Szparagi są nadal w lodówce

Jako, że ostatnio zaprzątnięta byłam różnymi wyjazdami, w tym moim chóralnym oraz Haluty, którą urodzinowo posłaliśmy last minute na Węgry, czyli roboczo do Kraju Buraków (kto zgadnie czemu kojarzy mi się z burakami jest dobry), znów nie miałam na nic czasu i mieszkanie mi trochę mchem zarosło. Jeszcze chwila a w szafie zalęgłyby mi się złośliwe gnomy, które nosiłyby moje rajstopy i skrzętnie ukrywały jedną z każdej pary skarpetek.

Sprzątanie ułatwił mi przypadek albowiem na piątek wieczorem zapowiedziała się banda żeńska pod wezwaniem, czyli AgA, Wiola, Ann i Haluta – trzeba było odgruzować mieszkanie i opracować system legowisk. Przydała się garderoba, przez niektórych zwana szafą, podłoga w kuchni i pojemne łóżko. Pięć bab w domu. Lokator spędził weekend błogosławiony między niewiastami i sądząc po nieustającym wyszczerzu, był zachwycony. W końcu każda i tak po chwili zdawała się należeć do Jego osobistego fanklubu, więc jak tu się nie cieszyć.

W piątkowy wieczór odbyło się uroczyste rozpakowanie łupów – królował zdecydowanie jajeczno-cytrynowy maziaj, którego jestem od teraz zagorzałą wielbicielką oraz ciasto – przydział miejsc do spania, długo-nocne rozmowy, przypadki podróżne i inne atrakcje. Zasnęłyśmy chyba tylko z przyzwoitości jakoś w okolicach drugiej, bo Młodzież wszak rano nie czeka ze świergoleniem na maruderów i śpiochów. I zaiste nie czekała. Pobudka o szóstej.trzydzieści i bawimy mama, bawimy!. Trochę umarłam, przyznaję, ale finalnie stanęłam na wysokości zadania i zreanimowałam się w ułamku sekundy. Po trzecich puzzlach myślałam o poćwiartowaniu dywanu ale doszłam do wniosku, że z tym Lokator też sobie poradzi z prędkością światła.

Sobotę spędziłyśmy głównie w Łazienkach. Młody wnerwiał pawie, straszył wiewiórki i rozkochiwał w sobie jedną po drugiej wszelkie przydrożne babcie. Z okazji jakiegoś festynu zgromadziliśmy zestaw balonów oraz zgłodnieliśmy. Wszyscy. W tak zwanym międzyczasie obył się sprawdzian miękkości trawnika – w końcu troszkę zmęczone towarzystwo było – ale Pan W Czerni wykazał się bystrością oraz donośnym kurde i nam dalsze doznania uniemożliwił. Miły nie był, więc dla równowagi my również nie. Na szczęście trawnik w parku na Solcu okazał się bardziej gościnny. Moszcząc sobie wygodne dołki w zieloności, skonsumowaliśmy gremialnie zakupionego w pobliskich delikatesach pieczonego kurczaka, dwie bułki wrocławskie i popiliśmy wszystko colą. Mniam. Okoliczne psy, wyprowadzające zadziwionych zjawiskiem ludzi na spacer, mijały nas niechętnie i pod przymusem. Jeden nawet przyszedł. Okazał się zresztą kobietą. Igor nadal chełpił się wyłącznością na posiadanie chromosomu XY. Przez cały dzień przygrzewało nam wspaniałe słońce, Aga robiła zdjęcia, bez pachniał oszałamiająco i ogólnie było miło. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i w drodze powrotnej przemokliśmy na deszczu do suchej nitki. Do reszty zniweczyło to nasze plany udania się na juwenaliowy koncert Hey i tak mocno nadszarpnięte świadomością meczyku na stadionie Legii oraz strasznym zmęczeniem.

Oczywiście po powrocie najadłyśmy się jak dzikie szparagów w maśle czosnkowym i całej masy innych pyszności, oglądałyśmy filmy na dvd a także – a może nawet głównie – gadałyśmy do upadłego obrabiając wszelkie dostępne tyłki oraz kilka niedostępnych i nawet jeden nieżyjący. Tak jest – rasowe baby.

Niedziela wypędziła nas do ZOO. I to był bardzo dobry strzał. Niestety z braku czasu ograniczyłyśmy odwiedziny u bliższych i dalszych krewnych do minimum, ale absolutnym faworytem Lokatora stały się małpy. Młody prawie się rozpękł ze szczęścia gdy ujrzał surykatki. Zobaczyliśmy jeszcze lekko nieświeżego misie, nosorożca zażywającego kąpieli, obsiadanego przez gawiedź kucyka, trochę ptactwa, kocurków – które głównie ucinały sobie drzemki – i jeszcze kogoś ale zapomniałam. Rozdmuchiwałam bańki mydlane, jadłam lody i jeszcze kilka rzeczy złożyło się na fakt, że bawiłam się świetnie.

Po południu Aga, Wiola i Haluta powracały do domów a mnie dzielnie towarzystwa dotrzymała Ann, która samolot miała dopiero o świcie. Obejrzałyśmy taniec z gwiazdami i umarłyśmy ze śmiechu. Potem nie pamiętam co było bo chyba zasnęłam. Grunt, że o piątej rano usłyszałam ahoj, czyli spóźnienia nie było.

I tak o.

Szparagi są nadal w lodówce bo dojrzewam do zrobienia zupy.

A wczoraj daliśmy najmniejszy koncert świata. Było nas więcej niż słuchaczy i przyznaję, że nie odnotowałam wcześniej podobnego zjawiska w historii mojej bytności w chórze. Dziwnie, nie powiem aczkolwiek potrafimy zaśpiewać jak trzeba i dla jednej osoby. Honor uratował jak dla mnie Kolega Tomasz, który wystąpił w ramach pamiętająco-mogącej delegacji i nawet mu się podobało. Przyszpilony twierdził uparcie, że było genialnie. Tak więc macie chyba czego żałować. Zwłaszcza, że w dwóch utworach udzielam się w kwestii solowej i czuję się w związku z tym maksymalnie pokryta gęsią skórką ale też dumą niesamowitą.

Najbliższy koncert 18 maja o 18.00 w cerkwi przy ul. Solidarności, potem 25 maja Hajnówka.

I finito. Więcej cerkiewnej nie będzie. Kończymy sezon. Gdyby ktoś jeszcze chciał posłuchać, zapraszam. Myślę, że warto. Ja co prawda wpadnę na scenę w ostatniej chwili i z zadyszką, gdyż ponieważ albowiem Siostrzenica ma komunię a i tak planuję zerwać się niecnie z końcowej części obiadu, ale będę. Wypatrujcie takiej małej, okrągłej i krótko ściętej. Do niedzieli warkoczy raczej nie zapuszczę.

14 uwag do wpisu “Szparagi są nadal w lodówce

  1. ja nie zgadłem. Buraki mi się kojarzą co najwyżej z czerwonym winem. Więc jeśli tak pokrętną drogą kojarzysz Węgry z czerwonym winem lebo z papryką to ok. Ale to pokrętna droga. Idę bo mi się chce siju. 🙂

    Polubienie

  2. z tyłu sklepu, a szekieretyrewere(costam costam) buroki – znajomy tak powiedział w budapeszcie i.. zreszta jest na jutubie:

    około 10 minuty

    Polubienie

  3. z tyłu sklepu, a szekieretyrewere(costam costam) buroki – znajomy tak powiedział w budapeszcie i.. zreszta jest na jutubie:

    około 10 minuty

    Polubienie

  4. facet w Budapeszcie to powiedział : „- Ege szege joko koro buroki”, ale myślę, że to strzał w dziesiątkę. 🙂

    A tak w ogóle to jeszcze raz serdeleczne Kösönöm, za tę wycieczkę. :))))))

    Polubienie

  5. ahhh no a ja nikogo nie wyciagnelam na 12stego i nie poszlam. Pfff…
    Ale 18 wpadne 😉 W koncu „dojrzalam” do tego, ze moze procz tylko bezczelnego podczytywania czasembezkomentarzy, to jeszcze wysluchac mozna 😉
    (a raczej wyłapać Twój głos spośród innych :D)..

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s