Cios gazetą poniżej pasa

Ha!Lucyna
zjadłam se budyń
z rodzynkami
alem ciągle głodna
Bajek zaniepokojony
nie było grudek?
Ha!Lucyna
yyy były
dobre
Bajek ciekawski
ale nie próbowałaś się ich pozbyć mieszaniem?
Ha!Lucyna
nie, pozbyłam się w inny sposób
(pozdrawiają z żołądka)
Bajek skonfudowany
a ja widziałam zdjęcia Bradleja dziś wew gazecie
i ogarnęła mnie nagła niemoc
i atrofia mięśniuff
Ha!Lucyna
dzie?
och och
Bajek retrospektywny
wew gali czy cuś
Basia miała
coś gadałam
Ha!Lucyna
mdleję
Bajek zniecierpliwiony
(poczekaj, to nie ten moment)
ona mi pokazała
Ha!Lucyna
i padłaś?
Bajek prostujący
nie, nie padłam
ale zapomniałam od razu co chciałam powiedzieć
i wzmogło mi się wydzielanie pektyny w otworze gębowym
mowiem ci
ale ciacho
Ha!Lucyna
znaczy yyyy
mięsko
Bajek rozmarzony
mięsko czy ciacho – jeden ch*
ale za to jaki wdzięczny
mraaaał
Ha!Lucyna
wrrrr

Warkocz! Warkocz!
Wrrrrrrrrrr…

Przygarniemy Bradleja celem zmolestowania 😉

Wymienię nogi na wypoczęte… yyy łydki zwłaszcza

Wczoraj w różnych godzinach dziennych rowerowałysmy się z Hal zaciekle z werwą młodych kozic na górskim zboczu, z tym, że zamiast zbocza wystąpiły u nas szlachetne górskie dwukołowce. Pięknie było. Pogoda cudna, słonko świeciło, kwiaty ‚pachły’, wiaterek wiał sobie dzielnie wzmagając stopień trudności (czasem nawet dość znacznie), włos rozwiany, ciało rozgrzane, w rolach głównych wystąpiły też owady rozmaite łapane na czołówkę a przydrożne chaszcze po gołych łydkach nas smagały. Tym niemniej szczęśliwe byłyśmy niezmiernie i kawał drogi w całkiem niezłym czasie przejechałyśmy. Zmęczone straszliwie, bo dawno na rowerkach się nie śmigało, dotarłyśmy do domów. Padłam na pysk sztywnym trupem o 22. Dla mnie to kosmiczne dość bo z reguły o tej porze dopiero sie nastrajam towarzysko a spać chodzę koło drugiej ale tym razem zasnęłam w drodze do poduszki. Rano poczułam łydki, bardzo wyraźnie zresztą, a po zerwaniu się z łóżka (godzina siódma piętnaście wymagała radykalnych środków) przypomniałam sobie o reszcie nóg. ‚O-żesz-ty-orzeszku…’ – w wolnym tłumaczeniu miało to oznaczać śpiewne powitanie nowego pięknego dnia. Nawet mój pluszowy miś z książkowej półki zatkał uszy, gdy zaczęłam przemieszczać się do łazienki. Zakończenia nerwowe mam w najlepszym porządku, inaczej nie czułabym aż tak wyraźnie kończyn dolnych a wiele bym dała by układ nerwowy tego jednego konkretnego poranka zaspał. Niestety obudził się wcześniej niż ja. Rozważając możliwość unieszkodliwienia większości synaps kowalskim młotem potężnych rozmiarów klęłam na czym świat stoi dokonując porannych ablucji. Odstąpiłam jednak od zamiaru zrestartowania systemu głównego wyżej wspomnianym tępym narzędziem i to bynajmniej nie z uwagi na brak tegoż ile z bardziej prozaicznego powodu – potem bolałaby mnie głowa a przynajmniej to chwilowo było jeszcze w porządku. Poczułam też wiele zapomnianych już mięśni. Swoją drogą nie sądziłam, że podczas jazdy rowerem one też pracują. Tak czy inaczej udało się jakoś zebrać do kupy i wyjść z domu. Z dużym trudem. Marząc o jakimś ładnym, zgrabnym teleporterze mieszczącym się w czarnej sztruksowej torebce opracowywałam nowy sposób poruszania się. Po drodze do autobusu ćwiczyłam natomiast rozmaite mutacje gramatyczno-leksykalne języka łacińskiego z hiszpańskim i jak mniemam z lekką domieszką suahili bo gardłowe pomruki wywodziły się zapewne z tego właśnie dialektu. Okazało się, że niespodzianki chodzą parami i to po mojej trajektorii lotu, bo jak już się doczłapałam na przystanek… okazało się, że z okazji robót drogowych (czyli stadka pijących piwo, palących kiepy i opowiadających sobie świńskie dowcipy panów) został on czasowo przeniesiony. Minę musiałam mieć rodem z adaptacji Kinga. A tam na górze to z pewnością ubaw mieli przedni. Sapiąc dziko niczym wściekła horpyna pomknęłam pertraktując po drodze z własnymi łydkami o przynależność terytorialną. Ćwiczenie czyni mistrza i do kolejnego przystanku (bardzo odległego tak na marginesie) doszłam już nie krokiem starej kurtyzany a niemal pląsem adeptki szkoły salsy. Tej wersji będę się trzymać ja i łydki moje. W autobusie wyściskałam się z resztą współpasażerów z racji zwyczajowego porannego tłoku i korzystając z okazji i autobusowej rurki dokonałam automasażu pośladków, co wybitnie poprawiło moje samopoczucie. Mam nadzieję, że tylko moje i że nikt inny nie obserwował tych niezmiernie ciekawych akrobacji zaśmiewając się do łez, bo musiało to wyglądać wyjątkowo komicznie. Tak tak. Autobusowy masaż to jest to. Szkoda, że nadal czuję mięśnie nóg. Może wieczorem pójdę się gdzieś znieczulić.
Halka idymy się rowerować? 😉

Czwartek, godzina 13:14… mózg domaga się weekendu

Basia leniwie przeciąga się na krześle.
Z rękami bo bokach wykonuje dziwne ruchy góra-dół. Już zaczynam się bać, że z okazji nadmiaru pracy rzuciło jej się na mózg i udaje bociana. Nagle zagadka się rozwiązuje:

Basia – z filozoficzną wręcz zadumą – Muszę kupić jakieś ciężarki żeby se piersi podnieść.
Ja – z lekka zdumiona – A co… upadły ci na podłogę?

Czekamy na weekend 😉

Był sobie wkurw

Halka
ju beder not wkurw
Bajka
bikoz łot
Halka
bikoz ju ken hew ulcers
on jor stomah
Bajka
że łot aj ken hew wew brzuchu??
Halka
ulcery
wrzody znaczy
Bajka
a skund wisz
może ja mam bogate wnętrze bez ulcerów
i sama o tym nie wiem a co dopiero ty
Halka
a bo wim
Bajka
a skund?
Halka
a zez doświadczenia
Bajka
robiłaś jakieś doświadczenia zez moim stomachem?
i ja nic o tym nie wiem??
łen? łer? i łaj?
Halka
no nie zez twoim
Bajka
a zez czyim?
zdradziłas mię? tak?
podłość ludzka nie zna granic
wszystkie baby to żmije
ja wiedziałam 😉
Halka
eee no kumpel ma
z pracy
Bajka
ke? z kumplem z pracy się doświadczałaś?
tosz mowiłam ‚nie mieszaj nigdy życia prywatnego z biurowym’
bo z tego kserokopiarka będzie
Halka
nie nie
on doświadczył
doświadcza cały czas
Bajka
z toba?
to szuja
faceci to świnie a baby żmije
nic dobrego z tej krzyżówki nie wyjdzie
Halka
ty swyynio 😉
co ty se zaraz myślisz
kolegę boli a ty tu jakieś aluzje
nomen omen – to ten kierownik, co tańczył przy rurce 😉
Bajka
dżizas
to może od tego dostał?
Halka
taaa
na pewno
Bajka
powinni w klubach go-go wywiesić kartki ‚uwaga! praca w ciężkich warunkach – grozi wrzodami’
Halka
od dziś nie tańczę przy rurce!
można wrzodów dostać
Bajka
ja też się zwalniam z tego procederu
przerzućmy się na woltyżerkę
fajniej brzmi
i kojarzy się z jedzeniem żarówek
a te harce na koniach sobie darujemy i zaczniemy wmawiać pospólstwu, że to był ciemnogród i chwyt marketingowy 😉

(…)

Halka
its sołfany
Bajka
is dat soł fany że dżizaskurffajapierdole
Halka
ju beder dont kurs
Bajka
kurs?
Halka
curse
bikoz bozia łil kat jor tong
Bajka
he hehe hehehe
Halka
fajnie mały pieprznął wczoraj
Bajka
a co?
Halka
wziął se budyń w proszku
dr oetkera
czekoladowy z orzechami
rozrobił i miesza
miesza i miesza
i mówi ‚kur*, no ciągle grudki są’
Bajka
o jezu ;))
Halka
a ja mu na to ‚ty gupku, to som orzechy’

Rechot ogólny ;)))

Single są be (uwaga notka wulgarna pisana przez zgorzkniałą starą pannę – grozi pożarem)

Jest wiosna. Ptaszki ćwierkają, słonko popierdala przez chmurki (oczywiście przelotnie, w przerwie między opadami), kwiaty wydzielają a pszczółki zapylają. Sielankę uzupełniają obrazki całujących się i trzymających za rączki świergoczących parek. On dumny i blady pręży się jak młody bóg, ona uwieszona na nim spływa mu po ramieniu niczym wonna lilija. Tak tak, lubię takie obrazki. Nawet jak taka ckliwość poraża do zerzygania. Czasem mnie tylko wkurzają mlaszczące jęzory nad uchem w autobusie albo na przystanku ale jestem tolerancyjna – młodzież przecież nie ma gdzie, bo w domu rodzice, kasy na kino nie ma… wiem wiem… pamiętam. Zazdrosna nie jestem. Też swoje przeobściskiwałam po kątach. Każdemu jego raj. Nie lubię tylko jednego i nic mnie nie skłoni do zaakceptowania takiego stanu rzeczy – decydowania za kogoś, myślenia za niego i robienia co się komuś wydaje zamiast pytania wprost. Single są be. Nie zaprasza się ich już na imprezki (choć dotąd to nie przeszkadzało), bo przecież tam są pary i mogliby się poczuć lekko nie na miejscu, nie jeżdżą na wspólne wyjazdy – no bo jak to tak, jak piąte koło u wozu, do kina chyba nie wypada singla wyciągać więc na wszelki wypadek z góry zakłada się, że i tak by nie poszedł itepe itede. A co to kurwa – getto?! Żenujące jest to, że taki człek nigdy by się tak nie poczuł, gdyby mu tego nie okazano. Tak moi państwo. Naklejając komuś zgrabną etykietkę (co robimy często nieświadomie, bo tak żyje się łatwiej a człowiek musi czasem coś zaszeregować żeby poczuć się lepiej) na siłę wtłaczamy go w całkiem nową – niekoniecznie mu odpowiadającą – rolę społeczną, która nam do niego pasuje. Ale zapominamy, że każdy jest inny i nie da się traktować ludzi jak słoi na półce z przetworami. Jeśli to robimy to wyrządzamy tym samym wielką krzywdę. Większą niż moglibyśmy przypuszczać. Budujemy stereotypy zgorzkniałych kawalerów z nałogami oraz starych panien z kompleksami i kotami. A przecież nie mamy do tego prawa. Bo niby kto nam daje przywilej oceniania cudzego życia własnymi kategoriami? Nie sądźmy wszystkiego i wszystkich jedną jedyną i wszechwładną miarą – własnych opinii. To przecież świadczy tylko o ograniczeniu. O ile prościej byłoby zwyczajnie spytać delikwenta, czy ma ochotę na jakiś wypad, na którym będzie Ziutek z Zochą, Marycha z Heńkiem i Franek z Celiną. Jeśli miałby poczuć się nieswojo albo odczuwać strasznie głęboki dyskomfort to jest bardziej niż pewne, że nam o tym powie. Raczej nie składamy się w 90 procentach ze społeczeństwa męczenników i mentalnych masochistów a większość kompleksów niestety wywołują w nas samych właśnie inni, najczęściej bliscy nam ludzie. Więc po chuj utrudniać życie sobie i innym myśląc i decydując na nich ‚bo tak nam się wydaje’? A gówno! Tak jestem zła. Jestem wściekła nawet. A wszystko dlatego, że nie dość, że ciężko się żyje nie do pary i trzeba sobie to jakoś wszystko na nowo poukładać, posklejać, połatać i znaleźć filozofię życiową dla każdego plasta z opatrunkiem w całkiem nowej apteczce całkiem nowej obcej łazienki, to jeszcze są ludzie, którzy sprawiają, że czuję jeszcze bardziej samotna niż byłoby to możliwe bez ich chorych słów i myśli. Kiedyś już pisałam notkę na temat fobii. Nie boję się śmierci, robactwa, przestrzeni ani wysokości… boję się tylko (i aż) samotności. Nie potrafię jednak oswoić swoich lęków w sytuacji kiedy ręce i piersi opadają gdy słyszę ‚nie zapytaliśmy bo wydawało nam się, że same pary będą ci przeszkadzać’. W takiej chwili słońce chowa się za ciemną chmurę, uśmiech blednie a ja… uświadamiam sobie coś o czym nie pomyślałabym sama, nie słysząc tej wypowiedzi. Uświadamiam sobie jak bardzo jestem samotna…
I zgadnijcie jak się z tym czuję…

Na poprawę nastroju

Rozmowa dzieci w piaskownicy.

– A mój tato ma astmę – mówi chłopczyk z tonem wyższości
– A moja mama też – odpowiada dziewczynka
– A mój tata ma kamerę cyferkową – chłopczyk
– A moja mama też – dziewczynka

(dalej jeszcze kilka takich przechwalanek, które tego chłopca coraz bardziej irytowały, ale w końcu padł kardynalny argument)

– A mój tata ma siusiaka
– Moja mama też ma…
– Nie może mieć… mamusie mają pipulki…
– Ale moja mama naprawdę ma… W SZUFLADZIE

;))

Mieszane uczucia

Do tramwaju wsiadł młody chłopak. Zwyczajowe, w miarę czyste ubranie, na plecach standardowo pomazana markerem kostka. Nic zwracającego uwagę. Nagle wykrzyknął coś w stylu ‚ludzie!! potrzebuję pomocy!!’ po czym zaczął lamentować jaki to jest biedny, głodny i nieszczęśliwy. Dobry był. Aż za dobry. Ktoś z tyłu wyciągnął portfel. Chłopak w ułamku sekundy już był przy nim. Nie miałam drugiego śniadania, więc nie mogłam się z nim podzielić. Pieniędzy nie daję z zasady ale mogłam kupić mu bułki w spożywczaku za dwa przystanki. Myśląc o tym popatrzyłam na chłopaka… i niestety mój entuzjazm osłabł równie szybko jak się pojawił. Zmierzwiony kolega podchodził do każdego z osobna odmowę jałmużny traktując chyba jako osobisty atak. Jakaś kobiecinka powiedziała, że może dać mu chleb. Poszedł dalej. Do następnej osoby. Zupełnie jakby jej nie słyszał. Wkurw pierwszy. Przykry zapach przetrawionej nikotyny i nie umytych zębów rozległ się po wagonie równie nieproszony jak te namolne nagabywania. ‚No ale tylko 20 groszy. Przecież to pana/pani nie zbawi’. Wkurw drugi. Właśnie ta upierdliwość bywa czasem przyczynkiem do braku ‚finansowego współczucia’ obywateli. Każdy ma swoje własne sumienie i każdy ma prawo decydować sam czy chce czy nie chce komuś dać 20 groszy. Nikt nie powinien chcieć decydować za niego ani potępiać go za to, że dać ich nie chce. Jego portfel – jego decyzja. I całej reszcie wara od tego. Sama wiem co to znaczy, bo wystarczy kliknąć w okienko pop-upa pokazujące się w każdej odsłonie bloga, by zobaczyć ile osób dzieli moje problemy i nigdy nie znajdę sposobu by im za to podziękować. Chłopak stanął niedaleko mnie. Wkurw trzeci. Na rękach zrosty, na dłoni ropień po wkłuciach. Podniosłam wzrok. Nie musiałam mieć kierunkowego wykształcenia by poznać te oczy. Wystarczyło samo życie i kilka ‚znajomości’. Mam jedno i drugie. Narkoman. Współczuję nałogu, nie sposobu zdobywania kolejnych działek. Podszedł do mnie. Zanim sie odezwał usłyszałam własny głos. Brzmiał spokojnie, chłodno, metalicznie, obco: ‚Po prostu odejdź… widziałam twoją rękę’. Chłopak mocno się zmieszał, naciągnął rękaw. Zaczął krzyczeć, stracił panowanie nad sobą, nie bardzo wiedział co ma teraz powiedzieć. Krzyczał więc obelgi. Był wściekły. Ktoś go zdemaskował i wszyscy patrzyli na niego z pogardą. Dali się oszukać – byli źli na niego i na siebie. Nie zależało mi na tym. Powiedziałam to cicho. Chciałam żeby odszedł zanim powie coś więcej. Sam się pogrążył tymi wrzaskami. Zdziwiło mnie moje opanowanie. Jego też. Sądził, że sprawi mi przykrość, że mnie przestraszy. Zaczął mnie wyzywać, grozić pięścią. Jakiś starszy pan za mną podniósł głos, żeby już przestał robić wstyd sam sobie i innym, żeby dał mi spokój i wysiadł póki jeszcze od nikogo nie oberwał. Chłopak wysiadł obrażając po drodze jeszcze kilka osób. Pobiegł do pierwszego wagonu z tą samą śpiewką. Może tam się nabiorą. Wkurw ostatni. Wysiadam. Przy drzwiach ten sam starszy pan dziękuje mi za prawdę. On nie potrafi odróżnić potrzebujących od kłamców. Odpowiadam, że on też potrzebował… ale nie musimy przykładać ręki do czyjejś śmierci. Powiedział tylko ‚ma pani rację, ale inni by się bali powiedzieć, że to narkoman nawet gdyby to widzieli’. Może by się nie bali, tylko po prostu by ich to nie obchodziło…
Chodnik wita mnie z mieszanymi uczuciami. Dobrze czy źle. Pytanie retoryczne. Wszystko jest względne.
W windzie zauważam, że trzęsą mi się ręce. Tylko trochę. Prawie niezauważalnie. Zawsze gdy zostajemy sami opanowanie ustępuje. Nerwy? Nie. Raczej zrezygnowanie. Już coraz mniej się dziwię, że ludzie przestają pomagać innym. Nie potępiam – bo niby dlaczego. Ale i dziwię się coraz rzadziej. Jak mają pomagać skoro tak często okazuje się, że nie ma już komu…
Chyba właśnie sama zamknęłam kilka serc. Nie, nie dla tego chorego chłopaka. Dla innych, którzy być może w przyszłości będą potrzebować pomocy i nie dostaną jej, bo ‚kiedyś ktoś kogoś oszukał w tramwajowym wagonie’. Ludzie wyciągają wnioski. Portfeli już nie wyciągną. Mieszane uczucia. Czwarte piętro. Kolejny dzień.

Notka o podłożu gastrycznym

Jak pobudzić perystaltykę jelit?
Nic prostszego.
Wystarczy posłuchać w eterze czegoś, co ciężko nazwać muzyką a zwie się Razmus to cudo. Alternatywą może być jeszcze jakiś inny HIM dla sprawnych życiowo inaczej.
Odruch wymiotny gwarantowany. Albo inny jeszcze trafniejszy.
I to nie jest wina kalarepki po 2,19 za sztukę.

Ja dziękuję – postoję…
i posłucham nowego singla Slipknot ‚Duality’.
Jeszcze ciepły.
Od jutra w sklepach.
Mniam

Miłego wieczoru
Bajka unikająca odruchów