Poniedziałek

Piękna zima za oknem. Co prawda to prawda. Gorsza jak się wyjdzie na zewnątrz i postoi z pół godziny bo zimno niemiłosiernie. W nocy w Rembridge 30 stopni na minusie plus porywisty wiatr w bonusie. Czasem mam wrażenie, że ten las, przy którym mieszkam zje moją ulicę z mlaskiem łamanych drzew. Ale na szczęście giętkie są te choiny i nie zapowiada się na gwałtowny remont dachu któregokolwiek z pobliskich domostw. Za to rano ulice wyglądają jakby kto je po zmroku bardzo dokładnie wymiatał gęstą, miękką szczotką. Gładkie i czyste. I tylko chrzęszczący pod butami śnieg na chodniku. W słońcu skrzy się jak sylwestrowy brokat.

Ubieram się na cebulkę do tego stopnia, że powoli moje ruchy nabierają charakterystycznej dla ekranizacji twórczości imć Lema mechanicznej kanciastości. Ale fajno jest. Jeżdżę sobie autobusami i tramwajami wykorzystując kartę miejską z jej magnetycznym doładowniem dokładnie i sukcesywnie a słońce świeci mi w okular albo w plecy. W zależności od tego gdzie mnie akurat zepchnie wielki gruby borostwór z potężnym barkiem, w którym płeć pokrewną poznaję tylko po kwiecistej kiecce i różowym turbanie na sztywnym hełmofonie z trwałej ondulacji, pełniącym zapewnie dodatkową rolę wiatrochronu.

Czasem jeżdżę metrem. Wtedy w nic nie świeci bo trudno by miało z uwagi na tunele podziemne ale dudnienie samochodów z góry jest wytłumione śnieżną kołdrą, więc też doznania bywają przyjemne. I brakuje borostworów o potężnej budowie i zaciętości oblicza. W metrze za to więcej ludzi czyta książki, czuję zatem duchowe pokrewieństwo i przytulność przystojnego głosu spikera szemrzącego mi stylowym barytonem prosto do ucha ‚następna stacja… Pole Mokotowskie’. Ech. Dyskretny urok komunikacji miejskiej.

W pracy czas upływa niepostrzeżenie. Mniej ludzi, więcej pracy. Nowe polskie standardy. W przerwach myślę o B_S i o Hal co to się bidula była właśnie przeziębiła i dalej snuje się po mało przytulnej i pomocnej służbie zdrowia. B_S się trzyma. Twarda jest. Choć widzę, że w środku kłębek i galareta. W końcu znam ją szósty rok. Dzień w dzień z przerwą na weekendy i urlopy. Dzielna mała…

Nerwówka jakaś. Na szczęście nie biorę w niej udziału. Jestem obok. Jakaś dziwnie spokojna, że wszystko dobrze się skończy. Tak jak mi mówiłaś Pecha tuż przed piątą rano w niedzielę. Wierzę.

Właśnie B. poradził nam życzliwie by dzisiaj nie zbliżać się do czifa. Znaczy PMS spotęgowany poślizgiem na łączach. Drobne niedogodności natury elektronicznej, które w weekend – bardzo ważny handlowo okres – uniemożliwiły przepływ jakichś hiper-mega-giga ważnych raportów wywołują u szefostwa widoczny szczękościsk i drżenie podwładnych. Mości Przełożony, znany gdzieniegdzie jako Mężczyzna W Morelowej Koszuli stwierdził dość oględnie, że ‚ma pożar w burdelu’…
Staram się powtrzymać przed galopadą moją bujną niczym mchy i porosty w tundrze wyobraźnię. Przelotnego uśmiechu nie zdołałam.

Miłej zimy

2 uwagi do wpisu “Poniedziałek

  1. No zimę mamy piękną ale to nic w porównaniu z tym co się dzieje w moim rodzinnym domu gdzie moja siostra spędza przerwę semestralną w otoczeniu 80cm śniegu i nieustajacych jego opadach. Wiem że ulepiła ogromnego bałwana ja o tym (przy tych 5-10cm śniegu w wawie) mogę tylko pomarzyć. Szkoda odkrywać trawnik 🙂

    Polubienie

  2. No bo tak bedzie, jestem pewna, zeby to moje czucie podpowiadalo jeszcze numery w totku, to ja bym byla bardzo bogata niestety:)))
    Co nie zmienia faktu, ze dluza mi sie niektore godziny..

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s