Bo ja nie mam co na siebie włożyć

Sir Elton de Peruka nie mógł się zdecydować, w co ma się ubrać, więc odwołał spotkanie z prasą. Cóż. Urocze. A mnie się przypominają moje własne odwieczne problemy dotyczące jakże trudnych wyborów garderobianych. Co prawda więcej problemów wynika, gdy sytuacja przypomina przysłowiowego ‚osiołka wyborczego’. Bo czyż nie jest tak, że im mniej w tej szafie mamy, tym faktycznie mniej kłopotów decyzyjnych? Na to przynajmniej wskazywałaby stara ciotka Logika. Więcej ciuchów to więcej możliwości do zestawienia, zrozumiałe zatem, iż Sir Elton Jaś – właściciel zdecydowanie bogatszej niż moja osobista szafy – zasępił się srodze, wpadł w panikę i zwiał. Kiepskie nerwy mają ci sławni i wielcy show-businessu. Ja miałam z tym mniej problemu. Pamiętam, gdy jako podlotek piegowaty i zakompleksiony po czubki czerwieniejących cyklicznie uszu, zaczęłam się umawiać na pierwsze poważne randki. Też bywało wesoło. Kiedy to na przykład biedny i niczego nie świadom absztyfikaant czekał już przed domem wydeptując chodnik i nerwowo spoglądając na zegarek, młodociana wówczas Bajka po godzinach spędzonych na doprowadzaniu się do stanu ‚pokazywalności publicznej’ zaczynała już myśleć całkiem realnie o gwałtownej śmierci przez udławienie się gorącym kartoflem. A wszystko po cudownym pomyśle zrobienia się na bóstwo za pomocą maseczki marchewkowej, na którą to przepis wyczytała w mamutowym kalendarzyku Ewa. Jako osobniczce o wybitnie bladej, wymoczkowatej karnacji i upstrzonym piegami nosie, Bajce zamarzyła się bowiem lekko opalona, zdrowo wyglądająca cera, jaką – jak każda szanująca się czytelniczka kalendarzyka Ewa wiedzieć powinna – zapewnia właśnie zbawienna maseczka z marchwii. Właściwie zastosowana maseczka – dodać powinnam. Bo tamtego feralnego dnia Bajka maseczkę zastosowała… po swojemu. Co prawda napisane jak wół stało, że na facjacie trzeba marchewkową papkę trzymać DO 10 MINUT, jednak, że podlotek blady był niemiłosiernie, tedy ubrdał sobie, iż kolejne 10 minut a może i jeszcze następne a efekt będzie jeszcze lepszy i wręcz zniewalający. I był. A jakże. Po zmyciu burej brei, w jaką zamienił się upiększający w zamierzeniach specyfik, ukazało się… oblicze Winnetou odrodzonego metodą kuchennej reinkarnacji. Bajka była pomarańczowa i przerażona. W równym stopniu. Potem niebo rozstąpiło się, nastał chaos a ona spędziła upojne godziny na dzikich szlochach, tupaniu, gryzieniu paznokci i próbach doprowadzenia twarzy do czegokolwiek poza żywo oranżowym odcieniem. Po jakimś nieprawdopodobnie długim maratonie moczenia się w ogórkach i cytrynie oraz wyklinaniu kalendarzyka Ewa razem z mamuciną torebką, gęba była już tylko czerwona. Ale i tak nie trwało to długo bo Bajka zaraz zbladła. Kiedy tylko zaczęła się ubierać. Pierwsze czego można być pewnym gdy wkładamy ostatnią z ostatnich czystą i dobrą parę jedynych czarnych rajstop obecnych w promieniu 20 km przy oczekującym u bramy absztyfikancie i sklepach pozamykanych na głucho to to, że zaraz je podrzemy. Dziura zrobiła się chyba jeszcze zanim Bajka zdołała dotknąć drżącymi rękoma tego cudu przemysłu tekstylnego. Dziura jak złoto. Na samym kolanie. Wtedy pechowa randkowiczka była jeszcze zbyt młoda i niedoświadczona by znać te wszystkie przekleństwa, których w takiej sytuacji użyłaby dzisiaj. Ale przynajmniej zbladła. Nic dziwnego. Sukienka była już na swoim miejscu, młodzian niecierpliwił się przed domem, glany wypastowane lśniły w przedpokoju a tu taki kurde rajstop dziurawy. No kurka siwa no! Na szczęście w trudnych i dramatycznych sytuacjach Bajka zawsze wykazywała się sporym litrażem zimnej krwi i tryliardem pomysłów na minutę. Chwilami nawet dość dobrych. Sukienka była żółta a na składzie były też żółte rajstopy, w których wyglądała jak ósma córka Baby Jagi w barchanach i świeżo podarte czarne, eleganckie i ładne. Nie myśląc zbyt wiele założyła żółte, na nie zaś czarne i zrobiła im jesień średniowiecza w postaci kilkunastu solidnych dziur pazurem drżącym acz zdecydowanym na wszystko. Zasada wszystko albo nic towarzyszyła jej jak widać od zawsze. Potem nabrała powietrza, nastroszyła jeżową czuprynę i potuptała do uszczęśliwionego jej widokiem długopiurego gogusia. Inna sprawa, że wtedy był nią tak zauroczony, iż gdyby nawet wylazła w papilotach i jutowym worku, szczerzyłby się jak rasowy ratler ale to było zanim zdążył ją poznać 😉 Grunt, że randka się udała, Bajka została towarzysko skomplementowana za odkrywczość twórczą a ładnych parę lat później dowiedziała się, że to teraz najnowszy trend i mody krzyk w nurcie post-punk. Zabawne, bo wtedy jeszcze w Polsce panczury ograniczały się do skór, ćwieków i glanów malowanych plakatówką. Nieźle. Czuję się normalnie prowodyrką misji Drzyjmy Rajtki. I pomyśleć, że to wszystko przez marchewkę 😉

Napęd antygrawitacyjny?

Tak kolacyjnie i śniadaniowo zarazem, czyli o chlebie z masłem. Mam zasępa. Bo skoro wiadomo, że kromka spadnie zawsze tą posmarowaną stroną do dołu, to co otrzymamy, gdy posmarujemy ją masłem z obu stron? Nie spadnie wcale i będzie małym perpetum mobile? Spadnie na któryś z nieumaślonych brzegów niwecząc tym samym sens popularnego przeświadczenia? A może otrzymamy po prostu stuprocentową pewność w rachunku prawdopodobieństwa, że spadnie masłem w dół, bo spaść musi? Ot zagwozdka 😉

No tośmy sobie popracowali…

… powiedziała Bajka klepiąc się po puk-pukowej koszulce mocno wybrzuszonej w wiadomych okolicach. Pani Doktor zobaczyła moje wyniki, przybrała blady a poważny wyraz twarzy i kategorycznie nakazała placka przez kilkanaście godzin na dobę. Niestety leżenie a nie spożywanie wyżej wzmiankowanego. Szkoda wielka bo najbardziej lubię ze śliwkami. I z kruszonką. W związku z tym, że ona sobie nie życzy żebym pracowała, nie pozostaje mi nic innego niż nie życzyć sobie także. Wypisała zwolnienie i kazała się pilnować, obserwować, nasłuchiwać i uważać. Myślę, że chciała mnie przestraszyć ale nie przebrała się za Draculę to i jej nie wyszło. My z Lokatorem póki co jesteśmy spokojni. Mamy własną teorię spiskową Białych Fartuchów Na Tropie Wielkich Tragedii. Wychodzimy z założenia, że pomartwić to się jeszcze zdążymy a teraz robimy wszystko by się nie stresować bardziej niż potrzeba. Nie ukrywam oczywiście, że pobyt w domu ułatwi to nam bardzo. Tylko jak ja mam samą siebie przekonać, że kiedyś w końcu trzeba to tempo życia zwolnić? Chyba potrzebny będzie większy młotek. Na razie uprasza się o dobre myśli w nadmiarze, pomoc w zwalczaniu hormona co to mnie strzela znienacka i ogólnie pojętą cierpliwość. Wyruszam na podbój świata skurczów i bulgotów. Bez akwalungu i bez netu. jak nam Thorr nie zastrajkuje to notki będą. Chyba, że wena też pójdzie leżeć. Na inny oddział.

No to bą włajaż dla nas obojga i machajcie mocno.

(Tu miejsce na buzial okolicznościowy)

Bajka i Obcy,
pierwszy pasażer na gapę

Dodatek nadzwyczajny esemesowy:

– Jak tej doktorce? Kupie jej kfiotka za to, że cię tak sprawnie spacyfikowała.
– Anna 🙂
– Wiedziałam 🙂
– Ja też, ostatnio jak u niej byłam to też tak miała 😉

Dziś

Dziś jest niesamowicie ważny dzień.

Bzubza poszła do zerówki. Teraz będzie już naprawdę dorosłą panną. I nie da się już wmówić jej, że jest inaczej. Ani mnie. Aż się boję tego upływu czasu. Pamiętam gdy była tak malutka, że mieściła mi się dokładnie pomiędzy zagłębieniem łokcia a dłonią. Na dłoni ufnie trzymała opadającą z zaspania łysą głowę a z obu stron łokcia zwisały mi jej serdelkowate niemowlęce nóżki. I lubiła ‚Do Ani’ w formie kołysanki. Teraz odzwyczaiłyśmy się od siebie. Już nie robi mi malinek na szyi i nie haftuje uroczych plamek z kaszki na ramieniu. Teraz ja jestem Ciotka a ona jest Duża. Granice zostały ściśle i nieodwracalnie wyznaczone. Pamiętam, że strasznie kiedyś zazdrościłam Siostrzycy, że ma taką Bzubzę. Potem Motyla.

A teraz już niedługo będę miała Lokatora. Niby własnego a odrębnego ode mnie zupełnie. Autonomiczne państwo w państwie, które pierwsze co zrozumie całkiem na serio, to to jak być asertywnym, mówić ‚nie’, ‚ja’ i ‚chcę’. Bo ja tylko pomagam przecież. Noszę, ochraniam, karmię i dbam. Po to, by mógł być zupełnie sam i dla siebie. A kiedyś być może dla kogoś jeszcze. Z chwilą gdy się pojawił, już zaczął żyć na własny rachunek. Ja tu tylko sprzątam. Póki co. Warto to zrozumieć. Wtedy nie nadużywa się znaczenia emocji w pojęciu ‚moje dziecko’. Bo to przecież nie kwestia przynależności. Raczej frazeologii. Pewnie, że tak się mówi, też tak będę mówić. Ale wolałabym nie być smyczą i kagańcem. Wolałabym być drogowskazem, który można zignorować… albo wybrać. Ważne, że to nasza własna decyzja.

Dzieci rosną szybciej niż nasze wyobrażenia. Im łatwiej zaakceptować zmiany. Nam coraz trudniej. Od dziś Bzubza w zerówce. Dorasta w tempie, które wymaga ode mnie refleksji. Raptem parę lat i któregoś pierwszego września to ja będę się denerwować jak dziś Siostrzyca. I jakąś łezkę ocierać ukradkiem. Jak to matka. Mało zrozumiałe dla tych, co to mówią mi jak bardzo się zmieniłam. Całkiem dla tych, co wiedzą, że to sytuacja, nie ja. Bo to w nich, nie we mnie. To inni nie umieją się przestawić, że mimo mamutowania można być nadal… sobą.

Dziś jest też ważna rocznica, o której często zapomina się w ferworze walki z przygotowaniami do nauki w szkołach, czyli ubiorowo-podręcznikowo-kwietnymi przepychankami. Ja nie zapominam, ale też ten dzień zdominowały mi moje osobiste sklerokarteczki. Powrót do pracy ‚jeszcze na trochę’ (bez komentarza za to z wieloma myślami), czy poranna cienka brązowa linia od pępka w dół – znak, że już niedługo sie przywitamy drogi Obywatelu. Już bliżej niż dalej nam do siebie. I uczucia mieszane jak niezły koktajl.

Dziś jednak najmocniej skupiam się na trzymaniu kciuków i przesyłaniu najcieplejszych myśli komuś bardzo ważnemu w mojej rodzinie. Bo dziś najtrudniejszy chyba dla niego dzień. I nie tylko dla niego. Mam nadzieję, że jest tak silny jak zawsze. I że wszystko będzie dobrze. Trzymam więc.

Chciałabym móc więcej.

Wyniki sondy

function ResultWindow(my_win_param) { window.open(„http://www.sonda.pl/wait.php3″,”sondaplwin”,my_win_param); return false; }

SONDA
Latem

piwo jest ciepłe, kobiety spocone a komary żrą jak oszalałe
…nic mi się nie chce… ciągle bym tylko spał…
lepiej nie jeździć środkami komunikacji miejskiej… najlepiej w ogóle nie jeździć środkami
najchętniej wyjechałabym(-łbym) na Seszele i dała się porwać jakiemuś przystojnemu lawdżojowi (bądź przystojnej Miss Oczytania)… na strzępy
noszę różowe podkolanówki, ciemne okulary po zmroku, mam rozległy tatuaż na lewej łydce, jestem trędi, glamur i nie wiem co robię na tym blogu
topię się jak te hektolitry lodów co mi się śnią po nocach
marudzę
jestem szczęśliwy(-a)
tradycyjnie mam wszystko w dupie

Poranne randez-vouz z pigułami

– Może ja zaproszę panią na leżankę?
– Aż tak źle wyglądam?
– Nie no kwitnąco oczywiście ale wolałabym by nie upodabniała się nam pani do ściany
– Już jestem zielona?
– Zdecydowanie. Chyba skala nagłego blednięcia jest w tym wypadku za mała
– No to ładnie
– Prawda? Ale za to z takim ciśnieniem to pani nie powinna już w ogóle oddychać, więc dodam, że zielona i twarda
– To faktycznie ściana. To gdzie ta leżanka?

Potem miła Siostra Biały Fartuch włączyła mi wiatraczek i… zasnęłam. Na godzinę. Czyli akurat na tyle ile było trzeba, by po wypiciu tego obrzydlistwa, które tak usilnie starałam się pozostawić w pustym jak portfel żołądku, ponownie pozbawić mnie paru fiolek cennych erytro-, leuko- i trombocytów zanurzonych w osoczu. Mam serdecznie dość wstawania o 5.30, honorowego sikania jeszcze przez sen do plastikowego słoiczka (mogliby dla urozmaicenia robić różnokolorowe zakrętki), niekończących się wędrówek, wydeptywania burego linoleum w poczekalniach,skierowań, świstków i próbówek, zastrzyków, wybitnie miłosnych i absolutnie niezjadliwych eliksirów, i tego, że już mam dość też mam dość. Lokator Z Dolnego Piętra wdzięcznie i z upodobaniem masakruje mnie od środka nocami. Normalnie Karate Kid 8 i 3/4. Ostatnio wyraźnie uwziął się by mi udowodnić, że potrafi skakać jak na batucie. Fajnie stary, naprawdę czuję się zaszczycona posiadaniem w swoim wewnętrzu tak zdolnego dziecka. Tylko to sikanie co godzinę mnie z lekka wykańcza. Ale czego się nie robi dla potomnych. Zwłaszcza gdy tak dbają o właściwe funkcjonowanie naszych nerek. ‚Śpisz matka? To bach w nerę i potrójny Tulup. I już nie śpisz’. Jest bosko. W snach odpinam sobie brzuch, który mam na suwak i biegam po łące. Potem się budzę i akurat starcza mi czasu na dotarcie do miejsca przeznaczenia. Na biegi nie mam siły ani ochoty. Rozważałam nawet ostatnio skorzystanie z pobliskiej donicy z palmą bo nigdy jej nie lubiłam ale nie będę aż tak okrutna. Ech. I kto to twierdził, że ciąża to taki wspaniały i błogosławiony stan? Hę? Z ochotą się z nim podzielę doznaniami. Pocieszam się, że to już niedługo. Mamut jest wredna jak zwykle i twierdzi, że później to się dopiero zacznie ale mam nadzieję, że to co się zacznie nie sprawi, iż zostanę seryjnym mordercą parkowych wiewiórek. Albo kimś jeszcze gorszym. Na razie okazało się, że do spiskującego w sprawach paczkowych Listonosza dołączyli Mamut i Zdzich. Normalnie mnie wcięło. Wroga na własnej piersi wyhodowałam. Dość wątłej piersi zresztą. Otóż wywęszyłam, że przetrzymują coś w zamknięciu i kategorycznie odmawiają ujawnienia. Nie pomagają prośby, groźby ani kiszone ogórki. Udało mi się dowiedzieć tylko tyle, że to nie żyje, więc nie zemrze na suchoty nim je poznam, jest przeznaczone dla małoletniego, którego parę miesięcy temu nieopatrznie połknęłam, jest białe, ma szczebelki i jest prezentem od zakręconych w radzieckim-termosie. Nie będę udawać głupszej niż jestem ani tego, że nie domyśliłam się po tym opisie co się w niewoli kryje zatem powiem tylko… dziękuję Wam bardzo kochani… Myślę, że mój Syn choć jeszcze nie bardzo jest tego świadom, będzie bardzo szczęśliwy, że są ludzie, którzy tak ciepło o nim myślą i dbają by Mu niczego nie brakowało. To na prawdę bardzo dużo dla mnie znaczy. Nie będę więc się wzruszać ani zastanawiać się jak bardzo mi głupio i się po prostu najzwyczajniej w świecie ucieszę. Tak od ucha do ucha. O!

Tylko kiedy szanowni Rodziciele pozwolą mi to łóżeczko zobaczyć?

Ej przeleciał ptaszek

Listonosz to mnie chyba nie lubi. Pewnie w poprzednim wcieleniu był moim mężem. Albo żoną. Bo to baby są gorsze i zaciekłe jakby bardziej. W każdym razie mamy taką niepisaną umowę, której jedynym wnioskodawcą, zatwierdzającym i wykonawcą jest on sam. Umowa polega na tym, że gdy moja obecność w domu jest w jakikolwiek sposób widoczna – otwarte okno, świeżo podlane kwiaty, mrucząca Stefan na parapecie, czy też moje stopy wystające z trawy przy okazji kolejnej książki – wówczas Pan Z Torbą omija Mamutowo łukiem szerokim a znaczącym. W skrzynce wieje halny i mieszkać tam zaczyna samotny pająk, wielbiciel mocnych wrażeń. Wystarczy jednak, że zdrzemnę się na momencik w ciągu dnia, pójdę do sklepu czy ogrodu a już pod furtką widać jeszcze świeże ślady rowerowych opon. W skrzynce zaś radośnie szeleszcząc wita mnie awizo. Niby wszystko ładnie, pięknie i z marmoladą ale szkoda, że kurka siwa poczta jest hektolitr potu i godzinę turlania stąd. Autobusem 20 minut i jeszcze z buta dychę. Przy braku Lokatora uwieszonego na kręgosłupie i przyległościach (pęcherzu zwłaszcza) spacerek bywa bezproblemowy, ale w obliczu zaistniałych gabarytów i dalszego ciągu lata robi mi się dziki wkurw nawet w okolicach kostek. A może zwłaszcza tam. Najwyraźniej Jaśnie Listonosz wychodzi z założenia, iż przyda mi się ścieżka zdrowia. A już na pewno, gdy ma dostarczyć mi jakieś książki, czyli najczęściej. Bo i po co ma biedak dźwigać jak ja mogę. Uroczy Pan Z Torbą ma u mnie aktualnie tyle krech i tak równo zagrabione, że już nawet nie życzę mu oznaki szczęścia ze strony wszędobylskich ptaszków obsiadujących zazwyczaj równo wszelkie przewody ponad chodnikami w Mamutowie. Jestem przekonana, że gdy go spotkam albo choć zlokalizuję sama skłonię jakiegoś dziobaka do podzielenia się z nim obiadem – czy to przy pomocy telepatii, czy łagodnej perswazji, czy wreszcie metodą wyżymaczki. Strzeż się więc Panie Listonoszu. Straż okienna czuwa. Poza ostrzeżeniami dla Torbacza co się ze mną w berka kucanego bawi chciałam zakomunikować, że na poczcie się rozpłakałam. Jak rasowa ciężarowka hormonów. Bo nie dość, że nikt mnie nie lubi, nie kocha i o mnie nie pamięta, i jeszcze ten Listonosz po mistrzowsku bezszelestny, i znów wzruszam się na reklamach… to jeszcze ta małpa Madzix śmiała zepsuć moją koncepcję wstrętnego świata i egoistów na nim żyjących. Przysłała mi paczkę. Taką z tryliardem znaczków bo z Irlandii. A w paczce były najśliczniejsze na świecie ubranka dla najmniejszego i najukochańszego mężczyzny jakiego wkrótce poznam. No małpa no. Jak ona mogła… To ja z tego miejsca Ci Madzix podziękuję… I buziaki… I w ogóle, chochana jesteś… Chlip…

A świat może mnie cmoknąć w pompkę. Z dubeltówki. Teraz idę smażyć placki z naszych ogrodowych antonówek, siąkać nosem do tekstyliów i gadać o manikiurach ze Stefanem. Ją też hormon nagły strzela. W końcu ma pięcioro czworonożnych i miauczących dzieci za jednym razem. Cud, że jeszcze nie osiwiała po sam koniec ogona.

Zabawy pozorne

Ludzie mawiają, że noc nigdy nie jest tak ciemna, byśmy nie mogli się w niej przejrzeć. Mądrzy ludzie dodają, że najlepiej przeglądać się w cudzych oczach. Bo prawda jest taka, że mało rzeczy w nas samych potrafimy dostrzec. A już najmniej gdy myślimy, że wiemy o sobie wszystko. O obiektywizmie nawet nie wspominam, bo te oceny innych też mocno subiektywne są – jak to oceny – ale fakt faktem, że bardziej miarodajne niż własne zdanie na swój temat. Chyba, że ktoś ma tak doskonałe zdolności kreacyjne i solidnie wyselekcjonowane otoczenie, że jest w stanie ‚wcisnąć’ ludziom siebie takiego jakim chciałby być. Bo nie jest. Nie musiałby udawać. Wtedy ma szansę na Oskara za najlepszą rolę pierwszoplanową w dziedzinie codzienności. Ale prędzej czy później wyłazi taka krzywo dopasowana podszewka jak wszystko co sztuczne i na pokaz. Najlepiej być naturalnym i nie udawać kogoś kim się nie jest. Pozerów i tak jest multum, więc zbędne jest dokładanie własnej osoby do takich łańcuszków. To co w nas siedzi z reguły widać. Jeśli nie od razu to zapewne przy bliższym poznaniu i konfrontacji. Kim więc jesteśmy i jacy jesteśmy? To może banalne ale najlepiej spytać innych. Takich co to już zdążyli nas poznać w różnych sytuacjach. Nie tylko w tych, które starannie zaaranżowaliśmy. Sami jesteśmy z reguły w stanie powiedzieć o nas w kwestii chęci, pragnień i oczekiwań. Mówić – jestem towarzyski i otwarty – bo takim stać się chcielibyśmy. Dążymy do tego i czasem się udaje ale nie zawsze. W tym wypadku powiedzenie: ‚jak cię widzą tak cię piszą’ nabiera dodatkowego wyrazu. Wystarczy odwrócić kolejność. Chcesz naprawdę wiedzieć jakim jesteś człowiekiem? Spytaj. A im więcej osób w grupie badawczej tym lepiej. Bo każdy widzi i ocenia nas nieco inaczej i w nieco innych kategoriach się do nas odnosi. A warto poznać czasem szerszy horyzont myślowy. Inna sprawa, że takie przeglądanie się w lustrze cudzych oczu też powinno się stosować z umiarem. Żeby ślepo nie sugerować się zdaniem jednej czy dwóch osób a pozostać sobą i umiejętnie wyciągać z takich sytuacji wnioski. A trzeba przyznać, że takie opinie potrafią niekiedy nieźle zaskoczyć. Ja to lubię ale są tacy co wolą łudzić się dorabianiem ideologii do papieru toaletowego. Kiedyś na studiach spotkałam się z opinią, że lepiej być nonkonformistą, nie ulegać wpływom i nie interesować się tym co myślą o nas inni. Dla mnie to mylenie pojęć i zwykły cykor bo a nóż widelec wyda się, że my nie tacy jakimi próbujemy innym się sprzedać. Nie znam osoby, której by to tak naprawdę kompletnie nie interesowało. Może tego nie przyjąć, może zignorować, ale zawsze jest ten element ciekawości i chęci poznania samego siebie z dystansu obcego organizmu. To akurat zdrowe i nie do końca rozumiem czemu tak wielu z nas wstydzi się do tego przyznać. Mechanizm zaprzeczania rozwinął się u ludzi niemal automatycznie i czasem tylko bawi mnie gdy uruchamia się jeszcze przed wybrzmieniem pytania. Dla chętnych co tak jak ja lubią widzieć i wiedzieć więcej niż minimum programowe nakazuje są bardzo interesujące zabawy, co tylko z pozoru są zabawami. Jedna z nich polega na tym by w gronie znajomych wytypować osobę zgadującą. Taki delikwent oddala się na chwilę a w tym czasie reszta ustala o kim będą rozprawiać. Może to być dowolna z zebranych osoba, nie wykluczając odgadującego. Potem ‚wygnaniec’ wraca i zadaje pytania porównawczo-opisowe, które mają mu ułatwić zadanie i naprowadzić na trop. Pytania mogą być przeróżne: gdyby ta osoba była kolorem to jakim? albo jakim drzewem, zwierzem czy zjawiskiem? jaką wodą, jaką muzyką czy potrawą? jakim domem, kształtem czy dniem tygodnia? w jakiej przestrzeni najlepiej by się czuła? jaki stanowiłaby charakter pisma? Przykłady można mnożyć bez końca. Zabawa ta jest nie dość, że bardzo cenna dla takiego ‚omawianego’ i sprawdza na ile dobrze znajomi się znają wzajemnie to jeszcze bywa fenomenalnie śmiechogenna. Pełne zaskoczenie i zwroty akcji gwarantowane.

Możecie zacząć ode mnie 😉

Patio De Los Naranjos

No i stało się. Lato w końcu zastrajkowało, słońce za chmurami, niebo poszarzało jak pranie w zwykłym proszku a temperatura pokazała brzydki gest Kozakiewicza i się oględnie rzecz ujmując wypięła. Obecnie obniżyła loty i niebezpiecznie zbliża się do tej warstwy, za którą ja zmarźluch wybitnie nie przepadam. Jeszcze trochę i będzie trzeba zakutać się w swetry i płaszcze. A potem to już plucha. Chandra perspektywiczna mnie dopadła i jakoś nie daje się przekonać, że pomyliła adresy. Walczę z nią jednak zaciekle wyznając zasadę, że duży może więcej, więc i z panią perspektywiczną sobie poradzi. Podczytuję ‚Dziewczynę z pomarańczami’ Gaardera i odnajduję tam zaskakująco dużo zbieżności myślowych. Też zawsze wydawało mi się, że ‚Cyganeria’ to mieszanka miłości z gruźlicą. Poza czytaniem i pielęgnowaniem w sobie niechęci do zimna poświęcam się bez reszty zajadaniem się winogronami, gruszkami i kosmiczną ilością śliwek. Zastanawiam się nad startem w jakimś konkursie na najżarłoczniejszego owocowego potwora. Sądzę, że miałabym niezłe szanse. A tak przy okazji – zastanawiam się, czy da się zjeść standardowego pączka z lukrem bez oblizywania ust? Chyba zrobię jakieś zawody. Ale wydaje mi się, że to po prostu niemożliwe. Choćby człowiek nie wiem jak się pilnował wystawi ozór i podda się odruchowi. Z równie ciekawych rzeczy ostatnio śniło mi się, że wystąpiłam na gościnnych występach w gęstym lesie jako drwal. Ubrana w pomarańczowy kombinezon i żółte gumiaki szalałam z piłą tarczową a następnie liczyłam słoje w ściętych pniakach. Całe szczęście, że obudził mnie solidny lokatorski cios w nerkę, bo nigdy nie byłam dobra w rachunkach i pomyliłabym się w pierszym milionie. Z Lokatorem Z Dolnego Piętra żyjemy w iście obywatelskiej komitywie. Ja oczywiście w tym związku nic nie mam do gadania. W dzień brzuch śpi, w nocy prezentuje zaś całe spektrum możliwości. Ciekawe, czy to się kwalifikuje pod przemoc w rodzinie. Ale założe się, że i tak ‚najlepsze’ dopiero przede mną. Mam nadzieję, że nocny tryb życia to taka zmyłka taktyczna tylko i większej części diabelskiego temperamentu po szanownej swej mamusi nie odziedziczy. Na koniec dodam tylko, że oboje najlepiej czujemy się w wannie. Najgorsze jest jednak to, że wyżej wymienionej nie posiadamy. Będę zatem wpraszać się do znajomych z takimż łazienkowym wyposażeniem na herbatkę i uprzednio naprawiać samochodowe silniki, żeby być usprawiedliwioną w swych działaniach. Lojalnie uprzedzam. A jak mi się skończą znajomi to zatrudnię się jako hydraulik i będę się barykadować na godzinę metodą małpy w kąpieli. Tak czy inaczej lubimy wodę. Z pianką najchętniej. Pomandarynkową.

Ps. Czy w siódmym i ósmym miesiącu ciąży można zaśpiewać z chórem partię solową dla sopranów na koncercie i festiwalu? Podpowiem tylko, że odpowiedzi są dwie i ta przecząca nie jest prawdziwa. Życzcie mi szczęścia. No i więcej słońca.