Chciałabym się z tobą pouśmiechać…

Praca – angielski – Hala.
Ozór wywieszony do pasa robi konkurencję szalikowi. Czapki nie zakładam. Po pierwsze za ciepło, po drugie – tak pędzę, że nawet gdy temperatura spada to nie czuję. I nawet wiem ile minut się spóźni kolejny 517.
Olałam próby. Wytrzymają beze mnie.
Ważne, że ktoś się cieszy gdy przyjeżdżam. Że czeka. Że jest.
Zdrowieje… choć nadal warczę bo ubiera się za lekko. Mówi wtedy ‚Dobrze ciociu’ i robi minkę dziewczynki przyłapanej na wyjadaniu kremu z karpatki.
Słodkie. Ale ja już się nie łapię. Za stary ze mnie gołąb na wróblu. Golf musi być i koniec. Bo w sumie kto się inny martwić będzie? Odgłos skrzypiących drzwi zostawmy skrzypiącym drzwiom a głos trzeba naturalny odzyskać. W końcu Biko musi mieć czego słuchać na koncertach trasmitowanych komórkowo.

A wiecie co jest najlepsze?
W bardzo niemiłym dniu usłyszeć bardzo miłe słowa:
‚Lubię cię widzieć taką uśmiechniętą’

Może i chaos… ale czasem go lubię.
Taka moja mała schizofrenia.

Bo to taka pora…

Ponoć listonosz zawsze puka dwa razy.

Szczęściarz 😉
Pytanie czy dwa razy w życiu czy dwa razy przy każdym poczty doręczaniu.

A niedawno Kata przypomniała mi o profilach na ro2 i o interesujących odpowiedziach w rubryce ‚seks to dla mnie…’

Naszym niekwestionowanym faworytem był pewien męczizna, któren wpisał tam:
‚wolę święta bo są częściej’

To tak pod choinką.. czy na baranka? 😉

Dobranoc

Uwaga! Uwaga!

Niejaka Madzix, znana wszem i wobec jako zwierz narwany i szalony (nie kwalifikujący się jednakowoż do uśpienia), jest głównym pomysłodawcą i organizerem akcji goło_ledź na mrozie, czyli Sylwestra w Muszynie.

Sylwester w Muszynie charakteryzuje się podobno tym, że zabawa jest boska, ludzie jeszcze lepsi a cała atmosfera mogłaby z powodzeniem zastąpić wszelkie przestrzenie kosmiczne łącznie z niedostatkami powyższej na naszym rodzimym Księżycu.

Kto był to wie. Ja nie byłam lecz za wszystkie grzechy bardzo żałuję.
No to w tym roku będzie jakby co. W imieniu Madzixa, z uwagi na ograniczony dostęp pindy do środków masowego rażenia – między innymi internetu – zapraszam. Spieszcie się bo na rezerwację miejsc w pokojach już czas najwyższy.

Wszelkie informacje pod emalią

magdatella@o2.pl

Baj-Przekaźnik

nie dziwi nic

jestem sobie
i’ve got nothing to gain to lose
za oknem minus pięć
czy wiesz że gdy odjeżdżam
mam tylko jedno skrzydło
i hope you feelin’ happy now
ciekawe czy dobrze bawisz się
chcę ci powiedzieć jak bardzo
naprawdę na dużo mnie stać
could you know my name if i saw you in
w domach z betonu
młode wino spijaj ostrożnie
a może będziesz się bał
cut my life into pieces
rań mnie mocniej
everybody hurts sometimes
give me a reason to be a woman
ironia lubi nas i ciągnie w dół
nomeansno
liście z drzew spadają masłem na dół
with arms wide open
jeśli kiedyś wybrać będę mógł
co można w bloku gdy
nothing compares to you
i czuję jak głowa mi płonie
room by room
jakie życie taka śmierć
karma police

Mężczyźni mojego życia…

Tak się powinna zaczynać opowieść prawdziwej damy, która siedząc w zamszowym fotelu zamszowym głosem szemrała by te wszystkie brednie o wczesnoporannych romanwtykach i późnowieczornych lowelasach pogryzając stuletnie sędziwe ciasteczko i siorbiąc – oczywiście z gracją – zwietrzałą herbatę. Powinna. Ale ponieważ damą nie jestem – nawet oszukaną – i być nie zamierzam, bo: po pierwsze primo nie mam zamszowego fotela ani zamszowego głosu, po drugie primo od sędziwych ciasteczek i zwietrzałej herbaty zamiast globusa dostałabym natychmiastowego ataku śmiechu i prędzej wciągnęłabym to nosem niż przez ustnik, a po trzecie primo ultimo – damy są nudne. Poza tym w jednym jakże uroczym zdaniu zamknę powód najważniejszy – mam to w dupie. Nie napiszę o związkach. Mogę o rozwiązkach – w tym jestem lepsza.

No to jedziemy: dawno dawno temu kiedy byłam jeszcze małym chłopcem…

… w czasach przedszkolnych byłam hersztem bandy o podłożu zdecydowanie przestępczym (a więc mogę powiedzieć, że byłam przywódcą decyzyjnym mafii bo jak każdy przedszkolak wie, teraz w Polsce każda przestępczość zorganizowana nazywana jest nie wiedzieć czemu mafią) bo kradliśmy sąsiadowi jabłka z ogrodu. Chłopcami wówczas pogardzałam w stopniu najwyższym z możliwych. Co nie przeszkadzało mi być ich czifem. Większość stosunków męsko-damskich poza tą bandą ograniczała się wtedy do krwawych bójek. Zawsze ktoś wychodził z tego z rozkwaszonym nosem i tylko raz – na samym początku – byłam to ja. Później już obrywali chłopcy.

Potem mi przeszło. Czasy się zmieniły. Diametralnie dość bo z gatunku pogardzanego ród męski ewoluował w moim światopoglądzie do całkiem całkiem interesującego obiektu badawczego. Z początku interesowałam się nimi tylko pod kątem obserwacyjnym… potem przyszła faza obserwacji uczestniczącej. Bardzo miła faza zresztą.

Podstawówka upłynęła pod znakiem rozpaczliwych, depresyjnie-rzygliwych ‚ochów’ i ‚achów’ do chłopców ze starszych roczników. Nasze rodzime pokurcze jeszcze wtedy były strasznie nieforemne. Któż mógł przypuszczać, że tak im się zmieni.

W czasach liceum był taki jeden wczesnoporanny romanwtyk, który zawsze czekał na mnie na skrzyżowaniu ulic niedaleko mojego domu i zawsze idąc na przystanek autobusowy jakoś przypadkiem spotykałam go w tym samym miejscu. Nawet gdy zaspałam trzy godziny. Zastanawiające.

Późnowieczornych lowelasów było niestety zdecydowanie więcej i nimi niestety interesowałam się zdecydowanie bardziej. Bo to zawsze tak jest, że im większy łobuz i skurczybyk, tym bardziej mnie do niego ciągnęło.
Tu już się w tym temacie zamknę bo byśmy weszli na grzązki temat związków.

Ogólnie mogę stwierdzić, że mężczyzn mojego życia było zdecydowanie trzech.

Pierwszym był Zdzich. Jedyny facet, przy którym z radości, że go widzę, sikałam po nogach – i swoich własnych i jego. I któremu bezkarnie mogłam obsikać buty a on się z tego jeszcze cieszył. Mogłam obrzygać mu klapę marynarki, upstrzyć marchwianką i jego i ścianę, stłuc jego ulubiony, wychuchany i wydmuchany herbaciany kubek a on i tak był uśmiechnięty od ucha do ucha i dopingował wszystkie moje śmierdzące bąki. Poza tym nieustannie nosił mnie na rękach. Nawet jak – a może zwłaszcza jak – darłam ryja w sposób dość przeraźliwy i donośny. Przestał gdy skończyłam dwa lata. Ech. Faceci.

Drugim był pan Mirek (chyba Mirek bo dokładnie nie pamiętam) z przedszkola. Dla niego byłam gotowa jeść nawet cebulę i kożuchy z mleka i dorosnąć do lat dwudziestu kilku w jeden dzień. Niestety był kompletnie nie zainteresowany małym pokracznym i piegowatym blond stworkiem z warkoczami. W przypływie rozpaczy szalałam na placu zabaw z rówieśnikami nabijając sobie guzy, kolekcjonując siniaki, drąc z upodobaniem japę i kolejne sukienki, że nie wspomnę o rajstopach z notorycznymi czarnymi dziurami w miejscu kolan. Gencjana i łzy lały się strumieniami. Szkoda tylko, że nie pamiętam jego imienia 😉

Trzecim był ksiądz Andrzej. Tylko dla niego chodziłam na lekcje religii (nazywało się to jeszcze wtedy ‚katechizm’). Nie tylko ja zresztą. Był nieziemsko przystojny i na jego lekcjach zawsze była idealna cisza. Wszystkie dziewczynki wzrokiem maślanym jak herbatniki z 53 ząbkami śledziły każdy jego gest i wpatrywały się w te jego zabójcze czarne oczy. O rety. Ni cholery nie pamiętam o czym na tych lekcjach mówił – szczerze mówiąc mógłby nawet nie mówić nic a i tak byśmy nie zauważyły – ale pamiętam, że dla niego nauczyłam się całej książeczki do nabożeństwa na pamięć. Dla niego też poszłam do pierwszej komunii i niosłam jakieś idiotyczne poduszki w jeszcze idiotyczniejszych procesjach. W zasadzie to chyba tylko jemu zawdzięczam fakt, że nie jestem totalną i zatwardziałą ateistką. Pamiętam rozpacz całego żeńskiego rodu w parafii i okolicach kiedy księdza Andrzeja odesłano w jakieś inne leśne ostępy. Prawdziwa tragedia.

Tak tak…

O kolejnych pewnie napiszę za 20 lat 😉
Tu miejsce na zamszowy głos i rzut z zamszowego fotela sędziwym ciasteczkiem w ewentualnego napastnika. Zgon na miejscu murowany.

Herbaty? 😉

Akcja dokarmianie ;)

Halka nadal skrzypi, choć już jakby mniej. Ale konkurencję drzwiom wejściowym może robić przednią.
Mówi, że jej gorączka spadła ale coś mi się wierzyć nie chce. Chyba, że ze schodów. Poza tym zaraz ją sieknę bo zamiast leżeć w łóżku łazi po chałupie i to z gołym brzuchem i szyją. To sabotaż. Ona wcale nie chce zdrowieć 😉 Będzie mi tak skrzypieć do końca świata i naśladować Joe Cockera. I może nawet płytę nagra. Idę ją przywiązać do łóżka.

A ja? A ja dziś olałam próbę sikiem podwójnie cedzonym i pracy a następnie po angielskim wsiadłam w 160 (po okolicznościowym odczekaniu 30 minut ofkurs) i przyjechałam do niej. I fajnie. Ucieszyła się. Znaczy warto było.

A teraz zrobię spaghetti na pięć osób ;))

Bajka kulinarna

Po sygnale nie wysiadać

Śniło mi się, że byłam kierowcą autobusu. Siedziałam sobie z zapyziałej pikowanej kufajce, watowanych gaciach z ośligłym wyrazem twarzy, kurzyłam jakiegoś śmierdziela przylepionego do kącika ust i byłam mężczyzną. O zgrozo!

Sama nie wiem co poraziło mnie bardziej. Czy ta zapyziała kufajka i gacie (pewnie jeszcze miałam gumiaki ale wolałam jak osioł w Shreku ‚nie patrzeć w dół’), czy śmierdziel (teraz przez najbliższe kilka lat będę miała awersję), czy fakt zmiany płci. I to żeby jeszcze na jakieś bożyszcze drących majtki nastolatek. Ale nie – musiałam akurat wylosować wstrętnego kierowcę autobusu o fizjonomii przerośniętego gnoma.

To był koszmar. W dodatku miałam wąsy. Takie mięsiste, czarne wąsy. Nienawidzę wąsów. Zabrać mi to świństwo z twarzy. Chciałam się uszczypnąć, żeby się obudzić – bo oczywistym było, że to sen – ale zamiast tego włączyłam brzęczyk, zamknęłam drzwi i pojechałam w dal siną i odległą przy okazji przycinając jakiejś staruszce torbę.

Wrzask, kwik i koniec świata. Nie umiem jeździć autobusami. Ba. Nie potrafię nawet samochodem. Zanim przejechałam jeden przystanek sklęłam połowę ludzkości, rzuciłam w przestrzeń pieprznym dowcipem, skosiłam latarnię, stragan z szalikami, kwiaciarkę z wyposażeniem i zatrzymałam się na kiosku ruchu, gdzie przyjemna w dotyku pani w świeżo odwałkowanych puklach podała mi jakgdyby nigdy nic plik gazet i wyatrukułowawszy retoryczne – ‚to co zwykle?’ – pożegnała mnie promiennym uśmiechem.

Osłupiałam. Przejechałam jej przez pół kiosku a ta podaje mi gazety? Hmmm. Może to taki zwyczaj? Może kioskarze mają nawet przeszkolenie jak postępować z klientem demolującym im doszczętnie miejsce pracy ośmiokołowym pojadem? Może. Ale ja osłupiałam. W zamyśleniu – co dalej – podkręciłam wąsa i… obudziłam się. O! To to był sposób, żeby się z tego autobusu wydostać. Pamiętam, że w ‚Celi’ Dżenifer Szafa klikała sobie w płetwę miedzy kciukiem a palcem wskazującym. Tu wystarczyło się zasępić…

Siedziałam na łóżku z rozdziawioną paszczą a palcami lewej dłoni przy ustach. I najgorsze jest to, że tym co w pierwszym momencie przyszło mi do głowy, była rozpaczliwa myśl ‚ja nie chcę mieć wąsów!’.

Chyba jest ze mną gorzej niż myślałam.
Drrrryń. Następny przystanek ‚Kawa’…

Miłość boli ;)

Basia opowiada mi o programie Jackass. Ponoć jakiś czas temu zainscenizowali mały kidnapping z udziałem Pana Łydki w roli głównego kabaczka.

Ja – Chciałabym porwać Brada Pitta…
Basiaz nagłym ożywieniem – Pomogę ci, tylko po mnie zadzwoń!
Ja – … na strzępy 😉

Potrójny Tulup

dzień wolny
Hal jest chora i chrypi jak zardzewiała zasuwka
jedziemy do lekarza

na drzwiach karteczka:
‚pielęgniarki środowiskowe załatwiane są poza kolejnością’…
czyżby kiler i spółka?

cytat z filmu:
‚Shelby – tryskasz optymizmem!
przejechałaś dziecko czy co?’

i drugi:
‚jesteś wstrętna i trzeba cię zniszczyć
ale matka natura zrobi to szybciej’

byłyśmy u fryzjera
15 cm moich włosów zostało na posadzce
teraz są ładne

zakochałam się
w zapachu Davidoff Echo Woman
najwyraźniej bez wzajemności

za dużo zer
na etykietce
i w moim portfelu

Miłego wieczoru