Jak to blondynka z blondynką święta kościelne omawiały… czyli praca w Empiku odmóżdża

Basia przegląda kalendarz.
Fascynujące zajęcie.
Zwłaszcza jak Ci się nudzi w pracy.
Albo jak jakiś cymbał w Idei skasował Ci całą pamięć telefonu.
A ileż można nowinek znaleźć…

Basia – W środę jest Dzień Babci – obwieściła w przestrzeń niczym wiadomośc o najnowszym statku kosmicznym widzianym nieopodal Rotundy
Ja – W tę środę? (a niby w którą?!) Poczekaj zapiszę sobie – babci w zasadzie nie mam ale ta Kubonowa się nada jak znalazł
Po chwili…
Basia – A Wielkanoc wypada w niedzielę… – poinformowała mnie z żalem w głosie
Ja – Beznadziejnie… – wyraziłam swoją dezaprobatę wybitną dla tegoż faktu
Po chwili…
Ja – Ależ my jesteśmy cipki… – wyznałam Basi prawdę niekwestionowalną, znaną wszem i wobec- przecież co roku wypada w niedzielę – olśniło mnie wreszcie 😉
Basia – Hmmm… no tak… 😉
Rechot ogólny…

Teraz możecie się śmiać
:)))

Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie…

Niedziela zaczęła się ospale. Nad ranem Dżejkob pognał zanurkować ze znajomymi z klubu pod lodem na jakimś dalekim bajorze… Cóż, są i tacy ‚zapaleńcy’. Wyjrzałam przez okno, termometr wyprowadził mnie z równowagi, więc musiałam się jeszcze położyć. Z kotem… żeby raźniej było…
Obudziłam się ponownie przed 11. Piękna pora na weekendowe wstawanie z łóżka. Lenia nie dało się wypędzić nawet całą seria przeciągnięć i ziewań. Pomogła kąpiel i zapiekanki na śniadanie. A co 😉 Trzeba dbać o linię, żeby była wyraźna. Tym bardziej, że czekało mnie chóralne wycie na koncercie w kościele Józefowie pod Warszawą. Brrrrr… na samą myśl moje ‚nic_mie_sie_nie_chcenie’ spychało wszystko inne na dalszy plan. Ale trzeba być dorosłym i konsekwentnym (buuu dlaczego) i wziąć się w garść. Po zjedzeniu śniadania, posnuciu się malowniczo po mieszkaniu, ubraniu się w coś ‚zjadliwego’ do tego nieszczęsnego kościoła, wyprasowaniu odzieżowego koszmarka, czyli bluzki, spódnicy i występowego ‚grzyba’, wysuszeniu kudłów, oglądnięciu w TV ‚Samuraja Jacka’, ogólnym wypindrzeniu się i wymaćkaniu kota do granic miaukliwości zrobiła się 14.30 o należało wyjść z domu w trybie niejednostajnie przyspieszonym unikając po drodze Kubonowej Babci i Jej nie znoszących sprzeciwu poczęstunków, kończących się nieodmiennie efektem wizualnym wskazującym na trzeci miesiąc ciąży. Dobrnęłam do autobusu objuczona torbami z chóralnym strojem występowym, nutami i znienawidzonymi butami na obcasie. Oczywiście nie mogłam dojechać jak cywilizowany człek do miejsca przeznaczenia bo się panu kierowcy przecudownemu drzwi szanowne zacięły i pojechać dalej z pasażerami nie mógł. Choć była nas garstka i żadne nie protestowało – wręcz przeciwnie – byle dalej. Ale nie. Pan był stanowczy i w trosce o nasze dobro ogólne i bezpieczeństwo szczególne wyprosił nas mniej lub bardziej niegrzecznie z pojazdu sześciokołowego po czym pognał w dal siną i daleką. Doczłapałam się jakoś dwa przystanki z tymi tobołami i niczym rasowy dromader wparowałam na pokład metra przy stacji Dworzec Gdański. Szczęściem akurat wagonik czekał. Inaczej bardzo źle się to mogło skończyć biorąc pod uwagę mój stan psychofizyczny i ogólny look – czerwona twarz, włos rozwiany, ubranie w mocnym nieładzie, sterta tobołów w objęciach, szemrany język mocno soczysty w domyśle bo już byłam spóźniona – istny żul rodzaju damskiego, czyli żulia z wrogim błyskiem w oku. Pasażerów nie było, zatem z braku możliwości wyżycia się na kimś postronnym pozostał mi tylko relaks. Wysiadając dwie stacje później w Centrum byłam już słodka, wiotka i powabna – przynajmniej w pewnych kryteriach. Udało mi się zdążyć na 15.30 do siedziby chóru chyba tylko cudem ale udało się. Nie wnikam komu dziękować, bo jeszcze będzie żałował – wszak śpiewamy dziś w kościele…
Przy Koszykowej ruch i gwar jak na bazarze. Ktoś nie ma guzika, komuś innemu trzeba uprasować koszulę, przydają się agrafki i mocne nerwy. Okazuje się, że nie mam stroju na występ, bo to co przywiozłam ze sobą jest cudze i właścicielka będzie na miejscu. Miało Jej nie być ani na próbach ani na koncertach w najbliższym czasie i dlatego otrzymałam chwilowo ten przecudnej urody zestaw ale widać ‚chwilowo’ się skończyło i już jest. Gorączkowe poszukiwania. Udało się znaleźć coś co pasuje a dziewczyna dziś z nami nie śpiewa. W duchu przeklinam tego, przez kogo jeszcze nie mam własnego kompletu, tylko muszę kombinować od przypadku do przypadku z cudzym odzieniem. Oby mu… i różne takie… Jeszcze tylko kilka sytuacyjnych żartów, ogólnego rozgardiaszu, torby pod pachy, nuty w dłoń i w te pędy na drugą stronę ulicy bo autokar już na nas czeka.
Na miejsce dotarliśmy w różnej konfiguracji przestrzennej bo miejsca w busie zmieniały się na coraz bardziej dogodne ale cali i zdrowi. Ślisko było jak diabli. Doprawdy widok był przekomiczny – banda okapturzonych i okutanych szalikami (bo zimno) chórzystów z różnej maści i objętości siatami oraz przedmiotami wybitnie niecodziennego użytku poruszających się w zapadającym zmroku po lodzie ruchami mocno posuwistymi i niesłychanie ostrożnymi z uwagi na taszczone pieczołowicie bagaże. Moc!
Zakrystia czekała na nas z ciepłem i gorącą herbatą. Oczom naszym ukazała się także wizja czekającego nas po koncercie poczęstunku w postaci rozmaitych ciast i ciastek piętrzących się w kuchence. Super, bo zdążyłam już nieźle zgłodnieć. Szybka rozśpiewka, chwila próby z orkiestrą, przebieralnia i już gotowi do zbiorowego kwiku udaliśmy się na mszę. Tym razem trzeba było okrążyć kościół po lodzie na wysokich obcasach (panie) i w eleganckich pantoflach (panowie). Kto wie jak wyglądają tego typu buciki i jaką mają przyczepność w warunkach zimowej zmarzliny, ten wie jaki był efekt kaczych kuperków. Moc po raz kolejny. Kupa śmiechu. Ale udało się dotrzeć na miejsce bez upadków, siniaków, zwichnięć, skręceń, pęknięć, złamań i wstrząsów mózgu. Pełen sukces.
Msza dłużyła nam się w nieskończoność, tym bardziej, że podczas jej trwania śpiewaliśmy tylko dwa utwory, siedzieliśmy w kurtkach bo było zimno a w dodatku tam czekała na nas taaaaaaaka wyżerka. Za to później… było pięknie.
Zaśpiewaliśmy kilka kolęd, w tym dwie z solistami, ostatnia już z orkiestrą. Cudnie to wychodzi. Zupełnie inny klimat. Widziałam jak podobało się to wszystko ludziom zgromadzonym w kościele i ilu ich było. W takich chwilach każdy dźwięk ma zupełnie inną wartość… śpiewa się też inaczej. Jakoś przestało mi być zimno, głodno i nieprzytulnie. Po naszym występie zostaliśmy jeszcze na koncert Harmonia Nobile. Jak w tytule utworu – to była faktycznie ‚melodia mojego serca’. Wszystkie instrumenty brzmiały fantastycznie a do tego ta partia solowa skrzypiec… W kościelnych murach muzyka, w oczach zebranych łzy, w naszych sercach ciepło, po ostatnim smyczku cisza… dopiero po chwili oklaski. Cudnie było. Magicznie wręcz.
Tego wieczoru było kilka takich magicznych i wspaniałych chwil. Podczas poczęstunku, kiedy po gorącym bigosie, herbacie z cytryną, ciastach i faworkach przy winie wśród ogólnej wrzawy i radości… Arsen z przyjaciółmi z Ukrainy wstali i w podziękowaniu za ciepłe i wyjątkowe przyjęcie księdzu i Jego pomocnikom… zaśpiewali… tak po prostu… ale zaśpiewali tak, że chwyciło za serce. Oni też mieli swoje święta. Przypadały właśnie wtedy… Pomyślałam, że nie mogli ich spędzić z najbliższymi, z rodzinami (choć Arsen akurat miał u boku swoją żonę) a na pewno mieli do kogo tęsknić… I spędzają ten czas z nami… To coś znaczy… tak jak i to, że teraz śpiewają… dla nas wszystkich także. Zrobiło się bardzo miło. Potem my przy stoliku śpiewaliśmy ‚Ne placz Rachyle’… dla nich wszystkich. Widziałam, że bardzo się cieszyli, że to też dla nich coś znaczy…
Takich magicznych momentów było tego wieczoru kilka i wszystkie sprawiły, że zapomnieliśmy o zmęczeniu choć było już bardzo późno, zimnie i tym, że ‚tyle jeszcze mieliśmy dziś zrobić’. W drodze do Warszawy śpiewaliśmy przez całą drogę. Wszystko co nam przyszło do głowy. A jak kończył się repertuar to zaczynały się żarty. Było przezabawnie. Znowu miejsca zmieniały swoich właścicieli a właściciele – miejsca. Endrju najlepiej czuł się rozpostarty we wdzięcznej pozie satyra na kolanach Malinezji i Marty, Luki błagał kierowcę o postój na siusiu a moją propozycję by skorzystał z wolnej butelki po winie skwitował tekstem ‚za ciemno’. Śmiechu było co niemiara. Wróciłam do domu ok 23 zmęczona ale wesoła… dawno tak dobrze się nie bawiłam i dobrze się wreszcie uśmiechnąć… choćby na samą myśl o naszych autokarowych harcach 😉

Dzieci są mądrzejsze

Jak wybrać sobie żonę lub męża?

„Musisz znaleźć kogoś, kto lubi to samo co ty. Jeśli na przykład lubisz sport, to żona musi lubić to, że ty lubisz sport i powinna podawać ci popcorn.” (Andrzejek lat 10)

„Nie można sobie wybrać. To Bóg decyduje kogo się pozna i dopiero potem wiesz z kim utknęłaś.”
(Krysia lat 10)

Kiedy należy się pobrać?

„Najlepiej jak ma się 23 lata, wtedy zna się drugą osobę na wylot!”
(Kamila lat 10)

„Żaden wiek nie jest dobry. Tylko głupki sie pobierają!”
(Fryderyk lat 6)

Po czym poznać, że dwójka ludzi jest małżeństwem?

„Trzeba posłuchać co krzyczą na dzieci…”
(Darek lat 8)

Co łączy twoją mamusię i tatusia?

„Oboje nie chcą mieć już więcej dzieci…”
(Laura lat 8)

Co robi się na randkach?

„Randki powinny być zabawne. No i trzeba się dobrze poznać. Nawet chłopcy mają czasem coś ciekawego do powiedzenia jeśli ich wystarczająco długo słuchasz…”
(Lilka lat 8)

Co zrobiłabyś, gdybyś była na randce z kimś brzydkim?

„Uciekłabym do domu i udawala martwą. A potem zadzwoniłabym do wszystkich gazet,
żeby o mnie napisali w dziale dla zmarłych”.
(Asia lat 9)

Lepiej być samotnym czy w małżeństwie?

„Nie wiem co jest lepsze. Ale na pewno nie bedę się kochał z moją żoną, to jest obrzydliwe!”
(Tomaszek lat 11)

„Dla dziewczynek lepiej być samotnym. Ale chłopcy lepiej, żeby byli ożenieni. Ktoś musi po nich posprzątać, nie?” (Asia lat 9)

Jak wygladałby świat bez małżeństw?

„Trzeba by na nowo tłumaczyć skąd się biorą dzieci…”
(Karolek lat8)

Co zrobić, by być szczęśliwym w małżeństwie?

„Musisz ciągle i ciągle mówić żonie jaka jest ładna. Nawet jeśli wyglada jak ciężarówka!”
(Rysio lat 10)

😉
I wszystko jasne…
Miłego dnia

Zmysłowo

Wzrokiem – na warsztacie J.M. Coetzee ‚Hańba’, pododne światło lampy i cień rzęs na kartkach

Słuchem – z głośników Audioslave z niemal namacalnym bólem w głosie Cornella, gama uczuć

Smakiem – w kubku sok aksamitny SONDA, miękki duet marchewki z bananem gładzi usta jak jedwab

Dotykiem – pod palcami mechata gęstość włosia ulubionych sztruksów, kosmyk znad czoła uparty przygryzam

Zapachem – płynny aromat świeżych, ogrzanych letnim słońcem malin na mojej skórze, oddycham leniwie lipcowym popołudniem

Szóstym zmysłem domagam się weekendu

Miłego wieczoru

Lubię zdecydowanych mężczyzn ;)

X
witaj o nieznajoma
X
jak Ci na imię?
Ja
to nie wiesz do kogo piszesz?
X
eee… no do Ciebie
Ja
to po co pytasz jak mi na imię?
X
bo nie wiem jak
Ja
to wiesz czy nie wiesz z kim rozmawiasz?
Ja
zdecyduj sie bo wiesz… niezdecydowany facet to gorsze niż koło gospodyń z pms-em
X
no ja… chciałem Cię poznać bliżej
Ja
a dalej już mnie poznałeś?
X
eee
Ja
tak myślałam
X
czemu taka jesteś?
Ja
jaka?
X
no właśnie nie wiem
Ja
to gdzie sens pytania ‚czemu taka jesteś’ skoro nawet nie wiesz jaka jestem?
X
nabijasz się ze mnie
Ja
jaaaa? skądże [hahahaha]
X
myślałem, że jesteś inna
Ja
święci pańscy! piszesz do mnie, choć nawet nie wiesz kim jestem, sam się nie przedstawiasz, nie pytasz czy mam ochotę na ten dialog ani na znajomość z Tobą, mówisz, że chciałbyś mnie bliżej poznać, i pytasz czemu taka jestem ale jaka jestem to już nie wiesz a na koniec oznajmiasz, że myślałeś, że jestem inna ale podkreślam, że nie wiesz jaka – to jak mam się z Ciebie nie nabijać? aż się prosisz o dym
X
a co to dym?
Ja
taka szara lotna substancja wydostająca się np z komina

Telefon

Dryyyn, dryyyn …
[Aleksander Kwasniewski] Jurek? Sorki, że o tak późnej porze – nie śpisz??
[George Bush] Mama??
[AK] Nie, nie – to ja – Olek.
[GB] Aaa … Olek – siemanko! Co słychać mój rosyjski przyjacielu?
[AK] Eeee … polski. Jest w porządalu tylko zimno trochę. Słuchaj Jurek, dzwonię bo mam interes.
[GB] Go on Olek, co tylko chcesz Ameryka nie zapomnina o przyjacielach!
[AK] No więc Jurek, wiesz … przyciskają mnie o te wizy. Teraz jeszcze, teee, no, wprowadziliście odciski i w ogóle. Chodzi o to, że może
mógłbyś coś z tym zrobić?
[GB] Olek, buddy ja dla ciebie wszystko morda! Ale co ja tu mogę? No powiedz mi, co ja tu mogę?
[AK] No nie wiem … jesteś prezydentem, może da się to jakoś tak … no wiesz…
[GB] Prezydentem? Aaaa rzeczywiście. No ale sam wiesz jak jest? Tu jest senat – ja nie decyduję.
[AK] No tak ale może mógłbyś jakoś wpłynąć, w końcu pomagamy wam w Iraku.
[GB] Olek – don’t worry. Jeśli chodzi o ten Irak to rozłożymy to na raty i dodamy do F16 – spokojnie to spłacicie w 20 years.
[AK] Ale Jurek – jakie raty? Raty to mają być za F16 a nie za Irak.
[GB] Hold on Olek – wezmę tą umowę na mój computer. Weź ją w hand i czytaj ze mna – zacznijmy od razu od tych małych letters na dole.
[AK] O w morde Jurek! Nie zauważyłem tego wcześniej. Ale zaraz – tu jest napisane, że w zamian za pomoc w Iraku zobowiązujemy się do dobrowolnej wpłaty 20 mld dolarow dla rządu USA!!!
[GB] Olek – morda ty moja! Wiesz ile byście zapłacili za taki advertisement
w najlepszym paśmie reklamowym? Słuchaj bro, to jest interes, na którym jeszcze zarobicie w przyszłości! Będzie cool!
[AK] Ja cię pierniczę Jurek ale skąd my weźmiemy tyle kasy!!??
[GB] My tu o wszystkim pomyśleliśmy. Niedługo damy wam namiar na te rakiety co się teraz produkują i co je niedługo znajdziecie na desert w Iraku. Tylko Olek – morda ty moja – nie róbcie nothing na własna rękę bo znowu wykopiecie nie te co trzeba.
[AK] Ale Jurek po cholerę nam te rakiety?
[GB] No też prawda … właściwie to nie wiem. W każdym razie ktoś je musi wykopać. Jak już je wykopiecie to wam umorzymy część tego długu i wszystko będzie O.K.
[AK] Cholera Jurek – ty to masz łeb! Genialne! A swoją drogą kiedy wyślecie nam te F16?
[GB] Jeszcze trochę time, Olek. Czekamy na pozwolenie Głównego Dyrektora Muzem Wojska. Wiesz jak jest – w końcu zabytkowego obrazu też ot tak nie wywieziesz za border.
[AK] Eeee … no tak … Dobra Jurek – to ja będę kończył bo dzwonię z karty.
[GB] Nie ma za co Olek. My tez was love! Ameryka wam tego nie zapomni. Peace! Zadzwoń jeszcze kiedyś mój rosyjski przyjacielu!
[AK] Eeeee … polski. Siemanko Jurek.

Dlaczego źle mi się kojarzy i baba wredna ze mnie czasem wyłazi…

Jeśli własny osobiście oswojony facet, którego fanaberie i wszystkie fazy się dawno przećwiczyło (czyli etap ‚jest cudownie i jesteś ideałem a teraz chodźmy rwać stokrotki i spijać rosę z koniczyny’ mamy dawno za sobą) wymienia e-mailowe ‚elaboraty na różne tematy’ z innymi kobietami (zwłaszcza z jedną) a do ‚tej jedynej i ukochanej’ nie wyśle nawet zdawkowego ‚cześć’ nie mówiąc już o telefonie czy sms-ie i w domu też nie ma czasu albo jest zbyt zmęczony by pogadać jak za dawnych dobrych czasów i ogólnie zachowuje się jakby jego termin przydatności do spożycia minął w ubiegłym stuleciu, a wmawia jej, że wszystko jest cudnie, tylko ma duuuuuuuużo pracy, to do jasnej cholery nie ma bata by babsko to wytrzymało z uśmiechem na ustach – będzie dym…
A jeszcze jak się pisze do jakiejś pani ‚jaki to ten babsztyl straszny i okropny a ja jestem taki biedny sierotek’ zapominając o tym co najważniejsze, czyli własnym krętactwie i skłonnościach erotyczno-gawędziarskich niczym lovelas pierszej wody i na dodatek ta pani wypowiada się w temacie owego ‚zwiazku’ choć za przeproszeniem gucio wie i do tegoż gucia ma prawo… to już szlag trafia nagły jak jasna cholera…
Bo takich rzeczy się drodzy państwo nie robi. Jeśli jest czas na pisanie z laskami to jest też na pisanie z połówką – chyba, że się nie chce…
Albo tak się organizuje czas i e-mailowe niespodzianki, żeby wszyscy byli zadowoleni, a partnerka najbardziej (bo najważniejszą powinna być jeśli się jej wmawia, że laf soł macz i inne takie) albo przestaje się po szczeniacku pogrywać i zostaje się samemu…
I tu trzeba być dojrzałym i zdać sobie sprawę czego naprawdę od życia chcemy, a nie zastawiać się wymaginowaną zazdrością owej partnerki…

Sic!

Ps. A kojarzy mi się źle ponownie (bo to już któryś raz pani – za każdym razem inna – o tymże imieniu mi podpadła) pewne imię damskie na S.

Czajnik i mandarynki

Pablos pojechał do chrześnicy w charakterze Świętego Mikołaja. Ja tam się spierać nie będę ale do Mikołaja to mu długiej siwej brody i co najmniej 60 kg brakuje… no i świętym też bym go nie nazwała ale pojechał. I dobrze. Przywiózł małej gadającego psa co różne sztuczki robić umie – oj biedna mamausia – i tyle jajek z niespodziankami, że chyba mu się święta pomyliły. Mała wniebowzięta. Trudno się dziwić. Szanująca się dwulatka gadającym psem i kinder-siurpryzami nie pogardzi. Oczywiście Pablos wrócił z bolącym kręgosłupem, bo zabawa w ‚samolot’ pełną parą i do upadłego była. Wrócił też z uśmiechem od ucha do ucha i ciekawymy dialogami sytuacyjnymi do opowiedzenia. Jeden nawet zapamiętałam…

Mała stoi koło stołu, na którym koszyk mandarynek się dumnie piętrzy i prezentuje jeden z bardziej ciekawych dwulatkowych uśmiechów-zagadek.

Pablos – pyta zaintrygowany dziwną szczeżują – Co się tak cieszysz?
Mała – z przejęciem zniżając głos – Czaję się
Pablos – jeszcze bardziej zaintrygowany – A na co?
Mała – z uśmiechem szczerym a ogromniastym – Na mandarynki!

🙂

Jest taki ktoś… dla A.

Jest taki ktoś, kto jest dla mnie uosobieniem piękna, łagodności, oddania, wierności… kto składa się z miłości. Jest ideałem partnera. Ale nie ezgaltowanym świętym… Nie. To jest tak naturalne, że sprawia wrażenie jakby nie mogło być inaczej…

Ten ktoś potrafi zrozumieć bez słów i nic nie mówiąc sprawić, że człowiek czuje się kochany tak mocno, że aż boli. Nie podcina skrzydeł… pomaga wzlecieć… nie zatrzymuje… Wiem jak potrafi kochać – tak mocno, że umie pozwolić komuś odejść…

To kobieta… Jej piękno nie jest złudne jak fizyczność… nie tylko… To wnętrze, piękny umysł, dusza, urok osobisty… Kogoś takiego najbardziej kocha się za zwyczajność i powszedniość… bo jest to codzienność odświętna… a taka jest najdroższa na świecie…

Nigdy nie mogłam sobie wyobrazić jak można skrzywdzić kogoś takiego… To tak jakby znikły wszystkie uczucia…

Jakby zabić anioły…

Requiem