Bez kija nie podchodź…

… a jeśli już to na własną odpowiedzialność.

Takie hasło powinnam mieć dziś na gustownym transparenciku, którego mogłabym się uczepić w drodze do pracy. Bo strasznie pragnęłam się rano czegoś uczepić. Głównie z uwagi na zawroty. Generalnie jestem chora. Nie wiem kto wymyślił katar, ból gardła i głowę z Hutą Szkła Wołomin wewnątrz ale ten ktoś zapewne kończył się na karku. W przeciwnym razie wiedziałby doskonale co myśli o nim znaczna część populacji w sezonie jesiennym, jeszcze znaczniejsza w każdy poniedziałek i ja w chwili obecnej. Na pewno nie jest to nic miłego.

Przeziębiłam się prawdopowobnie w czwartkowe popołudnie bądź piątkowy wieczór – krążąc po okolicy w poszukiwaniu zaginionego Orlando Bruma, który zdezerterował przy pomocy osób trzecich z pierwszego piętra naszej korytarzowej wnęki i rozlepiając chwytające za serce ogłoszenia. Obawiam sie jednak, że kradziej nie dość, że organ ma w zaniku to pewnie jeszcze nie czyta ogłoszeń. Ale wiele osób życzy mu wszelkiej pomyślności bez górnych odnóży, które mu zapewne wkrótce zeschnięte odpadną.

Kradziej był na tyle dowcipny, że w miejsce wózka postawił pustą butelkę po tymbarku. Zapewne to jakiś niespełniony dekorator wnętrz. Zostawił, żeby nam nie było smutno pewnie. Nie przewidział jednak, że ja również mam poczucie humoru. Dowód rzeczowy zabezpieczyła policja. Pozostaje mi teraz tylko liczyć na fart, że mają go w bazie odcisków. Bo lump to żaden nie był – to pewne. Lump nie zahacza się miesiąc aż nikogo nie będzie w domu na wózek, który stoi niewidoczny ze schodów, stoi na piętrze klatki z działającym domofonem i zacinającymi się na rzeczonego lumpa niekorzyść drzwiami. Lump bierze co na wierzchu i samopas i daje dyla. Nie stawia pustej butelki tymbarkowej w puste miejsce po wózku, żeby było bardziej…

No nic, ale raczej się z Orlandem już pożegnałam. Na nagły wyrzut sumienia i zwrot nie liczę. Tyle moje co się przejechałam radiowozem parę razy. Bo panowie byli mili i z uwagi na moją skręconą nogę i aktualny brak wezwań robili za szoferów. Wrażenia niezapomniane.

W sobotę obowiązek nakazał mi uczestniczyć w koncercie inauguracyjnym, na który nasz chór wynajęto, więc walcząc z katarem, chrypieniem i kuśtykaniem poszłam. Wbiłam się w szpilki, koledzy postawili mnie w szeregu i jakoś minęło. Ale sama nie wiem czy bardziej jestem głupia czy ambitna. Bo w sumie komu by się chciało z własnej i nieprzymuszonej woli zrywać o siódmej w sobotni poranek przeziębionym i skręconym, wymolestowawszy uprzednio Halutę o przejęcie opieki nad Lokatorem, gnać na drugi kraniec miasta tylko dlatego, że się obiecało? No właśnie nie wiem. Ale wiem, że gdybym nie poszła czułabym się fatalnie. Mimo usprawiedliwienia.

Jasne, że odchoruję. Ale przynajmniej będę w porządku. No… i chyba właśnie to jest głupie. Że mi się w ogóle jeszcze chce być w porządku. Zamiast się zakopać po uszy w pościeli, łykać fervex, hektolitry herbaty, zużywać tony chusteczek i marudzić jak strasznie mnie boli tu i tu. I że jak tak robię to jakby bardziej. Jak na rasową egoistkę mam strasznie chore poczucie obowiązku. Obawiam się, że to jednak nieuleczalne.

W niedzielę miałam już tak dość smarkania i chrypienia, że opatuliwszy po uszy się i Obywatela, udałam się na do Muzeum Powstania Warszawskiego. Po pierwsze bowiem od siedzenia w domu robią się płaskie pośladki. Po drugie radio i telewizja nadawały takie totalne szmiry, że aż się włączać nie chciało, cisza przygnębia a odtwarzacz nadal w stanie śpiączki. Po trzecie zaś na gościnne występy przyjechał Bruno Braun i trzeba mu było pokazać coś innego niż lodówkę i szafę. Muzeum jest dobrze zrobione – tak to ujmę. Byłam w nim drugi raz, więc ocenę mam już jakby obiektywniejszą. Mało zadęcia, dużo treści i ta treść przystępnie ujęta. Nie, że gabloty, słupki, łańcuchy i nie_szurać_nie_dotykać. Dużo można. Jeszcze więcej nie można ale nie pilnują. Mnie ruszyło – tak jak za pierwszym razem. Pomnik Małego Powstańca w dużo za dużym hełmie, fragmenty listów, opaski, młynek do kawy, zabawka, te same ulice, którymi teraz chodzę… takie tam. Młody był zachwycony. Najbardziej samolotem i kinem Palladium ze starymi kronikami oglądanymi na skrzypiących fotelach. A jak przejeżdżaliśmy kanałem, oczy miał okrągłe jak spodki. Nadajemy na tych samych falach. Lubię patrzeć jak odbiera.

Przyciągam życiowe ofermy i chętnych do zwierzeń pijaczków spod budki z piwem. Zawsze gdy jedziemy gdzieś z Lokatorem przysiądzie się ten czy ów i zagai. Pod pozornie płytkim pytaniem: ‚chłopiec czy dziewczynka’ kryje się cała głębia ludzkich dramatów, dogmatów i dylematów. A pozornie zamknięta odpowiedź: ‚chłopiec’ okazuje się być preludium do rozmaitych refleksji i wywnętrzeń. Nie jestem nieuprzejma. Po prostu robię swoje. Gdy rozmawiam, patrzę w oczy – tak mam. Czasem słucham bo ciekawie. Czasem przestaję bo wysiadam. Czasem nie mam ochoty i wyłączam się zanim jeszcze o tym pomyślę. Na szczęście nie przysiadają się do mnie osobnicy woniejący. Tylko takich nie jestem w stanie strawić gdy stoją zbyt blisko. Reszta mi na ogół nie przeszkadza. Grzeczni są, mili. Po prostu czasem trzeba sobie znaleźć kawałek makiety z napisem człowiek żeby móc się wygadać. Oboje zawsze wiemy o co chodzi. Przecież z daleka widać, że chłopiec.

3 uwagi do wpisu “Bez kija nie podchodź…

  1. a moja córka znalazła jakis filmik w necie,jak to mlodzi angilescy ludzie chodzili z wielka kartką po jakims miescie a napis brzmiał przytulam za darmo:)
    wpierw sie wszyscy usmievhali i mijali ale jak pierwsza podeszla starsza pani to potem juz ruszylo z kopyta..ot taki heppening,ale jaki fajny:)
    teraz me dziecię chce to wypróbowac na naszych miastowych ludzikach:))))

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s