Znaki czasu

Pamiętacie satyryczne obrazki Raczkowskiego? Jest taki jeden, z chłopczykiem w kapturku i z wiaderkiem, do którego ów chłopczyk coś zbiera. Na drugim obrazku pojawia się Pan oraz pytanie w chmurce: – Co robisz chłopczyku? Chłopczyk odpowiada: – Zbieram psie kupy. Pan zauważa: – A to bardzo ładnie ale tu jedną ominąłeś. Chłopczyk na to: – Taką już mam.

Swego czasu rozwalał mnie ten dowcip całkowicie.

Wczoraj zrobiliśmy sobie z Lokatorem dzień rysunkowy. Myśl przewodnia: spacer po parku. Pozlepiałam kartony w jeden olbrzymi i mieliśmy wenę. Tu drzewko, tam wiewiórka, tam dziewczynka na rowerku i Pomnik Ku Czci, tu starsza pani karmiąca ptaki…

– A to co Igorku? – spytałam widząc, że Młody z wielkim namaszczeniem sadzi na trawniku jakieś bure plamy.

– To kupy psie som mamo! – objaśnił wnikliwie artysta z zapałem montując dwa precle u stóp pomnika.

.
.

.
Mamut zawsze powtarza żeby szukać pozytywów.
.

O! Mam. Cudownie. Tadaam!

Okresowe badanie wzroku mamy z głowy, nie?

Czy George Clooney ma górną wargę?

Bo my z koleżanką z pracy nie wiemy. Ale wygląda jakby nie miał. Tym
niemniej nie przeszkadza mu to zupełnie w niczym, bo i tak wygląda jak
milion dolarów. Albo nawet pięć. Tak więc jeśli o mnie – i całkiem
sporą część żeńskiej populacji – chodzi, może sobie nie mieć tej górnej
wargi. Górne wargi są przereklamowane.

Jeśli chodzi o reklamę,
to zdecydowaną mistrzynią jest autorka anonsu towarzyskiego
zamieszczonego w windzie jednego z bloków warszawskiego Mokotowa:

Mam mały biust i krótkie nogi ale wielkie serce. Sprawdź. Madzia.
Numer telefonu znany redakcji.

Sądząc po dopiskach mamy wielu kardiologów z zamiłowania.

——————————————————————————–

Tymczasem ja mam permanentny niedoczas. Niedosyt też mam. Spania, jedzenia, drapania
się gdziekolwiek… jeśli bym zechciała na ten przykład. Wszędzie jest
mnie za mało, bo jak się okazuje powinnam sprawić sobie klona i
obarczyć go częścią obowiązków a i tak żadne z nas by się nie nudziło.

Swoją ścieżką, to słówko permanentny sprawiało mi kiedyś mnóstwo
kłopotów. Nigdy nie byłam pewna jak to cudo zapisać czy wymówić, bo
zawsze wydawało mi się, że coś w tym nie gra. Podobnie miałam z
remanentem i portmonetką. Ale ja wówczas byłam w szkole podstawowej i
właściwie wszystko, co nie wiązało się z wdrapywaniem się na drzewa
tudzież bieganiem po podwórku z bandą równoletnich chłystków,
nastręczało mi masę trudności. Natomiast z licznych pisanin różnej
maści, które zdarza mi się spotykać w sieci i poza nią wnoszę, że jest
cała masa osób, które nadal mają z tym problem a wiek szkolny mają już
dawno za sobą.

Ale odkąd w sklepie zobaczyłam "porponetkę"… nic nie jest w stanie mnie zadziwić w kwestii poprawności językowej.
No może jeszcze metka bardzo popularnego producenta, na której jak byk stało "spudnica".

——————————————————————————–

Koncert
bardzo się licznie zgromadzonej publiczności podobał. Gdyby w kościele
było nieco cieplej, pewnie podobałby się i nam. Jednakowoż straszliwie
trudno śpiewać kiedy się całkiem konkretnie szczęka zębami. A i tak
wystąpiłam w pełnym rynsztynku, czyli spódnicy założonej na spodnie,
bluzki zaś na dwie inne. Będzie nagranie to posłuchamy. Tymczasem
opieramy się na opiniach słuchaczy.

Do domu wracałam uzbrojona w
nalepki z serduszkami i miecz świetlny, jarzący się najmodniejszym
odcieniem czerwieni. Te pierwsze z okazji siedemnastego już finału
Wielkiej Orkiersty Świątecznej Pomocy – pomyśleć, że trzeci i czwarty
finał, w którym to ja biegałam po mieście z kartonową puszką, był tak
dawno temu. Ten czas to przesadza doprawdy. Jeszcze trochę a zamiast
zegara będę miała wentylator. Miecz świetlny zaś rozkochał mnie w sobie
gdy go tylko ujrzałam i niestety nie miał wyjścia – musiał wrócić ze
mną do domu. W poniedziałek w przedszkolu bal karnawałowy, więc Lokator
wystąpi przebrany za Lorda Vadera. Przynajmniej nie będę miała problemu
by Go zlokalizować w bandzie Księżniczek, Wróżek, Supermanów i Kowbojów.

——————————————————————————–

Ostatnio
prowadzimy z Synem ważkie rozmowy na temat przyszłości. Myśl przewodnia
– kim będzie On jak już będzie duży oraz kim będę ja jak już duża być
przestanę (bo wyjaśnił mi już, że najpierw się rośnie a potem maleje) –
przechodzi najprzeróżniejsze metamorfozy.

– A wies mamo, ze ja bendziem krotodylem? – obwieścił Młody po powrocie do domu
– Chyba kroKOdylem? – poprawiłam odruchowo
– No mówiem psecies… kroTOdylem. – zniecierpliwił się Igo
– Rozumiem. – zrozumiałam – A czemu akurat krokodylem chciałbyś zostać?
– Ojeju – ze zbolałą miną wytłumaczył mi Syn tę oczywistość oczywistą – No bo jestem chopcyk i nie mogiem być pistolakiem.

Naturalnie,
że nie może. W końcu historia zna jak dotąd tylko Pinokia, który to
zmienił się z kawałka drewna w chłopca. Zamiany chłopca w broń palną
nie odnotowano.

– A krokodylem możesz być? – wolałam się upewnić
– Tak bo duzo zembóff mam!  – uradował się Lokator, po czym z dumą zaprezentował mi pełen garnitur mleczaków

Niezaprzeczalnie. Może. Bo ma.

– Ty bendzies rypkom mamo. – przepowiedział Młody – Rypkom bendzies.
– Świetnie Synu. – rozmarzyłam się – Będę kolorowa i będę sobie pływać po całym świecie.
– Niee. – Syn dość szybko naprostował mi poglądy – Bendzies rypkom bo ja mogiem być głodny psecies.

Proste.

Mantra wyjazdowa

Jeszcze tylko dwadzieścia sześć dni.
I będzie mi ciepło, miło, kolorowo i daleko.

Na serio uwielbiam ten tickerek.
Ożenię się z nim.
Albo nie, lepiej!
Wyjdę za niego za mąż.

Wszystko mi się miesza
odkąd moje Dziecko upiera się, że mam siusiaka.
Publicznie. Oraz stanowczo.

dwadzieścia sześć
dwadzieścia sześć
dwadzieścia sześć

dwa-dzieś-cia-sześć

Przepiękna liczba.
I z każdym dniem zyskuje na urodzie.
Pomimo, że maleje.
Wot zagwozdka.

Dobra, pędzę na próbę.
Bo o 19.30 zamykają kościół i będę musiała się podkopywać.

Ktoś w ogóle się wybiera na koncert?

Ćwiczenia gimnastyczne bez drążka za to z soplem

Kto zamawiał zimę? Przyznać mi się tu zaraz. Wczoraj wyszłam z domu i zamarzłam. Dziś to samo. Masakra jakaś po prostu. Ja zamawiałam w miarę bezproblemowe przeczekanie do wiosny z miłym przystankiem na Maroko. A tu śnieg i minus fefnaście stopni z tendencją niebezpiecznie rosnącą. Chciałabym złożyć reklamację.

Poproszę natychmiast o 27 stopni po tej przyjemnej stronie termometru i drinka. Palemkę możemy sobie darować. Jeszcze sobie wsadzę w oko.

W tramwaju zaatakowała mnie Kobieta Yeti. Ba! Ona zaatakowała cały tramwaj. Wpłynął futrzany toczek, galeon futra i gdzieś z tyłu Ona. Duża Pani w ogromnym futrze, tramwaj niezbyt obszerny i jeszcze ludzi w nim na centrymetr sześcienny mnogość. Dramat i groteska. Najpierw poczułam, że nie mogę oddychać, bo całe dostępne mi powietrze wypełnia ten biedny martwy zwierz skąpany w naftalinie. Potem nacisk na organy wewnętrzne zmusił mnie do reakcji:

– Dalej już jest tylko mój żołądek – wysyczałam przechodząc z półzwisu do ćwierćpadu
– No wie Pani? – oburzyła się wielka góra włosia z twarzą
– Wiem.

Bo faktycznie wiedziałam.
Zresztą sporo z współpasażerów wiedziało tak samo jak ja.

Na szczęście Kobieta Yeti wysiadła dwa przystanki dalej. Znów mogłam oddychać, z ćwierćpadu powróciłam do półzwisu a po kilku minutach mogłam nawet prawie całkiem się wyprostować. Zaskakujące ile szczęścia potrafimy czasem odnaleźć w zwyczajnej jeździe środkiem komunikacji miejskiej. Następnym razem osiągnę zen na sam widok trzynastki. Jeśli temperatura nadal będzie spadać, to kto wie, czy nie jutro. Gdy przymarznę do chodnikowej płyty a malowniczy sopel ozdobi moje oblicze nadając mu zupełnie nowy wyraz. Zapewne będzie to wyraz bardzo niecenzuralny.

Wtem.

Tak, tak, notka bez wtem notką straconą, dlatego też podkreślmy moje ulubione słowo.


– Dryyyń, dryyń!!

Rozległ się charakterystyczny dźwięk dzwonka telefonu komórkowego i Pan z Teczką zwisający bluszczem przy oknie poruszył się nerwowo.

Prawie tysiąc gałek ocznych łypnęło złowieszczo dając Panu z Teczką do zrozumienia, że próba podjęcia rozmowy mogłaby go bardzo niebezpiecznie zbliżyć do owej teczki. Albo raczej teczkę do niego. Albowiem sardynki w puszce miały przy nas gęstość zaludnienia Antarktydy. Pan z Teczką błyskawicznie odgadł ten niewerbalny przekaz, co zdecydowanie otwiera przed Nim karierę w służbach śledczych. Na szczęście był rozsądny i postanowił nie sprawdzać jak głęboko i gdzie moglibyśmy ową teczkę wepchnąć.

Co poza tym?

Dawno nie byliśmy chorzy, nie? No to aktualizujemy rankingi. Ciągłość utrzymana. Na prowadzeniu tym razem Lokator oraz jego dźwięczny kaszel. Kaszel gra jak cała orkiestra, zatem możemy sobie w tym miesiącu odznaczyć udział w imprezach kulturalnych. Aktywny jak wszyscy diabli. Noc z soboty na niedzielę Lokator przeleżał na mnie przechodząc płynnie z jednego ataku duszności w drugi. Z nebulizatorem zżyłam się niesamowicie. Rano czułam lekkie niedotlenienie i niedowład ale od czego mamy podróże. Celem naszej była pobliska przychodnia, w której wspaniałomyślnie zorganizowano nocną oraz świąteczną pomoc lekarską. To pewnie w zamian za wycofanie ostrego dyżuru ze szpitala dziecięcego i strajku na ostrym w tym dla dorosłych. Niedzielę spędziliśmy więc oczekując w ogonku wymieniających rozmaite szczepy i skupiska szczęśliwców, którzy za punkt honoru postawili sobie spotkanie z lekarzem.

Było bardzo rodzinnie.

Najpierw tłum emerytów, rencistów, kombatantów oraz diabetyków rozniósł recepcję domagając się przyjęcia poza kolejnością, bez magicznych numerków i w ogóle teraz zaraz. Potem atak przypuściły rozszalałe mamusie, które wlokąc za sobą mężów z potomstwem zwisającym z mężów w rozmaitych pozach, postanowiły wybić w pień frakcję emerytów, rencistów i kombatantów. Frakcja diabetyków przezornie się rozpadła i postanowiła jednak swoje odstać. Rozszalałe mamusie z kolei poległy z kretesem w utarczkach słownych z ciężarnymi i ich rozszalałymi mamusiami. Ha! Marynarze mogliby się wielu rozmaitych kombinacji nauczyć od takich przyszłych babć. A wszystko wokół kwiczało, rzęziło i radośnie rozsiewało płyny ustrojowe.

Na koniec jeden Doktor wychynął gniewnie z gabinetu i wypalił ostrzegawczo, że ma dość i zaraz wychodzi. Na to otrzymał raz w kolano i dwa w potylicę. Raz, że Pan w Swetrze ma w dupie i nie po to tyle czeka żeby ten miał dość, a dwa, że jak tylko ten Doktor spróbuje wyjść, to frakcja przyszłych babć idzie za nim. A wyglądały na takie co niejedną pielgrzymkę zaliczyły. Potem Pan bez Swetra odszczeknął się Panu w Swetrze, że w dupie to owsiki i zrobiło się wesoło.

Uważam, że telewizja powinna poważnie pomyśleć o programie rozrywkowym na żywo z przychodni rejonowej.
I koniecznie z audiotele.

Czy Pan w Swetrze powinien:

a. zdjąć sweter
b. skuć mordę Panu bez Swetra
c. poprosić o pomoc publiczność

Głosuj teraz. Nagrodą jest absolutny hit – Joker – przebija wszystkie numerki i zapewnia natychmiastową randkę ze specjalistą poza kolejnością. Oraz poniżej, drobnym druczkiem, że producent nie ponosi odpowiedzialności za obrażenia poniesione w wyniku reakcji otoczenia. A następnie walnąć reklamę gazu pieprzowego i paralizatora. Sukces murowany.

W całej tej niedzielnej sielance z NFZ
my z Igo oraz jego kaszlem pozostaliśmy w zacisznym końcu kolejki, co sprawiło, że odczekaliśmy swoje jak finalnie cała reszta, tyle, że bez zmian w ciśnieniu. Na szczęście zapalenie płuc, czego obawiałam się najbardziej, to nie jest ale tydzień w domu mamy na bank. Co dalej – się okaże. Przyjechał Mamut wobec czego tym razem obędzie się bez zwolnienia, ale w związku z wybitnym słuchem Młodego, oraz rewelacyjnej póki co pamięci nieźle się trzeba napocić by Jego zasób lingwistyczny nie powiększył się trwale o ten bogaty materiał dydaktyczny zdobyty w przychodni.

– Mamo, co to jes złamas? – zagaił ni z tego ni z owego Lokator znad klocków
– Eee, to takie bardzo nieładne określenie niegrzecznego Pana. Ale to bardzo brzydko i my tak nie mówimy. – odparłam pospiesznie przeszukując w pamięci ostatnie wydarzenia w nadziei, że nie natrafię na osobiste użycie złamasa
– A jak mówimy? – zainteresował się Igo
– Eee eee my nie mówimy bo nie mamy nigdzie niegrzecznego Pana. – to było pierwsze co przyszło mi do głowy zaraz po wszystkich niecenzuralnych określeniach jakich bogaty wachlarz cisnął mi się na usta
– Mamy samich gzecnych Panóff Mamo, plawda? – upewniał się Młody
– Tak, Synku, samych. – przytaknęłam skwapliwie

Wchodzi Mamut.

– Babciu, Babciu, a my mamy samich gzecnych Panóff! – wykrzyknął radośnie Lokator na powitanie Babci i rzucił Jej się na szyję
– Tak? – zdziwił się Mamut i dwoma olbrzymimi pytajnikami spojrzał na mnie
– Aha. – potwierdził Lokator – A co to jes jibi uj?

.

Czy już wspominałam, że do twarzy mi w czerwieni?

Ostatnia notka w tym roku

Sylwestrom i Melaniom należy trochę współczuć a trochę zazdrościć. Współczuć, bo to jednak z lekka przesrane mieć imieniny w dniu, w którym wszyscy czekają aż wybije północ i ów dzień się skończy. Zazdrościć zaś można całkiem widowiskowej oprawy – fajerwerki z roku na rok coraz piękniejsze. Zanim jednak niebo zapłonie i roziskrzy się tysiącem świateł, warto całkiem zwyczajnie złożyć im życzenia.

Kciuki i Ciotka Haluta zawsze pomagają. PanKot zaczął jeść i pić. Antybiotyk zaczął działać i chyba najgorsze minęło. Teraz usadowił się na moich kolanach i mruczy. PanKot, nie antybiotyk. Wprawdzie z płuc nadal słyszę "Jaka to melodia", ale jakby ciszej i bez saksofonu.

Skleiliśmy z Lokatorem model samolotu a teraz zamieniamy pokój w plac budowy. Są panowie w kaskach ale jacyś tacy średnio przystojni. Może to kwestia plastiku. Cóż, nie będę udawać, że świetnie się bawię – w dodatku jak na złość w telewizji dziś marność nad marnościami – tyle tylko, że jestem spokojniejsza. Nie kupiłam szampana. Z bąbelków mam cherry coke i wapno musujące z witaminą C. Zresztą do lustra pić nie lubię, więc mi inne bąbelki zbędne. Za to wygrzebię chyba spod sterty kreskówek Constantina i zrobię popcorn.

Podsumowań nie będzie. Według Mamuta każdy kolejny rok powinien być lepszy od minionego, z niecierpliwością oczekuję więc 2078. Będę miała sto lat i zejdę śmiertelnie ze śmiechu kiedy goście spróbują odśpiewać mi to co zwykle z okazji jubileuszu.

Tym zgryźliwym akcentem chyba zakończę. A że zazwyczaj pokrywam taki raczej smutnawy uśmiech zgryźliwością i chyba mi to już zostanie, pewnie nie mam po co sobie życzyć kogoś do kochania. Jednakowoż prócz zgryźliwości bywam też przewrotna, więc sobie życzę. Mam nadzieję, że zapas toksycznych gnomów wyczerpany. W przeciwnym wypadku spełnię swoje głęboko skrywane marzenie i jednak zostanę seryjnym mordercą.

Na marginesie dodam, że ostatnio doszłam do wniosku – jakże błyskotliwego, ach – iż seryjnymi mordercami na tysiąc pięćset procent są Panie Przedszkolanki. Przecież one muszą jakoś odreagowywać jak pragnę podskoczyć. Nic tylko wychodzą z pracy i podgryzają aorty przygodnie napotkanym staruszkom. Co prawda nie wiem jak wygląda statystyka zabójstw na emerytach, rencistach i kombatantach, ale gdybym miała przesiedzieć osiem godzin w takim tyglu i harmiderze jaki potrafi wyprodukować dwadzieścioro Małoletnich bawiąc się w Kto Głośniej i Dłużej Zapiszczy, otworzyłabym ogień. Z kałasznikowa bądź z paszczy smoka – nieistotne.

Dobra, idę pogmerać w PanKocie. Położył głowę na klawiaturze i patrzy wyczekująco. Trzymajcie się ciepło.

Garść garści

PanKot choruje. Nie bardzo wiadomo co mu jest ale za wesoło to nie wygląda. W płucach coś mu niedobrego siedzi i boli. Nicienie paskudne wytruliśmy ale obawiam się, że przy okazji wizyt lecznicowych podłapał gorsze świństwo. Skulony w kulkę dyszy miarowo, nie chce jeść, pije też niemrawo. Haluta ofiarnie podróżuje z biedaczyskiem do i od weterynarza podczas, gdy ja usiłuję tłumaczyć Lokatorowi, że nie może teraz głaskać i przytulać zwierza, bo po pierwsze może mu sprawić ból a po drugie jeszcze go nie przebadaliśmy dokładnie.

Wczoraj przez pół nocy poiłam PanKota to butelką ze smoczkiem to strzykawką. Tuńczyka głównie obwąchał. Nie wiem co będzie. Przychodzi, łasi się, mruczy ale widzę, że słabiutki aż żal patrzeć. Na zastrzykach z antybiotyku i kroplówkach.

I tak z 4 kg do 2.300 w przeciągu trzech dni. Przy pełnych ulubionych smakołyków miskach.

.

Miałam opisać wyprawę do Kina 3D z dwójką Trzylatków i to jak Igo zrobił sobie z sedesu fontannę Di Trevi bo władował doń zawartość skarbonki ze Świnką Peppą oraz parę innych rzeczy… ale chwilowo zupełnie nie mam do tego nastroju. Jakiś marny ten koniec roku się zrobił. Oj marny.

Aniołek z dolnej gałęzi patrzy na mnie wymownie

Czy to normalne, że jest druga.trzydzieści, śpią wszyscy łącznie z czterema kotami a ja siedzę przed ekranem i na kompletnie obcej mym palcom klawiaturze, kostka po kostce wtłaczam te elektroniczne zgłoski w ekran na tyle powoli, by nikogo nie obudzić klekotem? Hmmm… Niekoniecznie raczej. Ale właściwie, to mam to strasznie głęboko w torbie, na torbie umościły się dwa z futrzaków, więc z przejmowaniem się byłoby na tyle.

Dni spędzamy trochę twórczo, trochę leniuchowato a najbardziej to trwamy w zadziwieniu skąd nasze słodkie Potomstwo ma tak wytrzymałe baterie i jak je do jasnej cholery ładują. Wciągają nocami kokę czy jak? Odprawiają voodoo i satanistyczne obrzędy, gdy akurat jedna matka sterczy na stołem w kuchni, druga biegnie po ścierkę a ojciec korzystając z milisekundy spokoju zasnął pod prysznicem? Nadal również nie odkryliśmy miejsca, skąd możnaby owe baterie wyjąć. Obiecuję jednak, że jak już je znajdziemy, opatentujemy co się da, staniemy się obrzydliwie bogaci i zakupimy Karaiby… podpowiemy na blogasku. Metodą ciepło-zimno.

Dzieci generalnie trwają w nieprzerwanym ruchu. Nawet gdy jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności śpią oboje jednocześnie, to zawsze jakaś noga czy ręka podryguje. Nie wiem czy to się jakoś leczy. Doradziłabym elektrowstrząsy albo kilka głębszych dla rodziów. Inaczej to kończy się tak, że raz Aga raz ja mamy wstrętny głowoból a Michał zgrzyta z groźną miną. I tylko Aniołek z dolnej gałęzi trwa w stuporze. Ale spoko Pani Anioł, widziałam minę Angary, która już ostrzy sobie pazury na Pani cekiny, więc i Pani dostanie swoją dawkę rodzinnej atmosfery na święta.

Poza tym, że Dzieci się stale ruszają, to albo się niezmiernie kochają i trzymają zgodnie za rączki, albo tłuką się po łbach i wyją wniebogłosy. Igo bardziej piskliwie, co nadaje całej akcji nieco humorystyczny charakter, gdy w kulminacji rabanu podbiegam i rozpaczliwym basem (wszak uczymy przez naśladownictwo tak?) buczę usiłując jednocześnie przebuczeć hałas: – Niżej Synu, do jasnej i ciemnej, niżej!!!

Freud gdyby żył, dobiłby się drzwiami.

Ale fajnie jest i wesoło. W kluczowych momentach obserwujemy i staramy się ingerować tylko przy wyraźnym zagrożeniu zdrowia bądź życia Młodocianych. A że Dzieci są pancerne, to niewiele jest w stanie nas poruszyć. Prócz tego jemy, oglądamy filmy, robimy biżuterię i zawzięcie omłotkowujemy miedziane łańcuchy w dowolnie wymyślnych kształtach. Zrobiłam sobie bransoletkę w esy-floresy. Wprawdzie trzeba ją jeszcze potraktować oksydą i wykończyć, ale i tak jestem z siebie dumna.

Dziś był tour de familia i wypoczynek od świątecznego jadła pośród przepysznie niezdrowych frytek. Igo Blondas z Lokiem zrobił furrorę wśród ciocio-babć i babcio-cioć. Szczerzył się jak Tom Cruise w reklamie pasty do zębów i pożarł trzy kawałki ciasta na raz. Chyba tylko dlatego nikt z obecnych nie skomentował niecnej odmowy konsumpcji bigosu. Bigos pozostał smutny i niepocieszony. Zosia to taki mały czarujący elf. Doskonale wie jak zmontować z Sphinxie trzy nadprogramowe ciastka i uśmiecha się przy tym tak, że wosk w świeczkach mięknie. Nie wiem co z tej parki wyrośnie w przyszłości, ale prognozuję ciekawe historie.

Dobra, druga.pięćdziesiąt. Pora spać. Młodzież budzi się najpóźniej o ósmej.trzydzieści i nie zna litości. Idę przekopać się przez koty do posłania. Łisz mi lak.

Doniesienia spod choinki

Jestem w Lublinie. Nie bez przeszkód, ale udało się dojechać we właściwej konsystencji. Co prawda z przewoźnikiem ANMAR powinni jeździć tylko Ci najbardziej złaknieni sportów ekstremalnych, ale ponoć wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Nie jestem pewna, czy trzy godziny w nieogrzewanym, ciasnym busie, po dzikich wertepach i z wirażami na każdym zakręcie, to coś, co tygryski kochają najbardziej – Pan Kierowca najwyraźniej naoglądał się zbyt wielu rajdów – ale najważniejsze, że dotarliśmy.

Wczoraj było ciepło i świątecznie. Olbrzymia choinka a pod nią prezenty. Dzieci miału oczy jak spodki. Przez chwilę. Potem okazało się, że pięcioro dzieci w wieku różnym, ale raczej bardzo młodym, na jednej niewielkiej przestrzeni, może wygenerować całkiem spory harmider i ból głowy. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że Przedszkolne Ciocie są święte i powinny iść żywcem do nieba. Jeden dzień ze mną i nie obyłoby się bez ofiar. Na szczęście populacja pozostała w niezmienionym składzie, Dziateczki się pospały i zapanowała błoga nocna cisza. Wśród niej chrapanie.

Teraz siedzę sobie, piszę doniesienia z placu boju, za oknem prószy śnieg, a Zosia i Igor dorwali lalę, stetoskop, plastikowy nożyk i bawią się w lekarza. Ostry dyżur? Hmm… to może ja poczekam na Pana Clooneya i spektakularnie omdleję na szezlong, co?

Co prawda w zasięgu padu mam tylko wypełnioną różnościami skrzynię na zabawki, ale czego się nie robi dla scenariusza.

Hoł hoł hoł

Ostatni tydzień obfitował w sport. Biegi na przełaj do środków komunikacji miejskiej stały się moją domeną, zwłaszcza skok w dal do metra i wzwyż ze śpiącym Lokatorem na rękach do tramwaju. Rozważam specjalizację z dziedziny biegów z przeszkodami do sklepu, pracy oraz maraton wysiłkowy w drodze do przedszkola. Na chór za to można było dotrzeć całkiem spokojnym marszobiegiem, ale za to z obowiązkowym przystankiem na wystawę sklepu z zabawkami. Kariera długodystansowca stoi przede mną otworem i mam nadzieję na jakiś medal. Póki co dyszę. W wolnych chwilach.

Ale jako, że sport to zdrowie, bardzo się cieszę i łagodnie uśmiecham.

Ostatni tydzień obfitował również w codzienne zwlekanie Lokatora z łóżka bladym świtem i zawlekanie Go doń późnym wieczorem, przy jednoczesnych gromkich a rozpaczliwych protestach wyżej wzmiankowanego, nocnych robótkach ręcznych – robienie biżuterii o 2 w nocy to strasznie fajna sprawa, oraz porannym rzyganiu PanKota. Czarownie. Ostrzegałam, że kwiatki się zemszczą.

Nadal jestem pogodna, radosna a jelonek Bambi to przy mnie Obcy z dwójki.

Biorąc pod uwagę, że o 20.15 mam busa do Lublina a jeszcze nie ma mnie w domu, nie jestem spakowana i w ogóle nic nie mam, nie wiem, nie rozumiem, zarobiona jestem… to hoł hoł hoł i takie tam.

Życzę Wam wszystkim na raz i każdemu z osobna odpoczynku i samych fajnych rzeczy. Sami wiecie. Nie tylko na święta.
Aczkolwiek przystojny, bogaty i hojnie wyposażony Mikołaj, opcjonalnie miła, majętna i namiętna Mikołajka, będą na pewno ich dodatkowym atutem.

Trzymajcie się ciepło.
Biegnę zobaczyć co z tego wszystkiego wyniknie.