puk puk

ja przepraszam
ale chyba właśnie zawalił mi się świat

wyobraź sobie sześć ostatnich lat
i kliknij ‚wyczyść’
możesz? ja nie…

nie, nikt nie umarł
z Igorem wszystko ok

to tylko ja

więc teraz chyba będzie przerwa
albo w ogóle nic
nie umiem
i przykro mi jak cholera 😦

Mijanki wywindowane

Przed chwilą w biurwowej windzie minęłam Sydneya Polaka. Gdybym go lubiła pewnie powiedziałabym ‚dzień dobry’. Może nawet pierwsza. Ale jakoś nie. Za to konwenanse czasem lubię. Dla odmiany i w odróżnieniu.

Był zdziwiony. Trudno. Jego problematyczność. Nie mam dziewczyny, więc sama otwieram swoje wino. Nie moje pokolenie to już muzycznie chyba. Choć nie zamykam się na zasuwki. Ciekawa jestem Igorowskiego za lat naście. Może mnie do czegoś przekona. Coś odkryje. Czemuś zaufa.

Z windy wyniosłam prócz bardzo_ważnych_papierów dwie refleksje. Po pierwsze nie znoszę siąkania nosem i cmokania w zębie. Objętnym jest dla mnie w tym względzie kto zacz i czy na koncie ma same zera czy też zera poprzedza rząd cyferek. Po drugie gdybym była kobietą chciałabym mieć takie włosy. Choć niekoniecznie o długość się tu rozchodzi.

To tyle.

Wracam do zakładania nogi na nogę i machania nóżką w takt Sir Tuesday’a.

Cafe-Szafe

Och, witaj!

Kopę lat, Mała. No dobra, nie taka mała i nie kopę może, to fakt, ale na pewno z rok się nie widziałyśmy. Nawet więcej. Półtora chyba. Jak to się stało, że się wcześniej na Ciebie nie natknęłam? No tak. Za gruba byłam nieco. Wiadomo 😉 Dziewięć miesięcy wyjętych z życiorysu. Z okładem. Potem trzeba było powrócić do dawnych rozmiarów, ale jak już się udało to było lato, więc bez sensu. Za ciepło. Teraz jesień. Najlepsza pora na Ciebie. Jak dobrze, że otworzyłam tę szafę. To tak jakbym dostała wymarzony prezent, wiesz? Taki, co już kiedyś znalazłam pod sklepową choinką i potem o nim zapomniałam. Bardzo się cieszę, że się spotkałyśmy wtedy, naprawdę. Raptem parę groszy kilka lat temu a jaka jesteś super. Ponadczasowa po prostu. Hmmmm. Nawet pomocy żelazka nie potrzeba. Wystarczy tu wygładzić a tu schować. No i oczywiście obowiązkowo ta fioletowa bluzka do tego. Ciemna, głęboko ciemna, w moim ukochanym wydaniu. Sweter z kapturem i skórzany płaszczyk. I glany rzecz jasna. Nie widzę inaczej. Jeszcze tylko kilka kropel ulubionego ostatnimi czasy Bvlgari Omnia. Nadgarstki, płatki uszu, kark na linii włosów i to zagłębienia nad obojczykiem, przy mostku, na szyję zwiewna chustka. Namalowałam sobie poranek taki jak lubię. Długi, materiałowy, miękki, gratanowo-jeansowy, ale różny od sztywnych spodni, kobiecy, baardzo kobiecy, z pęknięciem rozporka wzdłuż lewej nogi, o tu, nad kolanem, z boku. I z podkreśloną talią. Wciąż nie wiem czy wolę Cię ubierać czy zdejmować. Ale charakterystyczny zgrzyt długiego suwaka biegnącego przez plecy nieodmiennie jeży mi włosy na karku. Jesteś wspaniała. Moja Sukienko.

A kiedy Frank Zappa śpiewa mi do ucha hey there people I’m Bobby Brown to już nie sposób się nie uśmiechnąć. Zwłaszcza, gdy stoi się w zatłoczonym tramwaju a w słuchawce jest handsome sonofabitch i po prostu widzę jak unoszą mi się kąciki ust. Same. Dasz wiarę? 🙂

Grechuta i Kraków

O ważnych ludziach się milczy.
O ważnych ludziach świat sobie przypomina dopiero gdy umierają.
Tak jak wszyscy.
Po kolei.

Zajrzałam na onet gdy było jeszcze pusto. Wiadomość uzupełniono o dyskografię, standardowy życiorys w skrócie. Potem komentarze zaczęły narastać po dwa, po pięć, po naście. Przez chwilę mi tylko mignęło, że to takie typowe. Zastanawiam się kiedy padnie pierwszy w stylu ‚to przez lewicę/prawicę/dziurę ozonową’. Ktoś kogoś wyzwie, obrzuci błotem, powietrzem. Internet łyknie wszystko.

Gdy odchodzi ktoś, w kogo słowa wsłuchiwałam się nie raz po nocach czuję go jak daleko-bliskiego. Zwłaszcza gdy teksty były bliskie. Wyłapuje się z nagrań charakterystyczny tembr, częstotliwość wdechów, zmęczenie, omyłki, uśmiechy. Nie był obcy. Żałoby nie będzie. Ot taki smutek co zakłuł gdzieś w środku. Że tak po kolei. I że nie ma następnych takich. A inni są… inni.

Bez kija nie podchodź…

… a jeśli już to na własną odpowiedzialność.

Takie hasło powinnam mieć dziś na gustownym transparenciku, którego mogłabym się uczepić w drodze do pracy. Bo strasznie pragnęłam się rano czegoś uczepić. Głównie z uwagi na zawroty. Generalnie jestem chora. Nie wiem kto wymyślił katar, ból gardła i głowę z Hutą Szkła Wołomin wewnątrz ale ten ktoś zapewne kończył się na karku. W przeciwnym razie wiedziałby doskonale co myśli o nim znaczna część populacji w sezonie jesiennym, jeszcze znaczniejsza w każdy poniedziałek i ja w chwili obecnej. Na pewno nie jest to nic miłego.

Przeziębiłam się prawdopowobnie w czwartkowe popołudnie bądź piątkowy wieczór – krążąc po okolicy w poszukiwaniu zaginionego Orlando Bruma, który zdezerterował przy pomocy osób trzecich z pierwszego piętra naszej korytarzowej wnęki i rozlepiając chwytające za serce ogłoszenia. Obawiam sie jednak, że kradziej nie dość, że organ ma w zaniku to pewnie jeszcze nie czyta ogłoszeń. Ale wiele osób życzy mu wszelkiej pomyślności bez górnych odnóży, które mu zapewne wkrótce zeschnięte odpadną.

Kradziej był na tyle dowcipny, że w miejsce wózka postawił pustą butelkę po tymbarku. Zapewne to jakiś niespełniony dekorator wnętrz. Zostawił, żeby nam nie było smutno pewnie. Nie przewidział jednak, że ja również mam poczucie humoru. Dowód rzeczowy zabezpieczyła policja. Pozostaje mi teraz tylko liczyć na fart, że mają go w bazie odcisków. Bo lump to żaden nie był – to pewne. Lump nie zahacza się miesiąc aż nikogo nie będzie w domu na wózek, który stoi niewidoczny ze schodów, stoi na piętrze klatki z działającym domofonem i zacinającymi się na rzeczonego lumpa niekorzyść drzwiami. Lump bierze co na wierzchu i samopas i daje dyla. Nie stawia pustej butelki tymbarkowej w puste miejsce po wózku, żeby było bardziej…

No nic, ale raczej się z Orlandem już pożegnałam. Na nagły wyrzut sumienia i zwrot nie liczę. Tyle moje co się przejechałam radiowozem parę razy. Bo panowie byli mili i z uwagi na moją skręconą nogę i aktualny brak wezwań robili za szoferów. Wrażenia niezapomniane.

W sobotę obowiązek nakazał mi uczestniczyć w koncercie inauguracyjnym, na który nasz chór wynajęto, więc walcząc z katarem, chrypieniem i kuśtykaniem poszłam. Wbiłam się w szpilki, koledzy postawili mnie w szeregu i jakoś minęło. Ale sama nie wiem czy bardziej jestem głupia czy ambitna. Bo w sumie komu by się chciało z własnej i nieprzymuszonej woli zrywać o siódmej w sobotni poranek przeziębionym i skręconym, wymolestowawszy uprzednio Halutę o przejęcie opieki nad Lokatorem, gnać na drugi kraniec miasta tylko dlatego, że się obiecało? No właśnie nie wiem. Ale wiem, że gdybym nie poszła czułabym się fatalnie. Mimo usprawiedliwienia.

Jasne, że odchoruję. Ale przynajmniej będę w porządku. No… i chyba właśnie to jest głupie. Że mi się w ogóle jeszcze chce być w porządku. Zamiast się zakopać po uszy w pościeli, łykać fervex, hektolitry herbaty, zużywać tony chusteczek i marudzić jak strasznie mnie boli tu i tu. I że jak tak robię to jakby bardziej. Jak na rasową egoistkę mam strasznie chore poczucie obowiązku. Obawiam się, że to jednak nieuleczalne.

W niedzielę miałam już tak dość smarkania i chrypienia, że opatuliwszy po uszy się i Obywatela, udałam się na do Muzeum Powstania Warszawskiego. Po pierwsze bowiem od siedzenia w domu robią się płaskie pośladki. Po drugie radio i telewizja nadawały takie totalne szmiry, że aż się włączać nie chciało, cisza przygnębia a odtwarzacz nadal w stanie śpiączki. Po trzecie zaś na gościnne występy przyjechał Bruno Braun i trzeba mu było pokazać coś innego niż lodówkę i szafę. Muzeum jest dobrze zrobione – tak to ujmę. Byłam w nim drugi raz, więc ocenę mam już jakby obiektywniejszą. Mało zadęcia, dużo treści i ta treść przystępnie ujęta. Nie, że gabloty, słupki, łańcuchy i nie_szurać_nie_dotykać. Dużo można. Jeszcze więcej nie można ale nie pilnują. Mnie ruszyło – tak jak za pierwszym razem. Pomnik Małego Powstańca w dużo za dużym hełmie, fragmenty listów, opaski, młynek do kawy, zabawka, te same ulice, którymi teraz chodzę… takie tam. Młody był zachwycony. Najbardziej samolotem i kinem Palladium ze starymi kronikami oglądanymi na skrzypiących fotelach. A jak przejeżdżaliśmy kanałem, oczy miał okrągłe jak spodki. Nadajemy na tych samych falach. Lubię patrzeć jak odbiera.

Przyciągam życiowe ofermy i chętnych do zwierzeń pijaczków spod budki z piwem. Zawsze gdy jedziemy gdzieś z Lokatorem przysiądzie się ten czy ów i zagai. Pod pozornie płytkim pytaniem: ‚chłopiec czy dziewczynka’ kryje się cała głębia ludzkich dramatów, dogmatów i dylematów. A pozornie zamknięta odpowiedź: ‚chłopiec’ okazuje się być preludium do rozmaitych refleksji i wywnętrzeń. Nie jestem nieuprzejma. Po prostu robię swoje. Gdy rozmawiam, patrzę w oczy – tak mam. Czasem słucham bo ciekawie. Czasem przestaję bo wysiadam. Czasem nie mam ochoty i wyłączam się zanim jeszcze o tym pomyślę. Na szczęście nie przysiadają się do mnie osobnicy woniejący. Tylko takich nie jestem w stanie strawić gdy stoją zbyt blisko. Reszta mi na ogół nie przeszkadza. Grzeczni są, mili. Po prostu czasem trzeba sobie znaleźć kawałek makiety z napisem człowiek żeby móc się wygadać. Oboje zawsze wiemy o co chodzi. Przecież z daleka widać, że chłopiec.

.

Mam nadzieję, że człowiek, który ukradł mojemu Dziecku spod drzwi naszego mieszkania wózek ma lepsze perspektywy na zimę niż my. Sumienie na pewno ma czyste, bo nieużywane.

Igorowi najbardziej brak zabawki, którą w nim zostawił. Mnie pewności, że gdy nie będę już mieć siły by nieść Syna na rękach, będę miała gdzie go położyć i czym osłonić od zimna.

Nie wiem jak robi się takie rzeczy.
Na pewno trzeba być bardzo silnym i mieć zacięte usta.
Wiem tylko, że dwie godziny temu wózek jeszcze tam był.
Chwilowo brak mi słów na więcej.

Droga Redakcjo

Czy to normalne, że gdy wychodzę rano z mieszkania, wszystko wygląda jak po pożarze? Albo wizycie włamywacza amatora? Albo po jakimś niezłym tornado? Nie jestem pewna czy wszyscy tak mają. Ale ja w każdym razie tak mam. Spory udział w generowaniu bałaganu ma w tej całej imprezie Lokator, którego zabawki wraz z częściami garderoby, rozsianymi tu i ówdzie po podłodze jak też po okolicznych sprzętach, tworzą malowniczy pejzaż naszego em.

Wstaję rano… znaczy zrywam się po omacku dusząc budzik i łykając nieparlamentarne stwierdzenia pod tytułem: adresat zbiorowy (bo przecież razem ze mną budzi się Ludzki i słucha) by w przepięknym stylu poślizgnąć się w sposób niekontrolowany na piszczącym hipopotamie i boleśnie stłuc sobie szanowną czteroliterową. Tłamszę wkurwa co go mam już w uszach nawet i gulgocząc mknę do łazienki. W ślad za mną mknie oczywiście Obywatel Wścibski, bo On zawsze musi być na posterunku. Niczym TVN24 – jest zawsze tam gdzie coś się dzieje, działo lub ewentualnie dopiero zamierza wydarzyć. Jeśli nic się akurat nie wydarza zbyt długo, to On już sam się o to postara. Żeby nie było mi zbyt monotonnie.

Łazienka to niewyczerpana kopalnia pomysłów i wielkiej radości małego odkrywcy. Na ten przykład dziś Lokator odkrył, że jak się kosz na brudne rzeczy do prania wywróci do góry dnem to Mamut (czyli ja) robi bardzo śmieszny wytrzeszcz. Kolorów jeszcze Ludzki zapewne nie odróżnia. Inaczej nie umknęłaby Jego uwadze błyskawiczna zmiana ubarwienia mojej twarzy z bladego na czerwone. Dym buchający uszami to zapewne już zbyt daleko posunięta alegoria. Ale gdyby dało się go wykrzesać o szóstej rano, sąsiedzi z pewnością wezwaliby strażaków. Gdy już opanuję jednoczesne mycie zębów, obserwowanie Lokatora, czesanie się i ubieranie, nagle okazuje się, że papier toaletowy jest dłuższy niż by się komukolwiek mogło wydawać i można z niego zrobić same ciekawe rzeczy. Opanowuję sytuację egejn, zbieram papier, rysuję sobie oczy żebym wiedziała którędy wyglądać i niweluję ogromną dziurę w głowie zamykając usta. Lustro nie pękło – dobra nasza.

Teraz już pozostaje tylko złapać Ludzkiego pomykającego gdzieś po podłodze i wyciągającego z szuflad kolejne skarby, zatkać Mu otwór gębowy butelką, okiełznać Jego niechęć do zmiany pieluchy i mordercze zapędy przy wkładaniu rajstop, upchnąć całość w jakiejś stosownej do pogody kreacji, po raz fefnasty wytłumaczyć sobie, że do piekarnika Młodzież i tak już się nie zmieści, więc pora uczepić się innego zestawu myślowych tortur ratunkowych, w przelocie powyrzucać Młodzieży z rąk piloty, nożyczki, klapki i gazety, założyć buty (obojgu), kurtki (obojgu), torebki (sobie), znieść Towarzysza razem z wózkiem na parter, odsapać swoje i raźnym kurcgalopkiem pokonać drogę do żłobka.

Dopóki mój miły Lokator pozostawał na Dolnym Piętrze, wyobrażałam sobie siebie w przestronnym wnętrzu (potęga wyobraźni jest wszak wielka), uśmiechniętą, zrelaksowaną, w jednej wypielęgnowanej dłoni trzymającą filiżankę z cappucino, drugą wypielęgnowaną dłonią głaszczącą po głowie swoje grzeczne i mądre Dziecko, od czasu do czasu ewentualnie grożącą paluszkiem ze stosownym ‚nie wolno bo…’ na ustach. W tych okolicznościach przyrody nie było jakoś miejsca na piszczące hipopotamy czające się na każdym kroku by podstawić nogę, smarki i zaglądanie do sedesu, totalny brak prywatności, wkurwy i wścieki powszednio-odświętne, gotowanie zupy z jedną nogą w stałym uścisku małych, ciekawskich raczek i nieustający bajzel na kółkach. Było spokojnie, aksamitnie i wrzosowo. Teraz myślę sobie, że jest super nawet jak się czasem powściekam i raczej nie zamieniłabym mojego Igora na jakąś nieruchomą kukłę w kącie pokoju. Spokój to może i owszem, czasem by się święty przydał ale aksamit to już strasznie demode jest a wrzos się sypie jak stara oficyna. I włazi pod dywan.

Wolę mieć tornado co rano, bo przynajmniej wiem, że Ludzkiego interesuje wszystko, zawsze, wszędzie i o każdej porze. Jest Dzieckiem i ma do tego prawo. A porządek? Cóż, w bałaganie też bywa przyjemnie. Trzeba sobie tylko obniżyć próg wymagań. Na codzienne sprzątanie zdecydowanie nie mam siły. Ani ochoty. Najmniejszej. A jutro już i tak nie nadepnę na hipopotama. Wiem gdzie leży 😉

Po prostu bajka

Napisałam notkę, która zniknęła gdzieś w kosmosie. Prawdopodobnie bezpowrotnie. Być może dryfuje sobie teraz gdzieś pomiędzy Planetą Zaginionych Pojedynczych Skarpet a Mgławicą Dobrych Kryjówek. Akurat w tym jednym przypadku stwierdziłam, że jej sobie nie skopiuję. Chwilami jestem wściekle konsekwentna.

Skręciłam nogę. Tym razem lewą. Dla odmiany. I aktualnie jestem w trakcie wykorzystywania rocznego limitu brzydkich wyrazów dla kilku alpejskich wiosek. Za chwilę skończą mi się kombinacje. Rozważam możliwość nadawania morsem*. O ścianę. Najlepiej świeżo wyłowionym z basenu. Może być w bikini.

Przed pracą postanowiłam skorzystać z szerokiego asortymentu apteki, której szyld z daleka zielenieje, że 24 godziny całą dobę. Dokuśtykałam się z trudem, wspięłam na schodki, złapałam za klamkę i nie wiedziałam czy bardziej się zdziwić czy wnerwić – było zamknięte. Poranna Pani Sprzątająca wyjaśniła mi, że szyld został po poprzednim sklepie. Bo tu był monopolowy. W zaistniałej sytuacji zaczęłam żałować jeszcze bardziej.

Wkurw kontrolowany.

_____________________
* mors – olbrzym plażowy z wąsami, płeć żeńska, cechy charakterystyczne: kołtun zaondulowany, kształt obły, jedna wielka kontrafałda, mąż w zaniku, w naturze występuje z siatami, niekiedy też z brzegów.

Music for umbrellas

najbardziej niesamowitym w dzisiejszym dniu

Weekend był męczący. Ale o tym nie napiszę. Jak o wielu rzeczach, które kiedyś mogłam wysypać jak kasztany z kieszeni płaszcza. Nie, nie jestem smutna. Wręcz przeciwnie. Cieszę się bo z każdym dniem coś zdobywam, coś dostrzegam i czegoś dotykam. Igor rośnie i uśmiecha się coraz doroślej. Chwilami mam wrażenie, że widzę Go po raz pierwszy w życiu. Chwilami, że akurat takim… po raz ostatni. Zadziwia mnie ta ulotność z jednej strony a siła, determinacja i cierpliwość z drugiej. Kolej rzeczy to jednak perpetum mobile. Nawet gdybym chciała napisać wniosek, przykleiła stos znaczków skarbowych i znalazła odpowiednie ministerstwo, nie da się zatrzymać chwili. W końcu teraźniejszość to chyba najbardziej mętne pojęcie o rzeczywistości. Mija szybciej niż okamgnienie. A nie ma go w żadnej tabeli miar i wag.

jest kamyk na moim biurku

Nie mam czasu dalej przyglądać się chandrze. Zakopałam ją pod stertą makulatury i wyniosłam na śmietnik. Mam nadzieję, że nie trafi do domu. Na zewnątrz starannie odseparowałam białe szkło od plastiku i papieru. Mało istotne to w sumie biorąc pod uwagę fakt, że odpowiednie służby porządkowe i tak wywalą wszystko do jednej śmieciary i na jedno wysypisko. To ostatnio takie powszechne, że pewne rzeczy robić się powinno a nikt o tym nie pamięta, a jak już się komuś udaje, wszyscy inni mają to za fanaberię i w najlepszym przypadku po prostu olewają z góry na dół. To o czym pamiętamy jest z reguły strasznie mało przydatne. No bo po co mi data jakiejś tam bitwy z zamierzchłej przeszłości, skoro własnego numeru muszę szukać w ustawieniach komórki. Albo dlaczego wiem czym jest pantograf i jak zapisać dowolną liczbę w systemie zerojedynkowym a zapomniałam którędy się idzie do ogrodów na dachu. I kolory tęczówek też zapominam. Choć kiedyś obok tembru głosu był to mój osobisty wewnętrzny identyfikator człowieka. Pomieszało się wszystko.

jeszcze trzy dni temu

Starsi ludzie pamiętają przeszłość z najdrobniejszymi szczegółami. Jest wybielona, pokolorowana na nowo ale grochy na sukience są jak z wczorajszej wystawy. Mają za to trudności z przypomnieniem sobie własnych imion, adresów, tego co robili przed kwadransem. Ja pamiętam i to sprzed pięciu godzin. Ale uczucia zapominam. Zakopuję i wynoszę na śmietnik. Potem przeczekuję ostatni deszcz w parku pod kasztanem by w ostatnim momencie wyjść prosto w burzę. Uwielbiam burzę. Włosów, mózgów i atmosferycznych wyładowań. Czasem wracam boso. Niemądrze. Bardzo. Ale lubię. Igranie z losem zawsze wychodziło mi najlepiej.

była to część egipskich piramid

Parasoli nie lubię. Noszę tylko dla Syna, nad wózek. Gdy stoimy pod spłachetkiem materii chroniącej od deszczu od razu czujemy się silniejsi. Ludzie potrzebują totemów, amuletów, słów, tysięcy gestów, miliardów zapewnień. Dopiero wtedy mogą przestać skupiać się na oddychaniu. Wdech-wydech. Powtarzalność świata uspokaja. Gdy już jestem pod parasolem lubię wsłuchiwać się w rytmy, stukoty, kapnięcia, plumkania, puk-puki. Niekiedy dopasowuję do tej ścieżki własne brzmienia, słowa, gesty. I mam cały teatr. Nie tylko muzykę gdzieś spod stratosfery.

dziś świat się skurczył i pasuje do kształtu mojej dłoni