Tak sobie myślę i prawie ze śmiechu z krzesła spadam…

Moje zdrowie psychiczne kwestionuje wiele osób.
Ze mną na czele.
W dodatku owo kwestionowanie jest w pełni zrozumiałe i uzasadnione.
Bo ja tak zupełnie i całkiem normalna to nie jestem.
Rzekłabym nawet, że całkiem i zupełnie nienormalna.

No bo kto zamiast śniadania zabiera z domu z kuchennego stołu uszczelki do okien (które sam na tym kuchennym stole położył celem schowania do szuflady)?
Bo też w woreczku foliowym były…
Co z tego, że niebieskim a nie białym albo, że tak miękkich i okrągłych kanapek nie ma…

Kto rozmawia z Poznaniem przez faks?
Bo linia telefoniczna zajęta…
I w międzyczasie mówi prezesowi zamiast ‚dzień dobry’ – ‚buziaki pa’…
Ciekawe czy gość ma poczucie humoru…
Może jakaś premia? 😉

A kto zamiast iść do baru mlecznego na obiad wchodzi do sklepu?
Bo wystawa wołała i przyciągała a ja za słabej postury jestem i opierać to się mogę… ale o szafę…
I wychodzi z absolutnie odlotowymi zielonymi bojówkami i spódnicą, bez posiadania których kompletnie nie da się przeżyć, o oddychaniu nie wspominając nawet…
No co…
Ratowałam życie!
Przecież umarłabym, gdybym ich nie kupiła…

Do końca marca dieta cud – zero obiadów.
W końcu to tylko 16 dni…
Za to jaka szprycha będę na wiosnę…
W tych bojówkach…
I w ogóle…
Ech

Skąd mi się ta mądrość życiowa bierze ;))

Bajka spod stołu

Po po po po mszy…

+ A jak występy?
– Świetnie, rzekłabym nawet ‚rewelka’. Szkoda ześ nie wpadł.
+ Miałem romansowe spotkanie w niedzielę wieczór a całą sobotę woziłem po Polsce Mamę.
– No tak! Zawsze baby jakieś inne… a ja tu więdnę zez tęsknoty ;))
+ To jeszcze zanim zwiędniesz i nawet kremy przestaną pomagać, to zaczekaj chwilkę, co? Bo wyjść muszę na dół 😉
– Oki. Masz 10 minut.
+ W sensie, że z pracy won wyjść out normalnie…
– Potem wolne rodniki mnie zeżrą… do szczętu

😉

Ja sem netoperek

Po koncercie.
Gardła nie zdarłam, koncertowo zawyłam i przeżyłam.
Co najdziwniejsze inni też.
Mocno zahartowane bestyje 😉

Przestały mi się śnić nuty.
Zaczęły kuse bluzeczki i dekolty do pasa.
‚Requiem’ udało się wybornie wręcz.
Tłum ludzi, ciarki na plecach, oczy błyszczące z przejęcia, radość, oklaski…
I jak tego nie kochać.

Do końca nie była wiadoma kwestia odzienia – białe bluzki z obrzydliwymi zielonymi narzutkami, czy czerń.
Czerń byłaby o niebo lepsza (zwłaszcza, że to msza żałobna) ale wygrała wizja ala zgniłozielony gacek.
Bleah!
W razie nalotu zawsze można zawisnąć na gzymsie i wybadać zjawisko echolokacji… a narzutkę ową wykorzystać jako spadochron.

Po drodze wraz z Halką i dwoma kolegami z chóru udzieliliśmy jeszcze krótkiego wywiadu dla TVP3 – prawdopodobnie efekt będzie można zobaczyć za tydzień.
Mam nadzieję, że mnie wytną.
Nie ma co – Bajka medialna 😉

Czuję niedosyt… lekki.
Teraz nareszcie będę mogła do woli pożerać lody, żłopać hektolitrami gorące i zimne napoje w miejsce znienawidzonych już ciepłych i chłodnych, pić grzane wino i śpiewać pod prysznicem.
Żegnaj higieniczny w trosce o struny żywocie.
Witaj dniu bez szalika!
Przynajmniej do pierwszej anginy 😉

Bajka spuszczona z łańcucha

Zupa i sen

Ostatnio wracam do domu padnięta jak resorowana wielbłądzica po rajdzie Paryż-Dakar. Marzę tylko o szybkim prysznicu, łóżku i śnie. Kolejność wybitnie dowolna. We śnie majaczą mi się miękkie poduszki, puchowe kołderki, błogie ciepło i masaż stóp. Jedyną erotyką jaką uprawiam po zmroku jest fetysz pościeli – zatonąć w niej i zapaść w jakąś chwilową śpiączkę. Myślę, że dwa tygodnie nieprzerwanego snu byłoby w sam raz. Noce są stanowczo za krótkie. A jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że zjawiskiem porównywalnym z widocznymi na moim podwórku kometami (czyli raczej nieczęstym) jest przypadek zaśnięcia przed północą, najczęściej koło pierwszej, to wiadomym jest jak się czuję po porannej pobudce w wykonaniu znienawidzonego Pana Budzika. Pan Budzik jest pancerny i niezniszczalny. Terminator psia kostka! Przeżył wszystkie rzuty w dal o ścianę i ma się lepiej niż moja noga po przygodzie z szafą. Siniaków u Brzęczydła nie odnotowano – za to ja posiadam pełen repertuar. Wielkość i barwa do wyboru. Zadrapania w promocji.
Wracam więc do domu taka psychicznie i fizycznie zmaltretowana. Sapię ze zmęczenia jak po maratonie na 3000 metrów. Jeszcze trochę i będę sobie mogła na stojąco buty sznurować bo już mi się nawet schylać nie chce a po powrocie i tak mi ręce do kostek opadają. A to za sprawą Mamuta, który z uporem maniaka męczy mnie kulinarnie…

Mamut – Zjedz coś – głosem nie znoszącym sprzeciwu powitała mnie moja rodzicielna w przedpokoju
Ja – Nie jestem głodna – odparłam zgodnie z prawdą, bo ostatnią rzeczą na jaką ma ochotę zmęczona Bajka o 23 jest pożywienie
Mamut – Zjedz przecież widzę, że jesteś – to potwierdza moje przypuszczenia, że Mamut widzi rzeczy niewidoczne dla innych śmiertelników 😉
Ja – Ale kiedy ja na serio serio nie jestem. – oponowałam – Chcę tylko spać. Nic więcej. – włączyłam błagalny ton i zamrugałam znacząco z minką ala jelonek Bambi
Mamut – Jesteś, jesteś… tylko jeszcze o tym nie wiesz. – Ona wiedziała swoje – Jak zaczniesz jeść to zaraz zgłodniejesz.
Ja – Proszę… – kontynuowałam litanię do serca matczynego – Wiem, że do urodzin jeszcze daleko ale daj mi taki mały prezencik już teraz i pozwól zapaść w sen zimowy – mryg, mryg
Mamut – Zima się już kończy. Zadatków na prezenty nie ma. Jest za to zupa. – imperatyw kategoryczny włączony – Zjedz mówię, bo jeszcze trochę i żołądek ci do kregosłupa przyrośnie – dodała z przekąsem patrząc na moje od pewnego czasu bardziej widoczne przez bluzkę żebra
Ja – Jedyne co mi do czegokolwiek przyrośnie to poduszka do głowy za chwilę – odrzekłam z zamiarem udania się na zasłużony spoczynek
Mamut – Idę ci wlać – zignorowała moją pewność siebie matka
Ja – Ale przecież byłam grzeczna 😉 – dodałam płaczliwym tonem na w pół wybuchając śmiechem
Mamut – Zupę ci wlać idę głupia ty – zaśmiała się Ona
Ja – A jak zasnę i wpadnę twarzą w talerz? – próbowałam jeszcze Ją przekonać snując makabryczne wizje kulinarno-tragiczne – Przecież utopić się mogę… albo co…
Mamut – Nastawię ci budzik – ćwierknęła słodko Krycha i pognała do kuchni
Ja – Może już być za późno – nie dawałam za wygraną chcąc już teleportować się do ciepłego łóżeczka
Mamut – To tylko zupa – ciągnęła niczym nie zrażona rodzicielka
Ja – Zupa zupą a nieszczęście gotowe. Wiesz ile teraz pogrzeb kosztuje? – apel do rozsądku może okazać się skuteczniejszy niż do uczuć wyższych o tej porze
Mamut – Skremujemy cię. I tak palimy w piecu a tak to chociaż się opał zaoszczędzi – apel jak widać się nie powiódł… praktycyzm górą 😉
Ja – No ładnie! Własna osobista matka na moje życie dybie – postanowiłam włączyć rzewny ton
Mamut – Nie dybie tylko z jedzeniem czeka – wyjaśniła rzeczowo
Ja – Ale…
Mamut – Zupa!
Ja – Łóżko!
Zdzich – Spokój!

Miłego dnia 😉

Ach te powroty…

Wczorajsza próba w Filharmonii to była rzeźnia. Vonnegut ze swoimi numerkami może sie schować i nakryć nogami w wielkim dziejowym fikołku. U nas brakowało tylko tasaka by skrócić męki dyrygenta. Pomijam fakt absolutnego początkowego nie zgrania i rozstrojów niczym w żołądku po zsiadłym mleku i słoju kwaszonych ogórków. Pomijam również atmosferę ogólnego rozprężenia, bo w sumie ileż można to Requiem wałkować i po tylu próbach to już mi się te wszystkie popieprzone przejściówki i hosanny po nocach śnią, a rano zamiast ‚dzień dobry’ mówię ‚salva me’. Pomijam również znaczące uśmiechy panów i pań z orkiestry FN, którzy musieli robić powtórki, bo się panu dyrygentowi nie podobało. Początek był tragiczny. Kwiki, wycia, dziamgoty i ogólny melanż – tak bym scharakteryzowała pierwsze pół godziny. Jak już komuś udało się zlokalizować nuty to okazywało się, że to wcale nie jego nuty, tylko sąsiada. Jeśli zupełnie przypadkowo udało się odnaleźć własne, to zanim trafiło się na odpowiedni takt, reszta chóru była już hen hen daleko. Dobra taktykę obierali Ci, którzy otwierali dowolnie wybraną stronę w dalszej części i czekali aż reszta na to trafi. Kosmos ze wszystkimi galaktykami to za mało by opisać atmosferę. Było wesoło. Nie wiem czy później bardziej się skoncentrowaliśmy i poszło nam już lepiej, czy po prostu wyłączył mi się odbiór ale jakoś poszło. Myślę, że zmęczenie materiału robi swoje. Próby są ostatnio częste i ciężkie. Cztery i pół godziny codziennego prawie piania na stojąco to za wiele nawet jak dla mnie. I to jeszcze po pracy. Próba skończyła się po 21. Marzyłam już tylko o miejscu siedzącym w cieplutkim, ogrzewanym, przytulnym autobusie mojej ukochanej linii 515, szybkiej teleportacji pod kojący prysznic i czekającym na mnie łóżeczku. Niestety. Powroty do domu rzadko kiedy bywają takie proste i bezproblemowe…
Autobus zobaczyłam już z daleka. Konkretnie jego tył. Oddalał się ode mnie dość prędko ale na tyle wolno bym mogła spokojnie dojrzeć, że to właśnie mój. Super. Następny za pół godziny. Jak dobrze pójdzie. Włączył mi się marudnik, więc próbowałam zagłuszyć go KORNem, ale najwyraźniej dopuszczalna dobowa dawka dźwięków została przekroczona i muzyka nie poprawiła mi nastroju. Zanim wewnętrzny czepiacz zdołał osiągnąć punkt kulminacyjny, ja osiągnęłam wyżyny swego intelektualnego wysiłku i wpadłam na genialny pomysł, żeby znaleźć ławkę. Wszak jak człek usiądzie i odsapnie to nawet autobus mu nie straszny a co dopiero czekanie na niego. Pomysł w życie czym prędzej wcieliłam i zajęłam miejsce na przystankowej ławeczce, mocno już zdemolowanej przez żądnych wrażeń i drewna młodzieńców, ale nadal jeszcze zdatnej co by odwłok na niej własny umieścić. Jakiś szemrany pan z drugiego końca przysunął się bliżej i z wyraźnym zamiarem konsumpcyjnym na nalanej twarzy zabulgotał do mnie ochoczo. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę w tym momencie, były interakcje ze społeczeństwem. Nawet jeśli przedstawicielem owego społeczeństwa byłby jakiś przystojny nieziemsko młodzian z urokliwie zamglonym powłóczystym spojrzeniem, gracją w każdym ruchu i głosem od którego pogłębia się atrofia mięśni nóg, to spławiłabym go w podskokach – tak bardzo nie miałam ochoty wchodzić w żadne bliższe lub dalsze relacje z kimkolwiek innym niż ja sama (a i na to też zbytniej ochoty nie wyrażałam). No chyba, że ten młodzian przystojny nieziemsko miałby za plecami nieziemsko wygodną lektykę, w której mogłabym swoje zbolałe i zmęczone kości wyciągnąć. Z taką lektyką to w interakcję weszłabym z dziką chęcią. Póki co próbowałam wejść z ławką. A szemrany pan ani przystojny, młody to nie wiem czy był czy nie bo mocno się konserwował chyba, nieziemsko to on był owszem ale upierdliwy, w głosie miast aksamitu miał tarkę do warzyw za to jaka gracja w ruchach – wręcz płynął. Na szczęście zanim dopłynął do mnie na dobre, przyjechał autobus. Z ulgą wpakowałam się do środka, wstrzeliłam się w wygodne miejsce nad grzejnikiem i zapadłam w lekki letarg. Po godzinie z półsnu wyrwał mnie mój ‚leśny’ przystanek, na którym wysiadłam. I zaczęły się schody. Latarni brak, księżyca brak, chodnika brak. Za to obecne liczne kałuże, ogólnie panujące błocko i długa droga do domu… Błogosławione niech będą moje długie glany albowiem tylko dzięki nim nie musiałam do tego domu dopłynąć. Podwinęłam nogawki spodni, wyjęłam telefon celem użycia go w charakterze podręcznej latarki, wykrzesałam z siebie wszelkie dostępne pokłady cierpliwości i tak uzbrojona, tłumiąc wszelkie wulgaryzmy na Zarząd Dróg Miejskich tuż za zaciśniętymi zębami przebrnęłam przez bagno. Zbiorników wodnych było dostatecznie dużo, że można by nakręcić ‚Wodny świat’ i to dla dorosłych bo nocą, a tu gdzie nie było akurat kałuży, było mocno rozmiękłe błoto… śliskie w dodatku, więc droga wyglądała bardzo adrenalinorodnie. Ciemno, mokro, wciągająco. Lubię sporty ekstremalne… zwłaszcza w stanie takiego skrajnego zmęczenia i narastającego wkurwu. Dobrze, że nie jestem elegancką paniusią w szpileczkach, bo wtedy to dopiero byłby cyrk. Ale eleganckie paniusie w szpileczkach chyba nie łażą po nocy piechotą koło lasu, tylko wożą swoje ospódniczkowane cztery litery czterema kółkami.
A ja bym chciała tylko dwa kółka… Wtedy to bardzo lubiłabym błocko… nawet bardziej niż bardzo 😉

Telewizja uczy i bawi… a jakże ;)

Dziś rano dobiegły mnie dźwięki włączonego telewizora. Jakiś wybitnie poranny program dla wybitnie wcześnie wstających ludzi. Dla biednych ludzi, którzy nie mogą nacieszyć się ciepłem kołdry o siódmej rano, kiedy spać się chce najbardziej a łóżko jest najwygodniejsze i dać można by wiele by jeszcze troszkę móc podrzemać. Mnie też dziś nie było to dane. Dane mi było za to wysłuchać rzeczonego programu, w którym mocno podekscytowana pani prowadziła jednostronnie ożywioną dysputę z jakimś zblazowanym i najwyraźniej z deka niewyspanym panem. Pani szczebiotała i świergoliła na takich częstotliwościach, że musiałabym być pozbawiona zmysłu słuchu i ośrodkowego układu nerwowego by wytrzymać to w pozycji horyzontalnej. Usiadłam więc i zaczęłam się przyglądać. Laska jakaś taka nadpobudliwa psychoruchowo, ćwierka tam i ćwierka. Myślę sobie ‚co ona brała o tej porze?’ ale nic to – oglądam dalej. Oglądam i widzę jak pastwi się nad biednym panem. Toż to ja już stąd widzę, że gościu skacowany po imprezie. Nad ranem pewnie musiał się zerwać od stołu, na którym spał twarzą w sałatce, taki jakiś wymiętolony i rozmemłany jak ostatnie nieszczęście. A ta mu tu kadzi o jakiejś książce. No tak! Bo on przecież książkę wydał – na jego twarzy nagle maluje się olśnienie. Chyba nareszcie przypomniał sobie po co do tej telewizji kości swe zmęczone przytargał. I skupienie takie na oblicze mu wpełgło, że aż się obudziłam do reszty i z ciekawością obserwowałam co dziać się będzie. A działo się, oj działo.
Znudzony pan opowiedział o tym, że książkę napisał (i dobrze), i że z wydaniem problemy miał (a kto nie ma psze pana ja się pytam), i że to kryminał jakiś czy inna sensacja (no to to ja lubię, dobra nasza), i że zadowolony jest (trudno żeby nie był – w końcu chce to cudo sprzedać), i że w ogóle to on się bardzo cieszy, że jest w studio (a nie wygląda skubany).
Na to lafirynda poranna mu ćwierknęła, że ona też się cieszy i że książkę czytała, i jest fantastyczna, i w ogóle, i w szczególe… Zaczęła się standardowa wymiana uprzejmości i rozmowa na temat tego dzieła wiekopomnego. Nie pamiętam tytułu, bo mocno jeszcze niepritomna byłam ale chyba był to ‚Kryptonim Pingwin’. Tytuł dość mało kryminalno-sensacyjny i raczej kojarzący się z arktycznymi zakonnicami ale nie uprzedzajmy się. Uprzedzić mogliśmy się już za chwilę… Sama rozmowa (a raczej monolog) na temat książki już ewentualnego czytelnika mogła zniechęcić, bo podekscytowana dziunia opowiedziała prawie wszystkie wątki. Ja tylko patrzyłam jak twarz autora zmieniała się z zaskoczonej w zdumioną, ze zdumionej w poirytowaną aż wreszcie w pełną rezygnacji maskę. Jak wreszcie udało mu się dojść do słowa to już było za późno na cokolwiek poza łykiem kawy. Siorbnął więc sobie dla kurażu bo co miał biedak począć.
I wtedy, gdy już wydawało się, że bardziej się tego nie da sknocić, pani redaktor dziunia ‚zastrzeliła’ chyba wszystkich kończąc zdanie:
‚…w końcu i tak wszyscy giną, ale nie zdradzajmy treści’

Mam nadzieję, że ona zdaje sobie sprawę, iż recenzje nie są jej najmocniejsza stroną.

Miłego dnia

Bajka energetyczna… na dobranoc

Z głośników wulkanem wibrujących emocji wypływa ‚Sledgehammer’ Petera Gabriela.
Koncertówka.
Ten bas mnie rozwala.
Dokumentnie.
Czniam nocną ciszę.
Krew krąży w żyłach jakby szybciej.
Ciśnienie wzrasta miarowo.
Nogi same sie proszą o popis wituozerii naklepkowej.
Całe ciało już żyje w innym wymiarze… wymiarze giętkości.
Czuję rytm każdą komórką.

Przy takiej muzyce…
mam ochotę na bezsenność pełną energii
mam ochotę na długą migdałową kąpiel
mam ochotę tańczyć w ręczniku do rana
mam ochotę w międzyczasie pić martini
mam ochotę nawet nie zasłaniać zasłon
mam ochotę pozapalać całe stado małych świeczek i stąpać między nimi niczym kot
mam ochotę kręcić się na obrotowym krześle aż mi spadną kąpielowe kapcie
mam ochotę biegać na bosaka
mam ochotę… i już

Ale to nie moje mieszkanie i nie mój sąsiad z naprzeciwka…

ale mieć ochotę mogę 😉

Dobranoc

Requiem raz jeszcze

Organizacja Polibudy nawaliła na całej linii i bilety na niedzielny koncert chętni muszą sobie niestety kupić sami w samorządzie uczelni (pokój 165) bo przed koncertem mogą być (jeśli będą) już tylko wejściówki.
Do bani jednym słowem.
Tym bardziej do bani, że członkowie chóru, jako biorący czynny udział strunami swemi w tymże przedsięwzięciu, dostaliśmy po dwie wejściówki only…
Mamut i Zdzich będą bo im akurat oddam to co dostałam… a reszta?
Mam nadzieję, że jednak ktoś się skusi i przyjdzie – najwyżej będę przemycać pod zieloną peleryną.
Ech… do bani.

Bajka zniesmaczona taką sytuacją

Ważny pees KONCERT STARTUJE O 19.00 bo zmieniła się godzina
i już

Sklerokarteczka

Po obejrzeniu filmu ‚Nadchodzi Polly’ ogarnęło mnie nagle jakieś niejasne uczucie, że powinnam chyba zmienić imię…

Ciekawe czemu…

Może rozwinę temat…
a może nie…
może jednak tak…
kto wie…
albo…
a zresztą…

Pa 😉

Po jaki kijek mi Dzień Kobiet?

Wczoraj był Dzień Kobiet. Na jaki kijek mi to święto sztuczne ja się pytam. Nie lepszy byłby Dzień Babochłopa? Wszak większość osobników płci żeńskiej (choć czasem to trudne do zidentyfikowania na pierwszy rzut oka), domagających się świętowania tegoż dnia, posiada właśnie taką aparycję… o wdzięku i czarze nawet nie wspomnę. Babochłop domagał się dawniej przydziałowego goździka i paczki rajstop a dziś domaga się tulipana. Może być przywiędły i zszargany, przyniesiony przez równie przywiędłego i zszarganego życiem tudzież procentami małżonka ale ważne żeby był. I tulipan i mąż. Koszmar. Byle jaki ale jest. I na taką bylejakość (w myśl polityki prorodzinnej i walki z singlami) niby ja miałabym się zgodzić? Szlag mnie trafiał jak widziałam wczoraj w ostatnich autobusach mocno ‚zmęczonych’ panów z burymi już wiechciami w drżących dłoniach. Odór przetrawionego alkoholu, potu i przywiędłych kwiatów to nie jest to co tygryski lubią najbardziej. Przykro patrzeć, że niektórym paniom, by poczuć się kobietami, trzeba takiej scenki rodzajowej w przedpokoju… Ale przyszedł, zielsko przyniósł – rytuał odprawiony. Ktoś powie, że nie zawsze tak jest. Owszem. Zgadzam się w całej rozciągłości. Ale TEN tekst jest właśnie o TAKICH przypadkach (i zanim ktoś mnie zlinczuje za stronniczość i znienawidzenie panów radzę o tym pamiętać, bo mężczyzn wręcz uwielbiam – na feministkę się nie nadaję – ale nie TAKICH…). O tych chwilach, o których każda ze stron chce zapomnieć, że istnieją. O niewielkim wycinku z życia. O braku szacunku do drugiej osoby i do samego siebie. O rutynie, przyzwyczajeniu, niedbałości o codzienność. O wytresowaniu w sobie niczym pawłowowskie psy nawyków. Szopka być musi. Potem ciepłe kapcie i pomidorówka żłopana w przetrzeźwieniu. Tak. To gorzki tekst. Tak gorzki jak moje wczorajsze myśli o 23 bo o tej porze właśnie wracają ‚stargani’ panowie w Dzień Kobiet by ‚swoim’ kobietom pokazać jak wielka jest ich miłość. A te kuchenne Babochłopy cieszą się, że mężowie w ogóle wracają, bo przecież One mogłyby być SAME… to byłoby straszne. Istna tragedia…
Nie przemawia przeze mnie zazdrość ani zawiść, że dla mnie Dzień Kobiet był smutny. Nie był. Wręcz przeciwnie. Dostałam i kwiaty, i różne słodkości, i miłe esemesy, i maile, i życzenia osobiste równie miłe… uśmiech miałam od ucha do ucha… Do wieczora. Bo wieczorem właśnie uświadomiłam sobie jak nieszczęśliwe są inne kobiety w swoich wyczekanych, wybłaganych, czczonych i świętych związkach. Jak bardzo boją się być same skoro cieszą sie taką namiastką życia i przyjmują to jak komunię… byle była. To jest prawdziwy horror. Bo ja wolałabym spędzić życie samotnie ale byłabym szczęśliwsza i miałabym szacunek do samej siebie. Wybrałabym życie… bo na co byłby mi taki marny film?
A Dzień Kobiet… Chciałabym spędzać z kimś, kto umiałby świętować go co dzień… nie tylko 8 marca. Z wzajemnością…

Lepsza smutna prawda niż najpiekniej polukrowana obłuda.
Życie to sztuka wyboru.

Miłego dnia