Bajka o Psie, który nie jeździł koleją i bał się Płaszczaków

Wcale nie tak dawno temu, bo tu i teraz żył sobie całkiem kolorowo Pies. Pies miał imię, którego używano jednak tylko w nadzwyczajnych okolicznościach, bo nie chciano mu przysparzać więcej żenady niż ustawa przewiduje. Zatem i tu nie będziemy go wymieniać. Pies miał także lśniącą brązową sierść, cztery łapy, uśmiechnięty pysk, i notorycznie rozmerdany ogon oraz część łączącą wszystkie psie części składowe w psa właściwego.

Pies mieszkał sobie w schludnej budzie nieopodal domu swoich państwa i w głębokim poważaniu miał sugerowane mu delikatnie przez właścicieli czynności, takie jak chronienie domu i mienia gwałtownym obszczekiwaniem obcych typków, nocne czuwanie, czy przynajmniej groźny wygląd. Pies nie dość, że prezentował czworonożny model przylepno-zabawowy i wszelkie próby łagodnej perswazji, że ‚obcy są be i można by ich przynajmniej obsikać’ kwitował nagłym a chronicznym oblizywaniem wszelkich dostępnych mu ludzkich kończyn, to jeszcze sam cierpiał na rozmaite fobie i lęki.

Takim to sposobem psa obronnego faktycznie trzeba było… bronić. Każdy nowy listonosz to dobry kompan do zabawy a każde dziecko idące widocznym z daleka chodnikiem trzeba było pozdrowić merdaczem nieomal do omdlenia. Pies była to przylepa jakich mało. I do tego nieprzeciętnego autoramentu śpioch i leniwiec. W dzień spał. W nocy w zasadzie też. Budził się tylko na głaski, jedzonko, siusiu… i czasem na jakieś poważniejsze sprawy. Żeby jeszcze było mało Pies panicznie bał się Płaszczaków. Te wilgotnonogie stwory dopadały go zawsze ilekroć już udało mu się zmrużyć w spokoju ślepia i oddalić się gdzieś do krainy Wiecznej Psiej Szczęśliwości, gdzie suczki są smaczne a kości łatwe. A może odwrtonie… Nieistotne.

Płaszczaki pojawiały się znienacka i wyjątkowo przebiegle straszyły go swoim oślizgłym widokiem. Że też już o wyjadaniu z miski nie wspomnę. Biedny Pies nie wiedział co robić. Próbował spać spokojnie ale ilekroć już zapadał w letarg, obawy spotkania sie oko w czułki z Płaszczakiem jeżyły mu sierść na ogonie. Wszystkie zwierzęta w okolicy po cichu śmiały się z Psa, że taka z niego pipa grochowa i radziły chować miskę do budy a tę otaczać żywopłotem z kolczastego drutu. Ale Psu nie było do śmiechu.

Zwłasza jeden taki Płaszczak, z rodu Trepanatorów Bosych nie dawał mu spokoju. Żwawy Szczepan – bo tak mu było – odznaczał się szczególnym sprytem i przebiegłością. Potrafił bardzo długo obserwować Psa z ukrycia przyczajony za rozłożystym liściem winogron i czekać na dogodny moment by futrzaka dopaść i go nielicho nastraszyć. A może nawet zagrodzić mu drogę a potem uciec z olbrzymią prędkością z ulubioną psią kością. Albowiem Żwawy Szczepan słynnym szybkobiegaczem był. Jak wszystkie Płaszczowce miał tylko jedną nogę – ściślej rzecz ujmując składał się głównie z jednej nogi – ale miał ją tak wredną i złośliwą, że pędziła jak wściekła. Czasem ich wspólna prędkość – Żwawego Szczepana i jego nogi – równała się z prędkością światła i przechodziła w czwarty wymiar. Tak przynajmniej zazwyczaj zauważał Pies nim zemdlał. Jeśli zaś nie zemdlał to całą swoją energię poświęcał na szczekanie.

Szczekał i szczekał aż cały ochrypł i wycieńczony kładł się ze zrezygnowaną miną przy misce z wodą a następnie czekał aż wstętny Płaszczowiec sobie pójdzie. Pewnego dnia na pomoc Psu przyszedł Stefan Pogromca Serników. Stefan Pogromca Serników był kotem i w dodatku był kobietą ale nie lubił tego ujawniać zbyt dużej części populacji dlatego i my przejdziemy nad tym do porządku dziennego i skupimy się na dalszych losach Psa co nie jeździł koleją.

Stefan Pogromca Serników nigdy nie darzył naszego bohatera płomiennym uczuciem ale, że sam też nie przepadał za Płaszczakami – głównie dlatego, że nie dało się ich zjeść i poddać przemianie materii – a Żwawego Szczepana to już w ogóle za nocne szelesty i przeszkadzajki w błogim śnie oskalpowałby z domku z dziką namiętnością, postanowił rozprawić się z nimi i stanąć u boku Psa.

Najpierw zakomunikował, że dość szczekania po nocach bo ludzie… znaczy ma się rozumieć koty chcą spać – zwłaszcza gdy wtrąbiło się tygodniowy zapas sernika i trzeba by to jakoś w spokoju przetrawić, bo wszyscy w okolicy myślą, że to ciąża. Potem oznajmił Psu, że Płaszczaki też mają swoje słabe strony. Na przykład nie lubią suszy i biegają swobodnie tylko po terenach podmokłych i wilgotnych, a przynajmniej zacienionych. Więc w upały Pies spać może spokojnie. I że wystarczy nasypać im piasku w czułki aby je znacznie spowolnić. A wtedy to już można je z łatwością wykopyrtać z terenu będącego w zasięgu Psa i Stefana Pogromcy Serników. Na te słowa Pies szeroko rozdziawił paszczękę ale zaraz zamknął ją z powrotem bo Stefan Pogromca Serników stwierdził, że Pies, gdy tak robi, wygląda jak kretyn.

Potem Pies podjął życiową decyzję. Zamiast ciągle się bać – będzie walczył z Płaszczakami a już Żwawego Szczepana to własnopazurnie ukatrupi, wyrwie mu zbroję i napaskudzi w dużym pokoju pod dywan. Narrator nie będzie ukrywał, że decyzję tę pomogła Psu podjąć nie tylko rozmowa przeprowadzona ze Stefanem Pogromcą Serników ale także fakt, że w sąsiedztwie właśnie zamieszkała przecudnej urody suczka, co najwyraźniej stanowiło dość silny bodziec zewnętrzny.

Trzeba dodać, że nie bez znaczenia jest również fakt, iż suczka – Maria Luiza Donatella Szczekacze – prócz nieodpartego uroku osobistego i dwojga wiernych oczu była także posiadaczką najbardziej lśniącego futra i dwóch najzgrabniejszych par nóg jakie Pies kiedykolwiek widział. W dodatku jak wieść gminna i powiatowa głosiła była młoda i samotna. Nie na długo jednak – jak postanowił Pies. Ignorując groźne warknięcia sąsiadów i podstępne chichoty Żwawego Szczepana i jego wesołej kompanii przystąpił do dzieła. Zdobywania serca małej Kizi Mizi, jak ją pieszczotliwie nazywał w myślach. Los mu sprzyjał.

Okazało sie bowiem, że nowo przybyła przedstawicielka jego rasy równie, a może jeszcze bardziej panicznie boi sie Płaszczaków. Pies zaciął się w sobie i obiecał chronić jej dniem i nocą. Początkowo musiał pokonywać nie lada wstręty i psychiczne bariery ale w myśl zasady, że miłość uskrzydla a chęć to wręcz popędza, odniósł oszałamiający sukces. Nie dość, że zdobył serce Lejdi Di i nawet nie ubrudził sobie łap przy likwidacji Płaszczaków, to jeszcze okazał sie jeszcze bardziej przebiegły i cwany niż niejeden Warszawiak z dziada pradziada.

Ni mniej ni więcej tylko zawarł ze Żwawym Szczepanem pakt o nieagresji obiecując mu winorośl w dożywotnią dzierżawę w zamian za spokój i nie bieganie po psich terenach uprawnych. Bo Żwawemu Szczepanowi chodziło tylko o te winne krzaczki co to je Pies z uporem maniaka notorycznie podlewał a Płaszczaki hodowały tam rzadka odmianę mikroburaków, które bardzo kiepsko reagowały na ten rodzaj nawożenia. W ten oto sposób Płaszczaki i Pies przestały wchodzić sobie w drogę, rujnować nerwy i interesy, czworonożny merdacz obronny zmężniał i przestał ujadać po próżnicy na stworzenia pełzające a Stefan Pogromca Serników miał wreszcie swój ulubiony sen trawienny.

Może z czasem zacznie Pies nawet bronić terenu, na co po cichu liczy cała rodzina narratora. Na razie jest zakochany i jak donosi kolorowa prasa kobieca składowana w szalecie miejskim zamierza pracować nad zalegalizowaniem swego związku a w przyszłości nad powiększeniem rodziny. Miejmy nadzieję, że znajdzie dobrych fachowców od rozbudowy psiej budy, bo narrator umywa ręce z uwagi na dość znaczne powiększenie własnej bliskiej przestrzeni brzusznej i wyjątkowo kiepską współpracę z młotkiem.

A jaki z tego morał?

Przystojna babka zawsze uruchomi u faceta myślącą głowę. Choćby nawet nie była w miejscu, gdzie zwykliśmy się jej wnioskując z anatomii spodziewać.

Przerwa w życiorysie, czyli upragniony koniec pracy

Niniejszym ogłaszam, że w naszym układzie słonecznym odkryto nową planetę.

Planeta została roboczo nazwana Jamochłonem a jedyny jej autochton chyba właśnie nauczył się podstawowego kroku do salsy…

W zaistniałej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak pójście… znaczy doturlanie się do domu.

Życzcie mi szczęścia.

No Księciuniu, pożegnaj się ładnie..

Dobranoc Państwu

Idzie dyszcz, idzie dyszcz, idzie sikawica

Właśnie wrócłam z sierpniowego pochodu. Zaczęłam wdzięcznie – od wizyty na ósmą fefnaście u stomatologa. Obudziłam się dopiero gdzieś na fotelu z cudzymi paluchami w paszczęce ale dzięki bogu sympatycznemu Panu W Białym Kitelku niczego nie odgryzłam bo sobie w porę przypomniałam kto zacz i czemu mi w dziobie gmerać raczy. Muszę pamiętać, żeby nie zagadywać się z Mamutem do północy bo potem wstać nie mogę rano a jak już się przypadkiem uda, to jestem nieprzytomna i mogę być groźna dla otoczenia. Pan Doktor z uśmiechem młodego niedźwiadka poinformował mnie radośnie, że o ile nic się nie wydarzy i nie wbiję klawiatury w jakąś ścianę, to mam przyjść jak się rozwiążę. W ostatniej dosłownie chwili powstrzymałam swoją galopującą wyobraźnię, bo by mnie chyba zabiła wizja rozwiązłej tudzież rozwiązującej się (nie wiem tylko z czego) mnie.

Potem pognałam dzikim kurcgalopkiem poprzez deszcz i wiater dmący, bo już byłam spóźniona na wizytę w szpitalu na Starynkiewicza. Tak mi się przynajmniej zdawało, że skoro wizytę mam pomiędzy 9 a 11, to lepiej być wcześniej niż później. Bo była już 9.30. Źle mi się jednak zdawało. Miła pani w okienku jeszcze milszym uśmiechem poinformowała mnie, że to trochę potrwa. Potem spytała po co w zasadzie przyszłam. No to jej powiedziałam bo co miałam nie powiedzieć. Pani zaczęła wypisywać jakąś strasznie ważną kartę, bez której absolutnie nawet nie mogłabym tam oddychać i do której wypisania pobrała ode mnie legitymację ubezpieczeniową, dowód osobisty i lustrujące spojrzenie. Następnie zadała mi kluczowe pytanie: – czy jest pani w ciąży?…

Mała konsternacja zapadła w kolejce, bo tego, że jestem to by chyba nawet gigantyczny dołek w piasku w pozycji pad_na_twarz_i_nie_oddychać ukryć nie zdołał. Ale sobie pomyślałam, że może jakieś straszne dioptrie ma ta pani w tych okularach to nie widzi. – Tak, jestem – odparłam serdecznie i uśmiechnęłam się do niej na zachętę. Wpisała takie ogromniaste, bycze „C” i wypisywała dalej. Potem przerwała i nie patrząć na mnie zajęła się jakąś panią co to stała za mną i ‚tylko się chciała o coś zapytać’ i jeszcze jedną… i jeszcze. A później, gdy już minęło 20 minut, przeniosła na mnie rozkojarzony wzrok i spytała… po co przyszłam. Na szczęście w miarę szybko dała sobie wytłumaczyć, że to nie deja vu i że właśnie jest w trakcie wpisywania moich danych osobowo-intymnych do jakichś dziwnych papierzysk, dzięki którym stanę się szczęśliwą uczestniczką rozmaitych super ważnych badań.

O dziesiątej zasiadłam już przed gabinetem i oddałam się błogiemu oczekiwaniu na wezwanie Pani Doktor Od Bobrów. O dziesiątej trzydzieści zrobiłam się nieswoja bo na 11 powinnam być w pracy ale postanowiłam czniać wszystko w pępek bo w końcu są rzeczy ważne i ważniejsze. Przecież nikt za mnie Lokatora nie urodzi a praca ma to do siebie, że raz jest a raz może jej nie być cokolwiek o tym myślą moi wspaniali współpracownicy. Kilka minut przed jedenastą weszłam do gabinetu. Dwie urocze Panie O Łagodnych Głosach przebadały mnie od stóp do głów, wypytały, zważyły (schudłam…), uspokoiły i wypisały masę skierowań na kolejne badania.

Przy okazji wreszcie usłyszałam, że Bajtek ma serce jak dzwon i potrafi go całkiem ładnie używać a to, że puchnę to na pewno nie od nerek tylko raczej od tego, że po moich przygodach szpitalnych marcowo-kwietniowych kwalifikuję się na astmatyka bardziej niż Otylka na ponton. Cóż, trzeba się było z tym liczyć, zwłaszcza jeśli wstaje się rano i już dyszy niczym zboczeniec do półtusz w mięsnym. Dostałam też recepty na nowe leki i od tej pory możecie mi mówić Bajka faszerowana, bo chyba więcej łyknąć się nie da za jednym posiedzeniem. O rety. Boję się pójść do apteki bo zbankrutuję do reszty ale pocieszam się myślą, że przynajmniej Mały Kopacz jest zdrowy i ma się dobrze.

Teraz zaś siedzę w pracy i zastanawiam się jak tu wydolę do 19.30. Chyba zamówię masażystę. W sosie słodko-kwaśnym i z kiełkami bambusa.

Bilans dnia? Przemoczony lewy sandał, nieodwracalnie uszkodzony parasol, zdaje się, że również był lewy (a mówiłam, że nie lubię parasoli!) i burczenie w brzuchu. Zaraz idę zdobyć jakiś żer. Aha. Ponad wszelką wątpliwość zostało potwierdzone, że Lokator Z Dolnego Piętra ma siusiaka. No i że wywnętrzy się w październiku. O ile też będzie tego samego zdania co Dochtory i Matka Polka Z Morałem. Jak dobrze pójdzie to zrobię sobie prezent na urodziny. Rozwiązły jak diabli.

Miłego dnia

Ale wkoło jest wesoło

Kombinat trwa i toczy się swoim cyklem, nieprzerywanym nawet ukradkowymi westchnieniami omdlewających z upału pań księgowych. Ale one przynajmniej mogą się w ramach bonusa pracowniczego powachlować fakturami i innymi papierzyskami. Ja co najwyżej mogę chyłkiem dorwać na Chmielnej (w ustawowej przerwie na siku oczywiście) jakiegoś dzikiego cocker-spaniela i spróbować szczęścia z jego uszami. Nie wiem jednak co na to domniemany dziki cocker-spaniel. O ile w ogóle udałoby mi sie takowegoż znaleźć, to myślę, że jego ewentualny właściciel (założenie, że każdy dziki cocker-spaniel z Chmielnej jest przypisany do jakiegoś właściciela jest niejako odgórne i nie podlega dyskusji) miałby wiele przeciwskazań.

Życie i lato w pełnym rozkwicie, na ulicach króluje najnowszy kolorystyczny krzyk mody – rozbełtana jajem pistacja, która wdzięcznie ustąpiła miejsca oczojebnym turkusom. Teraz wszystkie trędi dziunie zamieniły pantofelki i klapeczki, spódniczki i sukienusie, topiki i falbaniaste bluzeczki, torby i torebusie, fafelusze i fafelusiątka oraz wystające obowiązkowo pod same pachy majty z uzdą (z obowiązkowo zsuniętych do połowy ud biodrówek) w kolorze podkręconego programem graficznym morza, na znienawidzony przecież dotąd przez wszystkie szanujące się lalunie pastel. O losie przewrotny. I teraz te kolorki rodem z szafy babci Pelagii wróciły jak bumerang. Bumerang, który nieco zbłądził i wrócić nie umie. Biedne dziunie. Już widzę jak w wielkim Paryżewie siedzi sobie jakiś nabąblowany buc i w języku starych pudernic – w którym więcej jest głosek co to ich się nie wymiawia niż sensu – podejmuje światowej wagi decyzje o tym, jaki to nowy bełt kolorystyczny trzeba będzie na siebie przywdziać w tym sezonie bo jak nie to w dziób. Trrę pupą o trotuarrr. Tu żur, tam żur a tu bąszur a ja se_leże_i_kwicze.

Bo ja bimbam sobie na mody a obowiązkowe super-mega-giga trendy olewam w sposób cyklicznie-rozbieżny. Udaję, że jestem piękna wewnętrznie, bo niestety zewnętrznie to mi lustro wszystko nieproszone objaśnia. Świnia nie lustro. W dodatku ktoś je umieścił w takim miejscu, że musiałabym otwierać i zamykać drzwi z zamkniętymi oczami żeby nie patrzeć. A w przypadku kluczy to się raczej marnie sprawdza. No i poza tym wytapiam się miarowo przed komputerem i już sama nie wiem na co mam marudzić w chwili obecnej. Priorytety mi się zmieszały niczym ogórki z dżemem w kukizowym żołądku co to nie był San Francisco wcale a wcale.

Bo tu mnie bolą plecy – i to bolą tak, że gdybym rozpisała proponowany przez koleżankę Just casting na masażystę, to prawdopodobnie od kilku do kilkunastu kandydatów zadźgałabym szpikulcem do lodu zanim jeszcze spytałabym czy w ogóle mają kończyny. A tu mnie kłuje w boku – i jak pokłuje jeszcze trochę to połknę chyba jakąś minę przeciwpiechotną, co by Obywatela Szanownego ululać. Tu mi strzyka w kolanie, a tu w drugim, a tu mnie łapią kurcze łydek – z tym, że kiedyś kurcze łapały tylko wieczorami, a teraz łapią już i wieczorami, i w nocy, i nad ranem, i rano, i w południe, i po południu i w tak zwanym międzyczasie. Nosz fak po prostu. Mam ochotę wyrwać komuś głowę i zagrać nią w kręgle na żyletkach. Ot tak towarzysko. Ze szczerego serca. Do tego wszystkiego puchnę. Puchnę tak ładnie, że spokojnie mogłabym zagrać rolę Pi.. albo Sigmy.. albo obie na raz. Zamiast zgrabnych paluszków z serdecznym w unikalnym przedszkolnym rozmiarze 10 mam serdelki w romiarze solidnej krakowskiej obsuszanej. Zamiast nóg mam balerony ale wcale nie wyglądam równie apetycznie co owe wyroby wędliniarskie. Zastanawiam się też nad kupnem walonek, bo jeszcze chwila a w żaden logiczny i analogiczny do temperatury otoczenia obuw się nie wcisnę, a już na pewno nie przekonam swoich stóp, że nadal mogą się mieścić w dotychczasowych sandałach.

Ta ciąża to zdecydowanie przereklamowana sprawa. A już najfajniej jest gdy próbuję znaleźć jakąś pozycje do spania. O pozycji wygodnej przestałam marzyć już dawno, gdy okazało się, że brzucha nie da się odczepić na noc a na wznak to się czuję jak chrabąszcz przylepiony super-glue do karuzeli. Teraz to już tylko próbuję znaleźć jakąś, wszystko jedno jaką, dowolną, taką, w której da się zasnąć i przespać przynajmniej do pierwszego nocnego honorowego enuresis (to taka zmyła, żeby nie było, że ja tu ciągle o sikaniu). W nocy sapię z gorąca a jak uda mi się jakoś dospać do rana to rano budzę się zasapana jak całe stado lokomotyw, no to nic w tym dziwnego, że mi lekarz od astmatyków wygarnia, nie? No. Niech mi ten miły pan dochtor powie, po kiego grzyba mi stopy puchną od spodu. Bo jakoś jeszcze na to nie wpadłam.

Pocieszam się, że Stefan też chodzi gruba jak bela i lada chwila pęknie. Może tym razem młode przetrwają. Ja do pęknięcia jeszcze chwilę mam. Albo nawet dwie chwilki i rozpatruję właśnie możliwość wykopania sobie dołka w piasku, napełnienia go wodą i poleżenia na brzuchu dla odmiany. To chyba nie taki zły pomysł. Pomyślę o tym po powrocie z pracy. Na razie dzwoniłam do Mamuta:

– Haloo?
– Cześć!
– To ty?
– To ja, a kto niby?
– A bo ja wiem. Może pomyłka?
– No wiesz? Jeśli nazywasz swoją ukochaną córkę pomyłką…
– Mam dwie córki
– Ale każda jak dzwoni to jest ukochana
– Fakt
– Byłaś w bibliotece?
– Nie, nie chciało mi się. Za gorąco
– No ładnie..
– (radośnie) Ale załatwiłam zegarki!

Na szczęście cudowną wizję rodzicielki rozwalającej wdzięcznie młotkiem owe skomplikowane mierniki czasu (całkiem jak ja w wieku lat trzech i pół z naręczem budzików na schodach rodzinnego domu) przerwał mi wywód o zegarmistrzu i nowych bateriach. Dobrze, że nie powiedziała ‚załatwiłam zegarmistrza’ bo zanim zdążyłaby wyjasnić, niechybnie dostałabym zawału.

Wypisy z placu zabaw… rok 2010… gdybając

– A ty jak masz na imię chłopczyku?
– Bajtek
– … ???
– To po mamie!

A gdyby tu nagle było przedszkole… w przyszłości…? 😉

Ps. Dostałam w prezencie postimieninowym przepiękną koszulkę, białą, rozkloszowaną na dole jak trzeba, mientkom jak te owce na reklamie papieru pierwszej potrzeby, na ramiączkach, a w stosownym miejscu ma wyhaftowane… ‚puk puk’

Rozpłynęłam się w uśmiechu

Dziękuję
w imieniu swoim i Pukacza Notorycznego

Wyniki sondy czerwcowej


function ResultWindow(my_win_param) { window.open(„http://www.sonda.pl/wait.php3″,”sondaplwin”,my_win_param); return false; }

SONDA
Pogoda w czerwcu przypomina

wściekły listopad połączony z efektem cieplarnianym ale tylko wizualnie
czekam na lipiec
prostytutki z Hong Kongu – niczego nie możesz być pewien
raj – jest cudowna… a teraz już wezmę swoje tabletki i odpocznę bo lekarz mówił, że trzeba
grupkę zbiegłych geriatryków z włączoną opcją – moczenie nocne
nie powiem co, bo musiałbym się wyrażać mocno niecenzuralnie
&$@#!?@#$%!!!
poranek po imprezie – interpretacja dowolna

Z różnych powodów

Wyczytałam gdzieś, że ci, którzy cierpią najbardziej i którym najciężej, robią to w milczeniu.

w tym stwierdzeniu jest chyba znacznie więcej niż trochę racji

przykład?

w chińskich sierocińcach jest cztery miliony dziewczynek. z okazji polityki jednego dziecka. i z okazji starego jak świat przysłowia, że każdy kij ma dwa końce. przynajmniej dwa. w chińskich sierocińcach cztery miliony dziewczynek nie płaczą. bo to i tak bez sensu. i nie sądzę by była to rezygnacja. raczej realizm o twardych brzegach.

przejdzie
przynajmniej to co przejść może
reszta i tak nie do ruszenia

pomilczymy sobie w duecie
co, Mały?

a jutro może napiszemy kolejną bajkę

.

W porannym tramwaju

OSOBY:

Dziecię – mały rezolutny brzdąc płci męskiej o wnikliwym spojrzeniu ala komisja śledcza skrzyżowana ze strażnikiem celnym, boski będzie za piętnaście lat a ja już go uwielbiam

Matka Dziecięcia – lekko przestraszona ufryzowana dama w błękitach, w której nawet szponiaste paznokcie zdawały się krzyczeć: ‚najmodniejszy odcień blue laguna nigdy nie zmywa naczyń’

Bajka – niewyspana, nieapetyczna i absolutnie nieprzystosowana do powrotu do Piekiełka ciężarówka z książką pod pachą i pokaźnym pryszczem na czole ( Mamut stwierdził, że to ‚z nerw’)

Reszta Tramwaju – przepocony posapujący postśniadaniowo tłumek, dobrze mieć książkę

Upał – pan i władca wszechświata

SCENKA PIERWSZA:

Upał – (bezdźwięcznie) kap, kap
Reszta Tramwaju – (dźwięcznie) sap, wzdech, sap
Bajka – (w myślach) oddychać – nie oddychać
Dziecię – Mamoo… (pokazując na mnie palcem) a czemu ta pani jest taka gruba ?!
Bajka – (powstrzymuje chichot)
Matka Dziecięcia – (karcąco) Stasiu, tak nie można!
Dziecię – Ale jak? Być takim grubym? A tamta pani jest grubsza i to cała…
Bajka – (z trudem powstrzymuje chichot kryjąc nos w książce)
Matka Dziecięcia – (zatkawszy mu buzię dłonią tłumaczy mu coś cichaczem)
Upał – Hihihi

SCENKA DRUGA:

Upał – (bez zmian)
Reszta Tramwaju – (niestety również)
Dziecię – Mamooo!… Ale ta pani jest gruba tylko z jednej strony a tamta z każdej… Dlaczego ?!
Matka Dziecięcia – (z lękiem patrząc na swoją latorośl i otoczenie) Stasiu, mówiłam ci, ta pani jest w ciąży i będzie miała dzidziusia…
Dziecię – A tamta nie ??
Matka Dziecięcia – Eeeee… (próbując załagodzić sytuację, bo Tamta raczej chyba jednak nie) tego nie wiem kochanie…
Dziecię – Pomyślę nad tym.

SCENKA TRZECIA:

Upał – (trwa i się nasila)
Reszta Tramwaju – (sapie postępująco)
Bajka – (chichra się w książkę starając się nie parsknąć)
Dziecię – (odkrywczo i radośnie) Już wiem!! Tamta pani będzie miała całe przedszkole!!!
Bajka – (rechocze)
Upał – (rechocze)
Reszta Tramwaju – (rechocze)
Matka Dziecięcia – (z naganą przygląda się Bajce a potem długo obserwuje swoje paznokcie)

Paznokcie milczą.

KONIEC

Powrotnik czyli jaskinia lwa

Gdy byłam mała chodziliśmy czasem całą rodzinną brygadą do ZOO. Wyprawy to zawsze były ciężkie czy to z uwagi na sporą odległość Mamutowa od punktu docelowego (i w zasadzie każdego innego punktu prócz pobliskiego spożywczaka) a co za tym idzie uciążliwych dojazdów z mnóstwem przesiadek, czy też z powodu zwyczajowej niesubordynacji najmłodszej córki, czyli mnie. Tak się, bowiem składało, że ilekroć Mamut chciał ubrać mnie w coś, co sprawiłoby, że choć przez chwilę przypominałabym osobniczkę rasy ludzkiej i płci żeńskiej i nawet udało się jej wbić mnie w którąś ze znienawidzonych sukienek, to wystarczył kwadrans abym wróciła w zgoła odmiennej wersji – umorusana, podrapana od gałęzi, z pięknymi śladami trawy na białych rajstopkach i w sukienusi w szalenie modne obecnie strzępy. Ale to co trędi i glamur teraz nie zawsze było takie modne. Na pewno nie wówczas, gdy byłam mała i na pewno nie w oczach Mamuta. Koniec końców lądowałam w jakichś pancernych spodenkach i cierpliwie znosząc bury i utyskiwania ze strony rodzicielki łaskawie pozwalałam zawieźć się miejskiej komunikacji do ZOO. W samym ZOO było na pewno fantastycznie ale z przykrością muszę stwierdzić, że najbardziej w pamięci utkwiły mi wata cukrowa i śmietniki w śmiesznych kształtach muchomorków i tulipanów. Bardziej też pamiętam rozczarowanie brakiem niektórych zwierząt (bo część ucinała sobie akurat drzemkę albo była akurat karmiona) niż obecność innych. Poza tym hipopotamica miała fajnie żółte zębiszcza (ale tylko cztery), lama opluła rzewnie panią z małym, tłustym i wstrętnym chłopcem pokazującym mi język, piranie nie zrobiły na mnie większego wrażenia a koło wybiegu dla małp trzeba było mocno zatykać nos. Najbardziej podobał mi się tygrys i czarna pantera, która łypała na gości leniwie ale w sposób, który zmusza do respektu. Przy klatce z lwem mimowolnie ogarniała gęsia skórka. Chociaż spał. Myślę, że te tabuny bajek, w których lew jako groźny król zwierząt jednym kłapnięciem ukatrupia stado bizonów na podwieczorek zagryzając człowiekiem o złym charakterze zrobiły swoje. Nawet gdy się obudził sprawiał raczej wrażenie wyliniałego i rozpieszczonego kota niż super groźnego zabójcy z grzywą, co to potrafi ryknąć tak, że w promieniu stu kilometrów siwieje wszystko co jeszcze osiwieć może a reszta robi w majty. To chyba kwestia nastawienia ale pamiętam, że stojąc tam w bezpiecznej odległości za solidnym ogrodzeniem z masywnych stalowych prętów czułam się cokolwiek niesymetryczna. Po latach mi przeszło. Nigdy później nie bałam się pójść do ZOO. To była raczej kolejna miła wycieczka niż cokolwiek stresującego. I nawet przykro mi było gdy pan lew miał akurat urlop z powodu remontu. Teraz już nie trzeba nawet chodzić do ZOO po egzotykę. Wystarczy program przyrodniczy lub… pójście do pracy. Tak. Pora na powrót. Raczej nie liczę na cukrową watę. Ale też nie spodziewam się, że coś mnie zaskoczy. W końcu nic nowego. A po jakimś czasie nawet ryków lwa nie odróżnia się już od dźwięków niszczarki. Jasne, że fajnie byłoby, gdyby było miło. Ale nie tylko rodziny i grupy krwi się nie wybiera. Na szczęście na biurku mam swój ulubiony kubek a w discmanie ulubione dźwięki. O ile kubek jeszcze stoi na swoim dawnym miejscu.

Znów nie lubię poniedziałków.
Ale tylko trochę.

Kciuki?

Apdejt poniedziałkowy:

Wróciłam i jestem. Kubeczka nie było ale się odnalazł był zakamuflowany w szafce kuchennej. Czego nie można powiedzieć o talerzyku i nożu. Ale nie ustaję w nadziei, że i one do mnie wrócą. W końcu gdzie im będzie lepiej 😉

Kciuki nadal… mocno.