Niezawodny system

On
no normalnie wezmę i w końcu wygram w totka
Ja
no normalnie weź i w końcu wygraj
On
mam taki plan
poczekać na dużą kumulację
i dopiero wtedy wygrać
nie wcześniej
bo to szkoda dobrej wygranej na jakieś drobne
Ja
ta jest!
On
muszę tylko pamiętać o tym żeby kupić los w odpowiednim momencie
Ja
no w sumie może się przydać
On
z Rudą już kilka lat temu wymyśliliśmy niezawodną metodę na wygranie w totka
Ja
hmm, jaką?
On
no to jest tak – nasza metoda pozwoliła nam ze stuprocentową skutecznością wybrać liczby które będą wygrane
niestety nasza metoda ma jedną drobną wadę – nie pozwoliła na określenie dnia w którym te numery padną…
no ale my to jeszcze dopracujemy któregoś dnia

Taki drobiazg… tyci tyci 😉

Lajf is soł brutal… z cyklu – przypadki tramwajowe na liniach parzystych w piątkowe poranki

Jadę sobie tramwajem linii parzystej. Ładny, żółciutki, nowiutki, luźniutki jak na tę porę poranka. Nawet mało smrodliwy, w dodatku wyczuwalna nutka Goodlife’a od sąsiada z przodu. Ten sąsiad też taki całkiem do rzeczy ale zaobrączkowany niczym eksperymentalny gołąbek, więc wącham tylko jednym nozdrzem. Stoję sobie, z uchylonego okna miło wiaterek powiewa, nawet słońce się znalazło, książka dobra w łapie. Żyć nie umierać. I tak sobie stoję i pachnę. Bzem liliowym. A co mi tam. Z miną z cyklu ‚świat jest mój tylko jeszcze o tym nie wie’ nonszalancko przerzucam kartki i chłonę literaturę obcą. Nagle czuję charakterystyczny dreszczyk na karku. Ktoś ściąga mnie wzrokiem. Nie wiem jak to jest, ale człek zawsze sie orientuje jak jakiś drugi osobnik mu się badawczo przygląda. To chyba ma związek ze zmysłem kinestetycznym czy jakoś tak, ale dziś się wymądrzać nie będę bo piątek jest. W piątki zbyt intensywnemu myśleniu mówimy stanowcze nie a wymądrzaniu to już nawet wrzeszczymy. Złapałam więc ten dreszcz i podążyłam za białym króliczkiem. Po uniesieniu pochylonej głowy w odległości jakichś 4-5 metrów napotkałam na męskie spojrzenie. Hmmm. Męskie spojrzenie z natury takich co to te dreszcze na karku wywołują. Spojrzenie (no dobra właściciel) było takie, że pomyślałam sobie coś nieprzyzwoitego i nawet sie za to w duchu nie zganiłam. No co. Wiosna jest, hormony buzują aż huczy. Nie przypominając sobie dziś żadnych przypadkowych barw wojennych na twarzy ani wypadków z ewentualnymi płynami na koszulce ani niczego dziwnego we włosach pomyślałam, że on faktycznie TAK patrzy. Przestałam udawać, że czytam i podniosłam wzrok na wyżej wymieniony obiekt. Obiekt się uśmiechnął tak, że mi kolana zmiękły w obu stawach i dalej patrzył. Zdębiałam lekko ale nic po sobie poznać oczywiście nie dałam i wystosowałam odpowiedni grymas co by wyglądał na uprzejmy i sympatyczny ale ze stosownym dystansem a nie taki z gatunku ‚bierz mnie, gryź mnie i zahaczaj’, który zdecydowanie cisnął mi się na usta. Wcześniej błyskawicznie dokonałam pobieżnej lustracji uzębienia językiem, czy coś się aby na klawiaturze nie ostało ze śniadaniowego jabłka. Obiekt patrzył z rosnącym zainteresowaniem a ja poczułam, że się czerwienię. O cholera! Nienawidzę tego od czasów przedszkolnych śpiewanek i recytowanek na apelach wszelakich. Na szczęśnie zarumieniłam się tylko policzkowo trochę i w porę opanowałam naczynia krwionośne wraz z rosnącą we mnie paniką (o dzięki ci psychologio kliniczna z systemem biofeedback – jak pragnę zakwitnąć nie sądziłam, że kiedykolwiek mi się do czegokolwiek przydasz). Szybki look znad lewego okulara utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że obiekt owo zaróżowienie spostrzegł i teraz uśmiecha się jeszcze… ładniej. Teraz to mi już zmiękły wszystkie stawy. Fakinszit. Czemu ci faceci muszą tak patrzeć jak ja akurat zaraz mam wysiąść bo zbliża sie mój przystanek. No nic. C’est la vie jak mawiają rdzenni Eskimosi w Kongo. Trza wziąć swój wielce atrakcyjny zadek w troki, usztywnić kolana, schować jęzor, zahamować ślinotok i ruszyć do wyjścia. Odśmiechnęłam się więc promiennie, mrygnęłam raz czy dwa zalotnie rzęs wachlarzem, niczym rącza łania śmignęłam przed samym nosem obiektu z zamiarem roztoczenia wiosennej aury i z rozwianym włosem wysiadłam z żółciutkiego tramwaju linii parzystej. Wielce zadowolona z tak pięknie rozpoczętego dnia i z siebie ofkurs, pogwizdując pod nosem ‚I’m too sexy…’ i hołubiąc kobiecą próżność na wspomnienie obiektu i jego spojrzenia, od którego siada całe zawieszenie wykonałam polkę-galopkę do pracy, czyli przetoczyłam się na czerwonym świetle na drugą stronę ulicy. W windzie lustro pokazało mi zarumienioną, uśmiechniętą twarz i całą resztę. Na wysokości nowego paska (tego z Krakowa) moich ulubionych zielonych bojówek dumnie widniał… rozpięty rozporek tychże. No i skończyło się rumakowanie. Takiego buraka, jakiego strzeliłam sekundę po dokonaniu tego spostrzeżenia, ta winda chyba nie widziała. Ech… a już myślałam, żem taka boska 😉

Bajka prokreacyjna

Kuleżanka biurowa właśnie mnie uświadomiła. Uświadomiła mnie ze znawstwem i w dodatku uczyniła to głosem nie znoszącym sprzeciwu. A ja nawet jej swoim zwyczajem nie odpysknęłam sarkastycznie ani nie zarechotałam szpetnie tylko zamarłam z kawałkiem rzodkiewki na na lewym siekaczu i zrobiłam minę z gatunku ‚ooo jaaa’ łypnąwszy przy tym dość debilnie oczyma. Normalnie strach na mnie padł ażem zbladła do cna jak ta ściana za mną. Dawno mnie nikt tak strasznie nie uświadomił… i tak ścianopodobnie. Tylko czekać aż mi tynk odpadnie albo ta… ten tego… tapeta. Wtedy dopiero się sypnę jak stara lampucera. Koszmar po prostu. Okazuje się bowiem, że według najnowszych badań kogośtam gdzieśtam skądśtam (na onecie trza pogrzebać a mi się już nie chce i nie mam pogrzebacza) jeśli nasza sytuacja i nawyki się nie zmienią (czyli w wolnym tłumaczeniu jeśli nie zaczniemy się nagle ciurlać jak króliki z nerwicą natręctw tudzież bzykać jak chore psychicznie świerszcze w soczystej trawie), to w 2030 roku będzie nas w kraju o 2,5 miliona mniej. Kopara opada niszcząc nowe lakierki, co? Tak myślałam. Apeluję zatem hasłem pięknym i dosadnym niczym dawne peerelowskie ‚Rolnicy – myjcie jaja’. Wiosna jest – wszystko wokół (się) bzyka: ptaszki, pszczółki, muszki, motylki i takie tam… No to raz dwa.
Rodacy – do łóżek!!! 😉

Oczy tej małej jak dwa… czerwone korale

+ Upodabniasz się do królika albinosa?
– Raczej do zająca. Założę na uszy prezerwatywy żeby podkreślić ch* nastrój.
+ No przykro mi. Potrzebujesz czegoś?
– Zgrzewki chusteczek, kontenera wina, rzygliwej romantycznej komedii i gustownej pętli…
+ Myślisz, że to wystarczy?
– No jak się odpowienio znieczulę to może nawet będę w stanie obejrzeć to gówno a wtedy to już na pewno poszukam solidnej gałęzi.
+ Tak będziesz zdołowana filmem?
– Nie, nie zniosłabym tego moralniaka nazajutrz zaraz po tym jak odzyskam pion i… pamięć niestety.
+ To co, podrzucić ci Żulię Łobełts czy Chuja Granta?
– Nie zadawaj mi takich pytań gdy jestem tak paskudnie trzeźwa!
+ Gdybyś była uroczo nietrzeźwa odpowiedziałabyś tylko ‚bla ble bla bul pepsi’ co mogłoby oznaczać cokolwiek 😉
– Ale za to jaka cudowna transkrypcja fonetyczna ci wyjszła.
+ Gorzej tylko, że nie wiem po jakiemu to.
– Czy to ważne? Ustalmy, że mam olbrzymie i wprost powalające zdolności językowe i tej wersji się trzymajmy.
+ No fakt – powalona jesteś nieźle. A krawat umiesz wiązać?
– Umiem a co?
+ A nic. Idę po tę pętlę…
– Ty szwyynio męska !!
+ Magister Wieprz – do usług 😉

Bunt? To bez sensu… Dziś nie ma już przeciw czemu się buntować

Wczoraj był bardzo ważny dzień. Nic z ogólnoświatowej półki, nawet nic ogólnopolskiego i nic okrągłego, bo 51 to mało ‚odświętna’ liczba ale jakoś rok temu nikt nie pofatygował się, by to nagłośnić, unaocznić całej Polsce. Bo to przecież niby nic takiego. Ot zwykła lokalna sprawa. Dla mnie jednak niezwykła. 51 lat temu trzy nastolatki zaprotestowały przeciwko przemianowaniu Katowic na Stalinogród. Wczoraj – 17 maja – całe miasto dziękowało im za to, nadając honorowe obywatelstwo miasta. Katowice nie są dla mnie miejscem ani szczególnie bliskim ani wyjątkowym. Bywam tam co roku z okazji Metalmanii, czasem częściej, jeśli uda się wygrać bilet na jakiś koncert, ale nie czuję sie jakoś duchowo związana z tym miejscem. Miasto jakich wiele – są zakątki urokliwe i takie jakby nieco mniej, gdzie szarość, syf i beznadzieja. Podobne do innych ‚przemysłowców’ jak dwie smugi dymu z jednego komina. Ale ta historia porusza mnie bardzo mocno. Bo poruszać powinna. W nocy 7/8 marca 1953 roku na katowickim dworcu zmieniono tablice z nazwą miasta. Katowice stały się Stalinogrodem. To towarzysz Bierut postanowił uczcić pamięć Stalina, zmarłego 5 marca. Ot, taki gift pośmiertny. Nie ma jak totalna bezmyślność, głupota, ograniczenie. Sama nie wiem jak to nazwać. Nie liczenie się z ludźmi pomijam. Mieszkańcy przywykli do zmian. Najbardziej jednak ucierpiały trzy chorzowskie licealistki, które jako jedyne czynnie zaprotestowały przeciwko Stalinogrodowi. Miały po 16 lat. Ulotki, hasła na murach – za to nie wsadza się ludzi za kratki. One zostały aresztowane. Sprawę nagłośniono jako prowokację o charakterze nazistowskim a dziewczyny bito i poniżano. Wielogodzinne przesłuchania znam tylko z filmów i opowieści starszej pani z sąsiedztwa. Nigdy nie chciałabym tego zmieniać. Samo słuchanie wywoływało dreszcze. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżyły te nastolatki. Natalię Piekarską i Zofię Klimond umieszczono w poprawczaku. Barbara Galas została skazana na cztery lata więzienia. Wolność odzyskały w 1956 roku. Dziś stateczna już pani Barbara mieszka w Koninie, pani Natalia w Raciborzu. Zofia Klimond nie żyje. Wszystkie wspominały te trzy lata z ich młodości jak najgorszy koszmar.
Wczoraj samorządowcy z Katowic postanowili uhonorować ich bunt. Poza trzema nastolatkami nikt nie zaprotestował przeciwko bezprawiu jakim było przemianowanie miasta. Tak było ponad pół wieku temu.
A ja zastanawiam się czy dziś młodzi ludzie potrafiliby się przeciwstawić i wyrazić swój bunt, czy chcieliby, czy uznaliby to za istotne czy stwierdziliby, że to bez sensu… jak wszystko inne. I szczerze mówiąc nie wiem czy znalazła by się choć trójka takich szesnastolatków…

Z ciekawostek przyrodniczych

Australijskie świerszcze są w stanie odbyć 50 stosunków seksualnych w ciągu kilka godzin – poinformowała „Gazeta Wybiórcza”. Taką tendencję wyśledzili naukowcy z uniwersytetu w Toronto.
Tym samym te niepozorne stworzenia pobiły rekord, który do tej pory należał do lwów i tygrysów.
Ja tam przyczyniałabym się raczej do stawiania na jakość miast częstotliwości.

Okazuje się, że praca naukowca wcale nie musi być ciężka, nudna i pozbawiona przygód…
Nie dość, że sobie popatrzą na bzykanko, to jeszcze im za to płacą.

Więc jak to jest Alti, może czas zmienić branżę? 😉

Głuchy telefon… bez okazji

Po pracy człek jest wybitnie zblazowany i marzy tylko o przyspieszonym trybie kąpielowo-łóżkowym z opcją ‚nie budzić przed południem’. Po pracy człek jest tym bardziej zblazowany im wiecej energii na nią zużył. A jeśli do tego wszystkiego cierpiał katusze z powodu bolących post-rowerowo łydek i przyległości, to jego zblazowanie osiąga imponujące rozmiary. Moje osiągnęło punkt kulminacyjny, gdy próbowałam czytać w autobusie książkę ćwicząc jednocześnie nowy sposób zasypiania – ciekawa hybryda stylu ‚na dziobaka’ ze stylem ‚na załamanego psychicznie’. Na szczęście nie zdążyłam za wiele poćwiczyć bo wysiadłam.
W domu zastałam mimo późnej pory zacnych rodzicieli w nieco mniej zacnych odzieniach (piżamach) przy wcale nie zacnej herbacie (jakaś ziołowa lura) oglądających w TV jakiś zapewne godny polecenia program publicystyczny, który kompletnie mnie nie zainteresował bo nie zaistniał w zasobach mojej pamięci długotrwałej. Przy moim osobistym łóżku natomiast zastałam pokaźny wazon z równie pokaźnym bukietem z bzu. Bez był mieszany (biały i liliowy) i ja też się zmieszałam, bo nieczęsto zdarza mi się zastać przy łóżku jakiekolkwiek kwiaty. Po przelotnym sprawdzeniu mocno już zwiniętych, jak na porę i zużycie materiału w ciagu dnia, zwojów mózgowych i upewnieniu się, że nie zapomniałam o żadnych swoich urodzinach, imieninach, rocznicach ślubów, narodzinach potomka, nagłych i nieoczekiwanych awansach tudzież innych jublach, wyraziłam zdziwienie miną wyraźną i cokolwiek głupią. Mamut oderwał się bowiem od mieszania herbaty zdekompletowaną dawno łyżeczką w kubku z wytłuczonej niedawno do reszty babcinej zastawy i znacząco uniósł brew. Zaczęłam nieśmiało:

Ja – Czy chcecie dać mi coś do zrozumienia? – chrząknęłam spoglądając przelotnie na wazon z kwieciem
Mamut – Hę? – zdziwił się Mamut zachowawczo
Zdzich przeniósł zmęczone spojrzenie z ekranu na Mamuta, z Mamuta na mnie, ze mnie na bez, po czym znowu powrócił razem z zaspanym wyrazem twarzy do programu
Ja – No nieczęsto zdarza mi się mieć przy łóżku kwiaty? – zaintygowało mnie to
Mamut – Ach to – z całkowitym spokojem westchnęła moja matka
Ja – Więc? – ponownie chrząknęłam znacząco – Żadnych świąt sobie nie przypominam… Sugerujesz, że powinnam się przekręcić? 😉 – kwiaty od Mamuta to chyba znak rychłego pogrzebu
Mamut – No wiesz – wyjaśniła z rzeczową miną i przewrotnym uśmieszkiem – Wszystko teraz po tej unii podrożało… To taka luźna sugestia. Zrobisz jak uważasz 😉
Ja – Rozumiem, że mam się spieszyć póki kwiaty jeszcze świeże? – wolałam się upewnić 😉
Mamut – Byłoby miło – ucieszyła się Krycha – Od jutra kwiaty pożycza sąsiad z naprzeciwka 😉 Jego syn za duzo je. – wizja uśmiercenia syna sąsiada i popędzenia go do szybszego sztywnienia stojącym obok mego łóżka bzem celem zaoszczędzenia racji żywnościowych mnie przerosła
Ja – Ja nie jem – obruszyłam się bo Mamut zawsze narzeka żem patyczak – A poza tym nie ma sąsiad z naprzeciwka własnego ogródka?? Pełno bzu teraz kwitnie – odezwał się we mnie pies ogrodnika, bo bez sobie kwitnie i nie ma komu go zrywać
Mamut – Ale jemu nasz się bardziej podoba – oznajmiła z dumnym uśmiechem moja wyrodna matka
Ja – Mnie też nasz się bardziej podoba ale ok. Pomyślę nad tym sztywnieniem jutro bo zaraz się udaję na zasłużony spoczynek 😉
Na tym temat bzu się zawiesił. Ja również. Żeby nie było, że nie doceniam starań estetycznych mojej osobistej rodzicielki kwiecie było bez okazji za to pachniało upojnie i nadal po nozdrzach daje zaciekle.
Nastepnie akcja wraz ze mną i Mamutem przeniosła się do kuchni pozostawiając przed telewizorem samotnego Zdzicha, któremu jednak ta sytuacja najwyraźniej odpowiadała. Wreszcie mógł sobie w spokoju i ciszy obejrzeć swój program.

Mamut – A tak w ogóle, to pisałaś do Siostrzycy? – przypomniała sobie nagle
Ja – Kurde mol – walnęłam liścia w czoło – Zupełnie o tym zapomniałam.
Mamut potrzebował od Siostrzycy jej numer PESEL do jakiejś Nie Cierpiącej Zwłoki Sprawy zatem wystosowałam pospiesznego esemesa mając nadzieję, że Siostrzyca jeszcze nie śpi i odpisze. Po chwili rozległ się dzwonek telefonu domowego. Odebrał Zdzich. Siostrzyca wołała jak widać zadzwonić. Stoimy z Mamutem i nasłuchujemy. Słychać śmiech Zdzicha. Zanim podał nam słuchawkę sprawa się wyjaśniła.
Zdzich tłumacząc – Obieram a ta mi tu gada ‚WESELE’. Ja zdębiałem i pytam jakie wesele??
My też zdębiałyśmy… jakie wesele??!!
Zdzich niezrażony kontynuuje – Na to ona mówi, że ‚nie WESELE tylko PESEL’ i że ‚jakie wesele?? przecież Zuzka (starsza córka siotrzycy – przyp. narratora) ma dopiero pięć lat?!’

Jaki z tego wniosek?
Razem ze Zdzichem zasypia jego słuch… nawet przed telewizorem 😉

Czego pragną kobiety ;)

Para wybrała się na zimowe ferie do małego, romantycznego domku gdzieś w górach. On od razu poszedł do drewutni po drewno do kominka. Po powrocie krzyczy:
– Kochanie, jak strasznie zmarzły mi ręce!
– Włóż je między moje uda i ogrzej – odpowiada ona czule.
Jak powiedziała, tak zrobił i to go rozgrzało. Całkiem mocno. Zjedli obiad i on poszedł… narąbać jeszcze trochę drewna. Po powrocie wola:
– Kochanie, ależ mi zimno w ręce!
– Włóż je między moje uda i ogrzej – odpowiada ponownie dziewczyna z nadzieją.
Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Po kolacji chłopak… udał się po zapas drewna na całą noc. Ledwo wrócił, od razu woła:
– Jejku, jejku, kochanie, jak mi zimno w ręce!
– Ręce, ręce! – nie wytrzymuje dziewczyna. – A uszy to ci nie marzną?

Od środka

Skunk Anansie ‚Hedonism’
Eric Clapton ‚Tears in heaven’
Massive Attack ‚Angel’
Incubus ‚Good bye… nice to know you’
Extreme ‚More than words’
Sting ‚Shape Of My Heart’
Obituary ‚Back From The Dead’
R.E.M ‚Everybody hurts’
Shinead & Prince ‚Nothing compares to you’
Nirvana ‚Rape Me’
Staind ‚It’s been a while’
Human ‚Słońce moje’
Kosheen ‚Hungry’
Kult ‚Do Ani’ i cała reszta
Radiohead ‚Karma Police’
Kronos Quartet ‚Requiem for a dream’
Myslovitz ‚Dla ciebie’
Korn ‚Here to stay’
Disturbed ‚Down With The Sickness’
Creed ‚With Arms Wide Open’
System Of A Down ‚Atwa’, ‚Chop Suey’
Sepultura ‚Chaos AD’
Marylin Manson ‚Today’
Tool ‚Shism’
Giuseppe Verdi ‚Requiem’

W radio Dire Straits ‚Brothers in Arms’
Czasem łzy aż bolą