…
bajka
co dobrego towarzyszu? – spytała Bajka z partyjnym pozdrowieniem
skowi
chorość mnię wzięła – przyznał towarzysz Skowronus otwarcie i żałośnie
bajka
och biedny ty biedny i chory… – jęła się litować litościwa Bajka
jakaś miła pielęgniareczka by się zdała 😉 – na pomysłowość towarzyszki zawsze liczyc można
skowi
podająca maści, pigułki, parząca herbatkę z sokiem malinowym i inne takie… oraz odganiająca muchy ze skowroniego czoła – podchwycił ochoczo towarzysz Skowronus lubieżnie oblizując wargi – i jeszcze żeby mnie żałowała na głos ‚jaki to skowi biedny jest’ – dodał po chwili
bajka
ojojoj – pożałowała znowu Bajka chorego towarzysza
widzisz ja już mam kogo pielęgnować
ale może damy ogłoszenie?
‚potrzebna troskliwa, czuła pielęgniarka o miłym głosie i aparycji, wymiary 90-60-90…’ – przygotowała Bajka naprędce stosowny tekst
skowi
no coś ty – to musi straszną kasę kosztować… – zmartwił się biedny i chory towarzysz
bajka
hehehe
to dodamy ‚wolontariuszka’ – wymyśliła sprytna jak zawsze towarzyszka
skowi
mógłbym też dodać swoje zdjęcie, ale wtedy one wszystkie się tu nie zmieszczą 😉 – towarzysz Skowronus wyraził swoje obawy jak przystało na praworządnego obywatela o dużej dozie cywilnej odwagi
bajka
no właśnie
za mały pokój masz 😉 – przyznała towarzyszka Bajka wpadając jednoczesnie na pewien pomysł…-
chyba że zrobimy pracę zmianową
…
Cytat z Merlina
….emocje mna targnely gdy trafilem na nierownosc chodnika…
oto dlaczego łatwiej powiedzieć ‚o k…!’
😉
Wczoraj był dobry dzień
Wczoraj był dobry dzień.
Szkoda tylko, że nie hulały mi blogi.
Wczoraj miałam wiele do powiedzenia, napisania, współodczuwania, roześmiania i uszczęśliwiania…
Wczoraj na chwilę zapomniałam o kłopotach…
Dziękuję tym, którzy byli wtedy ze mną.
Wczoraj dobrze się bawiłam w Merlinie na ukochanych mokotowskich polach, przesiąkniętych radością i piwem, którego nie lubię.
Uśmiechy mogłam rozdawać w zimowej promocji i enegrię pozytywną jak jazzowe wibracje.
Wczoraj był dobry dzień…
Szkoda tylko, że…
Dziś jest dzień nieokreślony.
Nie mam pms-u, ani doła, ani chandry czy depresji.
Jest przecież ok.
Bez dziwnych nieuświadomionych scen i histerycznej kobiecości.
To nie moja twarz…
Dziś będzie dobry dzień bo idę na Parkowy koncert i będę miała wszystko bardzo głęboko… w kieszeniach bojówek.
Będzie…
Zobaczę znowu Halkę i Królika.
Podrzemy japy w stylu post-punk i będziemy udawać, że cofnęliśmy się w czasie…
Dziś będzie dobry dzień.
Taka mantra, afirmacja na ‚chęć życia’ i ‚sięniestarzenie’.
W autobusie znowu dzień świra…
Fajnie było olewać tą nadętą raszplę, która wypluwała jad chaotycznymi gestami…
Chyba mówiła do mnie…
Wyglądała jak kukiełka…
Nieistotne.
Miałam na uszach ‚Atwa’ System Of A Down, w głowie ‚Aerials’, w dłoniach ‚Chop Suey’…
Za oknem ‚Toxicity’…
Bajecznie
Apdejt 4U
‚Hey you see me, pictures crazy
All the world I’ve seen before me passing by
I’ve got nothing to gain, to lose,
All the world I’ve seen before me passing by
You don’t care about how I feel
I don’t feel it anymore…
Hey you are me, not so pretty
All the world I’ve seen before me passing by
Silent my voice, I’ve got no choice
All the world I’ve seen before me passing by
You don’t care about how I feel
I don’t feel it anymore
I don’t sleep
I don’t eat
I don’t live
I don’t feel…’
Codzienność odświętna
Odklejam się od snu. Powieki jeszcze ciężkie, pełne barw. Usta obrzmiałe od wewnętrznego uśmiechu. Kot mruczy za uchem, że już czas. Przymilam się do miękkiego futra i czuję szorstki język na policzku. Wstaję powoli podnosząc z podłogi kołdrę od zawsze żyjącą własnym życiem. Na bosaka świat odczuwam inaczej, pełniej. Cuci mnie chłód pokoju. No tak. Okno znowu otwarte na noc by księżyc mógł podglądać do woli wędrówkę mojego ciała po posłaniu. Nie znoszę piżam – więzów krępujących marzenia. Na dworze mróz. Domykam nieszczelne ramy i dostrzegam gęsią skórkę na skórze. Nastawiam muzykę. Morcheeba ‚Big Calm’. Przy tej płycie zawsze robi się cieplej. Przeciągam się leniwie. Napuszczam wody do wanny. Jak zawsze za gorącej. To niezdrowo ale zmarźluch ze mnie straszny. Aromat malin unosi się wraz z parą ponad zimne kafelki. Lustro za mgłą. Odprężam się w objęciach wody. Wonna piana otacza mnie cudownym zapachem. Przyjemnie, błogo, dobrze mi. Wita mnie miękki ręcznik. Otulam się nim szczelnie nim wyjdę do kuchni. Nie lubię się wycierać. Krople na skórze wyschną same. Śniadania nie będzie. Szybkie kakao wypite w przelocie musi wystarczyć. Kotka już szczęśliwa patrzy w pełną miskę mrużąc oczy. Mało trzeba by ją zadowolić. Pełne spodki, czysta kuweta, miłość i celebrowanie codziennych pieszczot, wspólny sen. Odwzajemnia się bardziej niż człowiek. Bezwarunkowo. Wyglądam przez okno. Burość. Stalowe niebo. Śnieg. Ludzie smętni i ponurzy. Rzeczywistośc we wszystkich odcieniach szarości. Określam się zapachem kropli perfum. Lekko. Zmysłowo. Ubieram kolory. Piękne, ciepłe, pogodne, moje… Uśmiecham się wybiegając z domu. Szalik zakładam w biegu. Włosy spod czapki niesforne. Powietrze nasiąka porankiem. Przechodzień z psem odwzajemnia uśmiech. Pies merda ogonem. Płomień w barwie.
Dzień dobry
Bajka zimowa
–
Incubus ‚Megalomaniac’
Dobranoc
Piątek dniem roztrzepania ogólnego
Zbliża się weekend, czyli po naszemu koniec tygodnia. Wszędzie panuje ogólne rozprężenie, odprężenie i roztrzepanie a na twarzach wykwitają dziękczynne uśmiechy. Rano jeszcze niepewnie, znienacka i gdy szef nie patrzy cieszymy się po kątach i nie brykamy za głośno ale po południu, bliżej fajrantu to już całkiem łapie wszystkich piątkowa głupawka. Przefaksowuje się więc całkowicie przypadkowo higieniczne chusteczki, kopiuje kraciaste bokserki z zawartością lub lewy profil znienawidzonego kolegi, oblepia się niektóre biurka gąszczem sklerokarteczek i chowa jednorazowe kubki do kawy między doniczki z kwiatami. Różne rzeczy mogą się zdarzyć w piątkowy dzień, zwłaszcza gdy za oknem piękna zima a słońce woła na wagary i lepienie bałwana.
Dla mnie piątek możnaby ogłosić dniem roztrzepania ogólnego, ponieważ zawsze w ten dzień tygodnia wydarza się coś dziwnego, zabawnego, niemądrego, zaskakującego, całkowicie i totalnie pokręconego – a to wszystko moja zasługa. W piątki zapominam o bilecie miesięcznym czarując później pana kontrolera błękitem paryskim osobistych tęczówek; wybieram kompletnie nieznane numery przez pomyłkę a następnie zamiast grzecznie przeprosić i się rozłączyć, wpadam w ożywioną dysputę na bardzo poważne tematy egzystencjalne nawiązując nowe, ciekawe znajomości; wsypuję sól do herbaty i zalewam to wszystko sokiem malinowym dziwiąc się potem specyficznemu smakowi; podgrzewam drożdżówki na kaloryferze żeby były ciepłe i aromatyczne; szokuję i bawię współpracowników kolorowymi, śmiesznymi skarpetkami w żółwie tudzież kaktusy; robię całą masę innych niewątpliwie ciekawych i zabawnych rzeczy, o których nie będę już pisać, bo czasu szkoda.
Dzisiaj na przykład wyszłam sobie z domu jak gdyby nigdy nic ciesząc się widokiem słońca w zimowy śnieżny poranek i już na przystanku spotkała mnie pierwsza siurpryza… nie wzięłam zegarka. Bajka bez zegarka to jak bez ręki, bo tak już się przyzwyczaiła. Przyzwyczajenie jednak trzeba będzie pokonać i męczyć się dziś cały dzień spoglądając na czasomierz komórkowy. Damy radę. Gorsza niespodzianka spotkała mnie gdy dotarłam już do pracy i usiadłam za biurkiem… Zapomniałam bowiem o okularach. Nie noszę ich dzień cały bo czasami zdejmuję ale w pracy akurat są mi potrzebne bardziej niż wszystkie zegarki na świecie razem wzięte. Z wadą wzroku -2,5 wyglądam jak kret z nosem przy monitorze nurkujący od czasu do czasu tymże nosem w nabiurkowych papierzyskach i ponownie wgapiający się z namaszczeniem w ekran komputera. Jestem rotrzepana jak jajo – nie da się ukryć. Całe szczęście, że koleżanka z naprzeciwka dokonała niedawno zakupu nowej pary pingli i mogła mi na dziś użyczyć swoich starych. Co prawda to tylko -1 ale zawsze lepszy rydz niż krowiak. Ciekawe czy wieczorem, gdy już wyjdę z pracy będę wyglądać jak skrzyżowanie chińczyka z jeżem, bo biorąc pod uwagę częstotliwość mrużenia oczu i zjeżenia zaistniałym faktem jast to bardziej niż prawdopodobne;)
Miłego roztrzepania
Takie sobie czwartkowe dywagacje…
Ciekawe dlaczego ‚prostytutka’ skoro po łacinie ‚curvae’ znaczy ‚krzywy’…?
Ja chyba nie mam większych zmartwień…
tzn mam ale widocznie nie chce mi się o nich myśleć 😉
bajka dywagacjami szarpana
Rozmówki polsko-szwajcarskie
Ja – Czy Ty masz dziś imieniny?
Alti – Nie mam. Dziś jest dzień babci. Jak kiedyś byłabym babcią byłoby to tracenie dodatkowego święta – nie uważasz?
Ja – Uważam, ale wiem też, że dziś są imieniny Agnieszki. Wolałam się upewnić choć już mi swoje namiary podałaś i w stosownym terminie włączy mi się przypominacz
Alti – Cfaniara
Ja – A co Ty myślałaś
Alti – Ja nie myślem. Ja gupia jezdem
Ja – To razem jezdeśmy
Alti – Możemy założyć partię i zrzeszać członki… tzn członków chciałam powiedzieć 😉
Ja – Niczego nie będziemy zrzeszać. Same będziemy i już
Alti – Same jak samice 😉
Ja – Wyposzczone ;)))
Alti – Nie wyposzczone bo żreć będziemy na potęgę – lody i czekoladę i śledzie i ogórki i kiełbasę krakowską i ptasie mleczko… Będziemy wielkie tłuste samice focze 🙂
Ja – A co 😉 Zawsze o tym marzyłam 😉
Alti – A jak nam się znudzi tłustość to wygramy w totka kupę kasy i se pierdolniemy operacje plastyczną i liposakszyn i wygładzanie celulitisa i powiększymy se cycki! 😉
Ja – Aż się będziemy o nie przewracać ;))
Jazda figurowa na lodzie w watowanych gaciach a wrotki, czyli chyba znowu przyjdzie czekać zimy…
Zawsze chciałam nauczyć się jeździć na wrotkach. Widziałam te pędzące szaleńczo przez parki, ulice i chodniki orolkowane nogi z całą resztą malowniczo rozwianą w górze i zazdrość mnie zżerała okrutną wątroby żałością, że jak tak nie potrafię. Ale co miałam potrafić skoro nigdy w życiu kontaktu poza wizualnym z wrotkami nie miałam. Wizualnie nauczyć się chyba jeździć nie da – przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo a daleko posunięta logika także wyklucza owo zjawisko – więc postanowiłam działać. Pojawił się tylko mały problem w postaci nieuniknionej zmienności pór roku, ponieważ jak już zebrałam się w sobie wraz z całym zapasem dostępnej tudzież niedostepnej mi odwagi i postanowiłam, że się nauczę, to zrobiła się zima. Zima jak wiadomo nie sprzyja wrotkowym eskapadom choćby z uwagi na dojmujący chłód, częste opady różnych stanów skupienia H2O oraz wyjątkowo mało przyczepną, śliską nawierzchnię. Reakcję otoczenia pomijam, bo jak na pewno zainteresowane osobniki znające mnie osobiście wiedzą (reszta się właśnie dowiaduje), nigdy nie przedstawiało to dla mnie znaczącego problemu. Tak czy owak jazda na rolkach zimową porą odpada. Posmutniałam… ale tylko na chwilkę, bo zaraz jakaś życzliwa dusza poradziła mi, żebym spróbowała nauczyć się jazdy na łyżwach, bo ponoć to tak samo się jeździ tylko podłoże się zmienia. Niewątpliwie się zmienia. Z łyżwami to się mi kojarzy odwiecznie jazda figurowa z potrójnymi tulupami i kapslami wyrzucanymi przez lewe ramię i pies rasy wyżeł wdzięcznie przekręcany przeze mnie w dzieciństwie na psa rasy ‚łyżew’. Skojarzenia skojarzeniami ale jak tylko nadarzyła się okazja i udało mi się pożyczyć łyżwy, pognałam dzikim truchtem na lodowisko. Zaciągnęłam także na wyżej wzmiankowaną ślizgawkę koleżankę w charakterze duchowego i fizycznego wsparcia. Wspierałyśmy się obie świetnie nawzajem z tą drobną różnicą, że jedna – czyli Ona – nie umiała na łyżwach jeździć ni w ząb a druga – mła – nie umiała jeszcze bardziej. Nasz poziom przedstawiał się zatem imponująco. Na ślizgawce była już gromadka zapaleńców, kręcących wdzięcznie piruety i sunących po lodzie jakby niczego innego w życiu nie robili. Nie zbiło nas to jednak z tropu i po założeniu oprzyrządowania nożnego wczołgałyśmy się na lód. Widok musiał przedstawiać się iście przekomiczny i chyba tylko wrodzony takt pozwolił reszcie łyżwiarzy nie parskać raz po raz diabelskim rechotem. My same pokładałyśmy się ze śmiechu dosłownie i w przenośni (dosłownie rzecz jasna bardziej). Mnie na przykład udało się nawet ustać w pozycji pionowej kilka ładnych sekund po czym nogi zaczęły jechać… Nie było by w tym nic nadzwyczajnego i komicznego – wszak na lodowisku to widok codzienny – gdyby nie fakt, że każda noga pojechała w inną, sobie tylko znaną stronę i po chwili reszta mnie wylądowała na kuprze, a tenże kuper zaczął w tym samym czasie sunąć w kierunku przeciwnym, czyli do tyłu. Druga próba skończyła się większym sukcesem, bo w pionie wytrzymałam już kilkanaście sekund po czym zrobiłam przecudny technicznie szpagat bez rozgrzewki z niewątpliwymi walorami artystycznymi w postaci głośniego ‚aaaaaaaaa’ niczym rasowy wrzaskun. W tym momencie rżałyśmy już z koleżanką obie na cały głos, bo Ona w tym czasie zrobiła salto mortale… Zamiast stać spokojnie w miejcu i powoli posuwać się naprzód obejrzała się za siebie, co z kolei spowodowało zmianę położenia tułowia względem dolnych kończyn i po stylowym piruecie przepięknym ślizgiem wylądowała po drugiej stronie bandy odnóża wdzięcznie rozrzuciwszy ku górze. Doprawdy nie wiem jakim cudem udało sie nam dokonać takiego przedstawienia w przeciągu dziesięciu minut – mogłyśmy sprzedawać bilety – taki był ubaw. Kilka kolejnych prób skończyło się oszałamiającym wręcz sukcesem, bowiem odkryłyśmy w sobie kolejne talenty i nowe układy w jeździe figurowej na lodzie (musimy je kiedyś opatentować zanim kolejne pokolenia wpadną na ich ślad). Wracałyśmy do domów obolałe ale szcześliwe jak dzikie świnie deszczową porą, przysięgając sobie, że nigdy więcej po czym… za dwa dni umówiłyśmy się na łyżwy. Tym razem byłyśmy lepiej przygotowane… do amortyzacji upadków. Ona założyła wielkie barchanowe gacie i dwie pary spodni a ja podobnie ciepłe majty i watowany spodzień. Czego się nie robi dla sportu. Jeździć na łyżwach się oczywiście nie nauczyłyśmy ale może poczekam aż się zrobi ciepło i wypróbuję wrotki? Tylko skąd ja je wezmę… Chyba poproszę Mikołaja by mi przyniósł pod choinkę. Razem z wszystkimi możliwymi ochraniaczami, kompletem gumowanych przydrożnych słupów i pluszowych krawężników…
Zimowe impresje, czyli kto ile może i dlaczego…
Bajka
dzień drobny mordo świńska
że tak się pieszczotliwie przywitam 😉– jak zawsze grzecznie i uprzejmie, czyli dzień jak co dzień
Halucynka
dzień dobry ryju jeden
że tak samo odpowiem 😉– w podobnym tonie jak zawsze niezawodna w interakcjach społecznych
Bajka
drobny
bo czy dobry to jeszcze nie wiemy – mała korekta
Halucynka
eee tam
dobry – upierała się przy swoim Hal
Bajka
co tam słychować? – czyli pytanie standardowe
Halucynka
śnieg zaje*
czaaad – pospieszyła z wyczerującą odpowiedzią
Bajka
tia – podkreśliła walory arystyczne wcześniejszego zwrotu
Halucynka
byłam wczoraj z psem na spacerze
przez godzinę
zrobiłam z niego bałwanka – pochwaliła się skłonnościami sadystyczno-zoofilistycznymi i zamiłowaniem zamkniętej kompozycji przestrzennej
Bajka
nie przymarzł tyłkiem do krawężnika? – zainteresowała się w duchu widząc biedną psinę wystylizowaną na bałwana drżącą z zimna na osiedlowym skwerku
Halucynka
i sama też byłam cała mokra – pochwaliła się jakby mówiła o nocnym moczeniu emeryta na sympozjum geriatryków
Bajka
a wetkłaś mu marchewkę?
hmmm
bo bez marchewki to doopa blada a nie bałwan – doszedł do głosu specjalista bałwanolog
Halucynka
po co mu?
ma nochal wydatny – broniła psa nie-bałwana w dodatku bez podstawowego artybutu
Bajka
ale marchewkowy organ być musi
bez tego nie ma bałwana
tylko jakiś falsyfikat – Polskie Towarzystwo Śnieżne do spraw badań nad bałwanami zdecydowały wykluczyć psa podszywającego się pod bałwana z dalszych badań
Halucynka
zaje*/ było
ślizgałam się na boisku do piłki nożnej – zachwycała się pięknymi okolicznościami przyrody okraszając wypowiedź lapidarnymi treściami nasyconymi emocjonalnie
Bajka
fascynujące
a było co pokopać?
czy tylko doły ryłaś tyłkiem w zaspach? – wykazała się olbrzymim znawstwem tematu i Halki
Halucynka
wszystkim co się dało – broniła się
Bajka
hmmm
za dużo to tego nie masz – biorąc pod uwagę nieznaczne gabaryty halkowe wniosek nasuwał się sam
Halucynka
było tyyyle śniegu
rzucałam Belowi kulki – ciągneła rozentuzjazmowana do granic
Bajka
i co łapał?
a może to nie kulki były? 😉
tyko zamarznięte granaty obronno-zaczepne? – wyraziła oczywistą wątpliwość, wszak nigdy nie wiadomo co w śniegu zapiszczy
Halucynka
trza było widzieć, jakie ewolucje potrafi wykonywać pies biegnący pełną parą po lodzie ukrytym – chwaliła akrobatyczne zdolności czworonoga
Bajka
lód ukryty w ogóle sprzyja rozmaitym ewolucjom
czasem również ukrytym
do pewnego momentu – odrzekła w zamyśleniu myśląć o ukrytych talentach odkrywających się nagle na śliskiej nawierzchni niczym poczwórny tulup z ruchomych schodów w metrze
Halucynka
he he – zaśmiała się Halka
Bajka
hę hę – zawtórowała jej Bajka
Halucynka
ja parę razy zaliczyłam glebę – pochwaliła się niczym skokiem na bungee
Bajka
a widziałaś kiedyś piruet baby z siatami?
na środku przystanku – i tu Cię mam… tego się nie da przebić
Halucynka
taaa
widziałam sąsiada z workami na śmieci – zripostowała natychmiast
Bajka
a co sąsiad ciekawego z tymi śmieciami robił?
wywalił się chociaż? – z nadzieją w głosie spytała Bajka
Halucynka
no przed samym śmietnikiem pięknie zamarzło – kontynuowała Halka
Bajka
no i? wygrzmocił się?
czy poszło na marne? – doszedł do głosu niepokój, bo jakże by to tak mogła się cudna okazja do orła zmarnować
Halucynka
i strzelił pirueta zakończonego…
upadkiem na duuuuu – zakończyła wreszcie z triumfem wyzierającym ze wszystkich literek
Bajka
hehehe
braweczko
żonka wymasuje – zaśmiała się Bajka ochoczo
Halucynka
a śmieci mu się malowniczo rozp**
taka hosanna – zachwycała się pięknej krajobrazu okołośmietnikowego i wspomnieniem sąsiada z kubłem
Bajka
czyli pełen chillout
hosanna na wysokościach
a on bynajmniej nie krzyczał ‚błogosławionyś…’
tylko pewnie coś z błędem ortograficznym
co smarują szczyle na murach – wykazała się znawstwem tematu i zmysłem obserwatorskim okolicznych murów
Halucynka
jedyny dźwięk, jaki wydał to było „jaaaaaaaaa”
takie dosyć ochrypłe – poinformowała Hal ze swadą
Bajka
zaanonsował się znaczy
żeby wiadomo było że to on a nie kto inny wyrżnie za chwile orła – wytłumaczyła motyw działania omawianego sąsiada i jego artystycznego występu na lodzie
Halucynka
noooo – uśmiała się
Bajka
czy tak się to pisze?
bo ja już zgłupłam do reszty wewtej robocie – wyraziła powątpiewanie co do własnych umiejętności
Halucynka
‚wyrżnie’?
dobrze było – wykazała się Hal
Bajka
znaczy się ostatki mózgu się jeszcze ostały
dobra nasza – uspokoiła się wyraźnie
Halucynka
jeszcze się do końca nie zmechacił – pocieszała Halka
Bajka
mój się nie zmechaci
mój się zlasuje
i to już chyba kwestia czasu
wymiękam tu jak małża na pustyni – z żalem przyznała Bajka
Halucynka
eee
małża na pustyni to się psuje
w tempie expresowym
i śmierdzieć zaczyna – Halucinda – znawca małż i ich procesów rozkładowo-gnilnych
Bajka
niezupełnie
najpierw mdleje
bo nie wie które ziarenko wybrać
i wymięka – tłumaczył znawcy drugi znawca
Halucynka
się powąchaj
jak śmierdzisz, to najwyższy czas zmienić klimat – poradziła prędko
Bajka
na chłodniejszy
przy -50 stopniach nos odmarza i nic się ponoć nie czuje – wymiana dobrych rad w toku
Halucynka
nooo
w chłodni się możesz zatrudnić – jako specjalista do spraw preselekcji doradzam prace w mroźnym klimacie z uwagi na swoistą woń wydzielaną przez aplikanta
Bajka
kurcze
powinni ochładzać autobusy
tam to dopiero jest klimatyczny sajgon wyziewny – jako znawca komunikacji miejskiej i warunków tam panujących doradzam częściowe zamrażanie taborów w zajezdniach celem uniknięcia specyficznego zapachu wydzielanego przez niektórych pasażerów – resztę się zahibernuje
Bajka
ja nie śmierdzę – powąchawszy się oceniła Bajka
tylko pachnę
to mi wychodzi najlepiej
Halucynka
to jeszcze wytrzymasz
jak pachniesz, to jeszcze znaczy klimat dobry – uspokoiła ją Halka swoją wybitną wiedzą w tej dziedzinie
Bajka
ale inni niekoniecznie równie ładnie pachną – podzieliła się luźnym wnioskiem
Halucynka
oni już nie mogą…– i wszystko jasne…