jeszcze żyję, buziaki…
Marzenia lekko ściętej jajecznicy
Wyobrażam sobie, że po ciężkim tygodniu spędzonym głównie w pracy i na próbach (bo wkrótce koncert i trzeba ostry zasuw uskuteczniać) w piątek idę sobie wieczorem (po pyszniutkiej pizzy wciągniętej na Barskiej i jeszcze pyszniejszej kawie z arabskiej restauracji zaraz obok Filharmonii, w której byłam raz jeden jedyny i od tamtej pory tęsknię) na ENEMEF z ‚Żywotem Briana wg Monthy Pythona’, ‚Nikotyną’, ‚Kawą i papierosami’ oraz ‚Czarnym kotem i białym kotem’ gdzie pożeram popcorn i żelki wypijając morze red-bulla i pomarańczowej fanty. Potem wychodzę, wsiadam w pociąg do Katowic i przesypiając podróż co by siły zregenerować zjawiam się w samym sercu miasta, by powitać gromkim ‚Juhu!’ kolejną upragnioną, wyczekaną, wytęsknioną, wyśpiewaną stuletnią chrypką i rozedrganą stukotem ciężkich podeszw METALMANIĘ. Znikam dla świata i kosmosu na 25 godzin, by potem zmęczona i szczęśliwa wytoczyć się na powierzchnię dnia, odwiedzić Justę z Niką i moich ukochanych Ślązaków pamiętnych z corocznego wakacjowania w Danowskich, w końcu po opowiedzeniu wszystkiego co do opowiedzenia, pośmianiu ze wszystkiego co zabawnego było i pobraniu w organ głównodowodzący stada pozdrowień dla znajomych i krewnych królika… wracam do Warszawy nocą ciemną a głuchą i usypiając ze zmęczenia w nocnym autobusie ciągle mam uśmiech na twarzy bo tak było bosko.
Niestety, że tak powiem kij bombki strzelił i może za rok taka konfiguracja się uda bo na razie to fundusz emerytalny mówi ‚nie ma bata’ a w portfelu po aptece i rachunkach głuchy Mordor naprzemiennie z halnym ale… pomarzyć zawsze można ;))
Wiosna zbliża się wielkimi krokami
Ale fajna zima! Ale fajna zima!
Aaaale mam dużo śniegu wszędzie. A najwięcej w butach i za kołnierzem. Śmiem przypuszczać, że to Grybów zatęsknił za swoimi ukochanymi chórzystami i postanowił wybrać się do stolicy. Ale i tak jest cudnie 😉 I nawet nie przeraża mnie fakt, że wieczorem jak wrócę do domu czeka mnie niezła akcja odśnieżanie bo Zdzich to już chyba drewna narąbie co by ciepła trochę z piecha wykrzesać przed nocą.
Co prawda do pracy docierałam jakoś wybitnie długo bo zima jak zwykle od czterech lat w początkach marca zaskoczyła drogowców i po szosach przez białe morze zasp mknęły z zawrotną prędkością 12 km/h różnej maści pojazdy prowadzone przez różnego stopnia cierpliwością obdarzonych kierowców i ich marudzących pasażerów.
I co prawda zdołałam pół kryminału przeczytać w autobusie zanim ulica Nowy Świat mnie powitała gościnnymi ramionami ośnieżonych kamienic. I co prawda błocko się burawe z tego bieluśkiego śniegu co pada non stop od wczoraj wieczór robi w try miga na chodnikach i tonie się w nim już po łydek połowę. I co prawda sygnalizacja świetlna lubi sobie nie działać albo sie blokować akurat jak na drogach są tak wybitnie mało sprzyjające podróżom wszelakim warunki a wszyscy się gdzieś wybitnie akurat spieszą bo z całym prawdopodobieństwem są już przez te opady i zaspy mocno do pracy spóźnieni. I co prawda to chyba tylko ja z okolicznych wariatów wystawiałam twarz płatkom śniegu na cel i czekając na zielonego ludzika co się miejscem z czerwonym zamieni czekałam z wywalonym językiem aż się niebo ze mną przywita z okazji poniedziałku.
Ale za to jak ślicznie jest na dworze gdy się patrzy na równiutką wartwę bieli na dachach domów i samochodów, na czapkach i beretach, na drzewach i przystankach, na policzkach i na rzęsach. I jak by się chciało ulepić jakiegoś bałwana w parku Szczęśliwickim jak co zimę w czasach studenckich i ptaki karmić bułką z tej piekarni gdzie zawsze mają ciepłe, pachnące pieczywo. I jak bardzo bym się potem chciała napić gorącego kakao w barze mlecznym. I jak mi się straaaaasznie nie chciało przyjść do pracy. Poszłabym na wagary 😉
Ktoś chętny?
Idzie niebo ciemną nocką…
Ostatnio nie sypiam zbyt wiele. I to ostatnio to mi się tak na miesiące przeciąga. Bywa różnie, czasem sześć czasem pięć godzin… ale wczoraj to już ewidentnie przesadziłam. Znaczy właściwie nie wczoraj a dzisiaj. Spałam trzy godziny. No. To teraz padam na pysk z szybkością światła. I z całą stanowczością nie pochwalam takiego trybu życia. Ale co zrobić jak się chce to wszystko jakoś w dobie poupychać. I nie ma, że boli bo albo rybki albo akwarium a ja zawsze biorę zestaw.
Tryb dzień-noc-zgon przestawił mi się teraz do tego stopnia, że w zasadzie nie ma opcji żebym usnęła przed pierwszą w nocy. Druga to taka zwyczajowa pora. No i jeśli wstaję o siódmej to jeszcze nie jest tragicznie – dośpię w autobusie uwiesiwszy się na górnej rurce albo w tłoku na wysokim sąsiedzie. Gorzej jeśli tak jak dziś – wstaję o szóstej. Ziemia drży i rodzą się pioruny gdy ktoś mnie budzi o tak drastycznej porze. Mogę dotkliwie pogryźć. Ale jak widać śmiałków nie brakuje. Bo za godzinę snu rano mogę dać się w try miga posiekać i dać przyrządzić w potrawce. Byleby mi pozwolić jeszcze trochę poooospaaaać.
Mistrzynią jednak i tak jest Mamut, która technikę budzenia wysoce porannego opracowała do perfekcji. Mianowicie Mamut na wstępie wysyła w eter i przestrzeń kosmiczną serię dźwięków o wysoce nieziemskiej częstotliwości. Takie piski w stylu ‚wstaawaaj!’, ‚pobuuudka!’, ‚wstaaaaawaaaj!’. Śmiem przypuszczać, że ludzkie ucho w ogóle nie jest do nich przystosowane i to właśnie Mamut raczej jest odpowiedzialna za zagładę nietoperzy gdzieś na terenach MRU (Międzyrzecki Rejon Umocniony to może nie rzut beretem stąd ale jej echolokacja na pewno tam dociera) aczkolwiek ja po tylu latach pod jednym dachem odbieram to chyba telepatycznie.
No i sądzę, że za bardzo nie mam wyjścia. Jeśli bowiem nie zareaguję na te dźwięki, zaczyna się dziamgot kategoryczno-ostrzegawczy. ‚Wstawaj! Pali się’, albo ‚bo cię złożę razem z fotelem!’. A wtedy nie ma bata. Człek choćby sztywny i pod ziemią od miesiąca – wstanie żeby tylko tak strasznie nie świdrowało w mózg. Po wydobyciu serii bolesnych dla otoczenia dźwięków i osiągnięciu sukcesu – postawieniu trupa do pionu – Mamut zaczyna monolog, który już całkowicie niweczy wszelkie próby ponownego zaprzyjaźnienia się z Panem Morfeuszem i bezwstydnie wyuzdanego wpadnięcia mu w ramiona przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Monolog zazwyczaj dotyczy najnowszych wiadomości z kraju i ze świata, pogody, mody, urody, siatek, szmatek, plotek etcetera. A że Mamut nie jest obdarzony subtelnym głosem skowronka, jej wysoki a donośny sopran unosi się w powietrzu i wypełnia każdy fragment nieświadomości, świadomości, nadświadomości i podświadomości. Pełen serwis. Chcąc nie chcąc musimy się przyoblec w rozumną minę i jakowyś tekstylny łach na grzbiet przywdziać i z miną pod tytułem ‚zabijam małe dziewczynki cążkami do skórek’ przeteleportować się do łazienki.
Przy czym Mamuta nie da się skrzyczeć ani dotkliwie pogryźć bo po pierwsze nie wypada, po drugie nawet bym nie chciała a po trzecie nawet bullterier skrzyżowany z lwem nie zaczynałby z nią, zwłaszcza zaś rankiem. W końcu po kimś się te geny ma 😉
Łażę więc taka zmarnowana i snuję się po firmie od tygodnia drastycznie niedospana, ziewam rozgłośnie i przeciagam się zdecydowanie zbyt często jak na nerwy kolegów z multimendiów, nie umiem znaleźć oczu i marzę o nowej ustawie wprowadzającej w życie obowiązkowe leżakowanie w każdym miejscu pracy. W trosce o zdrowie pracowników ofkurs. Dziś pomalowałam sobie nawet rzęsy… żeby wiedzieć, w którym miejscu powinnam znaleźć moje okno na świat i duszy zwierciadło. Hy hy. Dobre. To ja może nadmienię tylko, że z przyczyn absolutnie ode mnie niezależnych aczkolwiek zaaprobowanych z pełną premedytacją i dziką satysfakcją, chwilowo lustereczko jest w naprawie a na szybkach mam gustowne bambusowe rolety. Howgh.
Chrrrrrrr
Jak ciepły letni deszcz
Bajka
co ty robisz o 7 w pracy??
Ziuta
pracuję a ty?
Bajka
umieram
Ziuta
nie miałaś lepszego miejsca?
Bajka
to jest świetne
zaraz jak tu przychodzę to czuję, że sztywnieję
pewnie dlatego mamy tylu panów w firmie
Ziuta
nie ale serio co ty robisz o tej dzikiej porze w pracy?
Bajka
pielęgnuję swoje paranoje
Ziuta
i pracoholizm?
Bajka
dokładnie, przycinam wszelkie zielone pędy żeby się nie rozrósł zanadto
Ziuta
żebyś ty się nie rozrosła czasem z tych pielęgnacji
Bajka
nie ma szans – krzesło mam niewygodne
Ziuta
ty, to może weź się czymś rozerwij albo co
Bajka
niestety granaty zostawiłam dziś w tramwaju
ale za to układam właśnie kostrukcję z ołówków i spinaczy biurowych i też będzie miło
Ziuta
a z nudów to tworzysz jeśli można wiedzieć czy ta kreatywność z ciebie o poranku wyłazi?
Bajka
jak zasnę na dziobaka to walnę czołem w sterczące ołówki i odechce mi się drzemek, nie wcisnę nosem niczego czego za Chiny Ludowe nie powinnam, Hitler nie wyrzuci mnie z pracy i nie skończę na dworcu popijając w krzakach borygo
Ziuta
a jak zaśniesz na popielnicę?
Bajka
właśnie… muszę popracować nad czujnikiem dymu
Ziuta
znaczy?
Bajka
znaczy opcja ‚zraszanie’
Szok and szoł
Wyczytałam ostatnio coś co mnie z lekka poraziło. Zarówno głupotą i kompletnym brakiem perpektywicznego myślenia jak i egoizmem w formie wręcz najczystszej. Otóż u Wuja Sama za Wielką Wodą panuje brand nju trend. Jak większość idiotyczny. Chodzi o to moi mili aby teraz, po zejściu z modelek, do wieszaków upodobnić ciężarne Amerykanki.
Kobiety odchudzają się na potęgę nie bacząc na to, że ich stan jakby nieco uległ zmianie i teraz muszą myśleć (?!) nie tylko o sobie. Ja nie mówię, że dobre rezultaty daje folgowanie sobie we wszystkim i tycie 25 kg w ciąży (jak mój Mamut) bo potem koszmarnie i niewyobrażalnie ciężko jest powrócić do dawnej, albo choćby tylko zbliżonej do dawnej sylwetki. Wiem, bo się nasłuchałam.
Ale jak laska mówi: ‚to już 15 tydzień ciąży a ja przytyłam tylko 3 kg. brawo!’ i narzeka, że na nieszczęście nie cierpi na nudności to mi się normalnie coś w kieszeni otwiera i to bynajmniej nie jest notes.
Mało tego. Pani nazwiskiem Tupler, Żulia zresztą, prowadzi nawet specjalne zajęcia fitness dla ciężarówek co by w rozmiarze XS pozostały. Pod jej opieką równo tysiączek pań w stanie powszechnie uznawanym za błogosławiony ćwiczy na atlasie, podnosi ciężary, biega na bieżni a w weekendy 4 kilosy po Central Parku.
Z kolei niejaki pan psor Jaś Hopkins przeprowadził w Nju Jorku badania, z których wynika, że ponad połowa kobiet głodzi się przed zajściem w ciążę, by później nie przytyć a co druga decyduje się na cesarskie cięcie na początku ósmego miesiąca, by w ten sposób uniknąć przyrostu wagi.
I cóż z tego, że lekarze alarmują? One i tak robią swoje. Kobiety umierają z wykrwawienia gdy w 8 miesiącu ciąży wracają z joggingu bo są same w domu a ja jakoś nie potrafię ich pożałować. Bo dla mnie to czysta głupota i to głupota najgorszego kalibru bo robiąca krzywdę innym. Takie dzieci, jeśli już uda im się jakimś cudem przeżyć, już na starcie mają do bani – słabsza odporność, niższe IQ, gorsza pamięć, uszkodzenia słuchu, wzroku, łańcucha DNA… przecież to wpływa na całe pokolenia. Uszkodzenia genów są nieodwracalne. Coś o tym wiem.
Pewni ludzie nigdy nie powinni mieć dzieci. To pewne. A Amerykanów to mi już tylko żal, bo niby tacy wyzwoleni, tacy otwarci, kreatywni i wolni a okazują się zwyczajnymi ślepcami – niewolnikami jakiejś idiotycznej mody.
Zabawy w Boga zawsze odbijają się czkawką.
Wyniki sondy lutowej
function ResultWindow(my_win_param) { window.open(„http://www.sonda.pl/wait.php3″,”sondaplwin”,my_win_param); return false; }
|
SONDA
|
||||||||||||||
|
Luty
|
Wrrr
nie lubię, nie lubię, nie lubię jak blog mi się wiesza jak jaki desperat w pasiastej pidżamie i zamiast dodać nową kasuje dwie stare notki przy okazję tęż nową wywalając w kosmos niczym ongiś mnogije profiessiory Łajkę.
Admin! Do ciasnej kurtki! Nu pagadi!
Ale za to niedziela, niedzieeelaaa będzie dla nas
Niedziela przywitała mnie przecudną pogodą. Zimno co prawda sakramencko i szczerze powiedziawszy cienko zapowiadało się samo wstanie z łóżka ale po przełamaniu pierwszych barier dźwiękowych w stylu ‚osz_w_mordę_ale_pii’ i szoków termicznych w stylu ‚oł_dżizas_ja_cię’, po pospiesznym narzuceniu na grzbiet wszystkiego co znajdowało się w zasięgu wzroku, dało się na wyżej wymieniony grzbiet wrzucić i nie miauczało przeciągle, oraz po jeszcze pospieszniejszym rozpaleniu w piecu… okazało się, że ta niedziela to w gruncie rzeczy fajna jest.
Przy okazji stwierdziłam, że mogę ze spokojnym sercem startować w zawodach o zabarwieniu erotyczno-termiczno-wizualnym pod tytułem ‚Kto szybciej podnieci ogień’. Nie wiem czy to widok mnie odzianej świątecznym porankiem w tekstylia rozmaitego pochodzenia i zastosowania za to na bosaka, czy też brak jakiegokolwiek makijażu na obliczu zaróżowionym od chłodu i zaczątków wkurwu za to z deczka już usmarowanej sadzą na lewym policzku (co okazało się dopiero po późniejszych ablucjach przed lustrem). Grunt, że ogień podniecam wybitnie szybko i pierwszorzędnie. Hmmm… właśnie marsowy grymas ciśnie mi się na lico z przenikliwą myślą w parze ‚szkoda kurde, że TYLKO kurde ogień kurde’ ale powstrzymam gada w zarodku i ukatrupię kęsem jabłka.. Grzduk. No.
O czym to ja? Aha. Niedzielny poranek, za oknem raj na ziemi, w chałupie już wesoło trzaskają drwa i skwierczą węgle w palenisku i ja szukająca skarpetek jednocześnie grzejąca kuper od coraz cieplejszego pieca. Szczęściem skarpetki udało się zlokalizować w promieniu zasięgu ramion, bo inaczej musiałabym odstąpić moje miejsce w loży grzewczej honorowej Stefanowi. A Stefan tylko na to czekała tęsknie mrużąc oczy do popielnika.
Ubrana, odświeżona i szczęśliwa, że nie muszę iść do pracy zjadłam z mamutami śniadanie i komentując świat sobie tylko znaną melodią udałam się na spacer. W tak zwanym a ulubionym przeze mnie międzyczasie przyszło mi do głowy, że telefon i okulary zostawiłam w domu na stole i że może to być okoliczność nieco utrudniająca bytowanie we współczesnym świecie ale zaraz potem zdałam sobie sprawę, że w zasadzie to niekoniecznie. Albowiem po pierwsze primo jest nieco jakby wcześnie i większość normalnych ludzi jeszcze drzemie albo przynajmniej byczy się koncertowo i ani myśli o tym, żeby cokolwiek ode mnie chcieć, więc nie będzie mamutów nawiedzać brzęczykiem mojej komórki, po drugie primo śnieg i tak jest jasny jak cholera, więc bez czy w okularach czy bez nich – widzę tyle samo, po trzecie zaś primo ultimo – jest niedziela i mam wszystko gdzieś a gdzie to nie powiem bo to bardzo głęboko i nieładnie i pojęcia nie mam zielonego jak to się tam wszystko mieści.
Na spacerze udało mi się w lesie zaliczyć śnieżną zaspę, która słowo daję usypała mi się na lewo znienacka i jestem bardziej niż pewna, że trzy sekundy przed moim upadkiem jeszcze jej tam nie było i wystraszyć zająca i parkę małoletnich obścisków – sama nie wiem które bardziej – czy kicaka czy zakochanych. Pod lasem natomiast udało mi się wpaść w dołek zasypany co prawda śniegiem i wydający się równiną, jednak zasypany TYLKO śniegiem a śnieg jak wiadomo w zetknięciu z Bajkami rodzaju ludzkiego wykazuje wysoce mało dżentelmeńskie właściwości zapadawcze i pochłania Bajki nawet bez mlaśnięcia.
Z rzeczy udanych to udało mi się jeszcze wygramolić się z dołka wprost na spacerującego z pieskiem młodziana o fizjonomii młodego gniewnego poety skrzyżowanego z Judem Law, z którym w sprzyjających okolicznościach natentychmiast chciałabym spłodzić kilka sonetów i fraszek a może i nawet jakąś odę, jednakowoż okoliczności w jakich ów młodzian z pieskiem mógł się z moją wybitną osobą zaznajomić były jak dla mnie wybitnie mało wszelkiej twórczości sprzyjające. Nie dość, że pierwsze co mógł usłyszeć to sapanie, chrumkanie, parskanie śniegiem i jakieś wyjątkowo wyszukane epitety pod adresem wzmiankowanego dołka wypełnionego śniegiem świeżym a sypkim, z którego następnie – co było pierwszą rzeczą jaką mógł ujrzeć – wytarabanił się mój ośnieżony zadek a w chwilę później cała biało-rumiana reszta uwalana bieżącym opadem atmosferycznym równo od czubka czapki po buty.
Szfak! – wymsknęło mi się tylko gdy zobaczyłam młodziana z pieskiem i miny ich obu. Pan prezentował osłupienie totalne połączone z rozbawieniem tak wielkim, że ledwie tylko powstrzymywał wybuch straszecznego rechotu a pupil był najwyraźniej targany sprzecznymi emocjami – czy rozdziamgotać się w szczeku na widok tego czegoś co widzi a co najbardziej zbliżone zapewne do Yeti było czy zamerdać się na śmierć. Najwyraźniej czworonogi mnie lubią nawet gdy przypominam raczej śniegową kulę niż najlepszego dwunożnego przyjaciela psa bo mały merdacz okazał wielką radość z nieoczekiwanego spotkania. Młodzian nie zdążył okazać bo został w trybie niejednostajnie przyspieszonym pozbawiony obiektu rozbawienia… znaczy zwiałam. I to prędko. Mam nadzieję, że nigdy więcej go już nie spotkam bo chyba będę się musiała zapaść ze wstydu w jakąś zaspę a gdy zmieni się pora roku będzie to dość trudne.
Dotarłam do domu, gdzie zastałam na pozostawionym miejscu okulary i telefon, polepszyłam sobie wzrok, skonstatowałam, że w telefonie głucha cisza i pognałam na podwórze lepić bałwana. Bałwan udał się przedni. Trzyczęściowy z miotłą, szalikiem, garnkiem do gotowania bigosu, marchewką i czarnymi węgielkami. Żałuję, że nie posiadam aparatu bo zaraz bym go uwieczniła i pozostawiła za wzór dla potomnych. No ale w końcu albo ma się szczęście do zawierania przygodnych znajomości albo umie się lepić bałwany. Jak widać to drugie wychodzi mi o niebo lepiej ale może to dlatego, że jak mawia Siostrzyca w chwilach prawdziwie siostrzanej czułości – ze mnie samej niezły bałwan. Tak, w istocie. Za królową śniegu to bym się raczej nie podała.
Potem mnie naszło jeszcze bardziej i wylądowałam… na sankach. Mało tego, że na sankach to jeszcze na Ursynowie, u stóp największej górki do zjeżdżania na sankach jaką kiedykolwiek widziałam. Nie mówię tu o górach w sensie ogólnym tylko o takich specjalnie saneczkarskich. No to ta była naprawdę potężna (wysokości gdzieś tak siódmego piętra) i w pierwszym momencie chciałam się w te pędy zawinąć i wracać do swojego Rembridge ale słowo się rzekło, myśl się pomyślała i zjechać trzeba. Choćby na zębach. Na szczęście udało mi się dotrzeć z góry na dół na sankach nie pod nimi i w jednym kawałku masy początkowej. A potem jeszcze raz… i jeszcze… i następny… i jeszcze jeden… i potem jeszcze z tego bardziej stromego zbocza. Fajnie było i tyle. Znów się naśmiałam do pędu powietrza i zachłysnęłam szczęściem. Ech ta zima to piękna jest. Nawet gdy taka mroźna. I nawet gdy trzeba palić w piecu i odśnieżać chodnik i podwórze i nawet gdy rano po przebudzeniu widać obłoczek oddechu. Warto. Latem nie można się tak wytytłać w śnieżnym dołku, wystraszyć młodzieńca z psem, ulepić bałwana z marchewkowym nosem, pognać na drugi koniec Warszawy by zjechać sankami z najwyższej górki i z bananem od ucha do ucha wsiąść do autobusu byle jakiego…
Chciałam jeszcze coś porobić, gdzieś pójść, kogoś swoim optymizmem, który mi aż uszami wyłaził, zarazić ale mimo tego, że mam w stolicy sporo znajomych i to w sumie dość wolny od zajęć wszelakich dzień… nikt jakoś nie odpisał na smsa, nie odebrał telefonu, był ‚czasowo niedostępny’ albo informował sztucznie modulowanym głosem, że ‚jeśli to coś ważnego – zadzwoń później’. Nie było to nic ważnego. Po prostu było mi dobrze i chciałam się tym z kimś bliskim podzielić. Tak na żywo. Nie przez telefon. Ale i tak nadal w słuchawce cisza. Trudno, ludzie mają swoje sprawy.
Pospacerowałam jeszcze trochę po pustoszejącym już o zmroku i w takim zimnie mieście, pouśmiechałam się do chmur co takie piękne kolory przybierać zaczęły, poczytałam książkę ale i mnie w końcu zrobiło się mroźno i… wróciłam do Mamutowa. Wróciłam w samą porę bo był gorący rosół z kluseczkami i Mamut prasujący Zdzichowy fartuch Mistrza Cukiernika i Stefan mrucząca pod piecem i ja… uśmiechnięta tym niedzielnym wieczorem z nosem prawie tak czerwonym jak marchewka Ryszarda na podwórzu.
Do zobaczenia w śniegu
Bałwanek
Piątkowo
Spokojnie mi dziś i lekko jakoś. Wczoraj rozmawiałam na stacji metra z kimś, kto słuchał. Dobrze tak czasem. Mało ludzi tak potrafi, więc tym bardziej się cieszę. Ostatnio często bywam w podziemiach. Przytulniejsze się zrobiły. A może to ja po prostu widzę więcej… Gro napisał mi maila, że mnie widział ale go nie spostrzegłam. Nic dziwnego. Bez okularów to jestem rasowy krecik.
Mamy nową lektorkę na angielskim. Za duży kontrast in minus albo tak się przyzwyczaiłam do poprzedniej, grunt, że baba mi zwyczajnie nie leży. Już nie mam takiego zapału. Ale raczej ciężko o to gdy ktoś tłumi wszelkie przejawy samodzielnego myślenia i kreatywności. Czuję się trochę jak na nudnych zajęciach z psychiatrii, kiedy facet usypiał dwustuosobową grupę studentów samym głosem. Kaszpirowski normalnie. Mam nadzieję, że ta kobita się jeszcze wyrobi i to niekoniecznie w betoniarce, bo w przeciwnym razie jakoś marnie widzę moje ewentualne popisy lingwistyczne.
Na próbie wyjątkowo jak na mnie nie miałam nastroju na wygłupy. Miałam za to głos. Dobrze mi szło i jakoś o dziwo nie miałam problemów z piskliwą wysoczyzną. Czyżby coś za coś? Hmmm. Wnioskując – albo śpiewam albo rechoczę. Muszę chyba opracować system łączny – śpiewnego rechotu. Choć to pewnie mogłoby zabijać 😉
Dostałam też prezent od Ani. Płytę. A na niej zdjęcia z wyjazdu do Grybowa. Przyjazd, rozgardiasze pokojowe, imprezy na korytarzu, śnieg, Byle_Co_Party, pociąg, Kraków, radość.
Znów śmiałam się w głos. Przyjemnie było tam wrócić choćby tylko na ekranie komputera. Kurcze, ja chcę jeszcze raz 😉
Lubią mnie krakowskie gołębie…