i to wcale nie znaczy, że normalnie nie można mieć takich stanów duszy – ale naprawdę mi się wydaje, że to hormony troszkę przesądzają sprawę. ja też teraz się zachowuję tak, jakby mi się poprzestawiało. jednym z objawów jest skłonność do pocenia oczu z najmniejszego, maciupeńkiego powodu (co nie znaczy, że Twój taki był) – na przykład bo ktoś się w tv uśmiechnął do kogoś tak miło. bo przeczytałam ogłoszenie w „czterech łapkach” o kotkach do oddania po przejściach. tak mało mi teraz wystarczy. może u Ciebie jest podobnie? nie pocieszam, żebyś przestała, spójrz na to tylko troszkę inaczej. masz Maleństwo, już niedługo wszystko się wy-jaśni. dosłownie:)

    Polubienie

  5. probowalem sobie wyobrazic siebie w takiej sytuacji… a potem przypomnialem sobie, ze kiedys przydarzylo mi sie cos podobnego… i pomimo „stabilizacji hormonalnej” pamietam, ze mialem gule w gardle, a w srodku cos zalkalo i ukulo. a pozniej wrocil usmiech i chec robienia niespodzianek 🙂

    Polubienie

  6. beszczelnie stwierdze, że ten wpis bajkowy poza oczywistymi wartościami intelektualnymi, wewnętrznymi, uczuciowymi, moralnymi- posiada tez wartość historyczną! fałszywy alarm- o tym się mówi…

    Polubienie

  7. jakie „duszno i słonecznie”? no proszę, Bajkowa, nie dobijaj mnie! zębami szczekam, a Ty mi tutaj takie teksty!
    a poza tym…to faktycznie hormony chyba plus okoliczności. bo rozumiem, że Ci się przykro zrobiło…ale też faktycznie, mogłaś uprzedzić. no tak to bywa, jak się chce tak bez kompromisów.

    Polubienie

  8. last times najwieksza niespodzianka jest odkrywanie nowych reklam i promocja w fuckdonaldzie. ach i posrod tego dwudziestka bialych roz – ach.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s