Urlopowania ciąg dalszy, czyli kingsajz dla każdego

Grybów powitał nas śniegiem, śliskimi stromymi ścieżkami, drewnianymi domkami i mordownią o wdzięcznej nazwie Feniks (na rynku), gdzie odpowiednio fizjonomicznie przystosowane feniksy podnosiły się co jakiś czas z popiołów popielniczkowych mamrocząc coś bełkotliwego w pijanym widzie. Piwo Grybów za 2,50 można było ponoć pić dopiero po jakimś niezłym podkładzie alkoholowym z uwagi na niewielkie walory smakowe ale jak widać nie wszystkim to przeszkadzało. Ośrodek był położony dość wysoko jak na moje wymęczone nożki tak więc z wdzięcznością przyjęłam pomoc kolegów przy transportowaniu bagażu i sapiąc dziko pięłam się pod górę. Zamieszkałam w blokhausie B, przypominającym murowany barak. Z zewnątrz nie wyglądało to zbyt przekonująco ale w środku okazało się całkiem przytulnie. Trzyosobowe pokoje z łazienką, dobrze wyposażone i mało obsurne. Żyć nie umierać. Do wtorku mieszkać ze mną mieli koledzy, od wtorku koleżanki. Nie ma co – Bajka to się umie ustawić. Nie pamiętam już czy po przyjeździe zjedliśmy śniadanie czy od razu poszlismy spać, grunt, że od przeciągłego snu zimowego wybawił nas obiad i próba a potem jakoś wszyscy, mimo zmęczenia ruszyli na podbój Grybowa i lokalnych knajp. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez cały wyjazd. Bajka raczyła się kulturalnie to martini rose, to cin cinem bianco, to absyntem płonącym, to gorzką żołądkową, to kadarką, to kwiatem jabłoni. Inni raczyli się tym wszystkim oraz piwem Grybów, które dla mnie jednak było mocno nie do przyjęcia. Warsztaty chóralne upływały pod znakiem imprez, imprezek, tańców, hulanek, swawoli i… śpiewu oczywiście. Jedzenie było dobre (no może poza przypaloną owsianką), klimat jeszcze lepszy a humory dopisywały jeszcze bardziej niż piękna pogoda. Co dzień działo się coś nowego. Śnieżne rzeźby sypały się jak z rękawa – powstało igloo, w którym jego twórca spedził pół nocy ze świeczką budząc nas nad ranem dźwiękiem rogu; a to Pani Krystyna przestawiająca całemu światu swoje śnieżne, mocno obfite kształty i trwałą ondulację z ketchupem w miejscu sutków; a to lodowa mysz do złudzenia przypominająca misia z kultowego już filmu Barei. W przerwach od prób spacery i inne wycieczki, drzemanie w pokojach, gra w karty. Taka sielsko-wyjazdowa atmosfera. Pod koniec pobytu wybraliśmy się cała watachą na narty tudzież łwyżwy do Krynicy. Ja byłam w grupie łyżwiarzy. Wejście Bajki na lód… i rozpoczęła się komedia. Pozycja mocno rozdeptanej kaczki, ogólny brak równowagi objawiający się rozjeżdzaniem się nóg we wszystkie strony, nieskoordynowane wymachy rąk rodem z kreskówek, dzikie okrzyki bojowe. To tylko nieliczne z wielu atrakcji. Pocieszam się, że większość z nas jeździła podobnie. Lądowanie na bandzie sposobem ‚na glonojada’ przeszło do historii podobnie jak piruety wykonywane tuż przed efektownym plaśnieciem kupra na lód. Ale było super. Ogólna radość i śmiech. W Warszawie też musimy iść na łyżwy. W Krynicy zaliczyliśmy jeszcze pijalnię wód i pokrzepieni mogliśmy udać się na spotkanie z grupą narciarzy, by razem wrócić do Grybowa. Nieliczni tylko próbowali słynnej wody Zuber, której dość mocny aromat unosił się w pijalni i odstraszał ewentualnych konsumentów walorami węchowymi zbliżonymi do wody z sedesu. Podziwiam tych, co moga to pić. Nic dziwnego, że są zdrowi – im już nic nie zaszkodzi. Do Grybowa wróciliśmy wprost na imprezę. Dobrze, że korytarze były wąskie, bo nawet jeśli ktoś nie trzymał pionu mógł się trzymając ścian teleportować do pokoju. Wytańczyłam się i wybawiłam za wszystkie czasy.
Szkoda, że tak szybko minęło te 10 dni i trzeba było już wracać do domów.
W drodze do Warszawy, mieliśmy postój. Cały dzień spędziliśmy w Krakowie, gdzie odwiedziliśmy urokliwe zakątki, kościół, księgarnię, supertani bar mleczny (obowiązkowo) z pysznym żurkiem, kotletem schabowym, naleśnikami i szarlotką, galerię Mleczki, a na koniec uraczyliśmy się grzanym winem w przytulnej knajpie. Wszędzie chodziliśmy nucąc i śpiewając. Aż dziwne, że nikt nie wynajął na nas zbirów by nas skopali w ciemnej bramie. Widać ludzie potrafią byc bardziej tolerancyjni niż sądziłam 😉
W powrotnym pociągu wymienialiśmy się spostrzeżeniami i wrażeniami kulinarnymi z Krakowa. Nasza grupka z baru mlecznego miała najlepsze wspomnienia. Reszta – która wybrała inne lokale – miała mieszane uczucia. Jedno wiem na pewno… nigdy w życiu nie zjem czegoś co nosi nazwę Jalebi 😉

Do domu wróciłam pielęgnując liczne siniaki i miłe wspomnienia z wyjazdu.

Buziaki Bajkowe

6 uwag do wpisu “Urlopowania ciąg dalszy, czyli kingsajz dla każdego

  1. kiedy ja napiszę o swoim urlopie?
    Bajeczko nie napiszę że Ci zazdroszczę, bo to głupie uczucie. Tym bardziej, że każdemu urlop się należy. Napiszę po prostu: Ale Ci doooobrzeee….

    Polubienie

  2. Ogólnie wrażenia miałam podobne – tylko zamiast łyżew był cudny wyjazd na Słowację z Aśką i Arturem, a później (w związku z tym…) cudna słowacka śliwowica zamiast cin-cina 🙂
    A opisujesz świetnie – zazdroszczę pogodnego stylu 🙂

    PS – Bajka nie trzymała pionu… (no dobra, ja też)

    Polubienie

  3. Wierzcie lub nie ale ona naprawde wygladala komicznie na lyżwach. Te rozjezdzajace sie nożki, ta cudowna czujność na każdy ruch wokolo.. tego sie nie da opisac …byla niezla jazda. Serio 🙂 Bedziemy to pamietac jeszcze przez jakis czas.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s