Wpada sąsiadka do sąsiadki:
– Co pani tak na czarno?
– Mąż nie żyje.
– A co się stało? Wczoraj jeszcze kopał w ogródku.
– No właśnie, a po południu poszliśmy na zakupy. W obuwniczym przymierzał buty. Jedna para, druga, dziesiąta. Mówię mu: wybierz dokładnie! Przyszliśmy do domu, wkłada je jeszcze raz i powiada: ze dwa numery za ciasne!!!
Nie zabiłaby pani?!?
O wpływaniu na ambicję i trudnym macierzyństwie
halucynka
ej
bajka
nuu
halucynka
to już nie będzie kopów w zad?
bajka
nie
definitywnie
halucynka
bo włosy to już mi wygłaskałas?
pora na kopy
bajka
teraz cię żywcem zakopię z bambusem i zobaczę które pierwsze wynijdzie
będą nagrody
dla publiczności
halucynka
dlaczego z bambusem?
bajka
bo szybko rośnie
podkręci ci śrubę
ambicjonalną
halucynka
yyy
papirus szybciej
bajka
ale gdzie ja ci wurwa tera papirusa znajdem?
halucynka
ryczę
rykiem prostym
habilitowanym
bajka
to może od razu profesorskim albo doktorskim
i w ogóle honoris causa
a łaj?
halucynka
wizja bambusa wpływajacego mi na ambicję
mnie powaliła na ziem
bajka
no ba
ja to jak powale to nawet wizją co nie?
ma się ten talent
halucynka
mam pomysła
bajka
jakego?
halucynka
jak mnie zakopiesz to jest czens
że te migdały wreszcie wykiełkują
bajka
ooo… lubię prażone
dobra
to lecę po łopatę
halucynka
bo lada dzień puszczom kiełki
wurwa
może przestać je podlewać?
bajka
taa
zacznij je karmić
może po jakimś czasie zaczną raczkować
i mówić do ciebie mamo
a przy większej dozie szczęścia
zapytają po 13 latach
‚gdzie jest kompot?’
No i co ja mam o tym myśleć? ;)
You Have the Power of Teleportation!
What’s Your Magic Power?
brought to you by Quizilla
'Życie jest piękne' pomyślał Prosiaczek i rzucił się w przepaść
Zadziwiająca jest zdolność człowieka, nazwanego kiedyś homo sapiens (jednak najwyraźniej mocno na wyrost niekiedy) do samoumartwiania się. To samoumartwianie się i samoupierdliwość, które ważni uczeni z ‚prof’ przed nazwiskiem zwykli zwać perseweratywnością, stanowi tak ważny szkielet wzorców zachowań niektórych, że już chyba nie wyobrażają sobie, iż kiedykolwiek mogłoby być inaczej. Lepiej.
Zadziwiająca – twierdzę – ponieważ człek w swych statusowych założeniach winien raczej wyznawać zasadę ‚karpia zjem’ niż – cytując za moim ulubionym doktorem ‚weterynarii’ (;) – ‚wszystko ch..’. A tak nie jest. Gdy pytam znajomej/znajomego ‚jak tam?’ niezmiennie odpowiada mi, że źle i zaczyna się jeden wielki nieustający marud. Ja wiem, że bywa źle. Sama mam to samo. Ale na zimne nóżki Krysi nie może być wujowo oldetajm. Raz jest lepiej a raz gorzej i jeśli ktoś nie widzi różnicy, to wcale nie znaczy, że nie musi przepłacać, a raczej, że sam własnoręcznie wyprodukował sobie na oczach klapki made in Taiwan i na to w dodatku zaprzywdział mocno przybrudzone okulary. I to nie jest norma, którą powinniśmy w sobie pielęgnować.
Insza inszość, że pipole mają – że tak powiem – w pakiecie dość ograniczone pole widzenia a pamięć to mamy wiewiórczą jak mało kto. ‚Pamiętamy tylko to co chcemy pamiętać’ – rzekł mi kiedyś ktoś z emfazą, po czym odwrócił się na pięcie i obrażony podreptał przed się. Ja mówię troszkę inaczej – pamiętamy to co nam łatwiej. A co łatwiejsze do pamiętania? To co niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny. A co niesie? To już każdy wie. Na ogół rzeczy związane z szeroko pojętymi relacjami międzyludzkimi, momentami euforycznymi albo traumatycznymi.
Niestety pech chciał, że łatwiej nam się w tych webach odkłada to co wywołało emocje negatywne niż to co było i jest rzeczywiście warte pamiętania. No bo to, że w lipcu to pani Kazi dobrze było to było i ona niby pamięta i wie ale za to w styczniu to ho ho… w styczniu to było tak źle, że o rety. I weź tu Panie spuść nogę i kopnij. Niby wiemy, że raz lepiej a raz gorzej jest i niby rozumiemy czemu, że uczymy się doceniać i że nie może być cały czas jednako i że w ogóle ‚takie jest życie maleńka’ a i tak z uporem maniaka w ciemnym lesie często (zdecydowanie za często) wybieramy z całego wachlarza wspomnień te, które wywołują smutek.
Nostalgia też jest potrzebna ale jak wszystko, z umiarem. Jeśli ktoś siedzi w dołku i dodatkowo sam się umartwia to za diabła i Chiny Ludowe z niego nie wypełznie. Fakt, bywają (i to całkiem ich niemało) przypadki, kiedy człowiek tak przyzwyczaił się do swojej sytuacji i tak mocno wszedł w rolę cierpiętnika, że sam nie chce tego zmienić. Bo mu wygodnie, bo nie musi myśleć o wyborach, które każdego dnia przed każdym stoją, bo może się wypiąć na wszystko i powiedzieć ‚nie tańczę’, bo lubi jak się go głaszcze po głowie i mówi jaki to on biedny i nieszczęśliwy jest.
Tak najprościej. Tylko co, jeśli kiedyś okaże się, że nie ma już nikogo kto po tej głowie głaszcze i kto przytula? Kiedy wszyscy wokół zrozumieją, że to taka poza, maska (bardzo często nieuświadomiona ale maska właśnie), bo wygodniej, bo łatwiej, bo walczyć nie trzeba… i pójdą żyć własnym życiem, tak jak powinni już dawno. Bo tak się to właśnie niestety kończy. I potem się dziwimy, że z tą ręką w nocniku nam zimno.
Pominę fakt, że pocieszać to może każdy. Czasem z lepszym a czasem z gorszym skutkiem ale każdy. Nie każdego jednak stać na przyjaźń. A przyjaciel to taki ktoś, kto w odpowiednim momencie po całym korowodzie pocieszań, które nic nie dały, kopnie nas w zad i zamiast kolejny raz przytulić i podać chusteczkę na gila, wywoła w nas choćby cień motywacji do zmiany takiego negatywnego stanu rzeczy. To jest właśnie przyjaciel. Niestety chyba mało jest ludzi, którzy zdają sobie z tego sprawę i uzmysławiają jak trudno jest komuś, kto jest tak bliski, powiedzieć kiedy trzeba szorstko – ‚stary, weź się w garść!’. To jest dopiero świadectwo tego, że mu zależy. Tulić można przez jakiś czas. Ale kiedyś trzeba wstać, otrzepać tyłek z kurzu i otworzyć okno. A do tego zmusić nas potrafią tylko nieliczni i z reguły początkowo mamy do nich tylko pretensje o nieczułość i brak empatii.
Dobrze, kiedy dół i dupa trzydrzwiowa, mieć kogoś kto ukocha i powie (czasem nawet bez słów) ‚będzie dobrze’. Ale moim skromnym zdaniem trzeba takie zachowanie wyjątkowo szanować i nie domagać się go na okrągło, nie przyzwyczajać… bo to już rodzi nadużycie. A nie mamy prawa do wykorzystywania ludzi dla własnych przyjemności i dla własnych pomysłów na życie. A dla niekórych takie dołowanie się to już niekiedy właśnie przyjemność i pomysł na kolejne szare dni. Tak się w tym rozsmakowali, tak rozszarpali wszystkie już nawet dawno zagojone ranki, tak rozdrapali wszystkie strupki, że teraz patrzą na swoje dzieło i mówią ‚Aaaaaale mam depresję’.
Depresja to choroba, ale perseweratywność bierze się z lenistwa przed życiem. Bo to nie jedno i to samo. Bo depresja to rzadko to co nią nazywamy a najczęściej właśnie samoumartwianie się i mentalne tkwienie poniżej poziomu morza. Bo najłatwiej powiedzieć ‚mam doła, jest mi źle’ i płakać. Najtrudniej wstać rano i pokonać to Kilimandżaro pierwszego kroku, który tak rzadko o tej mało przytulnej i zimnej porze roku chce nam się zrobić.
Uszy wzwyż
Reklamy druga strona kalosza czyli te cacy
Matka Joanna od aniołów nosiła reeboki czyli twój kot kupowałby whiskas
Czasem czuję się jak na polu bitwy. I to bez żadnej broni. Całkiem jakby mi kto przytrzymywał powieki, żeby mi czasem coś ‚ważnego’ nie umknęło. Zewsząd atakują mnie coraz to drapieżniejszymi formami i treściami reklamy. A im głupsze tym ich wszędzie bardziej pełno.
Nie oglądam telewizji, bo nie ma w niej nic interesującego. No może poza teatrem telewizji i kilkoma filmami na dwójce. Ale do teatru zawsze mogę sobie pójść (tak tak wiem, że taniej i wygodniej przed pudłem ale tak naprawdę to są tylko łatwe i lekkie usprawiedliwienia) a kino i tak uwielbiam, więc zupełnie mi to, że je cyklicznie nawiedzam, nie przeszkadza. Zresztą dwójkowe filmy są emitowane z reguły o tak kosmicznych godzinach, że nie mam serca budzić Mamutów włączaniem odbiornika. Brakiem czasu też mi nikt nie zaimponuje, bo sama mam go tyle, że nie wiem czy można mieć jeszcze mniej. Tak więc – jakoś sobie poradzić można.
Przyjęło się uważać, że telewizja jako czerpiąca najwięcej korzyści (bo czystego zarobku) z emisji reklam (zwłaszcza w pasmach mocno zwiększonej oglądalności) ma ich w swoim repertuarze najwięcej. Są stacje, które nas relamami karmią pomiędzy programowymi pozycjami, są też takie, które bez żenady przerywają margarynami, proszkami do prania i debilnymi paniami domu nawet najciekawsze filmy, nie bacząc na nic, zwłaszcza na takie tam pierdoły jak budowanie napięcia fabuły czy środek jakiejś wyjątkowo trzymającej w napięciu akcji. Tak więc telewizja zawsze z góry była przeze mnie traktowana jak odbiorcy audiotele i wiedziałam czego się po niej mogę spodziewać.
Jednak ostatnio męczą mnie nawet reklamy kinowe, które z reguły prezentowały nieco wyższy poziom i choć trąciły nutką finezji i polotu. Nie dość, że wybierając się na seans o 20.00 możemy tylko po cichu mieć nadzieję, że zacznie się dwadzieścia po a nie o 20.30, to jeszcze te popisy wirtuozów kreatywności i marketingu wręcz zwalają z nóg. Ciągle słyszę albo zajebisty, albo zajefajny, albo pobierz energię, albo przykumaj, albo jeszcze całe stado różnych dziwnych słów i sformułowań, których wcale nie chciałabym w słowniku poprawnej polszczyzny znaleźć.
Rety! Czy doprawdy według realizatorów kolejnych akcji ‚wujah’ nie używa się teraz innych, ciekawszych określeń? Moim zdaniem owszem. Nie wszyscy młodzi ludzie są glamur i trędi i nie każdemu z nich zależy tylko na tym, by ‚płynąć z falą’. Ja tam zawsze wolałam pod prąd i z tego co widzę wokół nie tylko ja mam ten feler. To się akurat z wiekiem nie zmienia.
Otwieram gazetę – wypada sterta ulotek. Co druga strona zawiera jakieś durne reklamy, mające na celu wpłynąć na ograniczony bezmyśleniem umysł odbiorcy i sprawić, że w środku nocy wstanie i pojedzie po zgrzewkę coca-coli albo zacznie kupować tę i żadną inną mineralną wodę tylko dlatego, że pije ją super-eks-modelka. Jadę autobusem – kolorowe bilboardy drażnią niedopowiedzieniami, które najprawdopodobniej mają skłonić ociężałe zwoje użytkowników stołecznych szos do wykrzesania z siebie ciekawości. Niestety to na mnie nie działa a poza znudzeniem i zniechęceniem nawet odrobiny zainteresowania nie wywołują we mnie hasła ‚nie dla idiotów’, ‚nie odbieraj telefonu’, czy ‚nie patrz w dół’. Szczerze mówiąc to dośc marne chwyty reklamowe i jakby nie patrzeć już nieco oklepane.
Zatem drodzy mistrzowie marketingowo-medialni… trochę inwencji. Może to co widać i słychać na każdym kroku przestanie wreszcie męczyć i zacznie rzeczywiście intrygować. Bo jak na razie to bardziej przypomina to reakcję ‚na odczep się’ i dawanie rumuńskiemu dziecku 50 groszy, żeby sobie poszło, niż faktyczne zainteresowanie. Może warto. Ponoć reklama to też sztuka. Szkoda, że jak dotąd to niestety w większości przypadków tylko z nazwy.
Nie warto jeść byle czego.
Szok
Najpierw w wigilijną noc ’99 samobójstwo popełnił jego syn.
To on znalazł jego ciało.
Teraz to.
Wczoraj w nocy popełniono morderstwo.
Beksiński nie żyje.
Kończy nam się limit ludzi niezastąpionych.
Apdejt – 23.02, 11:42
Jeszcze większy szok!
‚Może to zabrzmi dziwnie, ale nie wykluczamy też skomplikowanego, upozorowanego na zabójstwo samobójstwa’ – powiedział Rzeczpospolitej gen. Eugeniusz Szczerbak, zastępca komendanta głównego policji…
Nie, to wcale nie brzmi dziwnie.
Przecież każdy samobójca notorycznie zadaje sobie 17 ciosów nożem, przechodzi na balkon i zamyka za sobą drzwi… od wewnątrz.
Dla mnie bomba.
Kogo do cholery przyjmują do tej policji? Buraki pastewne?
Wtorek… Jolu, zdejm kapelusz !
Jak zwykle w poniedziałki czas płynie szybciej. Najpierw tak się tylko wydaje bo jeszcze mocno nieprzytomna jestem nie mogąc się wybudzić z weekendowania, a potem nagle okazuje się, że jak już się obudziłam i wdrożyłam ochoczo w pomnażanie naszego wspólnego wkładu pracowniczego w rozwój ukochanej firmy (tak tak to brzmi jak film s-f klasy B), to się nie wiedzieć czemu i kiedy i jakim kurde prawem nagle zrobiła jakaś wściekle późna godzina i trzeba zwłoki przetrasportować do jakiegoś miękkiego, przytulnego wyrka.
Co do miękkiego i przytulnego to generalnie rzecz biorąc mogłabym pewnie wcale nie wychodzić z niego rano, spędzać całe dnie na słodkim leniuchowaniu popijając kakao i poczytując książki z niedalekiej półeczki, a w przerwach słuchać muzyki i brak pachnące kąpiele wyżerając czekoladki z pudełka, co logicznie myśląc wpływałoby o wiele korzystniej na mój pielęgnowany czule tumiwisizm wsteczny niż nagłe uświadamianie sobie w miejscu pracy, która jest godzina i dziki pęd tramwajowo-autobusowy, by złapać trochę snu przed kolejnym dniem.
Myślę jednak, że po pierwsze primo nie mam takiego osła co by na mnie i na te fanaberie zarabiał, po drugie primo – wcale bym nie chciała by ktokolwiek poza mną na mnie zarabiał a osła pogoniłabym precz na salami, po trzecie primo ultimo – zanudziłabym się na śmierć i po tygodniu o ile sąsiedzi nie wyczuliby, że mi się jednak trochę perfuma sfermentowała, zeżarłby mnie jakiś owczarek alzacki, którego będąc w tym stanie umysłu ewentualnie mogłabym wówczas posiadać. To jest po prostu wykluczone. Myślę, że raczej mam niezłe zadatki na pracoholika niż rasowego lenia z rodowodem.
Tak czy inaczej wylazłam wczoraj z pracy wieczorem. Wylazłam i pognałam do autobusu. Autobus przyjechał jak zwykle spóźniony. Czasem to myślę, sobie, że my to z autobusem mamy taki niepisany układ – jak ja jestem o czasie to on się spóźnia a jak on jest o czasie to zreguły już tylko zdążę mu pomachać na ‚do widzenia’ w czerwone światełka. No ale z dwojga złego to wolę już trochę na niego poczekać niż machać mu na pożeganie. W autobusie było miło, przytulnie i ciepło. Była też para dyskutująca o czymś zaciekle aczkolwiek jednak jak na mój gust nieco jednostronnie:
Ona – Bo widzisz, jak Aśka powiedziała mu spier… to on sobie musiał pomyśleć, że mu przykro czy jak..
On – No
Ona – ..i pewnie dlatego jej wyjechał z tej piąchy..
On – No, pewnie tak
Ona – ..chociaż ja to nie jestem za biciem, powinno się rozmawiać..
On – Uhm
Ona – I dlatego lubię na przykład jak my rozmawiamy..
On – No
Ona – Bo ty byś mnie nigdy nie uderzył. Prawda?
On – Pewnie nie
Ona – Ale pewnie czy na pewno nie?
On – Nie wiem
Ona – Jak to nie wiesz?
On – No zwyczajnie
Ona – Ale powinieneś wiedzieć!
On – No
Ona – Co no?
On – No wiem
Ona – Ale co wiesz?
On – zrezygnowany – że bym cię nie uderzył
Ona – No, a widzisz właśnie Robert myślę uderzył Aśkę bo oni nie rozmawiali no i powiedziała mu spier… no to mu się przykro myślę zrobiło… powinni więcej rozmawiać…
Taak. Zdecydowanie. Ludzie powinni ze sobą rozmawiać.
Powroty
Chodzenie spać około drugiej czy trzeciej a o ósmej trąbkowe pobudki Małego – twórcy przepięknego igloo mogącego spokojnie pomieścić dwie osoby z latarką. Nieustające śpiewy, których nigdy nie było mało a wydawałoby się, że po forsownych próbach będziemy mieli dość dźwięków do nastepnego ranka. Dyskusje po świt, tańce, hulanki, swawole. Dowcipy i kawały…
A to ktoś komuś podrzucił do łóżka świeżutkiego, ledwo do ulepionego z puchatego śniegu, bałwanka, a to drzwi do połowy ich wysokości ‚zaspawał’ śniegowym murkiem, a to buty znajdowały się związane sznurówkami a w pokoju pod sufitem wisiały girlandy z papieru toaletowego, a to ktoś wyjrzał przez okno i zobaczył rolety… z tegoż towaru pierwszej potrzeby, których – dałby głowę – wcześniej nie było, a w zieloną noc drzwi wysmarowane pastą do zębów, ketchupem czy… pasztetem. A do tego wszystkiego śnieżki śnieżki i jeszcze raz śnieżki, upadki w ogromne zaspy, śnieg w spodniach i butach, saneczne wyprawy do sklepu, Mocny Rejent z Browaru Grybów za 2.50 dla panów i Grzaniec za 10 dla pań – wymienność obowiązkowa, dla chętnych wyprawa do Krynicy, dla innych zdobywanie gór, szyszki znajdowane w pościeli i plecaku razem z talerzem sąsiada i szczoteczką drugiego… Kawalarze (do których też się zaliczałam) mieli jak widać stado pomysłów ale wszystkie były przyjmowane z radością.
Przy okazji zaznaczę, że pokonując własny potworny strach zjechałam wieczorową porą na sankach z taaaaaaaakiej górki, że ho ho. Oczywiście z pomocą ale kto by tam nie pomógł. Nie powiem żebym za drugim razem się mniej bała czy coś, no ale trzeba było powtórzyć. Tylko nie wiem czy gdyby było widno odważyłabym się na to samo, bo kiedy zobaczyłam w świetle dnia wysokość i stromiznę… nogi się pode mna ugięły a dumna mina wylazła na oblicze.
No i nadal nikt nie wie kto wstał grubo przed śniadaniem i podrzucił wszystkim pod talerze 14 lutego śmieszne wierszyki, powodujące raz po raz salwy śmiechu i parskania herbatą do mlecznej zupy 😉
Hy hyhy hyhyhy
Niestety dziesięć dni to stanowczo za mało na tych ludzi i na to miejsce gdzie śnieg padał praktycznie bez przerwy i miękkie zaspy aż kusiły by wepchnąc w nie niby mimochodem to tego to owego delikwenta czy delikwentkę.
Mieliśmy też kilka powodów do świętowania. Zaręczyny Karolinki i Michała, grilowane na śniegu urodziny Arsena czy Krzysia a wszystko z dużą dozą humoru i twórczej inwencji. No bo Krzyś na ten przykład dostał zestaw wprost dla bobasa: żółciutką kaczkę kapielową, czepeczek z wyhaftowanym inicjałem i śliniaczek z imieniem, książeczkę z obrazkami owoców i przedmiotów, w której każdy na każdym obrazku napisał coś od siebie a do tego butelka ze smoczkiem wypełniona… pysznym adwokatem. Ha! Czy ktokolwiek wcześniej przypuszczał, że wydojenie likieru z butelki zajmie tyle czasu? Taki mały otworek w smoczku a ileż radości i śmiesznych min 😉
Jeszcze pożegnalna potańcówka i trzeba się było spakować. Niektórym chłopcom pomogły dziewczęta i ci, wróciwszy ze spaceru, znaleźli w swoim pokoju czystość, porządek i… plecaki wypchane pościelą, talerzami, sztućcami i szyszkami, podczas gdy wszystkie ubrania znalazły inne niezwykle tajne miejsca. Śmiechu było co nie miara, zwłaszcza, że do wszystkiego dołączyły wszechobecne szyszki.
Po trzeciej okazało się, że musimy szybko iść spać bo o szóstej pobudka i wyjazd ale po kolejnej godzinie rozmów i śpiewów okazało się, że tak naprawdę wcale nie będziemy kłaść się spać, bo skoro mamy wstać za dwie godziny to nam się to zwyczajnie nie opłaca. Ostatecznie położyliśmy się do łóżek na godzinkę z minutami a rano wstaliśmy nieprzytomni jak polarne niedźwiedzie po tygodniu na Saharze. Jeszcze tylko obowiązkowa szatan-kawa, bo nie było taśmy klejącej by powieki do czoła przykleić i w drogę.
Trzy godziny pociągiem do Krakowa miliśmy spędzić na słodkiej regeneracji w fazie REM a spędziliśmy… oczywiście śpiewając przy akompaniamencie gitary. Współpasażerowie byli pod mocnym wrażeniem. My zresztą też. Bo przecież skąd ta energia i skąd jeszcze te głosy? Na miejscu oddaliśmy bagaże do przechowalni i z hasłem ‚nie spać! zwiedzać!’ w grupkach udaliśmy się na rekonesans. W końcu mielismy spędzić w mieście smoka bite sześć godzin.
Po prostu bajka. Kocham Kraków. Połaziłam wszystkimi ścieżkami pamiętnymi z kwietniowej eskapady, pokarmiłam gołębie, w Sukiennicach odkupiłam sobie biedronkę, którą zgubiłam w Warszawie, a bez której moja sztruksowa torebka (też z Krakowa) czuła się wściekle samotna, zjadłam obiad w ulubionym barze mlecznym na Grodzkiej, odświeżyłam wspomnienia i widoki, odwiedziłam Wawel i smoka, kilka kościołów, jak zwykle zachwyciłam się architekturą i oczywiście jeszcze zdążyłam wylądować na Kazimierzu w Kolanku nr 6 na przepysznej Cafe Baileys, a to wszystko w miłym towarzystwie znajomych i w cudownym humorze.
W pociągu nadal śpiewaliśmy i graliśmy, repertuar zdawał się nie wyczerpywać, ale już zaczęło mi się robić… smutniej. Jeszcze byłam tu i teraz z tymi ludźmi a już zaczęłam tęsknić. I czemu to tak? Przecież będę ich widywać praktycznie dwa razy w tygodniu na próbach. No ale następny Grybów dopiero za rok. A ja już nie mogę się doczekać.
Do domu wracałam z oczyma pełnymi wspomnień. Dziwnie mi było i cicho. Za cicho. Dwadzieścia minut na przystanku, 515, senność, przez którą przebijały się uśmiechy i fragmenty rozmów, rysunki na nutach wywołujące taki fajny uśmiech, potem śnieg, śnieg i droga do domu. Do domu? Ponoć tam dom Twój gdzie serce Twoje… To moje chyba zostało w tym pociągu. A może to taki zwyczajny powyjazdowy melanż? Żeby było za czym tęsknić i co wspominać? Nie smucę się. Uśmiecham się. Pięknie było. I tylko w głowie mam wciąż ostatnią piosenkę, którą zaśpiewał tym swoim cudnie przejmującym aż po ciarki na plecach głosem Endriusza – nasza wyjazdowa maskotka – i tę melodię, która nie chce mi wyjść spod powiek. Zadomowiłam się jak ona…
pozwól odejść już
że nie całkiem zechciej wierzyć
pozwól odejść już
najlepszemu z twych żołnierzy
miejsce w szyku znam
żołnierz mieszka w czasie przeszłym
gdy w swojej roli ma trwać
na mnie już pora
nim słowo za ciasne
nim gest za obszerny
nim karta znaczona
nim zimna koszula
otuli całunem te chwile
co w nas jak ikona
Sentymentalny ze mnie zwierz. I cieszę się, że mogłam spędzić ten czas tam z nimi. Gdzie ciągle pada śnieg a miękkie zaspy aż proszą się by wepchnąć w nie…
Dziękuję :*
Stara tira czyli ciąg dalszy
Z Warszawy wyjechaliśmy piątkowego wieczoru pociągiem rośpiewanym do nieprzytomności (przez nas) i zapakowanym po brzegi korytarzy (nie tylko przez nas). Po drodze świętowaliśmy Ziółkowe urodziny pijąc z termosu grzane wino i śpiewając po raz n-ty ‚stolarz stolarz’. Tym razem obyło się bez komplikacji, samobójców na torach, chłopców w dresach, którzy koniecznie chcieliby napić się z nami wódki, wesołego maszynisty, który miast wypuścić nas w Grybowie zatrzymałby pociąg na dłużej niż trzy sekundy i powózł nas aż do Nowego Sącza. Żadnych zbędnych wycieczek. Zatem o kosmicznie nieziemskiej godzinie czwartej z minutami, kiedy to grzeczne Bajki zwyczajowo śpią pochrapując miarowo pod wąsem, wytozyliśmy się na upragniony grybowski peron i uściskaliśmy z mrozem. A było co ściskać.
pada sobie śnieżek
zaspy widać z dala
a mnie nie zasypie
bo zjadłam rogala
Umęczeni własnymi ciepłymi swetrami, kilogramami spodni, ręczników, butów, grzałek i suszarek doturlaliśmy się jakoś pod górkę (bo oczywiście zawsze jak najbardziej chce się spać i człek najchętniej już tylko by się położył w tej zaspie po pas i nie wstawał jest pod górkę) do ośrodka Politechniki i po odebraniu kluczy do naszych apartamentów z rajem łóżek i udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Nie pamiętam czy miałam jeszcze jakieś podróżnicze refleksje bo zasnęłam zanim przywitałam się z poduszką.
Niestety zaraz okazało się, że trzeba wstać bo próba. Jak można się łatwo domyśleć nie zaprezentowaliśmy poziomu powalającego na kolana ale jeśli w całość wrażeń wliczyć senność i zmęczenie, to było wręcz rewelacyjnie. Potem zjedliśmy obiad, rozpakowaliśmy tobołki i była kolejna próba. Tym razem mało raczej efektowna, przynajmniej dla mnie, bo zasypiałam z nosem w nutach a klucze, krzyżyki i bemole tańczyły mi pod powiekami tango libido. Na próbie też ukuł się i złotymi zgłoskami zapisał w naszych umysłach Arsenowy termin ‚stara tira’ w założeniach mający demonstrować fonetycznie tempo i dynamikę utworu pod względem tekstowym a w efekcie przysparzający nam mnóstwa radości i wykorzystywany do rozlicznych porównań, przekształceń i dowcipów sytuacyjnych.
Wieczorem jak już tracycja Blokhausu B (gdzie wszystkie drzwi są zawsze otwarte) nakazywała zaakcentowaliśmy nasz przyjazd korytarzową nasiadówką połączoną z graniem na gitarach, zbiorowymi śpiewami (że też nam się chciało), piciem grzanego wina przyrządzanego za pomocą grzałki i rozmaitymi wygłupami. Jakoś grubo po północy towarzystwo zmyło się do łóżek ale nastrój pozostał. To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy uzmysłowiłam sobie jak bardzo lubię tych ludzi i jaka smutna ostatnio byłam. Takich myśli miałam przez cały wyjazd całkiem sporo ale to zderzenie emocji było najbardziej efektowne. Po prostu dobrze mi było z nimi… i tyle.
Dni mijały a żaden nie był podobny do poprzedniego. No może poza próbami ale i tu codziennie okazywało się, że mamy nowy powód do śmiechu. A to przejęzyczenie dyrygenta, a to dowcip Arsena, a to magiczne wręcz zjeżdżanie z uporem maniaka z tonacji sopranów i altów albo wygłupy tenorów czy basów. Jakoś tak łatwiej było znieść kolejne godziny naszych jęków, pisków i buczeń. Ogólnie było wesoło.
14 lutego na ten przykład zrobiliśmy Antywalentynkową Byle-Co Imprezę i każdy musiał przywdziać na siebie tytułowy chłam. W tym celu całe pospólstwo tłumnie nawiedziło wszystkie dostępne w promieniu kilkunastu chyba kilometrów lumpeksy w poszukiwaniu najśmieszniejszych i najefektowniejszych tekstyliów. Gonitwa po ciuchlandach zaowocowała prawdziwymi skarbami a wieczorna charakteryzacja w ogóle przeszła najśmielsze oczekiwania wszystkich. Tego się po prostu nie da opisać.
Rozchełstani koszulowo panowie w przykrótkich portkach rodem z lat dwudziestych i pianką do golenia w charakterze brylantyny na bujnych czuprynach, panie w kakofonii barw i faktur z mnogością deseniową w każdym skrawku odzienia, wypchana tu i ówdzie i wystylizowana na prawdziwą ‚starą tirę’ koleżanka. Ja wystąpiłam w czarnych pseudoskórzanych spodniach, przezroczystej, wściekle fioletowej, nakrapianej bluzce i kapeluszu a wrażenie potęgował fakt przywdziania na tąż bluzkę czarnego stanika i na też skórzane galoty fioletowego pasa do pończoch. Całość stroju wyniosła mnie 20 złotych polskich przy czym warto dodać, że z pewnością nie są to ubrania jednorazowe. Spodnie są po prostu boskie a kapelusz wywołał prawdziwą furrorę wśród wszystkich zebranych.
CD będzie