72 żelazka na parapecie

W drodze do domu napotkałam na peleton 19 zakonnic.
Liczyłam. Przy założeniu, że jedna przynosi pecha, a szczęście tylko dwie i to
w dodatku z wiadrem, powinnam położyć się i czekać aż na moim pierwszym piętrze
przejedzie mnie tramwaj. Pech na czternaście fajerek. Nie wiem, może by nie
pójść jutro do pracy? W końcu nigdy nie wiadomo co takie zakonnice potrafią w
życiu nabroić. Tylko nie jestem pewna, czy szef będzie podobnego zdania.

No ale ja o majówce miałam.

Wyjechaliśmy z Warszawy we czwartek wczesnym rankiem. Celem była Wilga koło
Garwolina i tamtejszy Ośrodek Politechniki, gdzie to mieliśmy zamiar i
obowiązek chóralnie oraz do upadłego się warsztatować. I nie powiem, było
bardzo intensywnie. Śniadanie, pół godziny na wybudzenie, próba, pół godziny na
siku i inne takie, obiad, pół godziny sjesty z herbatą, próba, godzina
piętnaście na spacer, siatkówkę oraz chronienie się przed deszczem, kolacja,
pół godziny na nie wiadomo co, próba, zgon. Igora przezornie poprzedniego dnia
wieczorem, przy wybitnym współudziale Ciotki Gogi oraz jej samochodu,
odstawiłam do Mamutowa. Dzięki czemu marzłam sama a nie dodatkowo zamartwiając
się o marznące Potomstwo.

Albowiem…

Do Wilgi – owszem – przywieźliśmy piękne słońce, jednakowoż ono natentychmiast
zawinęło się i poszło precz, pozostawiając malownicze mżawki, siąpiące
kapuśniaczki, kapiące za kołnierze deszcze i zlewające do suchej nitki ulewy.
Do kompletu zimno było jak piorun oraz wietrznie. Czyli pełen serwis. Wszyscy
ciągle łaziliśmy w kurtkach i szalikach i mieliśmy mokro w butach. Ustaliliśmy nawet, że miejscowość z całą stanowczością swoją nazwę zawdzięcza niesłychanej wilgotności. Słońce
wróciło w niedzielę… akurat na wyjazd. Ponadto na warsztaty zawiozłam
kiełkującą anginę, razem z którą przeszłyśmy wiele. Na szczęście w domkach było
działające bez zarzutu ogrzewanie i ciepła woda. Było też co najmniej kilka
zwierząt z czego pająki były najbardziej towarzyskie. A trzepiąc z dziewczynami
koce odkryłyśmy, że z sierści, których były pełne, spokojnie można by zmontować
kilka psów. Generalnie jednak było cudownie oraz uroczo.

Pierwszej nocy łyknęłam dwie tabletki gripex max i doznałam iluminacji. Śniło
mi się, że pojechałam na wielbłądzie do Pruszkowa, zaparkowałam go na stacji i
poszłam do fryzjera gdzie stanowczym głosem zażyczyłam sobie loków. Anglezów
ściśle rzecz ujmując. Niebieski fartuch z zawartością spojrzał na mnie i moje
czterocentymetrowe kosmyki i orzekł, że szpital to przystanek dalej. Obudziłam
się ze swetrem na twarzy. To chyba wiele tłumaczy. Ja nie wiem, ale jeśli sny
pierwszej nocy w nowym miejscu bywają prorocze, to polecam stacji w Pruszkowie
wyższe stropy. Żeby wielbłąd nie musiał się schylać. Poza tym chyba żadnych
leków nie powinno się popijać kadarką. Nawet jeśli to tylko pół kubeczka.

Reszta warsztatów minęła mi w radosnej atmosferze dzienno-nocnego śpiewania,
leczenia chrypki rozmaitymi sposobami, wesołych rozmów, oraz liczenia kubeczków
w ramach walki z chłodem. A także w innych ramach. Miło było, serio serio. I
nawet angina sobie poszła. Obawiam się, że po prostu nie wytrzymała naszych
porannych prób i rozśpiewek, na których wszyscy brzmieli jak średnio nastrojone
drzwi do obory, ale liczy się efekt. Na szczęście w miarę rozwoju dnia i owo
brzmienie nam się rozwijało. Ponadto zyskaliśmy nowych fanów i obawiam się, że
nie są głusi a w dodatku im się podobało jak śpiewamy.

Przy okazji:
– najbliższy koncert 12 maja o 18.00 na Politechnice w gmachu głównym,
– następny 18 maja w cerkwi przy ul. Solidarności, też o 18.00
– wreszcie 25 maja wielki finał, czyli koncert laureatów na inauguracji festiwalu w Hajnówce.

W niedzielę wróciłam wprost w stęsknione acz lepkie od ciastka lokatorskie
kończyny górne, zapakowałam je wraz z resztą delikwenta do wózka, na dół wózka
załadowałam własny bagaż wyjazdowy, a następnie oboje zawarliśmy bliską
znajomość z okazałą burzą i jej atmosferycznym opadem. Czarownie, nie powiem.
Całą drogę – a jest ona długa, cętkowana i kręta jak cały rogozbiór Wojskiego –
Lokator dziarsko i donośnie śpiewał bliżej niezidentyfikowaną piosenkę o
zegarze, której motywem przewodnim było zdecydowane tik-tak przemieszane z
pam-pam. Równie zdecydowanym. To były zresztą jedyne słowa tego jakże
fascynującego utworu. Najwyraźniej Igor postawił sobie za punkt honoru
realizację własnych warsztatów. Bądź też sprawdzenie czy mama potrafi przybrać
barwę sino-brąz-koperek. Nie zdziwiłoby mnie gdyby siedzące naprzeciwko tramwajowe
staruszki obstawiły zakłady ile wytrzymam zanim wysiądę i zacznę wrzeszczeć.

Przysięgam, że kocham moje Dziecko ale w tamtym momencie oddałabym królestwo i
pół córki za stoppery. Albo solidny knebel.

I taka u mnie sielanka weekendowa.
A co u Was?

6 uwag do wpisu “72 żelazka na parapecie

  1. Uśmiałam sie nad ta notką – dziekuje :):)

    Bo ja dopiero wrócilam z gór i niejak sie do tej rzeczywostości dostosowac nie moge 🙂

    Pozdrawiam ciepło 🙂

    Polubienie

  2. A u mnie były góry i niebo, niebo i góry… 😀

    A potem uczenie się chemii w autokarze przy latarce i kolokwium o 8 rano….

    W każdym razie jest pięknie 🙂

    Polubienie

  3. Bury – jak się nie ścina to pewnie więcej 😉

    Iza – też mam ten sam problem zawsze…

    Promyczek – poza chemią wszystko fajnie 😉

    Polubienie

  4. Mój 50letni tata śpiewał tik-tak tik-tak, jadąc samochodem. Pam-pam nie słyszałam.
    W radiu leciała akurat najnowsza piosenka Madonny:P… moze Igor się nasłuchał?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s