Mężczyźni mojego życia…

Tak się powinna zaczynać opowieść prawdziwej damy, która siedząc w zamszowym fotelu zamszowym głosem szemrała by te wszystkie brednie o wczesnoporannych romanwtykach i późnowieczornych lowelasach pogryzając stuletnie sędziwe ciasteczko i siorbiąc – oczywiście z gracją – zwietrzałą herbatę. Powinna. Ale ponieważ damą nie jestem – nawet oszukaną – i być nie zamierzam, bo: po pierwsze primo nie mam zamszowego fotela ani zamszowego głosu, po drugie primo od sędziwych ciasteczek i zwietrzałej herbaty zamiast globusa dostałabym natychmiastowego ataku śmiechu i prędzej wciągnęłabym to nosem niż przez ustnik, a po trzecie primo ultimo – damy są nudne. Poza tym w jednym jakże uroczym zdaniu zamknę powód najważniejszy – mam to w dupie. Nie napiszę o związkach. Mogę o rozwiązkach – w tym jestem lepsza.

No to jedziemy: dawno dawno temu kiedy byłam jeszcze małym chłopcem…

… w czasach przedszkolnych byłam hersztem bandy o podłożu zdecydowanie przestępczym (a więc mogę powiedzieć, że byłam przywódcą decyzyjnym mafii bo jak każdy przedszkolak wie, teraz w Polsce każda przestępczość zorganizowana nazywana jest nie wiedzieć czemu mafią) bo kradliśmy sąsiadowi jabłka z ogrodu. Chłopcami wówczas pogardzałam w stopniu najwyższym z możliwych. Co nie przeszkadzało mi być ich czifem. Większość stosunków męsko-damskich poza tą bandą ograniczała się wtedy do krwawych bójek. Zawsze ktoś wychodził z tego z rozkwaszonym nosem i tylko raz – na samym początku – byłam to ja. Później już obrywali chłopcy.

Potem mi przeszło. Czasy się zmieniły. Diametralnie dość bo z gatunku pogardzanego ród męski ewoluował w moim światopoglądzie do całkiem całkiem interesującego obiektu badawczego. Z początku interesowałam się nimi tylko pod kątem obserwacyjnym… potem przyszła faza obserwacji uczestniczącej. Bardzo miła faza zresztą.

Podstawówka upłynęła pod znakiem rozpaczliwych, depresyjnie-rzygliwych ‚ochów’ i ‚achów’ do chłopców ze starszych roczników. Nasze rodzime pokurcze jeszcze wtedy były strasznie nieforemne. Któż mógł przypuszczać, że tak im się zmieni.

W czasach liceum był taki jeden wczesnoporanny romanwtyk, który zawsze czekał na mnie na skrzyżowaniu ulic niedaleko mojego domu i zawsze idąc na przystanek autobusowy jakoś przypadkiem spotykałam go w tym samym miejscu. Nawet gdy zaspałam trzy godziny. Zastanawiające.

Późnowieczornych lowelasów było niestety zdecydowanie więcej i nimi niestety interesowałam się zdecydowanie bardziej. Bo to zawsze tak jest, że im większy łobuz i skurczybyk, tym bardziej mnie do niego ciągnęło.
Tu już się w tym temacie zamknę bo byśmy weszli na grzązki temat związków.

Ogólnie mogę stwierdzić, że mężczyzn mojego życia było zdecydowanie trzech.

Pierwszym był Zdzich. Jedyny facet, przy którym z radości, że go widzę, sikałam po nogach – i swoich własnych i jego. I któremu bezkarnie mogłam obsikać buty a on się z tego jeszcze cieszył. Mogłam obrzygać mu klapę marynarki, upstrzyć marchwianką i jego i ścianę, stłuc jego ulubiony, wychuchany i wydmuchany herbaciany kubek a on i tak był uśmiechnięty od ucha do ucha i dopingował wszystkie moje śmierdzące bąki. Poza tym nieustannie nosił mnie na rękach. Nawet jak – a może zwłaszcza jak – darłam ryja w sposób dość przeraźliwy i donośny. Przestał gdy skończyłam dwa lata. Ech. Faceci.

Drugim był pan Mirek (chyba Mirek bo dokładnie nie pamiętam) z przedszkola. Dla niego byłam gotowa jeść nawet cebulę i kożuchy z mleka i dorosnąć do lat dwudziestu kilku w jeden dzień. Niestety był kompletnie nie zainteresowany małym pokracznym i piegowatym blond stworkiem z warkoczami. W przypływie rozpaczy szalałam na placu zabaw z rówieśnikami nabijając sobie guzy, kolekcjonując siniaki, drąc z upodobaniem japę i kolejne sukienki, że nie wspomnę o rajstopach z notorycznymi czarnymi dziurami w miejscu kolan. Gencjana i łzy lały się strumieniami. Szkoda tylko, że nie pamiętam jego imienia 😉

Trzecim był ksiądz Andrzej. Tylko dla niego chodziłam na lekcje religii (nazywało się to jeszcze wtedy ‚katechizm’). Nie tylko ja zresztą. Był nieziemsko przystojny i na jego lekcjach zawsze była idealna cisza. Wszystkie dziewczynki wzrokiem maślanym jak herbatniki z 53 ząbkami śledziły każdy jego gest i wpatrywały się w te jego zabójcze czarne oczy. O rety. Ni cholery nie pamiętam o czym na tych lekcjach mówił – szczerze mówiąc mógłby nawet nie mówić nic a i tak byśmy nie zauważyły – ale pamiętam, że dla niego nauczyłam się całej książeczki do nabożeństwa na pamięć. Dla niego też poszłam do pierwszej komunii i niosłam jakieś idiotyczne poduszki w jeszcze idiotyczniejszych procesjach. W zasadzie to chyba tylko jemu zawdzięczam fakt, że nie jestem totalną i zatwardziałą ateistką. Pamiętam rozpacz całego żeńskiego rodu w parafii i okolicach kiedy księdza Andrzeja odesłano w jakieś inne leśne ostępy. Prawdziwa tragedia.

Tak tak…

O kolejnych pewnie napiszę za 20 lat 😉
Tu miejsce na zamszowy głos i rzut z zamszowego fotela sędziwym ciasteczkiem w ewentualnego napastnika. Zgon na miejscu murowany.

Herbaty? 😉

11 uwag do wpisu “Mężczyźni mojego życia…

  1. Biko… tam sa takie zdania ‚o zwiazkach nie napisze. napisze o rozwiazkach’ i ‚o kolejnych napisze za 20 lat’…

    tych trzech ‚starszych’ panow to byly czasy mojego dziecinstwa a o tym co teraz jak latwo sie domyslec dowiesz sie prawdopodobnie za dwie dekady 😉

    Polubienie

  2. jak to sie dzieje, ze jak wymysle sobie temat na kolejną notkę, ty wpadasz na ten sam… i wcześniej ode mnie piszesz notkę?

    no normalnie łapka w nocniku, przecież nie będę popełniać plagiatów 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s