Nie wiem jak Wy…

…ale ja idę spać.

Imieniny Katy w Merlinie zdecydowanie przejdą do historii.
To nic, że straciłam głos – ważne, że warto było.

No i od dziś (a właściwie od wczoraj) mamy ‚na składzie’ nowego bloga. Ale to już się właścicielka pochwali 😉

Dobranoc

ps. tak wiem – zdjęcia – obiecuję wstawić w wolnej chwili

Chrrrr

Z ostatniej chwili

Niedziela, godzina 01:28
Wolna chwila.
Wstawiłam.

Dobranoc

Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie

No może niezupełnie, bo Halkowy z Chórem UW. Było to ‚Stworzenie świata’ Haydna. Oprócz Halkowego chóru i dyrygentki tegoż – Iriny Bogdanovitch (nawiasem mówiąc świetna była – mała, drobna a ileż werwy, no i bardzo ładna babka przy tym) w koncercie brali udział: sopranistka – Bożena Harasimowicz-Haas (przy jej solówkach to ciary na plecach miałam jak ta lala), na basie wokalnie szył Robert Gierlach (miewał lepsze dni ale składam to na karb przeziębienia) a tenorem był młody (bodajże 24-letni) student czwartego roku Akademii – Karol Kozłowski (nosz w morde kopara opada – chłopak ma wspaniały głos a i wygląda niczego sobie – według mnie jak tak dalej pójdzie to w końcu w Polsce będziemy mieć dobrego tenora), instrumentalnie wyżywała się Sinfonia Varsovia a widowiskowo Tomasz Gudzowaty (jego zdjęcia ilustrowały całą imprezę).

Mimo mojej szczerej nienawiści do języka niemieckiego (już samo nazwisko kompozytora od zawsze sprawia mi trudności) i barokowych ozdobników klawesynowych, koncert bardzo mi się podobał. Soliści rewelacyjni, chór dobrze przygotowany, dyrygentka super. Orkiestra oczywiście momentami grała za głośno (i reszta musiała się nieźle natrudzić żeby nie zostać zagłuszoną) ale to już charakterystyczne dla Sinfonii. Ogólnie rzecz ujmując bardzo udany koncert.

Zebraliśmy się przy wejściu Awitka, Hub, Adam i ja. Na dworze wstrętna marznąca plucha – w środku my. I ta wersja mi odpowiada. Czekaliśmy jeszcze na Gro i pewnie byśmy sobie jeszcze poczekali (myślał, że koncert nie na 19.00 tylko na 19.30) gdybym nie ściągnęła go esemesowo z trzeciego piętra Empiku, gdzie najspokojniej w świecie gmerał w płytach. Zebrani już do kupy pognaliśmy zasiedlać balkony.

Halkę wypatrzyłam od razu. Z wzajemnością zresztą (drugi rząd, trzecia od lewej – Awia będzie miała zdjęcia). Szczerzyła się do mnie jak była partia nazwana przez nas roboczo ‚baranki’, którą często gęsto śpiewałyśmy razem na autobusowych przystankach i autokarowych wycieczkach. Adam aż pożyczył ode mnie okularów, żeby Halkową zobaczyć i coś podejrzanie długo nie chciał oddać (Halu ty to przemyśl). Swoją drogą całkiem ciekawie wyglądał w delikatnych, bardzo kobiecych, czerwonych oprawkach.

W tak zwanym ulubionym przeze mnie międzyczasie ryzykując kary i męki dotkliwe (w Filharmonii obowiązuje całkowity zakaz używania komórek), sprytnie zmilczanym telefonem wystosowałam mesydż do Biko, czy może chce posłuchać. Chciał. I tym oto sposobem Biko, choć na drugim Polski krańcu, uczestniczył w Halkowym koncercie za pośrednictwem mojej złachanej, zmęczonej, przez psa nie raz ogryzionej i kapiącej się w wannie ale nadal jeszcze wiernej, choć zasięg gubiącej Nokii 8210. Z tego samego cudu techniki koncertu wysłuchała jeszcze Kata (w prezencie imieninowym słonko i bo cię lubię po prostu), Młody-Duchem i Luki z Chóru mojego własnego (bo chciał a nie mógł).

Może i jakość przekazu pozostawiała wiele do życzenia – w końcu notorycznie szwankujący telefon po przejściach schowany w mankiecie ma prawo nie oddać pełni ‚Stworzenia świata’ jakby tego chciał sam Haydn. Może i zasięg się rwał jak świeże bratki i gubił jak moje rękawiczki. Może i całe stado innych rzeczy było nie tak… ale wiem, że liczy się pamięć i chęci. Tym też się pocieszam. Bo czym innym usprawiedliwić wariacki pomysł wyciągania cichaczem komórki, uruchamiania jej, pisania esemesów na raty, żeby się nikt nie zorientował, prób połączenia się i wreszcie przesiedzenia większości koncertu w wyjątkowo mało komfortowej pozycji ‚na pierdzącego cichaczem jeża’ to lewym okiem łypiąc na zasięg co to się gubił a prawego nie spuszczając z Hal, co by się nie przyczepiła, że na nią nie łypałam. Bo łypałam. Jeszcze jak. Nawet mrugałam mało żeby nie stracić jej paszczęki i zakatarzonego nosa z pola widzenia. Udało się. Koncert rozszedł się falowo po całej Polsce i jam to nie chwaląc się uczyniła.

Teraz pewnie wsadzą mnie do pierdla za rozpowszechnianie bez praw autoskich ale to by się nawet dobrze składało. Ciepło, miło i przytulnie… no i w końcu się wyśpię.

Po koncercie i okolicznościowych gratulacjach poszliśmy do Sphinxa bo byliśmy wściekle głodni i poza tym było najbliżej. Tym razem kelnerował Pan Fajny albo jego bliski kuzyn. Nikogo nie zjechaliśmy, na nikogo nie nakrzyczeliśmy, o nikim nie pisaliśmy w książce skarg i wniosków. Za to potem na Halkowym pożyczonym z pracy laptopie oglądaliśmy moje zdjęcia z tej zdjęciowej sesji co to przed tygodniem o niej pisałam. A raczej staraliśmy się oglądać ale niestety oprogramowanie przerosło nasze oczekiwania in minus i wypięło się na nas nie oferując żadnej przeglądarki. Po zobaczeniu kilku zdjęć daliśmy sobie spokój. Może to i dobrze.

Po wyjściu na powierzchnię rzeczywistości stwierdziliśmy pełność brzuchów, polepszone humory i szklankę na chodnikach. Ulic nie badaliśmy. Brakowało tylko gołego policjanta biegającego po trotuarach z okrzykiem ‚akcja goło_leć!’. Bo gołoledź jak w mordę strzelił. A jeszcze z nieba padało takie prędkomarzliwe paskudztwo. Zimno, wietrznie, mokro i iść nie trzeba bo wystarczy stać na chodniku a i tak ślizgiem w wiatrem prujemy naprzód. Jednym słowem bosko.

Odprowadziliśmy pochrypującą Hal na przystanek, poczekaliśmy z nią 20 minut, zapakowaliśmy, pomachaliśmy i sunęliśmy dalej. Dawno nie byłam na łyżwach (tu dyskretny ukłon w stronę Lukiego za możliwość wczepienia się pazurami w jego biedne, wątłe ramię w Krynicy). W metrze było już cieplej i bezpieczniej a potem to mnie Gro odprowadził i chyba tylko dlatego nie wykopyrtnęłam się na pierwszej lepszej nawierzchni chodnikowej i nie zubożyłam budżetu ostrego dyżuru chirurgii urazowej o gips. Jeszcze raz wielkie dzięki Gro. Pozdrów siniaki na ramieniu.

Wiem jedno – moje dłonie na opaskę uciskową nadają się bezapelacyjnie. Zatamują wszystko a już najbardziej krążenie.
Wiem drugie – na laptopie z 97 roku bez przeglądarki za to z touchpadem nie da się obejrzeć więcej niż pięciu zdjęć.
Wiem też trzecie – stoję. Nie wiem na jak długo i jak mocno ale stoję.

Nie jest dobrze…
nie jest nawet ‚jakoś’.
Ale przynajmniej jest.
Zawsze coś.

Podłoga

Palenie zabija?

Ponoć.
Można palić, bo się lubi.
Nie lubię.
Można palić, bo się musi.
Błeee. Chyba nawet nie mogę.
Można jednorazoro wypalić pół paczki w przeciągu pół godziny…
Tylko po to by nie zapomnieć jak się oddycha.
Nie palę. Wiem, że to sport nie dla mnie.
Wdech – wydech.
Oswajam podłogę.

Lubię jesień

nie lubię pecha
nie lubię lekarzy
nie lubię lekarzy, którzy nic nie mogą
nie lubię państwowych dotacji, których nie ma
nie lubię niepewności w pracy
nie lubię niepewności w życiu
i nie lubię niepewnych ludzi
nie lubię takich, którzy zawodzą
zwłaszcza wtedy gdy się ich najbardziej potrzebuje
i gdy się im ufało
i zwłaszcza gdy zawodzi wszystko
po kolei
i na całej długości

pięknie

marzę o jesiennej depresji
do k… nędzy marzę
przynajmniej miałabym jeden powód
ale ja lubię jesień
nawet jak mi zimno i marznę praktycznie non stop
i nawet jak na ulico-chodnikach jest taka parszywa zimna breja
w porównaniu ze wszystkim innym to nawet kocham jesień
płakać nie będę
tylko nienawidzę tej dławiącej w gardle guli, której nijak nie potafię przełknąć

chciałabym być miła
ale chwilowo nie mam pomysłu jak się pozbierać z podłogi
i czy w ogóle
cała jestem w odłamkach
do pełni ‚szczęścia’ brakuje tylko noża w plecy
ktoś reflektuje?
śmiało
teraz i tak nie oddam
z zasady nie oddaję
.

Ujkent

W piątek Kata zabrała mnie na nocny maraton filmowy. Kocham enemefy. Wiem, że dla niektórych to czystej wody masochizm – dać się zamknąć na całą noc w kinie, obejrzeć 3-4 filmy, wyjść rano na powierzchnię miasta ledwie żywym i jeszcze za to wszystko 25 zeta wybulić – ale jak tylko mam okazję i możliwości (bo akurat fundusz emerytalny się okazyjnie powiększy albo wejściówkę) to zawsze chodzę. Teraz też się udało bo skubana wydzwoniła sobie dwa bilety z bezpłatnej gazety codziennej rozdawanej co rano przy stacjach metra. Fajnie. Dzięki temu mogłam z nią pójść na Noc Kina Norweskiego. Oczywiście spóźniłyśmy się z deczka i do połowy filmu nie byłyśmy pewne, który z nich akurat jest wyświetlany ale koniec końców wydedukowałyśmy bardzo inteligentnie z fizjonomii głównego bohatera, że jest albinosem i to pewnie ‚Noi Albinoi’. Większość filmu obejrzałyśmy ze schodów (aaale było fajnie) bo stwierdziłyśmy, że nie będziemy robić przedstawienia i przepychać się między ludźmi do naszych miejsc, których i tak byśmy nie odnalazły tak prędko bo ciemno jak w kozim zadku i ciasno przy tym strasznie. Oczywiście komentowałyśmy. I oczywiście jakiejś pani obok wlazł z zęby popcorn co go tak ciamkała bo ciągle tylko sykała i cmokała. Już jej chciałam zaproponować wykałaczkę ale ona to miała chyba na tle nerwowym, bo jak na nią patrzyłam to udawała, że nic jej w tę klawiaturę nie uwiera. Dziwna jakaś. Potem nieoczekiwanie stała się ciemność. Taka jebutnie absolutna. Prawie kwarki widziałam. Potem okazało się, że wszyscy mamy telefony z ładnymi, kolorowymi wyświetlaczami i potrafimy je uruchomić. Ciekawa umiejętność. I przydatna. Zwłaszcza podczas awarii prądu. Za czas jakiś stała się jasność, korzystając z okazji odnalazłyśmy właściwe nam miejsca siedzące i – ku nieukrywanej radości pani z popcornem w zębach – resztę filmu obejrzałyśmy w rzędzie R oddalonym od niej o całe kilometry ludzkich głów. ‚Noi Albinoi’ był dla nas najwyraźniej zbyt ambitny w założeniach bo nie urzekł nas jakoś wyraziście ale przyjemnie było posłuchać dość zabawnego w przełożeniu na piątkową noc języka. W przerwie ‚kino’ w ramach wynagrodzenia widzom niedogodności napięciowo-natężeniowych zafundowało wszystkim odrdzewiacz z kofeiną. Po tej kolejce nie chciało mi się już tego pić. Następny był ‚Elling’ i to był strzał w dziesiątkę. Rewelacyjny pomysł, świetny scenariusz, bombowo obsadzone role i ogólnie fantastyczny obraz. A to wszystko by nakręcić opowieść o dwóch wariatach, którzy po opuszczeniu zakładu zamieszkują razem. Pogodną, życiową i momentami zaskakującą. A już głos Ellinga – Kapuścianego Poety to istna wirtuozeria. Śmiech jak 150. Flip i Flap po norwesku z niesamowitym wyczuciem i kompozycją + refleksja. Polecam. W przerwie ‚bardzo dobra kawa’ i kilometrowa kolejka do Wujka Cześka. Szfak, co te cizie tam robią w tych kiblach? Manikiury? Dla mnie kolejność jest prosta – wejść, wylulać się, wyjść, umyć łapy i goł. A te siedzą tam po 15 minut (czyli całą przerwę) i robią się na bóstwa gdy inni skaczą już w ogonku na jednej nodze by honorowo nie oddać moczu na przecudnej urody posadzkę. I na kijek to? Przecież i tak o 6 rano nikt nie będzie patrzył jak taka lala wygląda. Mało tego – nikt nie będzie patrzył czy ona w ogóle wygląda, bo każdy będzie za bardzo skupiony na tym by nie zasnąć. Nie rozumiem sensu Wybiegu Dla Modelek w kinie w nocy. Ciemno, sennie, niewygodnie. Ale każdy ma to co lubi. Następnym filmem byli ‚Kumple’. Ten też nam się podobał. Zabawna, momentami poruszająca historia o sympatii, przyjaźni i… czymś więcej, zrealizowana w dynamiczny i bardzo ciekawy sposób (miejscami styl Jackass ale nie taki rzygliwie głupi tylko faktycznie śmieszny i uzasadniony), dobrze nakręcone to wszystko (to zasłużone brawa dla operatora) a do tego świetna muzyka. I wszyscy aktorzy nam się podobali. Ale może to już taka pora była 😉 Grunt, że film był naprawdę dobry i warto było nie spać kolejne dwie godziny i widać było, że jest zrobiony bez zbędnej góry funduszy za to z głową. Kreatywność to jest to. ‚Historie kuchenne’ to już w ogóle nas powaliły na kolana. Klimat rodem z rodzimego Barei, sceny jak z Gombrowicza i groteskowo przerysowane postaci. Dla mnie bomba. Sam pomysł inwigilowania obywateli przez umieszczanie im w kuchniach wysokich krzesełek z milczącymi, notującymi wszystko, uważnie obserwującymi gryzipiórkami w gajerkach to już sukces. A jeszcze wykonanie… mistrzostwo świata. Polecam, polecam, polecam. Wyszłam z kina rano uchachana jak dzika norka i wcale nie chciało mi się spać. Oczywiście do czasu…

Jeśli chodzi o sobotę…
Sobotę głównie przespałam. Do 15. Bury byłby ze mnie dumny 😉 Wstałam w ciężkim szoku i półprzytomna. Taka zresztą pozostałam do wieczora. A wieczorem? Wieczorem była sesja zdjęciowa z dwiema koleżankami Małej Jaszczurki – Anią i Moniką (znaczy koleżanki obfotografowały mnie), która wyszła ponoć zadziwiająco dobrze. Czyli warto było przetrzymać makijażowanie i ubieranie w szeleszczące tafty 😉 Z braku gorsetu, stosownego do przepieknie udrapowanej długiej spódnicy, przewiązałam się w miejscach strategicznych letnią czarną sukienką. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że wyglądam jak nie ja to jeszcze wyglądam ładnie… nawet bardzo ładnie. No proszę. Odpowiedni strój, odpowiedni makijaż i odpowiednie światło i nawet ze mnie da się zrobić femme fatale. Poza tym zabawa była boska, zwłaszcza z wentylatorem i podfrywającą kiecką 😉 Laski zachwycone a ciąg dalszy ma nastąpić. To ja już się cieszę.

Niedzielę za to spędziłam z Halką i Młodym. Najpierw miałyśmy pobuszowac po sklepach i znaleźć dla mnie zimową kurtkę (bo już ta wiosenna, w której łażę zdecydowanie zdecydowanie zdecydowanie za chłodna) i czapkę ale po wyjściu z TESCO (było najbliżej), gdzie nie było niestety nic co mogłoby mi posłużyć w charakterze okrycia wierzchniego na najbliższe miesiące (wszystko było albo brzydkie, albo cienkie jak barszcz Sosnkowskiego albo brzydkie i cienkie jak tenże barszcz), zanotowałyśmy głód i ziąb nieznośny, więc pognaliśmy do domu grzać się i jeść pierogi z kapustą i grzybami. Grzać to się ogrzaliśmy ale pierogi to takie sobier były. Właściwie bezsmakowe. Dobrze, że akurat Mamut zadzwonił co byśmy z Hal na pomidorówkę i kotleta przyjeżdżały. No to pojechałyśmy. Jeden autobus, tramwaj, drugi autobus, trzeci autobus i wyjątkowo szybko – w godzinę – byłyśmy na miejscu. Pomidorówka jak marzenie a do tego kotlet smakujący jak kotlet, ziemniaki jak ziemniaki i marchwka z groszkiem – istna poezja. Potrójny obiad. O rety. To dopiero wyczyn. Ale tłumaczymy się faktem zimy co to zaskoczyła wszystkich i mrozu co to zaskoczył chyba nawet zimę. Najedzone, ocieplone, wyleniuchowane i z wymaćkanym, rozmruczanym, puchatym Stefanem w objęciach. Oto leniwa niedziela. Faaaajnie. Wróciłyśmy późnym wieczorem, trzęsąc się z zimna i szczękając zębiskami na wietrze z reklamówką pełną pierników i ciastek, bo Zdzich z pracy przyniósł (choć pierniki to pewnie znając życie sam w domie zrobił). Bel przywitał nas z radością jakbyśmy znikły na dwa tygodnie a nie na trzy godziny z hakiem. Tak sobie pomyślałam… Na odległość w Mamutowie jest super. Serio serio…

Pierwszy śnieg

Wpadłam dziś. Jak śliwka w kompot. Z samego rana. W drodze do pracy. Najpierw wpadłam na słup i powiedziałam ‚przepraszam’ bo myślałam, że wpadłam na jakąś istotę żywą (choć po takim czymś jak taran moją skromną rozpędzoną osobą to już ledwie żywą) i ta istota albo mi zaraz nakopie za przekraczanie prędkości i nieuważne ponaddźwiękowe murmurando do chodnikowych płytek (ostatnio chodzę i nucę – tragos) albo padnie jak długa i będę ją musiała reanimować – a a nóż widelec łyżka będzie to moja emerytowana pani od emerytowanej geografii? To by było okropne. Jak sobie pomyślę o tej paskudnej babie ze sporofitem w fazie pylenia na nosie to mię skręcowywuje na lewą stronę. Bleah. No ale o czym to ja. Acha. Wpadłam na słup. No trudno. Bywa, że te słupy takie nieuważne i nam pod nogi włażą.. albo pod czoła. Nie będę się ze słupem kłócić. Pognałam dalej. Nucąc oczywiście. No i wpadłam drugi raz. Coś potwornego. Syknęłam pod nosem – też już nie mieli gdzie tych słupów poustawiać tylko na środku chodnika – i z gniewnym wyrazem oblicza chciałam go wyminąć. Ale co to za siurpryza. Słup drgnął, zastąpił mi drogę i strasznie się roześmiał. Uśmiał się jak dziki po prostu. Nie zwykłam wpadać na ruchome słupy. Nie zwykłam też wpadać na śmiejące się w głos słupy. Mało tego. Ja nigdy taki słupów nawet nie widziałam. Tu mnie żelbet zaskoczył jak zima drogowców co roku późną jesienią. Uniosłam głowę i jeszcze większy siurpryz. To nie słup. To facet. W dodatku uchachany po same pachy. I pewnie wszystko widział. I ten poprzedni wypadek z słupem i teraz słup z wypadkiem. I że on nie słup ale też mu miło. Poczerwieniałam w ułamku sekundy jak barszczyk czerwony, wybąkałam nieśmiałe ‚praszam’ i że ‚to dlatego, że wcześniej na ten parszywy słup wpadłam’ i już chciałam się ulotnić po szwedzku, czyli ‚jak najprędzej bo zimno’ ale na odchodnym jeszcze usłyszałam, że nic nie szkodzi i że to całkiem zabawne i że fajnie śpiewam. Bosz. Co za wstyd. Nie dość, że koleś został poturbowany i zbluzgany od słupów to jeszcze musiał słyszeć jak wyję. To na pewno pozostawi traumę na jego stosunkach z pciom przeuroczom. A to wszystko przez ten śnieg. Bo spadł. I już. I śliczny – fakt. Przepiękny nawet i milusi. Ale nie jak pędzę do roboty i pada mi za kołnierz, więc zakładam kaptur co to mi na oczy spada i opancerzam się szalikiem nie pozostawiając sobie zbyt rozległego pola widzenia i to w dodatku tylko pod stopami. Nie. Wtedy to on powoduje tylko to, że wpadam. Pierwszy snieg psia kostka…

Miłego dnia 😉

Jakoś tak

Dziś nie wiem czemu wstałam blada
na stole list tuż obok pomarańcze
na wpół otwarta twa szuflada
a ja cóż ja od dzisiaj nie tańczę
Melodramatów nie lubiłam
wolałam blichtr niż burą Czarną Hańczę
nie niespecjalnie byłam miła
a dziś no cóż od dzisiaj nie tańczę

To tango nie tango
to tango Tandresse
to tango nie tango
co wierne jest
To tango z kokardą
to tango Tandresse
to tango nie tango
kipiące po kres

Dziś nie wiem czemu gubię buty
pieniądze drę a myśli jak szarańcze
na wpół otwarte leżą nuty
a ja cóż ja od dzisiaj nie tańczę
Kochany zawsze tak to było
coś mnie goniło za kudły brało łamało palce
jakoś się żyło coś się piło
a dziś no cóż od dzisiaj nie tańczę

To tango nie tango
to tango Tandresse
to tango bez blagi
co wierne jest
To tango z kokardą
to tango Tandresse
to tango nie tango
co wierne jest

Dziś nie wiem czemu stoisz blady
na stole list tuż obok pół cytryny
i znowu pełne twe szuflady
a ja cóż ja jak zwykle bez winy
Ja happyendów nie lubiłam
wolałam styl niż teksty że zawalczę
i tylko czasem się marzyło
że kiedyś że kiedyś zatańczę

To tango nie tango
to tango Tandresse
to tango bez blagi
co wierne jest
To tango z kokardą
to tango Tandresse
to tango bez blagi
kipiące po kres

To tango nie tango…

słowa Agnieszka Osiecka
wykonanie Katarzyna Walczak