Urlopowania ciąg dalszy, czyli kingsajz dla każdego

Grybów powitał nas śniegiem, śliskimi stromymi ścieżkami, drewnianymi domkami i mordownią o wdzięcznej nazwie Feniks (na rynku), gdzie odpowiednio fizjonomicznie przystosowane feniksy podnosiły się co jakiś czas z popiołów popielniczkowych mamrocząc coś bełkotliwego w pijanym widzie. Piwo Grybów za 2,50 można było ponoć pić dopiero po jakimś niezłym podkładzie alkoholowym z uwagi na niewielkie walory smakowe ale jak widać nie wszystkim to przeszkadzało. Ośrodek był położony dość wysoko jak na moje wymęczone nożki tak więc z wdzięcznością przyjęłam pomoc kolegów przy transportowaniu bagażu i sapiąc dziko pięłam się pod górę. Zamieszkałam w blokhausie B, przypominającym murowany barak. Z zewnątrz nie wyglądało to zbyt przekonująco ale w środku okazało się całkiem przytulnie. Trzyosobowe pokoje z łazienką, dobrze wyposażone i mało obsurne. Żyć nie umierać. Do wtorku mieszkać ze mną mieli koledzy, od wtorku koleżanki. Nie ma co – Bajka to się umie ustawić. Nie pamiętam już czy po przyjeździe zjedliśmy śniadanie czy od razu poszlismy spać, grunt, że od przeciągłego snu zimowego wybawił nas obiad i próba a potem jakoś wszyscy, mimo zmęczenia ruszyli na podbój Grybowa i lokalnych knajp. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez cały wyjazd. Bajka raczyła się kulturalnie to martini rose, to cin cinem bianco, to absyntem płonącym, to gorzką żołądkową, to kadarką, to kwiatem jabłoni. Inni raczyli się tym wszystkim oraz piwem Grybów, które dla mnie jednak było mocno nie do przyjęcia. Warsztaty chóralne upływały pod znakiem imprez, imprezek, tańców, hulanek, swawoli i… śpiewu oczywiście. Jedzenie było dobre (no może poza przypaloną owsianką), klimat jeszcze lepszy a humory dopisywały jeszcze bardziej niż piękna pogoda. Co dzień działo się coś nowego. Śnieżne rzeźby sypały się jak z rękawa – powstało igloo, w którym jego twórca spedził pół nocy ze świeczką budząc nas nad ranem dźwiękiem rogu; a to Pani Krystyna przestawiająca całemu światu swoje śnieżne, mocno obfite kształty i trwałą ondulację z ketchupem w miejscu sutków; a to lodowa mysz do złudzenia przypominająca misia z kultowego już filmu Barei. W przerwach od prób spacery i inne wycieczki, drzemanie w pokojach, gra w karty. Taka sielsko-wyjazdowa atmosfera. Pod koniec pobytu wybraliśmy się cała watachą na narty tudzież łwyżwy do Krynicy. Ja byłam w grupie łyżwiarzy. Wejście Bajki na lód… i rozpoczęła się komedia. Pozycja mocno rozdeptanej kaczki, ogólny brak równowagi objawiający się rozjeżdzaniem się nóg we wszystkie strony, nieskoordynowane wymachy rąk rodem z kreskówek, dzikie okrzyki bojowe. To tylko nieliczne z wielu atrakcji. Pocieszam się, że większość z nas jeździła podobnie. Lądowanie na bandzie sposobem ‚na glonojada’ przeszło do historii podobnie jak piruety wykonywane tuż przed efektownym plaśnieciem kupra na lód. Ale było super. Ogólna radość i śmiech. W Warszawie też musimy iść na łyżwy. W Krynicy zaliczyliśmy jeszcze pijalnię wód i pokrzepieni mogliśmy udać się na spotkanie z grupą narciarzy, by razem wrócić do Grybowa. Nieliczni tylko próbowali słynnej wody Zuber, której dość mocny aromat unosił się w pijalni i odstraszał ewentualnych konsumentów walorami węchowymi zbliżonymi do wody z sedesu. Podziwiam tych, co moga to pić. Nic dziwnego, że są zdrowi – im już nic nie zaszkodzi. Do Grybowa wróciliśmy wprost na imprezę. Dobrze, że korytarze były wąskie, bo nawet jeśli ktoś nie trzymał pionu mógł się trzymając ścian teleportować do pokoju. Wytańczyłam się i wybawiłam za wszystkie czasy.
Szkoda, że tak szybko minęło te 10 dni i trzeba było już wracać do domów.
W drodze do Warszawy, mieliśmy postój. Cały dzień spędziliśmy w Krakowie, gdzie odwiedziliśmy urokliwe zakątki, kościół, księgarnię, supertani bar mleczny (obowiązkowo) z pysznym żurkiem, kotletem schabowym, naleśnikami i szarlotką, galerię Mleczki, a na koniec uraczyliśmy się grzanym winem w przytulnej knajpie. Wszędzie chodziliśmy nucąc i śpiewając. Aż dziwne, że nikt nie wynajął na nas zbirów by nas skopali w ciemnej bramie. Widać ludzie potrafią byc bardziej tolerancyjni niż sądziłam 😉
W powrotnym pociągu wymienialiśmy się spostrzeżeniami i wrażeniami kulinarnymi z Krakowa. Nasza grupka z baru mlecznego miała najlepsze wspomnienia. Reszta – która wybrała inne lokale – miała mieszane uczucia. Jedno wiem na pewno… nigdy w życiu nie zjem czegoś co nosi nazwę Jalebi 😉

Do domu wróciłam pielęgnując liczne siniaki i miłe wspomnienia z wyjazdu.

Buziaki Bajkowe

I jak tu nie wierzyć w przesądy, czyli co się działo jak się bajka urlopować pojechała…

Zaczęło się od trupa.
Ja wiem, że komunikacja wszelaka nie pała do mnie uczuciem płomiennym i żarliwym ale żeby aż tak…
Wszystko przez ten piątek trzynastkowy, kiedy to wyruszaliśmy z chórem wyjców szaleństwem mi pokrewnych na podbój Grybowa. W zamierzeniach miały być to warsztaty, na których rozpracujemy do szczętu nieszczęsne Requiem aż się biedny Giuseppe w grobie z piruetem przewróci. Faktycznie podbój był, aż dziw bierze, że lawina nie zeszła od naszych ryków, kwików i pisków z piekła rodem. Ale po kolei…
Udało mi się spakować (sukces ogromny), wyjść z domu nie zapominając niczego, nie przycinając sobie drzwiamu kurtki, nie gubiąc kluczy i prawie nie klnąc a następnie na czas dotrzeć na miejsce zbiórki (sukces gigantyczny i prawie awykonalny), udało mi się nawet dotaszczyć bagaż o własnych siłach na dworzec, wdrapać się do wagonu i umościć się w przedziale. Po prostu pełnia szczęścia. Pomijam drobne wypadki nagłych dawek adrenaliny, kiedy to okazywało się, że kogoś brakuje a dopingowani z okien spóźnialscy ostatniem sił wskakiwali do ruszającego już pociagu. Ruszyliśmy o 20.30 z zamiarem znalezienia sie na miejscu ok 3 w nocy. Sześć godzin z hakiem. Normalka. I owszem wszystko byłoby w porządalu gdyby nie smutny fakt nagłego zaistnienia denata pod kołami naszego pojazdu szynowego. Nie wiem czy to wypadek, czy przedwalentynkowe samobójstwo w ten pechowy dzień, ale fakt jest faktem – trup stał się obecny. I staliśmy pod Piasecznem w dusznym pociągu ponad trzy godziny czekając kolejno na karetkę, policję i prokuratora to siedząc smętnie i ubolewając nad losem nieszczęśnika to próbując zmienić atmosferę włączając nerwową głupawkę, wzmacnianą przez niektórych trunkami mniej lub bardziej wyskokowymi. Bo przecież nie sposób przesiedzieć spokojnie takiego przestoju. Były nawet pomysły, żeby wezwać pizzę ale obawiam się, że zamówienie ‚do drugiego wagonu obok denata’ nie zostałoby potraktowane z należytym szacunkiem. Kiedy już wreszcie ruszyliśmy, wszyscy odetchnęli z ulgą. Jeszcze chwila w tym pociągu-widmo a jak nic zaczęłabym gryźć. Dalsza podróż przebiegała w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć mocno wstawionych panów w przedziale obok i wyrwanego ze ścianki składanego stolika. Chciałoby się rzec: Kobiety, wino i śpiew + dla równego rachunku radośnie upojeni mężczyźni z gitarami. Nad ranem z nadal mocnym oczywistym opóźnieniem zbliżaliśmy się do stacji Grybów. Wszyscy zapakowali się w kurtki, płaszcze, czapki, szaliki i rękawiczki, przygotowali bagaże i w pełnej gotowości czekali na postój w tu niespodzianka… Maszynista postanowił zrobić nam siurpryz i zatrzymał się na (bagatela) kilkanaście sekund. Wysiąść zdążył dyrygent, jego żona i żona opiekuna chóru i tyle nas widzieli. Byliśmy wszyscy w takim szoku, że długo nikt nic nie mówił. Zmęczeni, zrezygnowani, głodni i wściekli dowiedzieliśmy się, że nastepny przystanek dopiero w Nowym Sączu. Żałowałam tylko jednego – że nie mogłam zobaczyć miny Hanasa (dyrygent), gdy został sam na peronie a pociąg z chórem na pokładzie odjechał w siną dal. To musiało być coś godnego uwiecznienia. Tak czy inaczej podróż trwała nadal. W Nowym Sączu wybiegliśmy na peron błyskawicznie i byliśmy gotowi nawet na skoki z okien byle by tylko wydostać się już z feralnego środka lokomocji. Wysiedliśmy i… akurat odjeżdżał nasz pociąg powrotny do Grybowa. Półtorej godziny w plecy. Myślę, że moja mina mogła świadczyć o skłonnościach psychotyczno-maniakalnych z tendencją do umiłowania seryjnych brutalnych morderstw z użyciem tępych narzędzi i blaszanych kubków. Tak przynajmniej się czułam. Z tego co zaobserwowałam nie tylko ja. Można sobie zatem wyobrazić jakie słowa padły kiedy przyjechał upragniony pociąg… i zatrzymał się na drugim końcu peronu. Wystarczy, że banda wściekłych chórzystów musiała zaiwaniać w trybie mocno i niejednostajnie przyspieszonym z całym bagażem niczym wyścigowe baktriany i dromadery po śliskim podłożu ciskając gromy we wszystkie strony świata i starając się utrzymać równowagę za wszelką cenę. Sądzę, że w tym stanie ducha moglibyśmy nawet dogonić uciekający pociąg i zlinczować maszynistę wtłaczając go na koniec do podokiennej śmietniczki ale na szczęście wszystkim udało się zdążyć.
Jechaliśmy na gapę z przeświadczeniem, że żaden kontroler nie podskoczy czterdziestce rozjuszonych entuzjastów śpiewu. Mieliśmy słuszne przeświadczenia.
Kiedy wreszcie stanęłam na dworcu w Grybowie, z miejsca pokochałam ten widok i mogłam odetchnąć z ulgą. Nareszcie.
Jeszcze tylko zadreptać pod górę do ośrodka i można odsapnąć.
Wszyscy marzyliśmy o kapieli, jedzeniu i śnie… w dowolnej kolejności.

Wyjazd zapowiadał się udany…

Boso… ale w ostrogach

Wczoraj był dzień zakupów. Po pracy autobus jakoś odruchowo nawet zawiózł mnie tam gdzie trzeba – jakiś szósty zmysł normalnie. Najwyraźniej wieczór mijał w stolicy pod hasłem ‚Wszystkie drogi prowadzą pod centrum handlowe’, bo tłum czaił się wszędzie. Jakoś jednak dojechałam i to bez zbytnich zagnieceń i namaczania. Na uszach mjuzik, na nogach wygodne glany – poloneza czas zacząć. Udałam się na szperactwo stosowane, czyli przebieżkę po sklepach. Należy szerokim łukiem omijać sklepy w których: jest pusto, jest pusto i muzycznie głośno, jest pusto, muzycznie głośno i sprzedawcy wyglądają jak zombie, oraz takie, z których unosi się niezbyt przyjemna woń sztuczności, drożyzny i jaskrawych barwników. Brrr. Miałam szczery zamiar kupić zimową kurtkę (bo obniżki wielkie a moja uległa wszem i wobec już znanemu nagłemu wypadkowi), piżamę (bo nie mam w czym spać) i jakieś ciepłe skarpety (mrozy przyszły a ja nie za dobrze się spakowałam w sobotę). Na szczerym zamiarze się skończyło. Po przejściu wszystkich mniej lub bardziej interesujących sklepów stwierdziłam brak kurtek, które chciałabym nosić (wszystkie były jakieś takie strasznie kolorystycznie bądź materiałowo niezjadliwe a jak już jakaś mi się zaczynała z daleka podobać, to przy bliższym poznaniu okazywała się mieć masę niepotrzebnych gadżetów typu nadrukowaną gwiazdkę albo inny badziew); brak piżam, w których potrafiłabym spać (jedna mnie urzekła, owszem, ale odstraszył mnie i zemdlił jej błękit, a inne nadawały się tylko do odegrania głównej roli w ‚Moulin Rouge’ – do domu rodziców się nie nadają) oraz brak ciepłych skarpet (wszystkie jakieś takie cienkie i niezbyt interesujące). W efekcie poczynionych obserwacji wysnułam wniosek, że mieszkańcy okolicznych blokowisk chodzą bądź bez kurtek, bądź w okrutnie zmysł estetyki raniących odzieżowych koszmarkach w dziwnych barwach i z festyniarskimi dodatkami. Śpią bez piżam (co w sumie preferuję ale tam gdzie obecnie mieszkam nie uchodzi) albo we wdziankach zapożyczonych z zaprzyjaźnionych agentur – panie; tudzież we wstrętnych śliskich bokserkach lub iście więziennych pasiakach przetykanych (o zgrozo!) srebrną nitką – panowie. Nie noszą też ciepłych skarpet tylko jakieś cienkie, plastikowe preferując najwyraźniej pielęgnację swego reumatyzmu nad ciepło i wygodę. Gdy tylko pomyślę o (dajmy na to) mężczyźnie we wściekle pomarańczowej kurtce z wyszywaną gwiazdką, w piżamie połyskującej srebrzyście w świetle gwiazd to już tylko jeszcze brakuje mu poliamidowych skarpet do pełni szczęścia. Przy takiej wizji uderzyłabym w rechot dziki i nieskrępowany. Prawdopodobnie długo nie mogłabym przestać sie śmiać. Tak czy inaczej zakupów planowanych nie dokonałam. Dokonałam natomiast nieplanowanych. Zadowolona jak dzika świnia w dżdżysty dzień wyszłam z centum handlowego z przecudnej urody bluzką z Kamelkiem by Mrówka (kocham ten sklep), sześciopakiem fig i stringów ze Snoopy’m w różnych konfiguracjach przestrzennych (nie mogłam sie im oprzeć) oraz z pudełkiem rafaello. Co mi tam takie drobiazgi jak kurtka czy piżama – ważne, że jest Snoopy. Nie ma jak zakupy. A teraz przez dwa tygodnie zęby w ścianę i ogryzanie tynku. A co!

Bajka potrafi

I'm lovin' it…pa ra pa pa pa

Dostałam za pośrednictwem mojej ulubionej poczty polskiej super hiper mega giga ultra ważną wiadomość. Ta wiadomość to pismo urzędowe ‚informacja o dochodach oraz pobranych zaliczkach na podatek dochodowy za rok 2003’ zwana PIT-em. Świetnie – myślę sobie – właśnie na to czekałam. Wszystko ładnie pięknie cacy… tylko jedno mnie zastanowiło. Dlaczego na kopercie cudnie wykaligrafowaną maniuskułą widnieje imię Agata? Otworzyłam kopertę… tak jak myślałam – dla tegoż ‚płatnika nie będącego osobą fizyczną’ imieniny obchodzę 5 lutego. Imię Agata bardzo mi się podoba, owszem, jednakowoż posiadam już jedno własne – nadane mi przez konstruktorów tego modelu zwanych rodzicami – z którego jestem znana, do którego się przyzwyczaiłam, z którym się kojarzę, utożsamiam i póki co zmieniać go nie zamierzam… nawet na Brunchilda. Dwadzieścia pięć lat z nakładem (od rocznicy październikowej rewolucji) robi swoje i imię Anna, Ania, Anula, Andzia… na stałe wpisało się w mój życiorys. Jakże by to mogło być żeby mnie jakaś obca baba śmiała przechrzcić w jednej chwili i to bez mojej wiedzy czy zgody. Odszukałam numer telefonu Pani O Śmiesznie Brzmiącym Nazwisku i czym prędzej wystukałam. Dzwonię:


Ja – Dzień dobry! – ładnie się przedstawiłam
POŚBN – Dzień dobry! W czym mogę pomóc?
Ja – Dostałam pocztą PIT podpisany Pani nazwiskiem i bardzo się cieszę bo lubię dostawać listy a w dodatku na ten już czekałam dość długo, tyle że zaistniał pewien problem…
POŚBN – Uhhmm…
Ja – … ponieważ na tym piśmie widnieję jako Agata… a na imie mam Anna.
POŚBN – Jest Pani pewna?
Ja – Tego, co tu jest napisane? Czy tego jak mam na imię?
POŚBN – No…
Ja – Obu rzeczy jestem pewna. Dokument mam przed sobą i występuję w nim jako Agata a wiem, z różnych źródeł, że na imię mam Anna proszę Pani.
POŚBN – A czy inne dane się zgadzają?
Ja – Tak, owszem. Reszta jest bez zarzutu… z tym jednym małym i pozornie nic nie znaczącym wyjątkiem.
POŚBN – Tak, tak… Właśnie przeglądam tu w komputerze… A jest Pani pewna, że nie nazywa się Pani Agata W.?
Ja – Proszę Pani… proszę mi wierzyć, że nazywam się Anna W., nie Agata, nie Agnieszka i nie Alicja tylko właśnie Anna…
POŚBN – Ale mi cos tu nie pasuje…
Ja – Ja rozumiem, że Pani może nie pasować Anna, zresztą ma Pani na imię zupełnie inaczej, ale mnie pasuje i to bardzo. Dostałam to imię w prezencie urodzinowym 25 lat temu, przyzwyczaiłam się do niego i wolałabym się go nie pozbywać w żadnym wypadku, nawet jeśli Pani do mnie bardziej pasuje Agata.
POŚBN – No tak, tak. Ale wie Pani… ja muszę to sprawdzić. Bo skąd ja niby mam wiedzieć, czy Pani faktycznie nie jest Agata?
Ja – Sugeruje Pani, że marnowałabym swój i Pani czas i swoje pieniądze na telefon w sprawie pomyłki w moich danych osobowych na urzędowym dokumencie gdyby nie miała ona miejsca?
POŚBN – Nie… ja tylko nie wiem, czy Pani nie ma na imię Agata. Nie wiem czy Pani jest Anna.
Ja – Za to ja wiem. Mam na imię Anna i możę być Pani przekonana, że jestem tego pewna jak niczego innego na świecie. Odkąd pamiętam byłam Anna, w dowodzie osobistym również widzę to imię, więc z jakiego powodu przypuszcza Pani, że mogłoby być inaczej? Przecież reszta danych się zgadza: pesel, NIP, adres zameldowania…
POŚBN – Oczywiście, że Panie wie. Musiała zajść jakaś pomyłka.
O święci pańscy! Nareszcie załapała… Hip hip hura!
Ja – Właśnie w sprawie tej pomyłki dzwonię. Chciałabym móc się już rozliczyć z moim ukochanym urzędem skarbowym ale jako Anna a nie jako Agata.
POŚBN – Tak, tak… Ostatnio mieliśmy tu dużo pracy i ktoś musiał źle wpisać. Zaraz to poprawię.
Ja – Świetnie! Rozumiem, że wyśle mi Pani nowy, poprawiony PIT pocztą?
POŚBN – Tak, pocztą.
Ja – A czy mogłabym prosić o jak najszybsze wysłanie? Trochę już na to pismo czekałam i wolałabym móc załatwić to jak najszybciej.
POŚBN – Wyślę jeszcze dziś. Bardzo przepraszam za nieporozumienie.
Ja – Nic nie szkodzi. Jesteśmy tylko ludźmi. Cieszę się, że dała się Pani przekonać do mojego prawdziwego imienia 😉 Do widzenia.
POŚBN – Do widzenia.

Ufff… Odetchnęłam z ulgą i poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.
Niewiernych nawracać… czy jakoś tak.
Przekonać Panią O Śmiesznie Brzmiącym Nazwisku nie było łatwo, ale się udało. Sukces.

Miejmy nadzieję, że tym razem nie pomyli nazwiska…

Taka sobie szara mysz… zwana ongiś żółwiem-spaczem

Wiem, że będzie lepiej
że się pozbieram
jakoś

nie potnę się starym grzebieniem
ani papierem z kserokopiarki
i nie skoczę z mostu
ani nie kupię sznurka
bo nie mam snopowiązałki
i wszystko wróci do normy
kiedyś

ale teraz… słucham Dido ‚White flag’
i rozpływam się… w sobie…


I know you think that I shouldn’t still love you
I’ll tell you that
But if I didn’t say it
Well, I’d still have felt it
Where’s the sense in that?

I promise I’m not trying to make your life harder
Or return to where we were

Well I will go down with this ship
And I won’t put my hands up and surrender
There will be no white flag above my door
I’m in love and always will be

I know I left too much mess
And destruction to come back again
And I caused but nothing but trouble
I understand if you can’t talk to me again
And if you live by the rules of „It’s over”
Then I’m sure that that makes sense

And when we meet
As I’m sure we will
All that was then
Will be there still
I’ll let it pass
And hold my tongue
And you will think
That I’ve moved on

I will go down with this ship
And I won’t put my hands up and surrender
There will be no white flag above my door
I’m in love and always will be

Halka w kwiecie wieku jest młoda i piękna

Halucynka
elo?
Bajka
nu
Halucynka
a nic tak sprawdzam, czy się nie utopiłaś
Bajka
próbowałam
ale Wisła zamarzła
i sie odbiłam
starym śledziem
Halucynka
gupia pindo nie gadaj mi takich rzeczy
Bajka
bikoz
Halucynka
bo padne na zawał w kwiecie wieku
Bajka
e tam w kwiecie od razu
Halucynka
no co, możem nie jest muoda i piękna?
Bajka
no jezdeś
Halucynka
no widzisz
to chroń mnie od zawała
Bajka
widzem

Bajka zgodna jak nigdy

Odyseja kosmiczna ciąg dalszy

Tak mi dobrze, że dobrze mi tak.
W domu zimno przenika na wskroś i nawet stado swetrów nie pomaga.
Stado swetrów kiedyś trzeba zdjąć.
Najgorzej gdy zamiast stada są trzy swetry.
Polubiłam piżamy, wełniane skarpety i pledy.
Szkoda, że nie mam piżamy.
Ale mam pled i skarpety.
Rozważam możliwość mumifikacji.
W bandażach musi być cieplej.
I przytulniej.
Nocą wszystkie koty są czarne.
Tęsknię za swoją małą czarną mruczącą.
Bardzo…
Nocą wszystkie myśli są czarne.
Myśli to przekleństwo.
Lobotomia potrzebna od zaraz.
Obudziłam się o drugiej w nocy bo zmarzłam i nie mogłam już się rozgrzać.
Bezsenność powoduje odmienne stany świadomości.
Odmienne stany świadomości projektują wspomienia.
Wspomnienia jak na złość tylko te najlepsze.
Przypadkowe projekcje wywołują nieprzewidziane zjawiska atmosferyczne.
Znalazłam dietę cud.
Brak apetytu.
Do lata będę chuda szprycha i zrobię furrorę na plaży.
Albo wyjadę do ciepłych krajów i będę odstraszać bociany.
Czerwony nos daje mi szansę na niezłą ścieżkę kariery w tej roli.
Tylko jakoś nie uśmiecha mi się moczenie dolnych kończyn całymi dniami w zimnej brei w poszukiwaniu ropuch.
Żabie udka nie są moim kulinarnym przysmakiem.
Rano obudziłam się chora.
Prycham, kicham i pokasłuję.
Chrypię jak stara dziwka, że tak Halkę zacytuję.
Albo w wersji light – charczący kanarek.
Moje lustro już mnie nie lubi.
Zamiast mnie pokazuje mi jakiegoś aliena.
Alien nie wygląda atrakcyjnie i ma głupi wyraz twarzy.
O zgrozo! To nie mogę być ja.
Mycie zębów może być wielką zagadką.
Kremem do rąk nie można umyć zębów.
Nawet jeśli tubki wyglądają podobnie.
Nie wiem jakie działanie ma krem do rąk na dziąsła… zmiękczające? wygładzające?
Dobrze, że nie posiadam pasty do butów w tubce…

Parafraza gy gy

+ Będę mieć dla Ciebie niespodziankę. Ale to pewnie dopiero jak wrócisz z wyjazdu.
– Żartujesz chyba… do tego czasu wątroba mi spuchnie z ciekawości. Co to za niespodzianka?
+ Jak Ci powiem to już nie będzie zaskoczenia.
– No powiedz, poooowieeeeedz!!
+ Nie ma mowy. To był błąd. Teraz mi będziesz wiercić dziurę w brzuchu.
– A będę. Gadaj prędko, bo nie wytrzymię. Czy to coś do jedzenia?
+ Nie
– A coś do zabawy?
+ Też nie. Nie powiem Ci.
– No powiedz proszę. Nie wygadam, obiecuję, ale chcę wiedzieć co dostanę.
+ A co byś chciała dostać?
– Remingtona kaliber 9 mm…

Dzień bałwana czyli Bajka ala płonący tramwaj…

Do pracy…
Hmmm… No tak. Poniedziałek. Bleeeaaah. Nie lubię poniedziałków. Nie lubię wstawać z łóżka, gdy akurat śpi mi się najlepiej i kołdra wciąga coraz głębiej. Kiedyś wykażę się cudownym aspołecznym nonkonformizmem i oleję robotę z góry na dół cienkim a rwącym strumieniem… Tylko najpierw wygram w totka. A zanim wygram to może otworzę lewe oko… albo prawe… no dobra lewe… nie… lewe zasnęło później więc kolej na prawe… a może to było prawe i czas obudzić lewe… a może by tak wstać bez otwierania oczu… Łup! To nie był dobry pomysł. Kolejny siniak do kolekcji upiekszy moją szlachetną nogę już wkrótce. Ale to w nastepnym odcinku bo teraz wytężam wszystko zmysły by wrzucić na siebie coś do ubrania. Byle szybko, dużo i ciepło. Później sprawdzę co to i czy do siebie pasuje. Udało się nawet znaleźć dwie takie same skarpety. Sukces przeogromny jak na poniedziałek o siódmej rano. Przy porannym myciu zębów staram się nie patrzeć w lustro. Mogłoby to spowodować trwałą chorobę bądź kalectwo bo będąc w szoku taką szczoteczką można sobie zrobić niezłą krzywdę. A w szoku nieustającym jestem gdy przez przypadek zobaczę rano sama siebie. Nie polecam osobom o słabych nerwach. W ogóle nie polecam. Nie ma to jak dobry marketing… Za rano jest… Nie będę się czesać. Nadrobię to w pracy. Albo nie. Będę wyglądać jakbym przez trzy dni układała przed lustrem włosy na fryz ala ‚dopiero wstałam z łóżka’. Nie ma jak pragmatyzm. Dziś zapach szarej PUMY. Szybko się ubieram, opatulam, gmatwam, ocieplam. Drzwi na klucz. Od teraz inne niż dotychczas. Inne miejsce, inny czas. Biegnę na daleki teraz przystanek. Docieram zadyszana, zmęczona. Czekam. Autobus nie przyjechał. Już zapomniałam jak TU jest. Zadupie Warszawy. Zanim się załamię, łapię stopa. Raz kozie śmierć… Jak mnie z pracy wywalą to i tak nie będzie za co żyć. Zatrzymuje się miły starszy pan. Nie sprawia wrażenia seryjnego mordercy. Wydaje się zmartwiony patrząc na moje zapuchnięte oczy. Krótka rozmowa nie pomaga, mimo, że widzę, jak zależy mu aby poprawic mi nastrój. Podwozi mnie spory kawałek opowiadając o swojej córce (w moim wieku) i o tym, że nie powinnam płakać… przez nikogo. Dziekuję mu za wszystko i wbiegam zdyszana do autobusu. Pada śnieg. Wielkie płatki osadzają się na czapkach i ramionach przechodniów. Kilka przystanków. Potem przesiadka w tramwaj. Zaczynają się schody. Nie podejrzewałam się dotychczas o jakieś siły nadprzyrodzone ani o jakąś energię kosmiczną ale… gdy spod kół tramwajowych zaczynają wydobywać się kłęby duszącego dymu i słyszę krzyk ‚pali się’, moje rzekome dotychczasowe umiejętności zaczynają się niebezpiecznie rozszerzać. No bo jak to – nie wsiadłam – tramwaj jechał – wsiadłam – tramwaj sie pali. Może pomyślę o bioenergoterapii szynowej. Ale to za czas jakiś. Na razie muszę się uskuteczniać w roli pasażera, któremu grozi uwędzenie w oparach palonej gumy. Mniam. Czy jak powiem, że gorąco wręcz polecam to uwierzycie? Chyba niekoniecznie. Ewakuacja. No i dupa blada. Trzeba było wysiadać na śnieżycę w pełni już zorientowaną grawitacyjnie i uderzać z buta do pracy. Z początków poniatoszczaka. O rety! Jak już dotarłam przypominałam prawdziwego człowieka śniegu. A zamiast czerwonej marchewy miałam czerwony nos. Uszy i policzki były w promocji. Naturalnie i bezapelacyjnie. Bałwan ze mnie pierwszorzędny. I ten aromat… Kurtka (ta podarta i halkowymi dłońmi zszyta) wietrzy się z gumowego akompaniamentu. Ja już rozmarzłam choć oczy nadal czerwone. Najwyżej znajdę pracę jako dubler dla królika albinosa.
Dodaję notkę.