Owocowo

Wygrzewam się w pozostałościach letniego słońca. Całkiem go sporo zresztą. Tylko wieczorami już czuć chłodny podmuch. Jesień tuż za rogiem. Ale zanim wyjdzie to jeszcze trochę piegów nałapię. Apetyt mi jakoś zasnął. Zajadam się raczej owocami. Ale może to i dobrze. Wystarczy, że lustro się nieznacznie krzywi. Oczywiście udaję, że go nie rozumiem ale nader wyraźnie daje mi do zrozumienia, że ten przyrost masy to nie złudzenie. Cóż, nie ukrywajmy. Wyglądam jak gigantyczny balon. Tak też się czuję. Tylko nie tak lekka i ulotna jestem. Sądzę, że nawet halny nie dałby rady porwać mnie do tańca. Turlać bym się za to mogła koncertowo. Puchnę systematycznie i zaczynam podejrzewać, że jeszcze chwila a poczuję co znaczy być purchawką. Jakby ktoś nie kojarzył to takie kuliste i obleśne twory leśne o rozmaitych średnicach. Moja jest bardzo solidna. Nie muszę nawet używać centymetra by się o tym przekonać. A jeszcze jakby tego było mało ostatnio kolega Adam – znany ze znakomitych porównań – przywitał mnie ostatnio jak na dżentelmena przystało:

– Cześć Bajka. Ale arbuza to się kroi przed połknięciem!

Miał szczęście, że w zasięgu mojego wzroku nie było żadnych ciężkich przedmiotów 😉

Bajka trójwymiarowa

'Przejdźmy do środka, komary rypią'

Byłam wczoraj na ognisku. Ot tak. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo byłam w życiu na tak wielu ogniskach, że pewnie mam na sumieniu niejeden las w odpowiedzialności zbiorowej. Ale to ognisko było wyjątkowe. Postanowiłam bowiem wziąć sprawy w swoje ręce i zwołałam akcję o wdzięcznie brzmiącej nazwie ‚Bajkonur’. Cała zabawa polegała na tym, że na ognisku nagle znalazła się równo dwudziestka osób płci obojga prezentująca mniej lub bardziej (z przewagą opcji numer dwa) okazałe brzuchy ‚ciążowe’. Taki happening w ramach integracji ze mną i Lokatorem z Dolnego Piętra. Żebyśmy nie czuli się osamotnieni, wyobcowani i przy okazji żeby także inni mogli poczuć na własnej skórze jak to jest posiadać własną oswojoną lustrzycę i nie móc sobie z dawną werwą bezproblemowo zawiązać sznurówek. Albo bez zbędnej ekwilibrystyki podnieść coś z podłogi. Wybornie wyglądały takie męskie ‚mamuśki’ z trzydniowym zarostem i puszką piwa w dłoni. Panie znacznie lepiej to zniosły. Panom przprzeszkadzało znacznie więcej – począwszy od ograniczenia wzrokowo-ruchowego a na uwierających stanikach wypełnionych skarpetkami skończywszy. Jednak znieśli to dzielnie i po rycersku. Ogłaszając akcję ‚Bajkonur’, będącą jednocześnie konkursem, napomknęłam, że liczę na pomysłowość. Nie sądziłam jednak, iż będę miała do czynienia z aż tak olbrzymią inwencją twórczą. Patentów na brzuch i wygląd rasowej ciężarówki było wiele. Od balonów, plecaków i swetrów podwiązanych fachowo bandażami po plastikowe miski kąpielowe i dziecięce koła do pływania w kształcie żuczka z czułkami. Panowie przywdziali olbrzymie ogrodniczki i zwiewne peniuary, panie zaś obszerne podomki i urocze sweterki. Śmiechu było co nie miara. Zwłaszcza gdy posapując i postękując wtoczyliśmy się watachą na ognisko domagając się od zbaraniałych nieznajomych ogniskowiczów miejsca dla ciężarnej. Na koniec jako pomysłodawca i organizator rozstrzygnęłam konkurs na brzuch, który mnie zachwycił. Wybrałam kilku finalistów bo decyzja była naprawdę trudna i żeby było jeszcze trudniej wyznaczyłam trzy konkurencje. Pierwszą była scenka tramwajowa, w której delikwent-brzuchacz ma za zadanie przekonać dwie zatwardziałe a dziarskie plotkujące staruszki do ustąpienia im miejsca w tym dusznym i przepoconym środku komunikacji miejskiej. Było to o tyle trudne, że jedną ze zgredziałych pań byłam ja a moja towarzyszka równie świetnie robiła minę wściekłego pekińczyka. Opcji było wiele i każda bardziej pomysłowa i zabawniejsza od poprzedniej. Druga konkurencja polegała na zaprezentowaniu najlepszej metody na niemowlęcą kolkę. Prezentacje odbywały się na balonie i dodam tylko, że jedna zakończyła się sukcesem tak dużym, że wyżej wymieniony nie wytrzymał i… pękł. Mam nadzieję, że Krzyś opracuje jednak nieco mniej drastyczny sposób. Trzecią konkurenją była runda honorowa z bólami krzyża i tańcem rozmaitym. Doprawdy nie jestem pewna czy z takim prawdziwym brzuchem dałoby się tańczyć break-dance z takim powodzeniem ale jestem pełna podziwu. Wyobraźnia finalistów nie znała granic a mnie i resztę publiczności do dziś bolą ze śmiechu mięśnie brzucha. Reakcja na nagrody też była boska. Nie mogłam się zdecydować – tak wysoki był poziom uczestników – więc po głosowaniu za pomocą natężenia oklasków wybrałam dwoje zwycięzców. Kasia w hipisowskiej sukience i z plastikowym brzuchem ‚miednicowym’ dostała rękawki z rybkami do pływania a Pączek z ciążą plecakową i najlepszą metodą na borostwory tramwajowe otrzymał niebieskie wiaderko i łopatkę. Sama radość. A i przy okazji bardzo wychowawcze i rozwojowe ćwiczenie. Na dobranoc wszyscy zgodnie stwierdzili, że bawili się świetnie. Ja również. Niesamowicie było obserwować tyle przyszłych ‚mamuś’ w akcji.

Bardzo lubię ogniska. Takie z kiełbaskami pieczonymi na długich badylach, z gitarami i śpiewami do późnej nocy. I z brzuchami też 😉

Inny świat

W przyrodzie to jednak równowaga być musi. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Tak jak nie można mieć kompletu w myśl zasady: albo rybki albo akwarium, tak posiadanie balastu w postaci dziecka, bądź też brzucha z dziecięcą zawartością upośledza zdolność potencjalnej matki do jako takiego funkcjonowania w towarzystwie osób, wśród których dotychczas funkcjonowała bez zarzutu. Przynajmniej zdaniem tychże osób. Całkiem jakby wraz ze wzrostem obwodu w tali ubywało mi… No czego? Sama nie wiem. Na pewno znajomych. Usłyszałam nie tak dawno stwierdzenie: ‚bo ty to masz teraz zupełnie inne problemy, w innym świecie żyjesz’. Co ciekawe wypowiedział to ktoś kogo swoimi kłopotami nie obarczam w nadmiarze. Raczej wcale. Ot po prostu zaoczna etykietka, że jak się ma dziecko – albo mieć je będzie – to nie widzi i nie czuje się już nic poza nim. Koniec dotychczasowego życia, początek bycia na marginesie. Na pewno towarzyskim. Jakoś zawsze mierziło mnie gdy ktoś próbował chodzić w moich butach, podejmował za mnie decyzje mnie dotyczące, z góry zakładał sobie plan co do mojej osoby i punkt po punkcie go realizował. Wolałam sama. Bez sznurków, lalkarza i scenariusza. I dotąd wydawało mi się, że akurat do tego mam prawo. A tu niespodzianka. Mam kredowy obrys i szlaban na jakiekolwiek ruchy odbiegające od standardu. Może i ktoś kiedyś ustalił, że z chwilą podziału zygoty zmienia się wszystko ale ja bym jednak z nim trochę popolemizowała. Bo może i zmienia się, całkiem sporo nawet, ale na pewno nie wszystko. I na pewno nie dlatego, że ktoś tak sobie wymyślił. Nie ma też całkiem innych problemów. Po prostu do tych starych, już oswojonych dochodzą nowe. Wszystkie zmiany życiowe coś znaczą, ale nie zmienia się osoba, która je przeżywa. Nadal mam takie same potrzeby, nadal lubię to co kiedyś, nie dostałam pypcia na języku ani nie umarłam. Skąd więc takie grzebanie żywcem na wysypisku? Nie mam pojęcia. Ale jakoś ciężko to zrozumieć. Nowe to nowe ale czy od razu musi wypierać to co stare? Wszak jedno i drugie może istnieć obok siebie i jednocześnie razem. Role społeczne nadal wolałabym wybierać sobie sama. Bez ostracyzmu i myślenia za mnie. Nadal to potrafię. Choć może nie wyglądam. Ale pozory mylą a i tak zawsze znajdą się mądrzejsi co dla mojego dobra zdecydują za mnie. Żebym się nie przemęczała. Bo przecież ze mną to już na pewno rozmawiać nie ma o czym. Aj kju mi zapewne spadło do poziomu rzeżuchy i przeszłam lobotomię. Nie czuję się wybrakowana przez to, że spodziewam się dziecka. Tylko trochę dziwnie mi z tym, że otoczenie życzliwie daje mi do zrozumienia, iż tak właśnie czuć się powinnam. Nigdy nie nadawałam się do skalnych ogródków i sztywnych ram. Duszno i klaustrofobicznie. Nic dziwnego, że jedyna pewna droga z każdego getta prowadziła przez okno.

Zmienna i jej Wektor

'że nie umiem na skrzypcach grać'

Jednak jadę. Wbrew fizyce i wszystkiemu wokół. Lokator z Dolnego Piętra się ugrzecznił, koty się utuliły i zanosi się na to, że tym razem przetrwają. Cała czwórka ze Stefanem na czele. A i Mamutom przyda się odpoczynek od nocnych pobudko-dreptanek łazienkowych. Siedzę sobie w pociągu, słucham nocnych opowieści i coraz bliżej jestem morza. Będę przebywać w miłym i życzliwym nam towarzystwie, leżeć i czytać dobre książki, w wolnych chwilach śpiewać, wdychać jod, zajadać się rybkami, przyglądać się falom i światu. Za jakieś dziewięć godzin będę na miejscu. Liczę na pogodę. Tę na zewnątrz. Bo pogodę ducha trzymam na odpowiednim poziomie. Mimo wszystko. W końcu kłopoty kłopotami a spokój się przyda. Zwłaszcza ten święty. Tym bardziej, że niedługo może wystąpić pewien deficyt. Tak więc życzcie mi słońca i braku powtórek z rozrywki. Pozbieram dla was wspomnienia. Razem z muszelkami.

Buziaki na strunach szyn.

Bajka & co

Oczko, czyli Paka się skiepściła

Dwudziesty pierwszy przegląd kabaretowy w Krakowie niestety mnie rozczarował. Liczyłam na dobrą zabawę, jak na tę imprezę i to miasto przystało. I niestety przed całkowitym rozczarowaniem uratowało mnie kilka zaledwie stałych elementów kabaretowego ekosystemu. Na temat laureatów się nie wypowiem bo mnie jakoś Neonówka zwojów nie rozjarzyła. Ale jako blondynka mam prawo śmiać się z rzeczy innych niż publiczność, albo też w całkiem innych momentach. A w tym wypadku zbyt często nie śmiałam się wcale. I jakoś zbyt często ziewać mi się chciało.
Ogólnie Paka była w moim subiektywizmie kategorycznym do bani a hip-hopowe zajawki wyszły co najmniej marnie.
Nie chcę być zbyt brutalna, więc poprzestanę na takiej ocenie.
Tradycyjnie przed śmiercią z hiperwentylacji uratował mnie Piotr Bałtroczyk, który ma wrodzony talent i standardowy zestaw: Kabaret Moralnego Niepokoju, Koń Polski, Ani Mru Mru i Hrabi. Z repertuaru byłych reprezentantów Potem pochodzi też mój osobisty hicior tegorocznej Paki:
– Gieniuś, patrz jakie piękne Karaiby
– Na kredowym to i Bytom ładny

Tym optymistycznym akcentem pozdrawiam Ślązaków i mówię wszystkim ‚dobranoc’

Trzynastego

Z okazji soboty czujemy się już znacznie lepiej. Oboje. Jak na zgrany tandem przystało. Gorączka i ciśnienie spadło do stanu zadowalającego wszystkich mniej lub bardziej zainteresowanych. Antybiotyk i inne siuwaksy grzecznie łykamy i mamy nadzieję na brak bisów. Przynajmniej jeszcze przez kilka tygodni. Jesteśmy już w domu i właśnie korzystamy z tak nielicznych ostatnio promieni słońca, które dzisiaj stwierdziło, że jednak ten swój okrągły kuper pokaże i przygrzeje. Całe szczęście bo już myślałam, że pora na jesienne kurtki i płaszcze i żółte kalosze. Podwójnie całe szczęście bo kurtkę co prawda jesienną posiadam – w odróżnieniu od płaszcza – ale niestety w rozmiarze satysfakcjonującym mnie i ją wówczas, gdy w miejscu tali miałam talię, nie zaś krągłą i wybrzuszoną ‚stówkę’. Kaloszy zaś nie mam nawet brzydkich i zielonych, nie mówiąc nic o żołtych, które tak sobie ubrdałam popisowo. Odpoczywamy sobie więc we dwójkę z Obywatelem co to się tak spieszyć raczy celem uzewnętrznienia ogólnego i nie zważa zupełnie, że matka jeszcze niegotowa i musi pomarudzić jeszcze dwa miesiące by krew otoczeniu zatruć całkowicie. Odpoczywamy i udajemy, że leżymy. Znaczy staramy się jak nie wiem co ale to strasznie trudne jest wypełniać te święte prikazy dochtora, zatem idąc na kompromis, gmeramy się w pozycji zwiędłej liliji, czyli wypróbowujemy rozmaite siady. Siad wstarty na poduszkach, czyli takie prawie leżakowanie, siad po turecku, czyli w tej trędi wersji joginów – lotos ultra magnetic, siad z wrzaskiem Mamuta, gdy Mamut zauważy, że się siedzi za dużo i jeszcze dużo innych równie interesujących opcji. Przy okazji pragnę zauważyć, że nie ma nic gorszego dla zrzędzącej ciężarówki, niż otoczenie skutecznie włażące jej w kompetencje i zrzędzące jeszcze bardziej. Normalnie można się nabawić kompleksów. I to wcale nie tak przyjemnych jak ten Edypa lub Jokasty a do tego mniej efektownych i znacznie bardziej przyziemnych. Do tego wszystkiego uprzejmie donoszę, że w rankingu na najbardziej znienawidzone i najupierdliwsze badanie w tym cudownym stanie zdecydowaną palmę pierwszeństa bez dwóch zdań zdobył wspaniały Lord Test Obciążenia Glukozą. Lord jest słodki do bólu i godzinne powstrzymanie się od haftowania na czczo zaliczam śmiało do swoich osobistych sukcesów (zaraz za ciśnieniem 50/70 po którejś z morfologii). Nie wiem tylko jak tę wiadomość zniesie Krajowa Rada Koła Gospodyń Wiejskich ds Robótek Ręcznych w Czubkach Dolnych. Następne bliskie spotkanie z Lordem pierwszego września. Już się cieszę. Z rzeczy zaobserwowanych a znacznie bardziej przyjemnych pragnę donieść, że Lady Stefan w ramach polityki prorodzinnej zaprezentowała nam swoją trzydniową wesołą gromadkę. Maluchy są cztery – jeden czarny i trzy maminego umaszczenia (z rozmaitymi wariacjami na temat) i jak dotąd mają się dobrze. Na razie prezentują się w postaci kulek, odmawiają pozowania do zdjęć a ich społeczne relacje ograniczają się do poszukiwań puchatej mleczarni, ale sądzę, że to chwilowe. W końcu pochodzenie zobowiązuje.

Na tym kończę i wracam do wielce rozwijającej lektury o kolkach, zielonych kupach i ulewaniu. Dobrze, że zaraz potem w kolejce czeka Johnatan Carroll bo bym chyba popełniła jakieś harakiri przy użyciu gazet dla ‚szczęśliwych rodziców jeszcze szczęśliwszych pociech’. I tak na marginesie: jeśli ja też zacznę głupieć do tego stopnia, by w każdym zdaniu umieszczać przynajmniej pięć czarujących zdrobnień i zacznę się rozwodzić nad pojedynczym beknięciem Lokatora półgodzinną tyradą, to błagam, dobijcie mnie. Niech to się nie rozprzestrzenia.

Dziś małoletni rozpracowuje płytotekę Kazika. Na razie nie wierzga czyli albo jeszcze nie wczuł się w klimat albo panie Staszewski, musi pan się bardziej postarać. Syn nie docenia 😉

Z partyjnym pozdrowieniem

Termos z zakrętką

Notka

Nie lubię trzydziestoośmio-stopniowych gorączek. Ani fałszywych alarmów. Nie lubię nie móc spać i nie lubię zastrzyków. I nie lubię gdy pan doktor blednie na mój widok.

W końcu nie jestem taka ostatnia.

Pytanie o kciuki jest retoryczne, prawda?

Słucham

– A słyszał pan, że Iks nie będzie kandydował?
– Niemożliwe.
– A jednak. Musi się zaszyć.
– Alkoholik?
– No. Takie życie.
– Biedny człowiek. Ale wie pan, lepsze to niż ten Igrek.
– A co z nim?
– A to pan nic nie wie?
– Niee.
– Ponoć to gej.
– Jezus Maria! Na co to nam przyszło proszę pana.
– No, tragedia.

Ps. Skunk Anansie ‚Intelectualise my blackness’.

A na drugich słuchawkach Przyszła Młodzież Sztuk Raz przyswaja Opeth. Niech też ma coś z życia.

Patrzę

Przychodzę do domu i patrzę na ból. I wiem, że nic nie mogę zrobić. Tylko przykro mi widzieć i tak po prostu patrzeć. Nigdy nie widziałam Ojca tak milczącego. Wraca z pracy i godzinami siedzi zagryzając wargi, wpatrując się w jeden punkt. Wiem, że nocami płacze. Czuję. Mama też. Obejmuje Go i tak siedzą w milczeniu. A ja nie wiem gdzie podziać oczy. Oboje nie mogli pomóc. On był do końca. Razem z resztą rodzeństwa i Jej córką. Umarła we czwartek o 15.32. Dowiedziałam się piątkowym wieczorem, gdy planowałam już podróż. Nie chcieli mi mówić. ‚Żeby nie denerwować’. Na sobotę byłyśmy umówione w szpitalu. Nie poczekała. Widać nie mogła. Żałuję, że nie pojechałam wcześniej. Choć teraz to już i tak bez znaczenia. Bo co by dało pożegnanie? Przecież nie cierpię pożegnań. Ostatnich ‚pa pa’ z pociągu, smutnych uśmiechów, łez wycieranych ukradkiem w rękaw wyciągniętego swetra. Wiem, że pytała o mnie. I o Malucha. I przykro mi, że nigdy już się nie poznają.

Często o Niej myślę. I o tych, których zostawiła. Tu i teraz. Przynajmniej przestała cierpieć. Tak zawsze pocieszają lekarze. A człowiek do końca się łudzi, że lada chwila, może nawet za pięć minut, ktoś w labiryncie łańcuchów i wiązań… odnajdzie ten lek na raka.

W nocy śniła mi się bryłka ziemi, którą napełniałam starą, ceramiczną doniczkę. Widziałam nakłuwanie widelcem i trzy nasiona i całą masę rzeczy, których nigdy w życiu nie robiłam i nie wiem skąd miałam pojęcie jak się w ogóle do tego zabrać. I małe paluszki zaciśnięte na konewce. Potem obraz się oddalił i spostrzegłam, że doniczka jest duża i mocno popękana. I że jest na niej napis: ‚coś się kończy, coś zaczyna’…

Sen się skończył. Ale wiem, że oznaczał coś dobrego.

Mam nadzieję, że Ci ciepło, kochana.
Do widzenia.

.

Odeszła.

Zostawiła córkę. Dorosłą, ale na śmierć ostatniego z rodziców nigdy nikt nie jest przygotowany. Na żadną śmierć. Została sama. Nie ma nawet Siostrzycy, jak ja, przyjaciół, ruchliwych stópek gdzieś pod przeponą… Tylko pusty dom.

Miałam nadzieję, że jeszcze zdążę się pożegnać. Że jeszcze mnie zobaczy. A ja Ją. Współczuję Jej córce. Nie potrafie opisać jak bardzo. Aż wstyd czuć ulgę… że to nie moja… móc powiedzieć ‚mamo’ nie tylko w przestrzeń. Mam oboje rodziców. Nie potrafię sobie wyobrazić tego scenariusza bliżej… Nie chcę musieć.

Ludzie umierają nie czekając na odwiedziny w szpitalu. Umierają po prostu. Zawsze za szybko.

To ktoś bliski. Przez palce nie chce przejść… że był.