I jak tu nie wierzyć w przesądy, czyli co się działo jak się bajka urlopować pojechała…

Zaczęło się od trupa.
Ja wiem, że komunikacja wszelaka nie pała do mnie uczuciem płomiennym i żarliwym ale żeby aż tak…
Wszystko przez ten piątek trzynastkowy, kiedy to wyruszaliśmy z chórem wyjców szaleństwem mi pokrewnych na podbój Grybowa. W zamierzeniach miały być to warsztaty, na których rozpracujemy do szczętu nieszczęsne Requiem aż się biedny Giuseppe w grobie z piruetem przewróci. Faktycznie podbój był, aż dziw bierze, że lawina nie zeszła od naszych ryków, kwików i pisków z piekła rodem. Ale po kolei…
Udało mi się spakować (sukces ogromny), wyjść z domu nie zapominając niczego, nie przycinając sobie drzwiamu kurtki, nie gubiąc kluczy i prawie nie klnąc a następnie na czas dotrzeć na miejsce zbiórki (sukces gigantyczny i prawie awykonalny), udało mi się nawet dotaszczyć bagaż o własnych siłach na dworzec, wdrapać się do wagonu i umościć się w przedziale. Po prostu pełnia szczęścia. Pomijam drobne wypadki nagłych dawek adrenaliny, kiedy to okazywało się, że kogoś brakuje a dopingowani z okien spóźnialscy ostatniem sił wskakiwali do ruszającego już pociagu. Ruszyliśmy o 20.30 z zamiarem znalezienia sie na miejscu ok 3 w nocy. Sześć godzin z hakiem. Normalka. I owszem wszystko byłoby w porządalu gdyby nie smutny fakt nagłego zaistnienia denata pod kołami naszego pojazdu szynowego. Nie wiem czy to wypadek, czy przedwalentynkowe samobójstwo w ten pechowy dzień, ale fakt jest faktem – trup stał się obecny. I staliśmy pod Piasecznem w dusznym pociągu ponad trzy godziny czekając kolejno na karetkę, policję i prokuratora to siedząc smętnie i ubolewając nad losem nieszczęśnika to próbując zmienić atmosferę włączając nerwową głupawkę, wzmacnianą przez niektórych trunkami mniej lub bardziej wyskokowymi. Bo przecież nie sposób przesiedzieć spokojnie takiego przestoju. Były nawet pomysły, żeby wezwać pizzę ale obawiam się, że zamówienie ‚do drugiego wagonu obok denata’ nie zostałoby potraktowane z należytym szacunkiem. Kiedy już wreszcie ruszyliśmy, wszyscy odetchnęli z ulgą. Jeszcze chwila w tym pociągu-widmo a jak nic zaczęłabym gryźć. Dalsza podróż przebiegała w miarę spokojnie, jeśli nie liczyć mocno wstawionych panów w przedziale obok i wyrwanego ze ścianki składanego stolika. Chciałoby się rzec: Kobiety, wino i śpiew + dla równego rachunku radośnie upojeni mężczyźni z gitarami. Nad ranem z nadal mocnym oczywistym opóźnieniem zbliżaliśmy się do stacji Grybów. Wszyscy zapakowali się w kurtki, płaszcze, czapki, szaliki i rękawiczki, przygotowali bagaże i w pełnej gotowości czekali na postój w tu niespodzianka… Maszynista postanowił zrobić nam siurpryz i zatrzymał się na (bagatela) kilkanaście sekund. Wysiąść zdążył dyrygent, jego żona i żona opiekuna chóru i tyle nas widzieli. Byliśmy wszyscy w takim szoku, że długo nikt nic nie mówił. Zmęczeni, zrezygnowani, głodni i wściekli dowiedzieliśmy się, że nastepny przystanek dopiero w Nowym Sączu. Żałowałam tylko jednego – że nie mogłam zobaczyć miny Hanasa (dyrygent), gdy został sam na peronie a pociąg z chórem na pokładzie odjechał w siną dal. To musiało być coś godnego uwiecznienia. Tak czy inaczej podróż trwała nadal. W Nowym Sączu wybiegliśmy na peron błyskawicznie i byliśmy gotowi nawet na skoki z okien byle by tylko wydostać się już z feralnego środka lokomocji. Wysiedliśmy i… akurat odjeżdżał nasz pociąg powrotny do Grybowa. Półtorej godziny w plecy. Myślę, że moja mina mogła świadczyć o skłonnościach psychotyczno-maniakalnych z tendencją do umiłowania seryjnych brutalnych morderstw z użyciem tępych narzędzi i blaszanych kubków. Tak przynajmniej się czułam. Z tego co zaobserwowałam nie tylko ja. Można sobie zatem wyobrazić jakie słowa padły kiedy przyjechał upragniony pociąg… i zatrzymał się na drugim końcu peronu. Wystarczy, że banda wściekłych chórzystów musiała zaiwaniać w trybie mocno i niejednostajnie przyspieszonym z całym bagażem niczym wyścigowe baktriany i dromadery po śliskim podłożu ciskając gromy we wszystkie strony świata i starając się utrzymać równowagę za wszelką cenę. Sądzę, że w tym stanie ducha moglibyśmy nawet dogonić uciekający pociąg i zlinczować maszynistę wtłaczając go na koniec do podokiennej śmietniczki ale na szczęście wszystkim udało się zdążyć.
Jechaliśmy na gapę z przeświadczeniem, że żaden kontroler nie podskoczy czterdziestce rozjuszonych entuzjastów śpiewu. Mieliśmy słuszne przeświadczenia.
Kiedy wreszcie stanęłam na dworcu w Grybowie, z miejsca pokochałam ten widok i mogłam odetchnąć z ulgą. Nareszcie.
Jeszcze tylko zadreptać pod górę do ośrodka i można odsapnąć.
Wszyscy marzyliśmy o kapieli, jedzeniu i śnie… w dowolnej kolejności.

Wyjazd zapowiadał się udany…

5 uwag do wpisu “I jak tu nie wierzyć w przesądy, czyli co się działo jak się bajka urlopować pojechała…

  1. kiedy rok temu jechałam sobie podekscytowana i szczęśliwa na zlot e-oszołomów do Poznania, również miałam okazję widzieć denata na szynach… a kiedy wpadłam mocno spoźniona na ową imprezkę, nikt mi nie wierzył, że to prawdziwy powód mego spoźnienia.

    Polubienie

  2. ja miałam tylko jedną podróż pociągiem, gdzie zamiast znaleźć się w Krakowie po 3 godzinach, zjawiłam się po 6h. A to tylko dlatego, że huragany wtedy szalały po Polsce i pozrywały druty energetyczne 😉

    Polubienie

  3. Kurcze, niektórzy to mają fajnie – co i rusz jakaś przygoda. A jak ja jechałem w weekend pociągiem w dwie strony, to oprócz przypadkowego spotkania znajomych i nasiadówy przy piwie w Warsie nic ciekawego się nie działo…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s