Baloniki i wata cukrowa

Zachwycała go dyskrecja zwierząt w umieraniu. Lisy, sarny, jelenie, krety i wrony potrafiły znikać bez śladu. Gdy szli wśród drzew, nigdzie nie widział ich martwych resztek, chociaż gdzieś przecież musiały być ich groby. Ptaki zabite przez jastrzębia zostawiały po sobie na rudej ściółce tylko kilka białych kostek, jakby uciekając w niebo, zdążyły zgubić w przelocie zaledwie drobną, niepotrzebną część samych siebie.
Ludzie byli inni. Pycha ich obrzędów. Hałas trąb. Złote litery wykute na płytach. Na cmentarzach koło Katedry, które mijał idąc w stronę wieży widokowej, zza świerków i brzóz wysoki głos kapłana obwieszczał światu smutny ubytek w stanie ogólnym. Wśród drzew jak żagle tonącego okrętu kołysały się czarne chorągwie ze srebrnym haftem.

Stefan Chwin ‚Złoty pelikan’

Ponoć śmierć to stan przejściowy. Jeśli to prawda, to właśnie za to cenię zamieszkującą w nas niekiedy animę, która nie potrzebuje zauważenia i podkreślenia własnej, złudnej jak bańka mydlana, wyjątkowości a skupia się jedynie na tym co ważne… na tym gdzie a nie jak. Co za różnica czy na śniegu zostanie po nas ślad buta czy bosej stopy skoro i tak po naszych tropach przejdzie tysiące innych osób a wiosna zapomni o tym szybciej niż zdąży roztopić pierwsze sople zwisające z dachu.

Nie lubię szopek. A niestety coraz częściej cmentarze w takież się przeradzają. Grające znicze, ławeczki ze złotymi inskrypcjami, sztuczne trawniczki albo kostka brukowa, szał ciał i bezguścia a do tego wszystkiego ten rzygliwy blichtr. ‚Zastaw się a postaw się’ bo ‚twój’ pomnik musi być okazalszy od tego sąsiedniego.

Przecież Im i tak jest już wszystko jedno. Bo teraz przychodzi się do Nich a nie do pozorów. A jeśli nie… to lepiej nie przychodzić wcale.

Wyniki sondy styczniowej


function ResultWindow(my_win_param) { window.open(„http://www.sonda.pl/wait.php3″,”sondaplwin”,my_win_param); return false; }

SONDA
W Nowym Roku chcę…

willę z basenem, najlepiej od bogatego sponsora (płeć zależna od upodobań)
zdobyć biegun… najlepiej w fazie szybkich ruchów gałek ocznych REM
to samo co pani przy stoliku obok
trafić w totka… i nie zapodziać gdzieś kuponu
żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce
mniej pędzić kurcgalopkiem, bo ZTM splajtuje
niczego nie postanawiać i mieć wszystko głęboko albo jeszcze głębiej
wodne łóżko… a jak nie nauczę się pływać nazwę je Morzem Martwym
ziewać mniej rozgłośnie, bo mnie w końcu z roboty wywalą za zakłócenia
mieć święty spokój… z dodatkami

Recenzji nie będzie

Bo film jest po prostu boski. I nie trzeba. Ktoś mi trafił w samo sedno nastroju, w sam kłębek ciepłej bossa-novy i w samo dno tęczówki.

Obrazy, dźwięki, wino, kobiety i śpiew. Pozornie banalna opowieść a jednak coś ciągnie do ekranu. A przecież nie ma tu strzelaniny, wartkiej akcji czy drapieżnych wątków kryminalnych. Jednak do końca seansu nikt nie wyszedł z sali. Nawet nie wiem kiedy zaczynałam a kiedy przestawałam się śmiać. I w których momentach byłam poważna. Nie rozmawiałyśmy wiele. Komentarzy nie było. Tylko bardzo często zerkałyśmy na siebie bez słowa.
To dobry film.

Zachorowałam ciężko na muzykę z ‚Bezdroży’. Myślę, że to nieuleczalne.

Czy ktoś jest może w posiadaniu i mógłby naruszyć prawo espeszaly for mła?
Proszę proszę prooooszę…

Powiem wierszyk 😉

Na kogo wypadnie na tego bęc

Halut wybył do dochtora a ja tymczasem mam siurpryz z gatunku tych absolutnie nieprzewidywalnych a przyjemnych.

Przed chwilą dostałam w pracy drgawek negatywnych na widok tabelki, którą muszę jeszcze dziś ‚zrobić’ i mrowień pozytywnych wraz z zaproszeniem na dzisiejszy przedpremierowy pokaz filmu ‚Bezdroża’…

napisali, że wybitny
ale zawsze tak piszą
lukniem to ocenim

… więc jak już Halut dochtora zamorduje i przybędzie z miną ala tchórzofretka po wyżęciu to się dowie, że o 20.30 się ukulturalniająco odchamiamy. A przynajmniej sprawiamy wrażenie, że próbujemy.

Oczekuję merdania 😉

I cały misterny plan…

nie ja – wiesz… bo ja sobie wykoncypowałem pewien plan…
ja – taak?
nie ja – i sobie pomyślałem…
ja – … że mogłabym wziąć w nim udział?
nie ja – noooo
ja – czynny?
nie ja – dokładnie
ja – a konkretniej można?
nie ja – potrzebuję tego na wczoraj
ja – myślę, że istnieje taka posibilitacja aczkolwiek biorąc pod uwagę złożoność systemów i stosunek roboczogodzin do aktywnych podmiotów pracowniczych obawiam się, iż zaproponowany termin mógłby okazać się niewystarczający do przeprowadzenia pełnego projektu i zakończenia go sukcesem…
nie ja – znaczy?
ja – ‚nie ma bata stary’ tylko ładniej powiedziane
nie ja – lubię gdy ładnie mówisz
ja – mogę się do tego nawet uśmiechnąć jak uprzejmie nabzdyczona lala z poczty
nie ja – a postawisz mi pieczątkę?
ja – nie ale za to też nie doniosę, że mnie molestujesz werbalnie i to w godzinach pracy
nie ja – a molestuję?!
ja – no a nie? takie ‚postawisz mi pieczątkę?’ można odebrać bardzo wieloznacznie
nie ja – kurde, ty to nawet jak człowieka opierdzielisz to tak, że mu się to przyjemnie kojarzy 😉

Doktor Haust

Trzy postaci: Wojciech Kuczok, Magdalena Piekorz, Michał Żebrowski. Autor, reżyser, wykonawca. Trudna sztuka i Teatr Studio.

Teatr jednego aktora to najtrudniejsze do zrealizowania widowisko. Z jednej strony kapryśna jak księżniczka widownia, która oczekuje i wymaga. Z drugiej zaś jeden człowiek, który musi stworzyć kreację z samego siebie w taki sposób, by mając do dyspozycji tylko własne gesty i własny głos przy prawdziwym scenograficznym minimum roztoczyć przed widzami wizję prawdziwej sztuki. Żeby grać w sposób niezauważalny a świadomy. Żeby krok po kroku budować świat dramaturgii i znaczeń, które w ułamku sekundy tymi znaczeniami być przestają. Które odklejają się od słów i docierają do najgłębszych zakamarków naszej własnej psychiki.

Żebrowskiemu się udało. Nigdy spostrzegałam go jako aktora z prawdziwego zdarzenia. Dobra sylwetka, ładna buzia, piękne dłonie i koniec. Do czasu ‚Pręg’. Zaskoczył mnie. W przypadku ‚Doktora Hausta’ nie dość, że nową opinię podtrzymał, to zyskał na stałe jeszcze lepszą – świetny aktor.

Historię tytułowego doktora Hausta – psychoanalityka i alkoholika zarazem, specjalisty od terapii rozwodów – poznajemy od tragicznego w wielu znaczeniach finału, następnie autor prowadzi nas przez korytarze wcześniejszych wydarzeń, które ukształtowały obecną, okaleczoną psychikę bohatera, aż po zaskakującą puentę.

Co takiego się dzieje? Zobaczcie sami. Zaczyna się bardzo interesująco…

Doktor Haust, ‚wzięty specjalista’ zostaje zmuszony do przeprowadzenia psychoanalizy, a raczej esencji psychoanalizy – bo dostaje na to mało czasu – zdesperowanego pacjenta mierzącego do niego z pistoletu. Genialny pomysł na scenę: psychoterapia staje się realną grą o życie.

Żebrowski w tej sztuce nie jest piękny. Nie jest nawet ładny, czy przystojny i mimo, że rozbiera się do slipek nie wywołuje szmeru pobudzonych serc (i nie tylko) niewieścich na wypchanej po brzegi widowni. Budzi się na kacu, z trudem zwleka z wyra, pokrzywiony i obolały ubiera się, nie przerywając nasyconego nienawiścią i pogardą monologu o swych pacjentach.

Ale taki właśnie spodobał mi się najbardziej. Żebrowski, który potrafi grać z duszą. Tak, że momentami wstrzymuje się oddech.

Polecam. Warto.

Poranek kojota versus choroba wściekłych borsuków

Zasłyszane w autobusie:

Co powstanie gdy połączysz blondynkę i słonia?

2-tonowa prostytutka oddająca się za fistaszki.

Jako posiadaczka płowej czupryny słysząc takie słowa zapewne powinnam buchnąć świętym oburzeniem a następnie zrugać retora w sposób grzeczny acz paskudny. No, może jeszcze obrazić się koncertowo.

Tymczasem wybuchłam ale paskudnym rechotem bo na kolana mnie i mój przyszły reumatyzm powaliła wizja fistaszków zwyżkujących na parkiecie po wprowadzeniu ich do powszechnego obiegu.

O rety! Moja wyobraźnia mnie kiedyś zabije o autobusowy kasownik.

Potem zapragnęłam wtrząchnąć coś mało konkretnego ale smakowitego.
I teraz, drodzy państwo, jaka to melodia?

woda, mango, banany, sok z owoców passiflory, cukier, modyfikowane skrobie z tapioki, witamina C

Dodam, że wszystko mieści się w słoiczku 130g i można tym faszerować małe grzdyle już od 10 miesiąca.
Deser z mango i bananami może i brzmi pysznie ale gdybym była osobistym mamutem to na te modyfikowane skrobie z tapioki patrzyłabym co najmniej jak na bandę śmierdzących wyrostków w ciemnej i też śmierdzącej bramie grubo po północy.

Oczywiście pojęcia nie mam co to tak na prawdę jest i czemu brzmi jak ‚stara lampucera na dnie morza’ ale o ile słowo ‚tapioka’ da się przetransponować moim zwojom jako nazwę czegoś co wytwarza się z rośliny (choć z dużym trudem, zwłaszcza o tej porze), a ‚skrobię’ jestem jeszcze w stanie przetrawić przynajmniej mentalnie bo jest w zasadzie wszędzie, to określenie ‚modyfikowany’ przynosi mi na myśl same niezbyt apetyczne i zdrowe skojarzenia genetyczno-geriatryczne i każe wiać gdzie pieprz nie rośnie tylko chrapie. I jak wyguglowałam to wcale mnie nie uspokoiło, że to nie rzutuje.

Wnioski?

Nawet najpiękniejsza reklama, najbardziej fachowo brzmiące ulotki i najbardziej przekonywujący eksperci mogą rower cmoknąć w pompkę gdy mają do czynienia z ignorantem.

Miłego dnia

Objazd

Pierwsze skrzyżowanie

Ojciec Basi pojechał do Zakopanego na ziąb i Małysza. Mróz był w nocy dwudziesto-osz-w-mordę-czterostopniowy ale warto było. Ponoć.

Basia opowiada dziś o telefonie jaki jej cudowny Twórca wykonał do latorośli oglądającej transmisję w tiwi pośród ogólnej wrzawy, motłochu i niewyobrażalnie rozentuzjazmowanych komentatorów.

– Basiaaaa!! Tam na lewo są takie dwie krowy Milki! Widzisz?! To ja jestem pod tą lewą!:)

Ponoć jeszcze dodał, że ma pomarańczową czapkę.

Basia mówi, że padła ale siedzi więc musi trochę ściemnia. Grunt, że pomarańczowych czapek było tyle, że ojca i tak nie wypatrzyła ale co radość to radość.

Drugie skrzyżowanie

Przez weekend nadrobiłam dość znacznie zaległości czytelnicze i przemyśleniowo-olewcze.

Libera ‚Madame’
Napisy z opakowania sucharków Mamut.
Bukowski ‚Z szynką raz’
Graffiti za oknem.
Hesse ‚Kartki ze wspomnień’
Broszura o karmieniu piersią. Hmmm przyda się jak znalazł. Za lat kilka. Zapewne.
Kertesz ‚Likwidacja’
Cyferki i liczby na baranach. Owiec liczyć nie lubię. Kiepsko beczą.
Chwin ‚Złoty pelikan’… egejn

Garaż

Wertując wybrane blogi skonstatowałam prócz refleksji, że narobiło mi się troszkę zaległości, iż co najmniej na kilku mowa o francuskim jako o języku miłości. Że to niby taka piękna lingua i że nawet zapytanie o godzinę brzmi po ichniejszemu jak przyprawiające o drżenie kolan i nie tylko wyznanie miłosne.

Po pierwsze primo mnie to o drżenie przyprawia raczej Joe Black nieznacznie unoszący lewą brew w scenie przy kolacji i słowo daję, że gdybym go spotkała na ulicy rozszarpałabym go na strzęby zanim zdołałby wrzasnąć, że woli dominować, choćby po to by później wielkodusznie i ochoczo pomóc mu się pozszywać. Overlockiem.

Po drugie primo zaś nie sztuką jest powiedzieć ajlawju w języku, o którym każdy mówi, że taki przecudnie-abso-w-mordę-jeża-lutnie romanwtyczny jest.
Dla mnie osobiście francuski strasznie nudny, wypudrowany i zapyziały jest. To żaden problem wyznać komuś, że się go ten teges w tym języku. Spróbujcie zrobić coś takiego po szwedzku i to jeszcze w taki sposób by od samego oddechu na płatku ucha mrowienie z karku przechodziło w prąd niczym El Ninjo pustoszący warstwę wierzchniej odzieży przed dotarciem do domu…

O! Coś takiego mogłoby mi zaimponować 😉

Miłego dnia

Dobrze, że ten weekend już minął…

Byłabym w pracy na dziewiątą. Byłam pół godziny później. Nie musiałam w sumie. Dziś godziny pracy rozpoczynają mi się punktualnie o 10.00 ale byłabym. Tak wyszło. Znaczy wyszłoby… bo nie wyszło. Przez zapatrzenie.

Zakopałam się w stary sweter, w którym zamieszkałam z zapachem rumiankowego szamponu i bzu. Zatuliłam w szaliko-czapko-rękawiczki i miękkości. Jeszcze trochę a wyprodukowałabym sobie sama kalosze z rękawami i z golfem ale jakoś nie miałam koncepcji. Poprzestałam na ciepłym swetrze i kurtce pożyczonej ‚na zimę’ od Siostrzycy. Chlup. I w życie.

Tup tup tup… po chodniku. Tup tup tup… po ulicy. Tup tup tup… w powietrzu. Tupoty gdzieś nikną pod puchową kołderką świeżej bieli bezgłośnie pokrywającej wszystko i wszystkich równiutką warstewką sprawiedliwości. Z minuty na minutę większą.

Jestem uzależniona od pięknych widoków. Tak się zapowiadało od zawsze. Już jako kurdupel mocno nieletni mogłam godzinami stać z kawałkiem szyby w wyprostowanych nad sobą rękach i przyglądać się kroplom deszczu zapełniającym ten dziwny ekran w ułamkach sekundy a później nierówno poprawiającym swoje własne szlaki.

Potem złaziłam pod wodę, choć panicznie się jej bałam. Nigdy nie umiałam pływać i nadal nie umiem ale nauczyłam się nurkować… w końcu. Chyba właśnie ze względu na widoki. Pod wodą świat i czas to nieuchwytne nici, które płyną w zwolnionym tempie a ty i tak nie masz szans choćby na dotknięcie którejkolwiek.

Łudzimy się, że możemy dogonić i prześcignąć tego zajączka. Bijemy rekordy, osiągamy nieosiągalne, odkrywamy magię… a gdy już jesteśmy tuż tuż… okazuje się, że to było tylko świetlne echo puszczane na wodzie lusterkiem przez jakiegoś żartownisia albo odbite od naszego zegarka pozostawionego na brzegu.

Kiedyś bałam się luster. Dziś nauczyłam się je szanować bo potrafią powiedzieć więcej niż byśmy chcieli zobaczyć i niestety z reguły mało z nas potrafi w nich czytać jak w otwartej dłoni.
Kiedyś lubiłam zegarki. Dziś drażni mnie tykanie w bezsenne noce i fakt, że ciągle muszę gdzieś pędzić. Noszę zegarek z przyzwyczajenia. Kojarzy mi się z odnawiającym się piętnem, które parzy: ‚nie stój tak, rusz się, pędź, dalej dalej!’

Przystanęłam, żeby odpocząć. Na środku szerokiego chodnika przy Alejach co to ponoć do Jerozolimy prowadzą. Obsypana śniegiem stałam z zadartą głową i patrzyłam jak cudnie pada śnieg. I jak dziwne jest, że każdy patrzy na śnieg ukradkiem, spod zwojów szalików i czapek, spod szczelnie nasuniętego na nos kaptura, spod parasola, zawsze na tle chodnika lub budynków, zawsze na ciemnym szaro-burym tle. Ponoć łatwiej.

Może i łatwiej. Ale o ileż piękniej wygląda śnieg gdy próbuje się go wyodrębnić z ogromnej połaci białego nieba i gdy nigdy nie wiemy, w którym momencie spadnie nam na nos mały puszysty obłoczek. Jakby ktoś raz po raz kradł nam pocałunki chichocząc przy tym bez opamiętania. Puszkin mawiał, że niebo uśmiecha się do nas nie tylko słonecznym latem ale i mroźną zimą. Ja twierdzę, że uśmiecha się do nas właśnie zimą, gdy jest chłodne, białe, niemal przezroczyste, niedostepne i nieodgadnione bardziej niż zwykle a mimo to pochyla się dotykając nas opuszkami palców. Śniegiem.

Dziewczyna szła z naprzeciwka. Niebieska kurtka, ręcznie szyta torba na ramię, kolorowy szal, w którym chowała usta i czapa nasunięta az na brwi. Ściągnęła mnie spojrzeniem. Przystanęła obok i zadarła głowę. Stałyśmy tak jeszcze kilka minut. Świat znów zwolnił tempo i kątem oka można było dostrzec krańce kolorowych nitek gdzieś pomiędzy szybującymi płatkami. Potem spojrzałyśmy na siebie z bliźniaczymi uśmiechami i każda poszła w swoją stronę. Bez słowa. Ze śniegiem.

Pięknie pada 🙂