Dzień bałwana czyli Bajka ala płonący tramwaj…

Do pracy…
Hmmm… No tak. Poniedziałek. Bleeeaaah. Nie lubię poniedziałków. Nie lubię wstawać z łóżka, gdy akurat śpi mi się najlepiej i kołdra wciąga coraz głębiej. Kiedyś wykażę się cudownym aspołecznym nonkonformizmem i oleję robotę z góry na dół cienkim a rwącym strumieniem… Tylko najpierw wygram w totka. A zanim wygram to może otworzę lewe oko… albo prawe… no dobra lewe… nie… lewe zasnęło później więc kolej na prawe… a może to było prawe i czas obudzić lewe… a może by tak wstać bez otwierania oczu… Łup! To nie był dobry pomysł. Kolejny siniak do kolekcji upiekszy moją szlachetną nogę już wkrótce. Ale to w nastepnym odcinku bo teraz wytężam wszystko zmysły by wrzucić na siebie coś do ubrania. Byle szybko, dużo i ciepło. Później sprawdzę co to i czy do siebie pasuje. Udało się nawet znaleźć dwie takie same skarpety. Sukces przeogromny jak na poniedziałek o siódmej rano. Przy porannym myciu zębów staram się nie patrzeć w lustro. Mogłoby to spowodować trwałą chorobę bądź kalectwo bo będąc w szoku taką szczoteczką można sobie zrobić niezłą krzywdę. A w szoku nieustającym jestem gdy przez przypadek zobaczę rano sama siebie. Nie polecam osobom o słabych nerwach. W ogóle nie polecam. Nie ma to jak dobry marketing… Za rano jest… Nie będę się czesać. Nadrobię to w pracy. Albo nie. Będę wyglądać jakbym przez trzy dni układała przed lustrem włosy na fryz ala ‚dopiero wstałam z łóżka’. Nie ma jak pragmatyzm. Dziś zapach szarej PUMY. Szybko się ubieram, opatulam, gmatwam, ocieplam. Drzwi na klucz. Od teraz inne niż dotychczas. Inne miejsce, inny czas. Biegnę na daleki teraz przystanek. Docieram zadyszana, zmęczona. Czekam. Autobus nie przyjechał. Już zapomniałam jak TU jest. Zadupie Warszawy. Zanim się załamię, łapię stopa. Raz kozie śmierć… Jak mnie z pracy wywalą to i tak nie będzie za co żyć. Zatrzymuje się miły starszy pan. Nie sprawia wrażenia seryjnego mordercy. Wydaje się zmartwiony patrząc na moje zapuchnięte oczy. Krótka rozmowa nie pomaga, mimo, że widzę, jak zależy mu aby poprawic mi nastrój. Podwozi mnie spory kawałek opowiadając o swojej córce (w moim wieku) i o tym, że nie powinnam płakać… przez nikogo. Dziekuję mu za wszystko i wbiegam zdyszana do autobusu. Pada śnieg. Wielkie płatki osadzają się na czapkach i ramionach przechodniów. Kilka przystanków. Potem przesiadka w tramwaj. Zaczynają się schody. Nie podejrzewałam się dotychczas o jakieś siły nadprzyrodzone ani o jakąś energię kosmiczną ale… gdy spod kół tramwajowych zaczynają wydobywać się kłęby duszącego dymu i słyszę krzyk ‚pali się’, moje rzekome dotychczasowe umiejętności zaczynają się niebezpiecznie rozszerzać. No bo jak to – nie wsiadłam – tramwaj jechał – wsiadłam – tramwaj sie pali. Może pomyślę o bioenergoterapii szynowej. Ale to za czas jakiś. Na razie muszę się uskuteczniać w roli pasażera, któremu grozi uwędzenie w oparach palonej gumy. Mniam. Czy jak powiem, że gorąco wręcz polecam to uwierzycie? Chyba niekoniecznie. Ewakuacja. No i dupa blada. Trzeba było wysiadać na śnieżycę w pełni już zorientowaną grawitacyjnie i uderzać z buta do pracy. Z początków poniatoszczaka. O rety! Jak już dotarłam przypominałam prawdziwego człowieka śniegu. A zamiast czerwonej marchewy miałam czerwony nos. Uszy i policzki były w promocji. Naturalnie i bezapelacyjnie. Bałwan ze mnie pierwszorzędny. I ten aromat… Kurtka (ta podarta i halkowymi dłońmi zszyta) wietrzy się z gumowego akompaniamentu. Ja już rozmarzłam choć oczy nadal czerwone. Najwyżej znajdę pracę jako dubler dla królika albinosa.
Dodaję notkę.

11 uwag do wpisu “Dzień bałwana czyli Bajka ala płonący tramwaj…

  1. No właśnie NIE RYCZ – co Ty jeleń na rykowisku jesteś czy Motocyklistka? Hmm?

    A poza tym…dziś pierwszy dzień reszty Twojego życia. Warto to jakoś uczcić..

    Morały na dziś wyczerpane…

    PS
    Mnie najbardziej leży gwintowanie panie majster.

    Polubienie

  2. na wszystkich blogach wyziera nienawisc do poniedzialkow. a ja sobie mysle, dobrze,ze pracuje za zmiany:piatek, swiatek, czasem niedziela- taki poniedzialek zupelnie,ale to zupelnie traci na znaczeniu:)

    Polubienie

  3. szukam chetnego do kopniecia bajki w doope – ja nie moge, nie mam tak dlugiej nogi…
    ale jakby ktos zechcial wyreczyc… i przytulic potem tak bardzo mocno… to ja zaplace nawet…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s