Jezdem

Ech… Jestem już i mam się. Ale wierzcie mi, że wolałabym być gdzie indziej i nie przeszkadzałby mi nawet trzaskający mróz, śnieg po pas, wiecznie mokre rękawiczki i czerwony nos, a dla mnie – stworzenia wysoce ciepłolubnego i mało odpornego na gustowne śnieżki za kołnierzem – to nie lada wyczyn. Fajnie było i tyle.

Byłam z moim chórem na warsztatach w Grybowie gdzie rozpracowywaliśmy mozolnie Borysa Godunowa. Jestem bardziej niż pewna, że Musorgski i Rimsky-Korsakov to w grobach nie tyle się poprzewracali ile całe salta potrójne wykonywali synchronicznie. Zwłaszcza przy naszych porannych próbach. Bo na popołudniowych to już soprany przestawały mieć właściwości barytonów a basy odzyskiwały zdolność wydobycia dźwięku wyższego niż przeciągłe buczenie zamrażarki.

Poza tym, że śmiechu było co nie miara przy rozczytywaniu cyrylicy i rozlicznych próbach zaśpiewania kolejnego ‚da zdrastwujet’ w odpowiedniej a nie przypadkowej tonacji, była to naprawdę ciężka praca. Wymagała od nas ciągłego skupienia, bo jedni nie znając nawet rosyjskiego – cóż dopiero cyrylicy – męczyli się próbując dokonać w miarę choć zbliżonej trankrypcji fonetycznej i jeszcze ją spamiętać, inni zaś – śpiewając ciągle bardzo wysokie i donośne przy tym tony, po każdej próbie mieli już tylko ochotę na łagodny kisielek malinowy z serii ‚słodka chwila’ co był jak balsam na rozedrgane struny.

Poza tym trzeba było wykazać się, jak zwykle w takiej gromadzie jak by nie było obcych ludków, niezwykłą wręcz cierpliwością i tolerancją na siebie nawzajem. Na szczęście jesteśmy na tyle już zgranym zespołem (a ‚nowych’ przyjeliśmy z ogromną sympatią więc dość łatwo zaadaptowali się do nowych warunków), że udało nam się nie pogryźć po dziesięciu dniach ustawicznego wspólnego wycia, oglądania, rozmów, śniadań, obiadów, wycieczek, deptania po kapciach i mijania się wszędzie, nawet w toalecie.

CDN przy następnej przerwie na kawę

A jak się ma twój obiad?

Mamut – Zdziś! Zajrzyj do rosołu!

Woła bardzo zajęty Mamut z pokoju. Po chwili w kuchni słychać szczęk pokrywki i smakowite mlaśnięcie.

Mamut – I co?
Zdzich – Zajrzałem.
Mamut – Ale czy dobry już?
Zdzich – Poczekaj…

Znów dobiega nas odgłos odsuwanej pokrywki garnka i dwa smakowite mlaśnięcia zakończone przyjemnym mruknięciem.

Zdzich – Dobry.

Po dziesięciu minutach.

Mamut – Zdziś! Zajrzyj do rosołu.
Zdzich – A co ja nie widziałem jak rosół wygląda?
Mamut – No ale zajrzyj tak kontrolnie, czy się nie zmienił albo co…

Odłosy pokrywkowo-konsumpcyjne powtarzają się.

Zdzich – Rosół cię pozdrawia.
Mamut z nagłym przestrachem w głosie – Już idę!!!

Do tej pory nie wiem czy bardziej zadziałała dramatyczna wizja Zdzicha rozmawiającego z rosołem czy psychodeliczna wizja upersonifikowanej zupy.

Zresztą jakby co to spałam

Ratunku – notka nie dla estetów

Dziś zdecydowanie nie jest najlepszy dzień w moim życiu. Nocy też nie zaliczyłabym do tych, które chcę powtórzyć. Podczas nieustających i wielokrotnie wznawianych rozmów z Panią Z Porcelany prowadzonych na klęczkach do wczesnych godzin porannych tylko jedna refleksja poza tą, że tym razem naprawdę mam już dość, nasunęła mi się dość błyskotliwie – nigdy nie mogłabym być bulimiczką, nigdy, nigdy, przenigdy. W ciąży też już nie chcę być tak bardzo.

Boli mnie głowa i brzuch, marudzę, jest mi niedobrze, do pracy dojechałam dopiero trzecim autobusem bo czułam, że tego zaduchu nie wytrzymam, nie idę na angielski i chcę do domu. Gdziekolwiek to jest. Nie mam koncepcji co zrobić by poczuć się lepiej. Jeść z pewnością nie będę przez tydzień.

😦

A w gazecie napisali…

Tekst, który mnie powalił na kolana i w tej niewygodnej pozycji trzyma: ‚niebanalna moda młodego kreatywnego pokolenia’…

Kurde blaszka, albo ja się nie znam już całkiem na niczym albo tu jakaś pomyłka zaszła i nawet nie zapukała cholera jedna.

Po pierwsze primo w mojej jak najbardziej subiektywnej opinii pokolenie określane mianem młodego – czyli lekko wyrosłe nastoletnie obszczymurki i plastikowe laleczki stylizowane na bi kul ęd trędi – swoją kreatywność i niebanalność przejawia głównie w pluciu na chodniki tak ‚spod serca’, mówieniu do siebie ‚joł ziom’ zapożyczonym z podkulturowego języka grypsery (o czym raczej mało z nich ma choćby fioletowe w żółte ciapki pojęcie), słuchaniu bardzo zróżnicowanego przecież (!) w swej treści hip-hopu (tak, nie jestem tolerancyjna i są muzyczne gatunki, drażniące mnie niczym tabela gazów bojowych pamiętna z PO) i piciu piwa w porannych środkach komunikacji miejskiej do nieprzytomności lub/i wymiotów.

Po drugie primo o ile mnie pamięć i wiedza na przestrzeni lat dwudziestu kilku nabyta nie mylą, to bardziej twórcze były właśnie czasy uprzednie, kiedy to nie wystarczyło wyjść na pierwszą większą ulicę w centrum miasta by za pieniądze z kieszonkowego na wyprzedaży skompletować sobie zajefajną katanę, wyjebutny spodzień, fajoskie buciki i oldskulowy sweterek. Kiedyś samemu trzeba się było męczyć by mieć coś naprawdę dobrego bo albo nie było czego albo nie było za co danych tekstyliów kupić. Ja nie dostawałam kieszonkowego a tamtejsze zajefajna i robiąca wrażenie odzież dostepna była w sklepach marki Pewex, która to marka głęboko w zadzie miała marzenia jakiegoś tam piegowatego podlotka.

Moja babcia (co znam z opowiadań i znajdowanych na strychu eksponatów) własnoręcznie szyła ubrania Mamutowi, żeby ten jako dziewczę młode i wiotkie nie musiał się wstydzić, że są biedne i z rozbitej rodziny co w tamtych czasach równało się ostracyzmowi społecznemu jak stąd do Irkucka. Braki ojca Mamut miał więc rekompensowane dzierganymi z miłością sweterkami a nieliczne koleżanki, które pomimo zakazów swoich zaściankowych mam ‚żeby się nie bawiły z córką rozwódki’, zawsze lubiły przymierzać te cuda jedyne w swoim rodzaju. A to wszystko ze starych bluzek, sukienek i swetrów.

Mamut też nie był gorszy. Szyć co prawda nie umiał i dalej nie umie ale w czasach gdzie_ci_kwiatów prezentował (podobnie jak ja zresztą pokolenie później) własnoręcznie poprzerabiane i farbowane dzwony i batystowe bluzeczki z cudownie rozszerzanymi rękawami a do tego kilometry korali z jarzębiny, kawy i rozmaitych pestek czy prażonego makaronu typu gwiazki.

Obie z braku funduszy i potrzeby wyjątkowości i niepowtarzalności uciekałyśmy się do rozmaitych pomysłów dizajnersko-odkrywczych. A to ze Zdzichowej koszuli tu podszczypawszy a tam rozpruwszy zrobić można było letnią sukienkę, a to wykorzystać rozmaite szale i apaszki, a to z dwóch kiepskich kiecek jedną odlotową stworzyć. A mieszanki kolorystyczne, fakturowe i materiałowe i deseniowe? Prawdziwa orgia barw ale wszystko z klasą i bez przesady.

I to właśnie dla mnie była ‚niebanalna i kreatywna moda’. Bo dla mnie osobiście nie wystarczy mieć kilka zer na koncie i centrum handlowe w sobotnie czy niedzielne popołudnie do dyspozycji by uważać się za osobę twórczą. Pomijam oczywisty dla mnie fakt, że od ładnych kilkunastu lat w modzie nie ma nic nowego i wszyscy projektanci czerpią z dawnych źródeł jak ze studni bez dna. Nikt Ameryki nie odkrył a niby wszystko takie nju i fresz. Niech mi kto paluchem pokaże co w tym takiego nowego i odkrywczego to zmienię zdanie.

Tymczasem określenie ‚niebanalnej mody młodego kreatywnego pokolenia’ uważam za piramidalną bzdurę.

Czekając na geodetę, czyli refleksje grabarskie w środku zimy

Bajka
jak tam?
Ziuta
tracę czucie
Bajka
z zimna?
Ziuta
nie, ze wściekłości
Bajka
to się zaszczep
Ziuta
chętnie
Bajka
z jakimś winnym krzewem
Ziuta
o, to jeszcze chętniej
bym się przynajmniej znieczuliła
Bajka
a co cię tak zczuliło, że się wściekłaś?
Ziuta
spędzam ostatnie dwa dni czekając na geodetę
Bajka
brzmi prawie jak ‚Czekając na Godota’
Ziuta
ale nudniejsze
Bajka
jeszcze trochę i pobijesz Becketta
Ziuta
już mogę
jeszcze trochę i zacznę gryźć
Bajka
z panem B. by ci łatwo nie poszło
Ziuta
a co sztywniak?
Bajka
no raczej
zwłaszcza przy takiej aurze 😉

Z okazji wtorku mam tremę

Dziś test z angielskiego a ja oczywiście jedyne co pamiętam to określenie ‚You dirty waffer’ czym na zajęciach z reklam scharakteryzowałam czekoladową Princessę a co w wolnym tłumaczeniu znaczy ‚Ty brudny waflu’.
No ale ponoć nalepszym sprawdzianem wiedzy jest brak przygotowania i pisanie właśnie na tak zwanego ‚żywca’.
Zobaczymy.

Poza tym się kręci.

Czytam ‚Narty Ojca Świętego’ – lubię specyficzny styl Pilcha ale ‚Miasto utrapienia’ było lepsze.
W kolejce czeka ‚Tam gdzie spadają anioły’ Terakowskiej.

Słucham Kazika naprzemiennie z Palestriną i ścieżką dźwiękową z filmu ‚Kontrolerzy’ (w tym miejscu podziękowania dla świni-z-klasą i oklaski naturalnie) – ciekawy melanż.

Pachnę White Grape i od razu zachciewa mi się winogron.
W dodatku widzę, że nie tylko mnie.

Jem cukierki bo z okazji wtorku kupiłam sobie 10 opolanek z galaretką.
Tradycyjnie oczywiście dbam o linię… żeby była gruba i wyraźna.

Zapadam się w swetrze bo ciągle nie mogę się rozgrzać po porannym 40 minutowym czekaniu na autobus.

A zaraz zrobię sobie gorącej i słodkiej kawy z mlekiem i będę miała odrobinę luksusu bo udało mi się pamiętać i z Mamutowa zabrałam cynamon.

Mam się

Poniedziałek

Piękna zima za oknem. Co prawda to prawda. Gorsza jak się wyjdzie na zewnątrz i postoi z pół godziny bo zimno niemiłosiernie. W nocy w Rembridge 30 stopni na minusie plus porywisty wiatr w bonusie. Czasem mam wrażenie, że ten las, przy którym mieszkam zje moją ulicę z mlaskiem łamanych drzew. Ale na szczęście giętkie są te choiny i nie zapowiada się na gwałtowny remont dachu któregokolwiek z pobliskich domostw. Za to rano ulice wyglądają jakby kto je po zmroku bardzo dokładnie wymiatał gęstą, miękką szczotką. Gładkie i czyste. I tylko chrzęszczący pod butami śnieg na chodniku. W słońcu skrzy się jak sylwestrowy brokat.

Ubieram się na cebulkę do tego stopnia, że powoli moje ruchy nabierają charakterystycznej dla ekranizacji twórczości imć Lema mechanicznej kanciastości. Ale fajno jest. Jeżdżę sobie autobusami i tramwajami wykorzystując kartę miejską z jej magnetycznym doładowniem dokładnie i sukcesywnie a słońce świeci mi w okular albo w plecy. W zależności od tego gdzie mnie akurat zepchnie wielki gruby borostwór z potężnym barkiem, w którym płeć pokrewną poznaję tylko po kwiecistej kiecce i różowym turbanie na sztywnym hełmofonie z trwałej ondulacji, pełniącym zapewnie dodatkową rolę wiatrochronu.

Czasem jeżdżę metrem. Wtedy w nic nie świeci bo trudno by miało z uwagi na tunele podziemne ale dudnienie samochodów z góry jest wytłumione śnieżną kołdrą, więc też doznania bywają przyjemne. I brakuje borostworów o potężnej budowie i zaciętości oblicza. W metrze za to więcej ludzi czyta książki, czuję zatem duchowe pokrewieństwo i przytulność przystojnego głosu spikera szemrzącego mi stylowym barytonem prosto do ucha ‚następna stacja… Pole Mokotowskie’. Ech. Dyskretny urok komunikacji miejskiej.

W pracy czas upływa niepostrzeżenie. Mniej ludzi, więcej pracy. Nowe polskie standardy. W przerwach myślę o B_S i o Hal co to się bidula była właśnie przeziębiła i dalej snuje się po mało przytulnej i pomocnej służbie zdrowia. B_S się trzyma. Twarda jest. Choć widzę, że w środku kłębek i galareta. W końcu znam ją szósty rok. Dzień w dzień z przerwą na weekendy i urlopy. Dzielna mała…

Nerwówka jakaś. Na szczęście nie biorę w niej udziału. Jestem obok. Jakaś dziwnie spokojna, że wszystko dobrze się skończy. Tak jak mi mówiłaś Pecha tuż przed piątą rano w niedzielę. Wierzę.

Właśnie B. poradził nam życzliwie by dzisiaj nie zbliżać się do czifa. Znaczy PMS spotęgowany poślizgiem na łączach. Drobne niedogodności natury elektronicznej, które w weekend – bardzo ważny handlowo okres – uniemożliwiły przepływ jakichś hiper-mega-giga ważnych raportów wywołują u szefostwa widoczny szczękościsk i drżenie podwładnych. Mości Przełożony, znany gdzieniegdzie jako Mężczyzna W Morelowej Koszuli stwierdził dość oględnie, że ‚ma pożar w burdelu’…
Staram się powtrzymać przed galopadą moją bujną niczym mchy i porosty w tundrze wyobraźnię. Przelotnego uśmiechu nie zdołałam.

Miłej zimy

Wieczór

Właśnie wróciłam z kina.
Mike Nichols – Bliżej.

Obliczyłam, że gdybym zrezygnowała z obiadów, bez szkody dla budżetu wyliczonego co do złotówki, mogłabym Closer obejrzeć jeszcze 23 razy.

Każda scena ma tu tyle znaczeń i wymiarów, że przez całe 104 minuty miałam gęsią skórkę.

Uniesiona brew Jude’a Law, spojrzenie, Piotruś Pan w przyciasnym płaszczu, kostka Natalie Portman i jej linia obojczyka, odgarnięcie niesfornego kosmyka – gest Julii Roberts, której właściwie nigdy przecież nie lubiłam, a która ma ten wyjątkowy uśmiech co go zapomnieć nie potrafię, Clive Owen i podbródek i ramię i sen…

To przecież film. Scenariusz, kostiumy, charakteryzacja, jakaś opowieść, jakieś duble, kilometry klatek… a jednak się nabrałam. Koncertowo. Wpadłam.
Mało mi.

A muzyka?
Motyw przewodni nucę od 19.30.
Nie zapowiada się na przerwę.

Nie idźcie na ten film.
Zostawcie go dla mnie.