Pamiętacie jak śmiałam się, że na wniosku o wydanie dowodu osobistego w kategorii OCZY uzwględniono CZERWONE? Bardzo to było smieszne, doprawdy. Ale spory czas temu. Aktualnie bowiem do śmiechu nie jest mi wcale i raczej umieram. A oczy mam owszem czerwone. Piękny żywy odcień, który wyjątkowo koresponduje mi z torebką. Mało wyjątkowo za to z życiem codziennym.
Otóż…
Jest wiosna, wspaniały czas słońca, dłuższych dni, wyższej temperatury za oknem, zielonych traw… i jebanych pyłków. Jest Igor, Dziecię me ukochane acz wkurwiające do granic przyzwoitości niekiedy – przyznaję – zwłaszcza gdy ni z tego ni z owego wkłada mi świeżo zerwany dla mnie bukiet… osiedlowych chwastów, lekko otrząsnąwszy go tylko z ziemi, prosto w oczy. Zapewne żeby mamunia lepiej widziała.
No i zobaczyła mamunia. Nazajutrz. Albinosa w lustrze. Całkiem solidny okaz. Bo oczywiście nic nie pomogło płukanie, kropelki i okłady z herbacianych esencji, które zawsze doradzał Mamut. Fakinszit i młodafoka, że tak to ujmę .
Jak już udało mi się w ogóle otworzyć oczy, to zaraz i z miejsca zlękłam się tej poczwary, którą ujrzałam w lustrze. Że to ja dotarło do mnie po ułamku ułamka. Od pobrania okolicznościowego urlopu na bardzo nagłe żądanie powstrzymał mnie jedynie fakt, że tego konretnego dnia – we środę znaczy – miałam do pracy na jedenastą a wybiła siódma. Było więc dużo czasu na ratunek. Angielski sobie (i innym) litościwie odpuściłam. Niestety wszelkie próby doprowadzenia się do porządku i wyglądu bardziej przypominającego normę spełzły na niczym. Polazłam do Dochtora bo akurat po drodze miałam przychodnię a w niej okulistę. Wybłagałam audiencję. Dochtor obejrzał przelotnie, bo nie miał czasu, orzekł, że "zapalenie spojówek", kazał kupić kropelki, których nazwę wypisał mi na świstku i odesłał. Kropelki nie były na receptę i oczywiście jak sie później – dużo później – okazało równie dobrze mogłam sobie pocierać gałki oczne sproszkowanymi papryczkami chilli. Efekt podobny.
W pracy myślałam, że umrę bo oczy szczypały, piekły i tańczyły kakana. Posłusznie wkraplałam ciecz i posłusznie płakałam w kiblu do chusteczki przeklinając Pana Bozię, że wymyślił spojówki co się mendy zapalają. Wieczorem wróciłam taksówką albowiem nie byłam w stanie iść do metra, tramwaju i domu nie otwierając oczu. A z taksówki mogłam bo Pan mnie prawie pod klatkę dostarczył.
Zasnęłam chyba równocześnie z Młodym.
Następnego dnia w pracy było równie koszmarnie. W końcu imć Prezes zainteresował się karminem moich oczu i natentychmiast umówił mnie ze swoim okulistą a następnie doń zawiózł.
I otóż… (bo już mi się wtem znudziło)
Okazało się, mili Państwo, że zapalenie spojówek owszem, mam, ale nie jest z nim tak prosto jak sugerował Dochtor Numer Jeden, bo są powikłania a na kropelki, które mi zapisał, reaguję spontanicznie, alergicznie i tragikomicznie. Czyli chilli. Bo też byłoby dobre aby osiągnąć ten stan. Dostałam antybiotyk do wkraplania co godzinę i po trzech dniach co cztery godziny.
Okularów przeciwsłonecznych doszukać się nie mogłam. A oczywiście teraz nie jest lato i sezon stojaczków z okularami na każdym rogu ulicy i co drugim autobusowym przystanku dopiero przed nami. Czyli słoneczna wiosna, która normalnie ucieszyłaby mnie jak samotny kalosz norkę, jst mi teraz na kijek i tylko rozdrażnia, bo muszę sie notorycznie przymrużać. Moje zaś stare poczciwe okulary, które spory czas temu zamieniłam na szkła kontaktowe, mają szkła odpowiednie dla krótkowidza z cyferką dwa. A ja od czasu urodzenia Igora mam jakby minus cztery. Co jednak robi różnicę.
Po pracy i niejako po omacku również dotarłam do najbliższego zakładu optycznego jaki miałam w okolicach żłobka. Widok musiałam sobą i przychówkiem ciągniętym za rękę prezentować doprawdy nietuzinkowy i jak sądzę tyleż opłakany co hecny. Pikanterii powinien dodawać fakt, że moje stare okulary (które miałam na nosie żeby widzieć cokolwiek) kiedyś były pękły i sklejone zostały chamsko-niebieską izolacją, którą się zgrzewa na ciepło i raczej do ratowania optycznego nie służy acz jak widać potrzeba matką wynalazków. Same okulary są przezroczyste i delikatne z czerwonym cieniutkim paseczkiem. Czyli z tym niebieskim siuwaksem musi być pięknie.
Nowe okulary wybrać musiałam – czas był najwyższy. Raz, że nie zawsze można liczyć na soczewki kontaktowe i różne rzeczy się w życiu oraz soczewkom zdarzają a należałoby mieć jednak szkła kompatybilne z wadą wzroku całkowiecie a nie tylko do połowy. Dwa, że z moimi spojówkami zapalonymi i dzikim wkurwem w związku ze związkiem, prędzej zrobię sobie osobiście lewatywę ze żwiru, niż włożę cokolwiek w oczy. Trzy, że nawet bym nie mogła czegokolwiek w te oczy wkładać, bo mam tydzien antybiotyku a następnie jeszcze dwutygodniową kwarantannę.
Wybrałam. A owszem. Tyle, że nieco niesamodzielnie. Ponieważ ja nie bardzo mogłam zobaczyć jak wyglądam w lustrze – minus cztery oraz osiem godzin przy kompie w tym stanie robi jednak swoje – oceniał Pan Z Zakładu. Co nam z tego wyszło… zobaczę dziś za godzinę, bo wówczas odbieram.
Gdybym już nic więcej nie napisała, możecie uznać, że zeszłam śmiertelnie… co oczywiście może oznaczać zarówno, że wyglądałam zajebiście, jak również, że chujowo.
I to by było na tyle droga Publiko.
Aktualnie najbardziej cieszę się z faktu, że jest piątek. Oraz że właśnie wychodzę. Życzcie mi powodzenia. I żebym po Dziecko trafiła.