Smakowisko


Lemon Curd

3 jajka
3 łyżki cukru
2-3 łyżki miodu
3 cytryny
60g masła

Zetrzeć
skórkę z cytryn, wycisnąć z nich sok, wrzucić całość do szklanej miski. Dodać cukier,
miód, jajka oraz masło i postawić na rondlu z wrzącą wodą. Mieszać aż
masa zgęstnieje i będzie bliska wrzenia ale nie gotować. Odstawić,
przetrzeć przez sito. Można dosłodzić
miodem do smaku. Wlać do słoika i przykryć aby nie utworzył się
kożuch. Gdy ostygnie schować do lodówki i spożyć w ciągu tygodnia.

Na razie znalazłam przepis.
Ann wiezie słoiki, więc już przytupuję w oczekiwaniu.
Jak się skończą to pewnie wypróbuję.

Słuchowisko

Zalubiłam się na dobre w nowej płycie Martyny Jakubowicz "30TE urodziny", do nagrania której zaprosiła wielu wspaniałych muzyków. Wyszła im wszystkim bardzo. I tak sobie słucham, pogryzam rzodkiewki naprzemiennie z winogronami oraz mam się. To chyba dobrze, co?

W ramach stosunków dobrosąsiedzkich nakleiłam Działowi IT na drzwiach obrazek:

Chłopcy są szczęśliwi 🙂

_________________________________________________
Ps. Czy ktoś dysponuje może muzościeżką z filmu "The Full Monty"? Bardzo bym się nie obraziła za możliwość pozyskania kopii zapasowej, w ramach bezpieczeństwa oczywiście.

Szparagi są nadal w lodówce

Jako, że ostatnio zaprzątnięta byłam różnymi wyjazdami, w tym moim chóralnym oraz Haluty, którą urodzinowo posłaliśmy last minute na Węgry, czyli roboczo do Kraju Buraków (kto zgadnie czemu kojarzy mi się z burakami jest dobry), znów nie miałam na nic czasu i mieszkanie mi trochę mchem zarosło. Jeszcze chwila a w szafie zalęgłyby mi się złośliwe gnomy, które nosiłyby moje rajstopy i skrzętnie ukrywały jedną z każdej pary skarpetek.

Sprzątanie ułatwił mi przypadek albowiem na piątek wieczorem zapowiedziała się banda żeńska pod wezwaniem, czyli AgA, Wiola, Ann i Haluta – trzeba było odgruzować mieszkanie i opracować system legowisk. Przydała się garderoba, przez niektórych zwana szafą, podłoga w kuchni i pojemne łóżko. Pięć bab w domu. Lokator spędził weekend błogosławiony między niewiastami i sądząc po nieustającym wyszczerzu, był zachwycony. W końcu każda i tak po chwili zdawała się należeć do Jego osobistego fanklubu, więc jak tu się nie cieszyć.

W piątkowy wieczór odbyło się uroczyste rozpakowanie łupów – królował zdecydowanie jajeczno-cytrynowy maziaj, którego jestem od teraz zagorzałą wielbicielką oraz ciasto – przydział miejsc do spania, długo-nocne rozmowy, przypadki podróżne i inne atrakcje. Zasnęłyśmy chyba tylko z przyzwoitości jakoś w okolicach drugiej, bo Młodzież wszak rano nie czeka ze świergoleniem na maruderów i śpiochów. I zaiste nie czekała. Pobudka o szóstej.trzydzieści i bawimy mama, bawimy!. Trochę umarłam, przyznaję, ale finalnie stanęłam na wysokości zadania i zreanimowałam się w ułamku sekundy. Po trzecich puzzlach myślałam o poćwiartowaniu dywanu ale doszłam do wniosku, że z tym Lokator też sobie poradzi z prędkością światła.

Sobotę spędziłyśmy głównie w Łazienkach. Młody wnerwiał pawie, straszył wiewiórki i rozkochiwał w sobie jedną po drugiej wszelkie przydrożne babcie. Z okazji jakiegoś festynu zgromadziliśmy zestaw balonów oraz zgłodnieliśmy. Wszyscy. W tak zwanym międzyczasie obył się sprawdzian miękkości trawnika – w końcu troszkę zmęczone towarzystwo było – ale Pan W Czerni wykazał się bystrością oraz donośnym kurde i nam dalsze doznania uniemożliwił. Miły nie był, więc dla równowagi my również nie. Na szczęście trawnik w parku na Solcu okazał się bardziej gościnny. Moszcząc sobie wygodne dołki w zieloności, skonsumowaliśmy gremialnie zakupionego w pobliskich delikatesach pieczonego kurczaka, dwie bułki wrocławskie i popiliśmy wszystko colą. Mniam. Okoliczne psy, wyprowadzające zadziwionych zjawiskiem ludzi na spacer, mijały nas niechętnie i pod przymusem. Jeden nawet przyszedł. Okazał się zresztą kobietą. Igor nadal chełpił się wyłącznością na posiadanie chromosomu XY. Przez cały dzień przygrzewało nam wspaniałe słońce, Aga robiła zdjęcia, bez pachniał oszałamiająco i ogólnie było miło. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i w drodze powrotnej przemokliśmy na deszczu do suchej nitki. Do reszty zniweczyło to nasze plany udania się na juwenaliowy koncert Hey i tak mocno nadszarpnięte świadomością meczyku na stadionie Legii oraz strasznym zmęczeniem.

Oczywiście po powrocie najadłyśmy się jak dzikie szparagów w maśle czosnkowym i całej masy innych pyszności, oglądałyśmy filmy na dvd a także – a może nawet głównie – gadałyśmy do upadłego obrabiając wszelkie dostępne tyłki oraz kilka niedostępnych i nawet jeden nieżyjący. Tak jest – rasowe baby.

Niedziela wypędziła nas do ZOO. I to był bardzo dobry strzał. Niestety z braku czasu ograniczyłyśmy odwiedziny u bliższych i dalszych krewnych do minimum, ale absolutnym faworytem Lokatora stały się małpy. Młody prawie się rozpękł ze szczęścia gdy ujrzał surykatki. Zobaczyliśmy jeszcze lekko nieświeżego misie, nosorożca zażywającego kąpieli, obsiadanego przez gawiedź kucyka, trochę ptactwa, kocurków – które głównie ucinały sobie drzemki – i jeszcze kogoś ale zapomniałam. Rozdmuchiwałam bańki mydlane, jadłam lody i jeszcze kilka rzeczy złożyło się na fakt, że bawiłam się świetnie.

Po południu Aga, Wiola i Haluta powracały do domów a mnie dzielnie towarzystwa dotrzymała Ann, która samolot miała dopiero o świcie. Obejrzałyśmy taniec z gwiazdami i umarłyśmy ze śmiechu. Potem nie pamiętam co było bo chyba zasnęłam. Grunt, że o piątej rano usłyszałam ahoj, czyli spóźnienia nie było.

I tak o.

Szparagi są nadal w lodówce bo dojrzewam do zrobienia zupy.

A wczoraj daliśmy najmniejszy koncert świata. Było nas więcej niż słuchaczy i przyznaję, że nie odnotowałam wcześniej podobnego zjawiska w historii mojej bytności w chórze. Dziwnie, nie powiem aczkolwiek potrafimy zaśpiewać jak trzeba i dla jednej osoby. Honor uratował jak dla mnie Kolega Tomasz, który wystąpił w ramach pamiętająco-mogącej delegacji i nawet mu się podobało. Przyszpilony twierdził uparcie, że było genialnie. Tak więc macie chyba czego żałować. Zwłaszcza, że w dwóch utworach udzielam się w kwestii solowej i czuję się w związku z tym maksymalnie pokryta gęsią skórką ale też dumą niesamowitą.

Najbliższy koncert 18 maja o 18.00 w cerkwi przy ul. Solidarności, potem 25 maja Hajnówka.

I finito. Więcej cerkiewnej nie będzie. Kończymy sezon. Gdyby ktoś jeszcze chciał posłuchać, zapraszam. Myślę, że warto. Ja co prawda wpadnę na scenę w ostatniej chwili i z zadyszką, gdyż ponieważ albowiem Siostrzenica ma komunię a i tak planuję zerwać się niecnie z końcowej części obiadu, ale będę. Wypatrujcie takiej małej, okrągłej i krótko ściętej. Do niedzieli warkoczy raczej nie zapuszczę.

You can scotch me

Na angielskim mieliśmy temat cv, listów motywacyjnych, rozmów o pracę i takich różnych przydatnych rzeczy. Przy okazji dowiedziałam się jakich rzeczy nie należy absolutnie mówić na interwju – gdybym jeszcze kiedyś chciała mieć i to w języku langłydż – ale to absolutnie… a ludzie mówią.

Moim zdecydowanym faworytem jest:

– Czy mogę wrócić gdy znajdę okulary?
– Pan też był w więzieniu?
– Czy wiem Pani dlaczego tu jestem…?
– Czy mogę przychodzić z moim królikiem?

Urocze, nieprawdaż?
Aż się nie chce wierzyć, że to autentyki.

Jak się obrobię to napiszę o weekendzie.
Tymczasem biegnę wypasać moje owce bo chwilowo zaparkowałam je obok drukarki i nie jestem pewna czy nie zaznajamiają się właśnie z arcyważną dokumentacją.

Siju

Rozmowy w tłoku

W autobusie tłumek. Ludzie na zmianę kopią się po kostkach albo obskubują rąbki płaszczy. Obowiązkowo jest też Chłopiec Z Konwulsjami, bo jak się słucha techno to trzeba koniecznie ile fabryka dała i najchętniej na kiepskich słuchawkach, żeby otoczenie nie zapomniało odnotować tego faktu. Pani Po Lewej czyta gazetę a Pani Po Prawej nie ale najwyraźniej zazdrości, bo zerka przez ramię. Lewa się obrusza, Prawa odszczekuje, że przecież krzywdy nie robi. I już awantura gotowa. Po chwili przerobioną mamy też politykę, drogowców, pocztę polską i nieśmiertelną dzisiejszą młodzież. Typowe polskie piekiełko. W zasadzie to się nawet uśmiecham, przecież to już folklor taki. Jakby się to wszystko dało po latach odkopać w charakterze odkrycia archeologicznego, naukowcy mieliby ubaw.

A w zasadzie to helloł ale czy istnieje już może jakaś praca magisterska o zachowaniach ludzi w środkach komunikacji miejskiej?

Bo jeśli nie, to stanowczo zaistnieć powinna. Śmiem twierdzić, że możnaby to ładnie rozparcelować jako odcinkowy scenariusz do niezłej komedii, to jeszcze czuję się ekspertem. Dziesiątka dla Pana Z Ostatniego Rzędu – nie dość, że jedzie autobusem, to jeszcze czosnkiem i szczypiorem. Kombinacja zaiste alpejska.

Pod oknem trwa licytacja:

– Pani wie, Pani kochana? Jaki ona ma przodozgryz… no mówię Pani…
– To nic moja droga, to nic… ta moja to ma takie tyłozgięcie macicy, że nie wiem…

Robię dośrodkowanie i wychodzę.
Jak nic kiedyś umrę ze śmiechu.

72 żelazka na parapecie

W drodze do domu napotkałam na peleton 19 zakonnic.
Liczyłam. Przy założeniu, że jedna przynosi pecha, a szczęście tylko dwie i to
w dodatku z wiadrem, powinnam położyć się i czekać aż na moim pierwszym piętrze
przejedzie mnie tramwaj. Pech na czternaście fajerek. Nie wiem, może by nie
pójść jutro do pracy? W końcu nigdy nie wiadomo co takie zakonnice potrafią w
życiu nabroić. Tylko nie jestem pewna, czy szef będzie podobnego zdania.

No ale ja o majówce miałam.

Wyjechaliśmy z Warszawy we czwartek wczesnym rankiem. Celem była Wilga koło
Garwolina i tamtejszy Ośrodek Politechniki, gdzie to mieliśmy zamiar i
obowiązek chóralnie oraz do upadłego się warsztatować. I nie powiem, było
bardzo intensywnie. Śniadanie, pół godziny na wybudzenie, próba, pół godziny na
siku i inne takie, obiad, pół godziny sjesty z herbatą, próba, godzina
piętnaście na spacer, siatkówkę oraz chronienie się przed deszczem, kolacja,
pół godziny na nie wiadomo co, próba, zgon. Igora przezornie poprzedniego dnia
wieczorem, przy wybitnym współudziale Ciotki Gogi oraz jej samochodu,
odstawiłam do Mamutowa. Dzięki czemu marzłam sama a nie dodatkowo zamartwiając
się o marznące Potomstwo.

Albowiem…

Do Wilgi – owszem – przywieźliśmy piękne słońce, jednakowoż ono natentychmiast
zawinęło się i poszło precz, pozostawiając malownicze mżawki, siąpiące
kapuśniaczki, kapiące za kołnierze deszcze i zlewające do suchej nitki ulewy.
Do kompletu zimno było jak piorun oraz wietrznie. Czyli pełen serwis. Wszyscy
ciągle łaziliśmy w kurtkach i szalikach i mieliśmy mokro w butach. Ustaliliśmy nawet, że miejscowość z całą stanowczością swoją nazwę zawdzięcza niesłychanej wilgotności. Słońce
wróciło w niedzielę… akurat na wyjazd. Ponadto na warsztaty zawiozłam
kiełkującą anginę, razem z którą przeszłyśmy wiele. Na szczęście w domkach było
działające bez zarzutu ogrzewanie i ciepła woda. Było też co najmniej kilka
zwierząt z czego pająki były najbardziej towarzyskie. A trzepiąc z dziewczynami
koce odkryłyśmy, że z sierści, których były pełne, spokojnie można by zmontować
kilka psów. Generalnie jednak było cudownie oraz uroczo.

Pierwszej nocy łyknęłam dwie tabletki gripex max i doznałam iluminacji. Śniło
mi się, że pojechałam na wielbłądzie do Pruszkowa, zaparkowałam go na stacji i
poszłam do fryzjera gdzie stanowczym głosem zażyczyłam sobie loków. Anglezów
ściśle rzecz ujmując. Niebieski fartuch z zawartością spojrzał na mnie i moje
czterocentymetrowe kosmyki i orzekł, że szpital to przystanek dalej. Obudziłam
się ze swetrem na twarzy. To chyba wiele tłumaczy. Ja nie wiem, ale jeśli sny
pierwszej nocy w nowym miejscu bywają prorocze, to polecam stacji w Pruszkowie
wyższe stropy. Żeby wielbłąd nie musiał się schylać. Poza tym chyba żadnych
leków nie powinno się popijać kadarką. Nawet jeśli to tylko pół kubeczka.

Reszta warsztatów minęła mi w radosnej atmosferze dzienno-nocnego śpiewania,
leczenia chrypki rozmaitymi sposobami, wesołych rozmów, oraz liczenia kubeczków
w ramach walki z chłodem. A także w innych ramach. Miło było, serio serio. I
nawet angina sobie poszła. Obawiam się, że po prostu nie wytrzymała naszych
porannych prób i rozśpiewek, na których wszyscy brzmieli jak średnio nastrojone
drzwi do obory, ale liczy się efekt. Na szczęście w miarę rozwoju dnia i owo
brzmienie nam się rozwijało. Ponadto zyskaliśmy nowych fanów i obawiam się, że
nie są głusi a w dodatku im się podobało jak śpiewamy.

Przy okazji:
– najbliższy koncert 12 maja o 18.00 na Politechnice w gmachu głównym,
– następny 18 maja w cerkwi przy ul. Solidarności, też o 18.00
– wreszcie 25 maja wielki finał, czyli koncert laureatów na inauguracji festiwalu w Hajnówce.

W niedzielę wróciłam wprost w stęsknione acz lepkie od ciastka lokatorskie
kończyny górne, zapakowałam je wraz z resztą delikwenta do wózka, na dół wózka
załadowałam własny bagaż wyjazdowy, a następnie oboje zawarliśmy bliską
znajomość z okazałą burzą i jej atmosferycznym opadem. Czarownie, nie powiem.
Całą drogę – a jest ona długa, cętkowana i kręta jak cały rogozbiór Wojskiego –
Lokator dziarsko i donośnie śpiewał bliżej niezidentyfikowaną piosenkę o
zegarze, której motywem przewodnim było zdecydowane tik-tak przemieszane z
pam-pam. Równie zdecydowanym. To były zresztą jedyne słowa tego jakże
fascynującego utworu. Najwyraźniej Igor postawił sobie za punkt honoru
realizację własnych warsztatów. Bądź też sprawdzenie czy mama potrafi przybrać
barwę sino-brąz-koperek. Nie zdziwiłoby mnie gdyby siedzące naprzeciwko tramwajowe
staruszki obstawiły zakłady ile wytrzymam zanim wysiądę i zacznę wrzeszczeć.

Przysięgam, że kocham moje Dziecko ale w tamtym momencie oddałabym królestwo i
pół córki za stoppery. Albo solidny knebel.

I taka u mnie sielanka weekendowa.
A co u Was?

Bo zawsze chciałam być strażakiem

Gdyby filozofia małych dziewczynek była rozpisana na tomy, gdzieś w trzecim byłoby o księżniczkach, piosenkarkach, baletnicach oraz paniach nauczycielkach. Mniej więcej o tym przecież marzą małe dziewczynki, kiedy myślą, kim chciałyby zostać w przyszłości. Ja pamiętam doskonale, że wprost ze wstępu do księżniczek i siedmiuset odcieni różu, płynnie przeskoczyłam w permanentną miłość do strażackiego wozu i sikawki. Absolutnie. W Mamutowie mieliśmy blisko domu Straż i piękne, lśniące, czerwone auta pyszniły się na parkingu za każdym razem, gdy chciało mi się pójść na spacer. Raz nawet udało mi się z powodzeniem podpalić pole traw za domem tylko po to by zobaczyć z bliska Panów W Akcji ale nie wspominam tego z dumą, bo strach miał całkiem konretny smak. Wzniecanie ognia zdecydowanie wolę w warunkach biwakowych i niekiedy towarzyskich. Niemniej jednak miłość do gaszenia pożarów pozostała mi we krwi do dziś.

I powiedzmy, że wczoraj w nocy też gasiłam taki pożar.

Oczy również już ugaszone. Zdecydowanie łatwiej żyje się w wersji światłolubnej bo niestety w odróżnieniu od wampirów ja kocham słońce i pogodne dni za oknem. A w weekend musiałam się bardzo zdecydowanie ukrywać w cieniu. Na szczęście na odsiecz i tramwajem przybyła do mnie Nielot. Nielot przybyła nawet najpierw pociągiem jadącym z pięknego miasta na dwie litery ale tramwaj – a raczej jego bardzo długi brak i upragnione przynadjechanie – było mi w opowieści bardziej spektakularne. Wkrótce zjawiła się też Hal i sobie tak we trzy posabatowałyśmy przy serniku i rozmaitych refleksjach. Z sernika wyszło coś bardziej w podobie niż stricte ale grunt, że w smaku pierwszorzędne. Poza tym ustalmy, że skoro sernik znajduje się w plastikowej misce w kwiatowym wzorkiem, a nie w tortownicy albo jakiejś bardziej odpowiedniej foremce, to niekoniecznie będziemy się czepiać semantyki.

Poza jedzeniem i rozmaitymi refleksjami na temat i bez myśli przewodniej, bardzo miło spędziłam czas i mam nadzieję, że moje weekendowe towarzyszki również. Nawet na spacer wychynęłam, a owszem, tylko przezornie poczekałam aż słońce ustąpi miejsca przyjemniejszej moim króliczym oczom szarówce. Przyznaję się również bez bicia i z absolutnym brakiem wyrzutów sumienia, że na plac zabaw poszliśmy saute a wróciliśmy wzbogaceni o koparkę. Młody jednak zakochał się od pierwszego wejrzenia a ponadto samotne koparki, pozostawione na pastwę pustych ławek muszą liczyć się z tym, że jeśli nikogo w pobliżu nie będzie – a nie było – i pora zrobi się dość późna – a się zrobiła – ktoś je w końcu zaadoptuje. Czyli do ogólnej patologii proszę dopisać mi zuchwałą kradzież. Jeśli liczyć pieluchę z zawartością w obywatelskich portkach, można również zahaczyć o rozbój z użyciem niebezpiecznych narzędzi tudzież substancji. Jak szaleć to szaleć.

Co poza tym?

Zaliczyłam pierwsze organizacyjne zebranie w przedszkolu, na które oczywiście spóźniliśmy się albowiem Lokator zapragnął nagle i niespodziewanie wykonać salto mortale i gonić kotka. Tu muszę bardzo poważnie porozmawiać z Dziadkiem, bo ja sobie wypraszam zakłócanie spokoju przy użyciu mego osobistego nieletniego okolicznym mruczkom. Bardzo koty lubimy i przy okazji spożywania parówki na trasie sklep-dom zawsze dzielimy się z naszymi podwórkowymi ogoniastymi. Nie przeszkadza to jednak Młodemu połączyć obu spraw i z miłością rzucić się pędem w okazałe krzaczory, gdy tylko natrafi na futrzaka. W związku z tym nie usłyszałam jak Pani Kerownik wyłuszcza przejętym po kokardki rodzicom sprawę leżakowania i pościeli oraz worków na kapcie. Niemniej jednak pozwolę sobie pozostać w przeświadczeniu, że uda nam się przetrwać mimo wszystko i jakoś sobie w tym przedszkolu poradzimy. Zwłaszcza ja bo w Obywatela to wierzę niewzruszenie i nieprzerwanie. W końcu jak się przebywa w żłobku od czwartego miesiąca życia, to jest się już jakby weteranem. Na salę gdzie ci przejęci rodzice i to zebranie też wszedł jak do siebie i z miejsca zajął się zabawkami. I o to chodzi, i o to chodzi.

Okulary okazały się przysłowionym strzałem w dziesiątkę i po raz kolejny okazało się, że mam niezwykły fart w nietypowych sytuacjach. A Pan Z Zakładu dobry gust. Niestety nie spytałam czy daje się wypożyczać na inne zakupy. Życie byłoby prostsze.

Prócz tego nabyłam drogą kupna absolutnie fantastyczne i niesamowicie piękne spodnie w czarno-białą szachownicę. Wyglądam w nich szałowo. Zamierzamy się pobrać i żyć długo oraz szczęśliwie w otoczeniu gromadki gońców. No i można na mnie grać w szachy.

To pisałam ja – kobieta wielofunkcyjna.

Żyję

Aczkolwiek skoro o tej absolutnie kosmicznej godzinie kończę pracę… to nie wiem czy aby na pewno.

Świta, a ja postanowiłam się jednak zdrzemnąć.
To tymczasem.

O oprawkach i weekendzie napiszę w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Jak zostać albinosem, czyli notka pisana prawdziwie bezwzrokowo

Pamiętacie jak śmiałam się, że na wniosku o wydanie dowodu osobistego w kategorii OCZY uzwględniono CZERWONE? Bardzo to było smieszne, doprawdy. Ale spory czas temu. Aktualnie bowiem do śmiechu nie jest mi wcale i raczej umieram. A oczy mam owszem czerwone. Piękny żywy odcień, który wyjątkowo koresponduje mi z torebką. Mało wyjątkowo za to z życiem codziennym.

Otóż…

Jest wiosna, wspaniały czas słońca, dłuższych dni, wyższej temperatury za oknem, zielonych traw… i jebanych pyłków. Jest Igor, Dziecię me ukochane acz wkurwiające do granic przyzwoitości niekiedy – przyznaję – zwłaszcza gdy ni z tego ni z owego wkłada mi świeżo zerwany dla mnie bukiet… osiedlowych chwastów, lekko otrząsnąwszy go tylko z ziemi, prosto w oczy. Zapewne żeby mamunia lepiej widziała.

No i zobaczyła mamunia. Nazajutrz. Albinosa w lustrze. Całkiem solidny okaz. Bo oczywiście nic nie pomogło płukanie, kropelki i okłady z herbacianych esencji, które zawsze doradzał Mamut. Fakinszit i młodafoka, że tak to ujmę .

Jak już udało mi się w ogóle otworzyć oczy, to zaraz i z miejsca zlękłam się tej poczwary, którą ujrzałam w lustrze. Że to ja dotarło do mnie po ułamku ułamka. Od pobrania okolicznościowego urlopu na bardzo nagłe żądanie powstrzymał mnie jedynie fakt, że tego konretnego dnia – we środę znaczy – miałam do pracy na jedenastą a wybiła siódma. Było więc dużo czasu na ratunek. Angielski sobie (i innym) litościwie odpuściłam. Niestety wszelkie próby doprowadzenia się do porządku i wyglądu bardziej przypominającego normę spełzły na niczym. Polazłam do Dochtora bo akurat po drodze miałam przychodnię a w niej okulistę. Wybłagałam audiencję. Dochtor obejrzał przelotnie, bo nie miał czasu, orzekł, że "zapalenie spojówek", kazał kupić kropelki, których nazwę wypisał mi na świstku i odesłał. Kropelki nie były na receptę i oczywiście jak sie później – dużo później – okazało równie dobrze mogłam sobie pocierać gałki oczne sproszkowanymi papryczkami chilli. Efekt podobny.

W pracy myślałam, że umrę bo oczy szczypały, piekły i tańczyły kakana. Posłusznie wkraplałam ciecz i posłusznie płakałam w kiblu do chusteczki przeklinając Pana Bozię, że wymyślił spojówki co się mendy zapalają. Wieczorem wróciłam taksówką albowiem nie byłam w stanie iść do metra, tramwaju i domu nie otwierając oczu. A z taksówki mogłam bo Pan mnie prawie pod klatkę dostarczył.

Zasnęłam chyba równocześnie z Młodym.

Następnego dnia w pracy było równie koszmarnie. W końcu imć Prezes zainteresował się karminem moich oczu i natentychmiast umówił mnie ze swoim okulistą a następnie doń zawiózł.

I otóż… (bo już mi się wtem znudziło)

Okazało się, mili Państwo, że zapalenie spojówek owszem, mam, ale nie jest z nim tak prosto jak sugerował Dochtor Numer Jeden, bo są powikłania a na kropelki, które mi zapisał, reaguję spontanicznie, alergicznie i tragikomicznie. Czyli chilli. Bo też byłoby dobre aby osiągnąć ten stan. Dostałam antybiotyk do wkraplania co godzinę i po trzech dniach co cztery godziny.

Okularów przeciwsłonecznych doszukać się nie mogłam. A oczywiście teraz nie jest lato i sezon stojaczków z okularami na każdym rogu ulicy i co drugim autobusowym przystanku dopiero przed nami. Czyli słoneczna wiosna, która normalnie ucieszyłaby mnie jak samotny kalosz norkę, jst mi teraz na kijek i tylko rozdrażnia, bo muszę sie notorycznie przymrużać. Moje zaś stare poczciwe okulary, które spory czas temu zamieniłam na szkła kontaktowe, mają szkła odpowiednie dla krótkowidza z cyferką dwa. A ja od czasu urodzenia Igora mam jakby minus cztery. Co jednak robi różnicę.

Po pracy i niejako po omacku również dotarłam do najbliższego zakładu optycznego jaki miałam w okolicach żłobka. Widok musiałam sobą i przychówkiem ciągniętym za rękę prezentować doprawdy nietuzinkowy i jak sądzę tyleż opłakany co hecny. Pikanterii powinien dodawać fakt, że moje stare okulary (które miałam na nosie żeby widzieć cokolwiek) kiedyś były pękły i sklejone zostały chamsko-niebieską izolacją, którą się zgrzewa na ciepło i raczej do ratowania optycznego nie służy acz jak widać potrzeba matką wynalazków. Same okulary są przezroczyste i delikatne z czerwonym cieniutkim paseczkiem. Czyli z tym niebieskim siuwaksem musi być pięknie.

Nowe okulary wybrać musiałam – czas był najwyższy. Raz, że nie zawsze można liczyć na soczewki kontaktowe i różne rzeczy się w życiu oraz soczewkom zdarzają a należałoby mieć jednak szkła kompatybilne z wadą wzroku całkowiecie a nie tylko do połowy. Dwa, że z moimi spojówkami zapalonymi i dzikim wkurwem w związku ze związkiem, prędzej zrobię sobie osobiście lewatywę ze żwiru, niż włożę cokolwiek w oczy. Trzy, że nawet bym nie mogła czegokolwiek w te oczy wkładać, bo mam tydzien antybiotyku a następnie jeszcze dwutygodniową kwarantannę.

Wybrałam. A owszem. Tyle, że nieco niesamodzielnie. Ponieważ ja nie bardzo mogłam zobaczyć jak wyglądam w lustrze – minus cztery oraz osiem godzin przy kompie w tym stanie robi jednak swoje – oceniał Pan Z Zakładu. Co nam z tego wyszło… zobaczę dziś za godzinę, bo wówczas odbieram.

Gdybym już nic więcej nie napisała, możecie uznać, że zeszłam śmiertelnie… co oczywiście może oznaczać zarówno, że wyglądałam zajebiście, jak również, że chujowo.

I to by było na tyle droga Publiko.

Aktualnie najbardziej cieszę się z faktu, że jest piątek. Oraz że właśnie wychodzę. Życzcie mi powodzenia. I żebym po Dziecko trafiła.

Ogrodnictwo w weekend

Bo mi się przypomniało – z okazji gadulcowych rozmów z Agą z Lublina (tą od kotów i narzeczonej Iggiego – Zofii), która twierdzi, że fajnie tu wyszliśmy – że miałam wstawić i nie wstawiłam…

To wstawiam.
Ju.

foto. Ania Londyńska