Z ostatniej chwili

W ramach zwalczania depresji postepującej od śródręcza do śródstopia… zamierzam się dobrze bawić. Żadna równia pochyła nie pokona bajkowego ducha przygody i dobrej muzyki.
Dziś wieczorem można mnie będzie spotkać na koncercie KULT-u w Stodole.
20:30-23:30
Nie wiem co prawda jak później wrócę…
Ale czy to ważne? 😉
W razie rozpoznania proszę wrzeszczeć.
Na takie akustyczne wrażenia na pewno zareaguję olbrzymim entuzjazmem.
Radość ogólna murowana.

No to lu

Impressssska

Piątkowe wieczory są stworzone do imprezowania. Bo to weekend właśnie wystartował i jeszcze dwa ewentualne dni w ewentualnym zapasie przed nami na ewentualny relaks po ewentualnym ‚zmęczeniu’. W piątkowe wieczory dobrze jest wybrać się gdzieś ze znajomymi… pohulać, poszumieć, potańczyć, pogadać o wszystkim i o niczym, pobawić się i pośmiać. Piątkowe wieczory nie lubią nudy… ani snobów… ani beznadziei… A najbardziej na świecie nie lubią beznadziejnie nudnych posiadówek ze snobami. Brrr. Niestety ostatnio miałam wątpliwą przyjemność obcowania z tym gatunkiem ‚nadczłowieka’… a raczej przedstawiciele tego gatunku mieli niewątpliwa przykrość obcowania ze mną, gdy naruszyłam ich hermetyczne opakowanie zastępcze mieszkania kolegi, gdzie się wygodnie umościli by roztaczać wkoło aurę polotu i sukcesu. O ile z tym sukcesem to jakoś można było poroztaczać to z polotem kompletnie im nie wyszło. Bo żeby roztaczać choćby nikły obłoczek polotu trzeba by mieć w głowie coś poza przeciągiem, który ten obłoczek rozgoni. Snobistyczni ludzie rozpierają się wygodnie w fotelach i z maską profesjonalizmu na twarzy opowiadają jak to dorabiają się na sprzedaży zaworków, choć my myślimy, że z tego biznesu to się można co najwyżej dorobić wrzodów albo inszych jakichś hemoroidów. Snobistyczni ludzie zachwycają się filmami, których nie rozumieją i przyklaskują ogólnym modom i stylom byle być (cóż za koszmarne słowo) ‚trendy’. Sypią niczym łupieżem cytatami z ‚Wniebowziętych’, choć jeszcze jakiś czas temu ‚Nóż w wodzie’ był dla nich kompletnie niezrozumiałym gniotem. Nie chciałam być wredniejsza niż jestem, ale cytaty przyswojone niedokładnie, wywołują we mnie tylko pusty śmiech i żałość dla takich osobników wielką. Aż mnie korciło by zapytać o ‚Hydrozagadkę’ ale stwierdziłam, że to już na pewno będzie dla nich za trudne… Snobistyczni ludzie uprawiają wszystkie sporty jakie tylko wynaleziono – najlepiej jednocześnie; wydają masę szmalu na rzeczy bezsensowne i chwalą się tym w towarzystwie chcąc uchodzić za nonszalancko zamożnych – kolejna oznaka bezmózgowia postępującego; popisują się bogatą wiedzą ogólną – od sposobów palenia cygar i fajki przez smaki serów pleśniowych. Snobistyczni panowie zaczesują brwi na czoło aby przykryć postępującą mocno łysinkę i skrywają powiększające się niebezpiecznie brzuszki pod młodzieżowym trykotem. Snobistyczne panie czerpią życiowe natchnienie i witalność z popularnych telenowelek i najnowszych obniżek markowych ciuchów. Oni prześcigają się w dennych dowcipach i opowieściach o najnowszych wojażach z jachtami, letnimi domkami i grillami u podnóża wspinaczkowych skałek. One trzymają w perfekcyjnie umalowanych szponach kolorowe drinki i wymieniają wrażenia z ostatniej wizyty u TEGO fryzjera. Przez blichtr i sztuczność przebija bezdenna głupota. Obcowanie z tą grupą społeczną boli. Moje synapsy wysyłają mi ostrzegawcze sygnały ‚wyłącz myślenie, nie używaj szarych komórek – bo zwariujesz’. Nie wytrzymuję. Wychodzę. Ale na pożegnanie koło ratunkowe. Przecież nie można kształtować sobie opinii o człowieku na podstawie dwugodzinnej obserwacji w charakterystycznym stadzie.
Pytam o zawody i życiowe cele…
Tłusty buc o nalanej twarzy i obleśnych kędziorkach kadzi coś o biznesie w branży zaworków i koszmarnej amerykanizacji słownictwa – bo niby co to jest ‚headhunting’. Zaczesany łysol nerwowo gmera palcami przy zbyt ciasnych spodniach bredząc coś od rzeczy. Jego koszmarna żona uśmiecha się z dumą cokolwiek by nie powiedział – a co! stać ją na tyle szmat, więc jest dla niej bogiem. Głupawo uśmiechnięta kwoka – partnerka buca – ze znaczącym trzepotem rzęs zniża głos:
– A ja się przygotowuję do roli matki, bo jeszcze trochę i będę za stara…

Zjazd… total error…
Boleśnie gryzę się w język aby nie wyrazić swojej opinii, że do roli matki można się ‚przygotowywać’ myśląc, mając własne zdanie, funkcjonując w społecznych rolach i spełniając się zawodowo… ale pewnie i tak by nie zrozumiała większości słów.
Wracając do swojego ubogiego życia bez kosztownych podróży, najlepszych metek na koszulkach i pleśniowych serów do, których pije się prawdziwe francuskie wina… czułam się o wiele bogatsza niż wszystkie snoby tego świata razem wzięte. Bo ja mam życie a im się tylko wydaje. Któż bowiem potrafiłby jak ja cieszyć się ze śniegu spadającego na niecierpliwie wystawiony język, albo z zapachu świeżo skoszonej trawy, smaku świeżego chleba, dotyku łapek trzytygodniowych kociąt, cudownego trzasku drewna w palenisku, z tego, że kwitnie biały bez i pachnie oszałamiająco, albo z lodów malinowych w pewnym małym sklepiku. Kto inny tak lubi śmiać się do słońca mrużąc oczy…

Ale ja to jakaś dziwna przecież jestem.

Miłego popołudnia

Wyniki sondy o autobiograficznej

RADZIECKI TERMOS TO BAJKA…

* bajeczna – 20 osób (14%)
* przepraszam… a jak dojść na pocztę? – 18 osób (18%)
* na każdy dzień… na każdą noc – 12 osób (17%)
* zakręcona jak hełmofon trwałej ondulacji – 9 osób (13%)
* szalona jak stado krów w Stumilowym Lesie – 8 osób (11%)
* dla potłuczonych – 5 osób (7%)
* nudna jak flaki z olejem – 4 osoby (6%)
* inteligentna inaczej – 3 osoby (4%)
* zjadliwa… z odrobiną pieprzu cayenne – 1 osoba (1%)
* przereklamowana – 1 osoba (1%)
* pociągająca… zwłaszcza nosem – 1 osoba (1%)

Łącznie oddano 71 głosów

Dziekuję wszystkim i zapraszam do wzięcia udziału w nowej wiosennej już prawie sondzie

Bajka

Wkurw ogólny… nie drażnić!

Wstałam dziś z łóżka lewą nogą. To pewne. Powieki nie chciały się otworzyć na zwyczajowe perswazje reagując olewczym brakiem reakcji – ‚Bajka do cholery… mamy gdzieś ciebie i twoją pracę idź spać!’. Oczy mówiły ‚jest jeszcze noc i tej wersji będziemy się trzymać więc won z tym budzikiem’. W głowie pojawiła się wielka mówiąca ‚aaaaaaaaa’ dziura zwana zievulus vulgaris. Stawy i mięśnie protestowały przed gwałtownym przebudzeniem przeciągając się śpiewnie. A kapcie schowały się złośliwie pod łóżkiem i nie chciały wyjść na powitanie bosych stóp.
‚Do jasnej pokręconej gdzie te kapcie, kurka siwa?’ – utyskiwała Bajka pod nieogolonym wąsem. Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się radośnie. Ogólnej burości nie zburzył nawet fakt odsłonienia okna. Przeciwnie. Burość pogłębiona szarością jest nadal bura i nieprzytulna. A ja właśnie dziś tak bardzo chciałabym być przytulana do przytulności i ciepła…
Otuliłam się swetrem. Gruby czerwony golf powinien mi wystarczyć by jakoś przetrwać ten poranek. Kapcie znalazły się za późno… zdążyłam już skompletować bliźniaka dla samotnej skarpetki. Ale to nic. Przydadzą się jutro. Chyba, że znowu znikną w podłóżkowym bałaganie. Łazienka poraziła mnie bielą i lustrem.
Dżizas! Powinno się jakoś dawkować nieprzyjemne emocje. Tak traumatyczne przeżycie nie mogło pozostać bez echa. Z wrażenia wylałam zawartość dzierżonego w skostniałej dłoni kubka. Stopy rozgrzały się błyskawicznie za sprawą gorącej herbaty Dilmah Caramel. Zrezygnowałam z próby ułożenia włosów. To daremne znając moje upierzenie i fakt prowadzonej przez nie walki podziemnej. Wszak nie raz już słyszałam, że moje włosy żyją własnym życiem. Kuuuul. Jeszcze tylko tasiemiec i miałabym bogate życie wewnętrzne. Ale nie ma tego złego. Mając tasiemca człek nigdy nie czuje się samotny. Tylko ja i tak jestem nieźle pokręcona.
Reumatyzm wewnętrzny moich myśli jest godzien zadumy. Ale nie jeśli się stoi w mokrych skarpetkach w kaktusy pachnących karmelem. Znalazłam zastępstwo i radośnie ulokowałam odnóża w nowym mieszkaniu. Sznurowanie długich glanów w stanie letargu porannego to temat na odrębną notkę, więc teraz ograniczę sie do znaczącego ‚cie choroba…’. Poranne szukanie kluczy, które jak co rano lubią się bawić w chowanego to już rytuał, więc nawet nie będę wnikać w szczegóły. Jeszcze tylko zapach leśnej przedwieczornej mgły zamknięty we flakonie z atomizerem, potrójny szalikowy Riesberger na szyję, teczka rysunkowa z przyległościami (bo dziś spotkanie przy sztalugach) w dłoń i można iść na podbój poniedziałku. Śnieg sypie się za kołnierz, wplata się we włosy białymi kryształkami, buty grzęzną niczym w ruchomych piaskach, przedzieram się przez zaspy na przystanek. Autobus znowu zaspał. Szkoda, że ja nie mogę. Ja mogę tylko od czasu do czasu wstać lewą nogą i pomarudzić, że weekend znowu był za krótki…
Czy tydzień nie mógłby zaczynać się od wtorku?

Na dobry weekend

– Z pracą kiepawo…
+ No to tak jak u mnie.
Nie znasz dnia ani godziny.
– Nic tylko pryskać stąd czym prędzej.
+ Ej no nie gadaj bzdur…
Gdzieś tam musi być jakaś cywilizacja.
– To jak już wyśledzisz gdzie to daj mi znać 😉
+ Nie ma sprawy.
– A czemu Ty też masz z pracą problemy?
Myślałam, że chociaż w Empiku jest stabilnie…
+ Stabilny to jest dżem truskawkowy mojej lodówce… bo go nie lubię 😉

Po babsku

Tadaaaaaam
Mam je!
Wczoraj odebrałam moje zupełnie nowe, całkowicie fenomenalne, absolutnie pierwszorzędne i maksymalnie odlotowe OKULARY.
Zakochałam się w nich od pierwszej dioptrii.
Stare mi się… lekko znudziły i mocno zdezelowały. Wszak zestarzeć się mogły przez cztery lata ciężkiego użytkowania z lądowaniem w miejscach do tego kompletnie nie przeznaczonych. Pomijam wypadki mojego lądowania własną osobistą szanowną na nich albo usilne podgryzanie ich przez kota Dudusława (Dudusiem zwanego) albo też fakt wyprania ich w pralce w kieszeni ukochanych, wiecznie za dużych i utytłanych błockiem z mokotowskich pól bojówek. A ile razy zdarzało mi się o nich zapomnieć, zgubić i potem szukać z obłędem w oku, upuścić z dużej wysokości i błogosławić potem pomysł wyboru plastiku zamiast szkieł, wykąpać w górskim strumieniu i wyławiać konstelacją patyków zanim oddalą się z bystrym nurtem. Raz nawet znalazły się w lodówce i przeżyły… całe i zdrowe. Nie odłożę ich na półkę by się zapomniane zakurzyły i schowały w papierach i karteluszkach. Będę je nosić zamiennie… ale teraz na pewno zrozumieją moją babską naturę i fakt, że czasem trzeba po prostu coś zmienić… czy to w sobie czy na sobie. Zmiany, zmiany, zmiany…
Takie to ja lubię.
Ta zmiana ma nowy, elegancki, czarny futerał i niebieską ściereczkę do czyszczenia i ma piękny, powabny kształt i jest bardzo lekka i prawie przeźroczysta… gdyby nie ta delikatna czerwona niteczka wpleciona w oprawkę. Wszystko to razem sprawia, że patrząc w lustro myślę sobie ‚to zupełnie inna bajka’. Mała rzecz a jakże może odmienić spojrzenie – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Teraz mogę rzucać zalotne rzęs trzepoty zza okularów delikatnych jak mgiełka (kobieta powabna), ujawniać błysk w oku udając, że wyglądam inteligentnie (kobieta uczona) lub ciskać gromy i błyskawice w złości (femme fatale) do woli.
Wczoraj w tramwaju pewien pan uśmiechnął się do mnie tak, że aż lód stopniał na szybie. A na próbie wszyscy zauważyli zmianę i posypały się komplementy. Ech. Babsztyl ze mnie straszny i na komplementy nabieram się jak młoda foka na ławicę. Ale cóż. Czasem trzeba zapomnieć… i się… i o problemach… i dać sobie na luz, choćby wierząc w to, że ‚wyglądam dziś czarownicująco’. Jestem pewna, że to przez nowe okulary. I tej wersji będę się trzymać 😉

Pogodnego dnia

Marudnik prawie niezauważalny

Przydałby mi się mały poradnik dzielności…

Radzę sobie, ale… za dużo tych ale.

Tęsknię za Mopką i jej małymi kocimi łapkami, pomrukami, gruchaniem na dzień dobry, miękkością i ufnością spojrzeń na dobranoc.
Tęsknię do miejsc i do ludzi.
Do drzew za oknem znajomych i melodii kościelnych dzwonów punktualnie o 21.
Łapię się na tym, że wsiadam nie do tego autobusu… a ja już przecież nie jadę w tamtą stronę… już nie przejeżdżam dawnymi szlakami… nie przemierzam ścieżek
Przemykam się ulicami jak cień.
Praca, praca, praca, jakieś próby, jakieś spotkania, ludzie próbują do mnie dotrzeć a mi tak ciężko wyjść im naprzeciw…
Jak się wali to wszystko i po całości… równo z ziemią…
Nie ma już tak wielu rzeczy…
Ale będą inne…
Chcę w to wierzyć.
I choć wieczorami dopada mnie ten cały bolesny uścisk… to staram się… bardzo się staram cieszyć każdym nowym dniem, promieniem słońca, płatkiem śniegu na rzęsach…
Dobrze, że są ludzie, dla których warto się starać… jeszcze są…
Uśmiecham się prawie tak samo jak dawniej…
Prawie nikt nie widzi różnicy…
Tylko lustro

Jutro znowu zanucę sobie ‚jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie’ i uśmiechnę się… prawie tak samo jak kiedyś…

ps. ależ ja muszę być nudna 😉

Po prostu Bajka… i nie ma mocnych

Jeśli w danym punkcie stycznym wszelkiej czasoprzestrzeni istnieje jakiekolwiek, nawet pozornie nieistniejące, ryzyko wpakowania się w problemy lub zepsucia czegoś co właściwie zepsuć by się nie dało albo doznania urazów w miejscu absolutnie bezpiecznym i ewidentnie niegroźnym i przez zupełny i oczywiście całkowicie niezamierzony przypadek znajdę się tam ja… można obstawiać jak codzienny stolczyk pana Kazia w Ciechocinku, że będzie dym.
Bo ja generalnie we wszelkim pakowaniu się w kłopoty jestem jak ślepy koń w wielkiej pardubickiej – nie widzę przeszkód. Jeśli na całej linii komunikacyjnej tramwaju X istniał będzie tylko jeden przystanek z potencjalnie niegroźnym i atakującym tylko wtedy gdy ktoś go mocno zdenerwuje zbirem, to pewnym jak moja pustka w portfelu jest fakt, że wysiądę właśnie na tym przystanku i wnerwię go bezbrzeżnie pytając o godzinę a on właśnie w nocy przegrał swój ukochany czasomierz w karty.
Jeśli w promieniu całych kilometrów asfaltu i betonu na pobliskim blokowisku w pogodny, słoneczny, piękny dzień zdarzy się nieopatrznie wystąpić spod śniegu jakiejś jednej, zagubionej, mikroskopijnej wręcz i zamarzniętej w ślizgawkę kałuży, to można obstawiać jak totka, że właśnie na niej wywinę przecudnej urody orła i malowniczo rozczapierzę się na chodniku wywołując gorący aplauz, ogólną radość oraz zwiększając pieczołowicie pielęgnowaną i stale powiększającą się kolekcję siniaków na mojej własnej osobistej szanownej.
Jeśli komuś wydaje się, że czegoś w żaden sposób nie można zepsuć nawet przy olbrzymim nakładzie sił i środków, jak na przykład złamać solidnie wykonanego i służącego przez lata całe klucza francuskiego, to wystarczy, że da go mnie a ja bez żadnego problemu i użycia osób trzecich zrobię to przez przypadek i z rozbrajającym uśmiechem. Przypadki to moja specjalność. Te z języka polskiego również. Nikt tak jak ja nie potrafił odmienić pozornie nieodmieniających się słów.
Przypadki są mi nieodzowne jak totalne roztrzepanie i beztroska w sytuacjach pozornie bez wyjścia. Przypadki mogłabym mnożyć bez końca i wciąż byłoby mało: począwszy od wczesnych lat niemowlęcych i nauki raczkowania, gdy wraz ze ściągniętym ze stołu obrusem u cioci na imieninach dostałam w promocji niedopite kieliszki z ajerkoniakiem, których zawartość wchłonęłam błyskawicznie i bez szemrania; latach mocno przedszkolnych, gdy podpaliłam strych, na którym sama się schowałam wiejąc przed sąsiadem, którego wyrżnęłam w czoło szklaną butelką roztrzaskując ją w drobny mak (czoło niestety wytrzymało); wszystkie szkolne afery, dymy i zajścia ze mną w roli głównej, że dwa dzienniczki uwag na semestr nie wystarczały a moje nazwisko jeszcze długo po zakończeniu podstawówki śniło się po nocach nauczycielom w formie koszmarów; klasowe wagary w liceum, których byłam prowodyrką kończące się na komisariacie ‚bo barbakan nie jest żeby po nim tańczyć a z Zygmuntem III Wazą nie da się rozmawiać w suahili’; na studia spuśćmy zasłonę milczenia, bo tu trzeba by opisywać co trzecie zajęcia, co drugi egzamin, każdą imprezę czy wyjazd w teren; a na chwilach obecnych skończywszy, bo nawet siedząc sobie grzecznie w pracy przy biurku, gdzie cicho i bezpiecznie – przynajmniej chwilowo bo nie ma czifa, pisząc notkę do bloga, mogę sobie przez przypadek włożyć wieczne pióro do herbaty z cytryną albo zakorektorować kołnierzyk koszuli przed super ważnym zebraniem…

Bążur

Jak poprawić sobie humor za 60 groszy?

Nic prostszego…

– kupić sobie w Domu Towarowym Smyk odlotowy, kolorowy, żelowy długopis ze Snoopy’m i uśmiechać się każdorazowo gdy w biurze przyjdzie nam wypełniać jakieś papirusy

– w drodze do autobusu wstapić do piekarni i potem wchłonąć dwie gorące kajzerki pachnące tak cudnie, że mózg staje dęba i wywraca się na lewą stronę a klawiatura wietrzy się w uśmiechu

– wydać je w pobliskiej cukierni na pyszniutkiego i ogromnie tuczącego pączka, po czym z pełną świadomością i olbrzymim zadowoleniem przyswoić ten nadmiar wszystkiego co niezdrowe brudząc przy tym malowniczo pół twarzy lukrem

– kupić sobie na straganie wielkiego długiego żelka Haribo i mieć zajęcie dla paszczy na najbliższą godzinę (należy jednak pamietać by nie odbierać wtedy telefonów)

– w kiosku kupić zapałki, ułożyć je siarczanymi główkami malejąco i podpalić najwyższą – gwałtowna radość piromana zapewniona (nie polecane przy wietrznej pogodzie bądź deszczu)

– w sklepie papierniczym nabyć zeszyt szesnastokartkowy gładki, wyprodukować samoloty i urządzić w pracy bitwę floty powietrznej wykorzystując w tym celu wiatrak, kolorowe cienkopisy, korektor i wysokiego kolegę a samemu zająć się dowodzeniem z parapetu

– zakupionym papierem toaletowym radośnie udekorować poręcze klatki schodowej w najbliższym bloku lub rzucić rolkę z czwartego piętra trzymając tylko skrawek papieru i patrzeć jak się sytuacja rozwinie (potem należy pamiętać o sprzątnięciu ewentualnej makulatury recyclingowanej)

– wydać je na jabłko i wmawiać wszystkim, że to nowa dieta cud i wcale nie jest się głodnym i chudnie się w tempie iście kosmicznym i efektu jojo nie ma tylko efekt talii osy jest i w ogóle ach i och a potem śmiać się z ukrycia z koleżanek pędzących do warzywniaka po owoce jabłoni

– ofiarować je komuś kto potrzebuje ich bardziej niż ja…

Miłego dnia