
Jeśli ten pan resztę ma tak ekhem sympatyczną jak pupę… to ja idę po wędkę 😉

Jeśli ten pan resztę ma tak ekhem sympatyczną jak pupę… to ja idę po wędkę 😉
‚Mieć pół kilo biżuterii
Kapelusze taaakie duże
I od stałych wielbicieli
Wciąż dostawać listy, róże’
Lubię czasem być kobietą…
Choćby nie wiem jak przewrotna kobiecość miałaby to być…
Pomyślała Bajka
w tym zamyśleniu przygryzając kosmyk włosów zanurzony uprzednio przypadkiem w budyniu migdałowym dr Oetkera
Przychodzi Specjalista Do Spraw do Działu Multimendiów. Specjalista Do Spraw jak zawsze rano miał wszystko głęboko bo znowu zaspał a jednak się nie wyspał i zostało mu na popołudnie. W Dziale Multimendiów siedzi Dyr i Zastępca Dyra. Uśmiechają się jak zawsze promiennie na widok Specjalisty Do Spraw. Specjalista Do Spraw także lubi Dział Multimendiów (choć oni wkurzają się za tę nowatorską nazwę grożąc batożeniem).
Specjalista Do Spraw – Ello ziomki – obśmiewczo jak zawsze na wszelkie trendy witalne
Dyr i Zastępca Dyra – chórkiem – Ello sztuka – mina numer 5 sugeruje, że Specjalista Do Spraw jest dziś ten teges w tych bojówkach
Specjalista Do Spraw zabiera z drukarki papiery i idzie dalej.
Zastępca Dyra – Gdzie posuwasz maleńka? – ton Johnny’ego Bravo jest jak zawsze wszechobecny w tej firmie
Specjalista Do Spraw – Za winklem 😉
Dziki rechot
A do piątku jeszcze trochę
Bajka Specjalistyczna
+ No popatrz. Jakaś nowa zajawka.
– Zajawki w kinie z reguły są nowe.
+ Czepiasz się.
– Wiem.
+ Eeee. Narwany kolo w durnej czapce porywa jakąś małolatę drącą japę na pół ulicy a jej bodygard dostaje kulką po dziąśle, po czym nakrywa się nogami i się z deczka irytuje jak tylko wstaje… no i oczywiście kidnaperowi chce spuścić słuszny wpierdol.
– Czyli standardzik. A manto być musi, bo to sensacyjny standardzik będzie. Tylko żeby na koniec nie zapomnieli mówki proamerykańskiej.
+ I flaga.
– I prezydent z obwieszczeniem do narodu.
+ Plus efekty rodem z Matrixa wymieszanego z Van Helsingiem ale bez gołych cycków.
– Tu też będą się wampiry wilkołaczyć?
+ Kto wie. Może ta porwana dziołcha się okaże agentem tajnych służb kosmicznych w ciele 10-letniej dziewczynki i w dodatku zachoruje na jakąś czesko brzmiącą chorobę, która epidemicznie rozszerzy się na wszechświat i zawampirzy sąsiednie galaktyki.
– Hmmm… Za dużo komiksów czytasz. Ciekawe co z nią będzie.
+ Sprzedadzą ją do burdelu w dolnym Tadżykistanie albo do szpitala w Wietnamie na organy.
– Na organy to chyba do kościoła 😉
I didn’t mean to hurt you
I’m sorry that I made you cry
I didn’t mean to hurt you
I’m just a jealous guy
Słucham Trójki
dużo wspomnień mam w głowie
za dużo
nawet na Lennona
ale uśmiecham się
ładnie ponoć
Warszawskie blokowisko. Słońce z nieba, niebo ze szkła, PCV i aluminium, wiatr z krzaków, babki z piasku, piasek z piaskownicy. Piaskownica radośnie obsiusiwana z dużą częstotliwością przez okoliczne pieski mieści sporą gromadkę dzieci. Mamy, babcie i ciocie rozmaite siedzą wokół na ławeczkach komentując zaciekle rzeczywistość ze zjadliwością wściekłych polnych myszy. Zwłaszcza ponętna nowa sąsiadka ma wpierdol. Taki zaoczny. Bo jej się należy. Za ładna. I nogi ma do samej szyi. Co z tego. Krzywe. A cycki to silikon. Za jędrne. Do pasa wisieć powinny jak nasze. I akryl na zębach. Za białe. Za równe. Co ona kawy nie pije? Na pewno suka. I mężów bałamucić będzie. Woli panie? No co też pani kochana… Normalnie sodomia i gomoria. Dzieci nam popsuje i jakimś syfem psy pozaraża. A wiadomo. Ona pewnie ejca ma albo jakiego hifa. Jezus Maria. Trzeba do kościoła iść się pomodlić. Jak Bronia spod szóstki miała karakany w kuchni to poszła i zniknęły. Co prawda posypała tam tego co to w promocji teraz jest za 19.99 w Oszołomie ale i tak ja swoje wiem, że to Pan Bóg jej domopógł. Może i nas wysłucha. Przecież takie to to to obraza boska. Że to w ogóle po ziemi chodzi. Takie chude. Wszystko odsłania. Ten brzuch goły. Kusi. Tym tyłkiem kręci. Skaranie boskie. A to jakaś patologia normalnie. I pewnie jeszcze burdel nam tu pod nosem urządzi. Oj będzie z tego jakie nieszczęście, kochana, będzie…
W atmosferze prorodzinnej sielanki i szczęścia wszelakiego dzieci w piaskownicy poprzez zabawę uczą się schematów zachowań w grupie rówieśniczej i nabywają całkiem nowe społeczne role. Zabawa z dom, sklep, szkołę, policjantów i złodziei. Tylko kto teraz chce być policjantem. Oczy i uszy mają szeroko otwarte. Chłoną świat jak gąbka wodę. Jakie to piękne jest. I jakie ciekawe zjawisko.
Mały Adaś ma granatowe ogrodniczki i zaciętą minę. Ma również babcię, która siedzi na ławce, sześć lat i na jesieni już idzie do szkoły. W pulchnych rączkach trzyma prawdziwy plastikowy karabin na prawdziwe plastikowe kulki. Dostał od taty. Już jest prawie prawdziwym dużym mężczyzną. Tata tak mówi. Bo mama to tylko wtedy jak trzeba wynieść śmieci. A ostatnio jak kopnął Wojtka to babcia patrzyła tylko czy mama Wojtka nie widzi. I nie krzyczała. Bo Wojtek chciał też postrzelać. Ale Adaś nie da bo karabin jest jego. O!
Adaś z karabinem biega wokół piaskownicy w dzikim wrzaskiem. Starannie omija psie kupy i kawałki butelki po piwie potłuczonej tu w nocy. Zatrzymuje się przed ławką. Celuje w babcię. Babcia uśmiecha się pobłażliwie:
– Co robisz Adasiu?
– Nie widzisz? Zaraz cię zabiję!
– No trudno. Będziesz miał tylko jedną babcię.
– Hmmm… No dobra. Zabiję babcię Alę!
Babcia Adasia uśmiecha się pobłażliwie…
W serwerowni było gorąco.
Pan Informatyk Mocno Rozchełstany prezentuje karakuły wystające odgórnie z niedopiętej koszuli. Oddolnie prezentuje zarys całkiem pokaźnej samary na domowych kluchach wyhodowanej. Imponująca malina na szyi dopełnia całości dizajnu ala świeży rozwodnik. Ogólnie jest dość obleśnie nieatrakcyjny ale raczej nie zdaje sobie z tego sprawy rozdając co młodszym paniom uśmiechy o zabarwieniu erotyczno-wzdechowym. Nie przeszkadza mu również brak reakcji.
Pan Informatyk Mocno Rozchełstany przechadza się czasem na trasie wucet – kuchnia psując co wrażliwszym paniom apetyty a panom zakłócając jelit perystaltykę opowieściami o wiosenno-letnim sezonie na bzykanie. Fakt. Na bąka to on ma zadatki. Albo nawet na trzmiela. Zastanawiające, że im bardziej aparycyjnie szpetny pan, tym większe jego o sobie mniemanie i przekonanie, że wszystkie panie marzą i śnią o jego ‚boskim’… że tak to ujmę… ciele. Zazwyczaj jest to zjawisko wprostproporcjonalne do wieku i ilości wypitego alkoholu ale tym razem trafił się wyjątek.
Pan Informatyk Mocno Rozchełstany patrzy lubieżnie spod brwi krzaczastych. Odechciewa mi się siku. Może ja przyjdę później…
Czif Przelotny nadchodzi jak zbawienie:
– Zapnij sie człowieku. Jak ty wyglądasz… wtorek jest.
Nie wiem co ma do tego wtorek ale czasem lubię swojego czifa.
I sama nie wierzę, że to napisałam 🙂
Do jasnej i nagłej cholerki czemu mi nikt nie powiedział, że ja pół dnia z rozpiętym rozporkiem pomykam???
Kiedyś burak spali mi twarz na amen
😐
_________________________
Apdejt wstydliwy
Dawno dawno temu Madzix zrobiła uroczą scenkę rodzajową wyciągając w banku pośród tłumu interesantów zamiast rachunku… wkładkę higieniczną.
No.
To ja dziś zrobiłam na poczcie pięknego dubla.
Tu miejce na oklaski.
Tymczasem idę poszukać zapadni :||
Niech ten dzień się już skończy
Dzień pierwszy
Obudziłam się z trudem. Słońce jak w mordę strzelił. Notatka na przyszłość – przed wyjazdem nie łazić na metalowe koncerty, nie pić piwa ani wina i kłaść się spać nieco wcześniej niż o 3 nad ranem. Pees: nie drzeć ryja przez sen nucąc zasłyszane ‚rroarr’ – rodziciele się niepokoją. Pozbierałam się do kupy około południa, wpakowałam co się nawinęło do plecaka i pognałam rozpaczliwym truchtem na przystanek z prikazem mamutowym ‚uważajcie na siebie’ i zdzichowym ‚uważajcie ten tego ten’. O drugiej byłam u Haluty. Chmury deszczowe tyż. Ale co to dla nas. Po pół godzinie z tyłkami w górze, wszystkimi problemami tego świata w dole i bananem na ustach pedałowałyśmy zaciekle szczęśliwe jak dzikie świnie w dżdżysty dzień. Dopiero zaczynało padać. Po godzinie już lało. Mapa z wytyczoną trasą zamokła znacząco, tylne koła chlapały na zadki, przednie na oczy. Podjęłyśmy mężną decyzję o przywdzianiu sztormiaków. Dwa koślawe nietoperze na drodze w tym jeden trzymający troczki kapturowe żółtej płachty w zębach to za dużo dla przeciętnego kierowcy. Musiałyśmy powodować osłupienie. Słupów było całkiem sporo. Na jeden prawie wpadłam ale na szczęście udało mi się go wyminąć. Czego nie można powiedzieć o asfaltowej nawierzchni, której uroki mogło za chwil kilka podziwiać moje boskie ciało. Oj podziwiało. Składam się z zadrapań i siniaków a na prawym udzie wielkiej ekspansji terytorialnej dokonuje dorodny kolorowy siniak, który będzie mi towarzyszył przez najbliższe 3 tygodnie. Do tego wszystkiego jebłam się pedałem wew łydkę i posiadam żywy dowód na istnienie drapieżników na trasie do Serocka – jakby mnie jakiś tiger chycił znienacka. Cud, miód i orzechy. Kombinując niemiłosiernie co, gdzie i jak, dotarłyśmy ze szczątkowym czuciem i mokrymi dupami na działkę do Ani i Wojtka. Zapasowe spodnie okazały się równie mokre co aktualne. Halka nie wzięła zapasowych wcale. Do ogniska zasiadłyśmy w dresach i drelichach jak na rasowe rowerzystki przystało. W Trójce chillout. Potem ‚Giorgia’ i Ray Charles co to go już nie ma niestety. Pięknie jest. Wieczorem – dzień brudasa – wzorem Bradleya Łydki z Troi pobieżne chlapnięcie wodą, mycie klawiatury i chrapanko. Śnią mi się koleiny, kałuże, przebite dętki i zapierdalanie pod górkę na siódmej przerzutce.
Dzień drugi
Budzimy się obolałe. Nie powiem co kogo bolało ale grunt, że sucho, czysto i pewnie. We włosach wyraźnie czuję dym z ogniska, Halka ma na łydce smar a ja nie umyłam łokci. Gmina Nieporęt oskarży mnie o kradzież nawierzchni bitumicznej. Wstrząsające. Olewając wszystko równo i pierdykając w czapkę wszelkie konwenanse zaczynamy kolejny dzień. Śniadanie na świeżym powietrzu, mnogość wiktuałów i żuków kopulujących radośnie w trawie urzeka nawet Wojtka. Działka jest urocza a najlepsza jest sławojka z drzwiczkami ala okiennice z widokiem na pole. Polem czasem przemieszczają się ludzie, więc jeśli ktoś lubi, może nie zamykać drzwi i pokazywać kolana. Pokazuję. A co mi tam. W końcu jestem na urlopie.
Po śniadaniu ruszamy rowerami (Dobrze-wymierzony, Temi, Carramba i Termos) na wycieczkę. Niestety po 9 km mamy niemiły wypadek. Odtąd sprawne są tylko trzy rowery i nie ufamy łepkom w mercelakach, którym puszczają nerwy. Na szczęście Wojtek jest cały ale stres i tak ogromny. Wracamy piechotą taszcząc rowery przy boku. Przy ognisku odkrywamy nowe kiełbasiane kształty a ja odkrywam rowerowy smar na brzuchu. Skąd on się tam wziął? Bracia Carlsberg nie znają odpowiedzi, Warka Pstrąg tyż nie ale za to robi się gorąco, więc i striptiz bezproblemowy mimo chłodu powietrza. Trójka i Niedźwiedzki. Wodę do mycia grzejemy w czajniku elektrycznym i kiedy jedna osoba na ganku robi pokaz ekshibicjonistycznej ekwilibrystyki miskowej czyszcząc się z rozmaitych trudów dnia, reszta siedzi w domku i bawi się z didżeja. Hity z satelity w stylu Brytnej Spiryt, Heniutka Pleksiglasa, Jennifer Dupez, czy Dżordża Majkela na głowę bije Erotyczne Disco i tekst ‚kochanie jestem bez majtek’. Rżenie Haluty jest słyszalne w promieniu 5 mil. Ja dostałam od ferajny ‚Lady Marmolade’ zmiskowane z ‚Rzadko widuję cię z dziewczętami’. Od razu łatwiej było się rozebrać do rosołu. Ale przy Stachurskim i Ich Troje zaczęłam dławić się szczoteczką dozębną. Przy okazji można rozpisać konkurs na to jak najskuteczniej umyć się w pięciu kubkach wody. W telewizji durny film o pilotach. Obie z Halutą dubbingujemy subtelną grę oczu aktorów i dopiero po pół godzinie okazuje się, że to nie Tomek Kruz i jego błyszczące dziąsła tylko jakis inszy palant. Tyż miło. Ciekawszy jest program o czarnoskórych wojownikach, który mażą się błotem, zaplatają sobie warkoczyki pod pachami i wracają do domu biegiem. Halka tłumaczy mi sens tego sprintu. Chrapię.
Dzień trzeci
We włosach czuję dym z ogniska, piwo i kiełbasę. Wygrywam konkurs – jak najskuteczniej umyć się w pięciu kubkach wody z włosami włącznie. Długimi włosami. Czuję się lżejsza o jakieś trzy kilogramy leśnego runa i różnych owadów przydrożnych oraz szyszek. Ania i Wojtek odpoczywają po śniadaniu. My z Halutą rozwiązałyśmy wszystkie dostępne krzyżówki, przeczytałyśmy wszystkie dostępne numery CKM-u i Playboya. Ruszamy na podbój asfaltu i pedałów. Asfalt podbiłyśmy dość szybko bo zaraz się skończył i nastały czasy trzęsawki polnej ale pedały były z nami do końca. Naszego lub ich. Pognałyśmy kawał drogi wdłuż Narwi wałem. Dla tych widoków można spokojnie dać się posiekać, posolić, podsmażyć na cebulce i zjeść ze skwarkami. Zboża przeplatane czerwienią maków i niebieskością chabrów, fiołki pachnące latem i wsie z końmi pasącymi się na świeżej zielonością trawie a po drugiej stronie wstęga rzeki i lasy na drugim brzegu. Tylko my, rowery i moje przypalone słońcem ramiona. I całe morze kwiatów pod stopami. Frajda na czternaście fajerek. W drodze powrotnej świeżutki lin ze smażalni i mały szczeniak czekający na frytkę pod stołem. Do tej pory nie wiem czy to on merdał ogonem czy ogon nim.
Pod wieczór przyjeżdża Młody-Duchem a z nim kolejna fala kiełbasy i piwa. Rety. Nie wiem jak my to wszystko przetrawimy ale z pewnością damy radę. Zagajnik z chrustem zbieranym przy akompaniamencie śmiechu. Kompresowanie za pomocą skakania. Ognisko jest bajeczne. Rozmarzam się przy muzyce. Za ładnie na sen. Opowieści snują się jak dym, gdy z dogasającego już żaru wygrzebujemy to co zostało z ziemniaków. Radość miesza się ze zmęczeniem. Młody do striptizu wieczornego dostaje Las Ketchup, Tatu, Yugoton i Dżordża Co Lubi Panów. O trzeciej słyszę chrapanie. Postanawiam nie być gorsza. Przedtem uśmiecham się do wspomnień. Takie migawki uczuć przez wzrok. Urokliwe małe uliczki o nazwach drzew, zlot garbusiarzy, machanie ręką do watahy rowerzystów na szosie, zielone jabłka, błękitne niebo, chmury jak lody waniliowe, piegi, których z każdym dniem więcej i więcej, truskawki przy drodze pachnące jak wspomnienie z dzieciństwa, karuzela w ciemną noc i rosa na trawie poranna… i stopy bose… Śpię.
Dzień czwarty
Wyglądam jak ósma córka diabła ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Przeszkadza mi za to fakt, że już trzeba się pożegnać i wrócić do Warszawy. Szkoda, że nie można tu pobyć ze dwa tygodnie. Tyle radości. A jeszcze długie rowerowanie przed nami. Nie lubię pożegnań. Wolę powitania. Zmykamy w drogę. Thorr odłącza się od razu. Mknie do Łodzi. My z werwą młodego piromana na polu minowym pedałujemy szczerząc zęby do słońca. Przy Zegrzu mijają nas Ania z Wojtkiem. Ponoć dobre mamy tempo. Mile połechtane niewiele później zatrzymujemy się na małe co nie co – lody i zimne napoje. I cóż za siurpryza. Deszczyk. Najpierw malutki, potem większy. Niwelujemy lekki wkurw kolejnym łykiem pomarańczowej fanty i ruszamy dalej. Sztormiaki nie przydały się na wiele. Chmurka na szczęście obrała inny kurs. Dalsza droga była już wspaniała. Można się było rozpędzić wygodnym poboczem z czystym sumieniem ignorując nienawistne spojrzenia tłumu rodaków tkwiącego w gigantycznym korku. Droga do halkowej hacjendy zajęła nam 2,5 godziny. I było super. Na rowerze życie bywa doprawdy piękne. Szkoda, że później trzeba z niego zsiąść i poczuć to co boli najbardziej 😉
Do własnego domu dotarłam jakieś trzy godziny później, już komunikacja miejską, standardowo pozostawiwszy jednoślad na balkonie u Hal. Na przystanek odprowadziła mnie pielgrzymka składająca się z psa w szelkach i na smyczy, Haluty w japonkach i z mokrymi włosami, Małego w uśmiechach i z alergią na pyłki oraz Huberta w boskim kapelutku i zandałach. Pies jęczał, Mały marudził, Halka się chichrała a Hubert robił miny – a może na odwrót. Tak czy inaczej droga do domu była długa, cętkowana i kręta jak róg Wojskiego co to wcale nie miał na imię Natenczas. Pierwsze było jedzenie. Zaspokoiłam głód olbrzymi niczym Petronas Tower w Kualalumpur i po uroczej rozmaitych wymianie esemesów wzięłam dłuuugi jak nie wiem co, obłędnie gorący, bajecznie pachnący i diabelnie upragniony PRYSZNIC. O tak! – pomyślałam sobie namydlając się pachnącym jak bez żelem pod prysznic. O tak! – pomyślałam sobie myjąc włosy szamponem o zapachu pomarańczy. O tak! – pomyślałam zawijając się w ręcznik. Brakowało mi tylko striptizowego akompaniamentu. Obejrzałam jeszcze dwa mecze (w trzech ostatnich minutach Francja-Anglia zeżarłam se manikiury), objadłam się do nieprzytomności truskawek (świetnie się po nich beka), rozwaliłam kilka krzyżówek (hasła w stylu: ‚Miłość nie pożycza grzebienia od sąsiada’) i zasnęłam z długopisem za uchem. Śniło mi się, że nie musieliśmy jeszcze wyjeżdżać. Obudziłam się radosna i tylko małżowinę musiałam doszorować naprędce. Dziekuję za ten weekend kochani. Dziękuję bardzo 🙂
Bajka z bananem od ucha do ucha mimo rozlicznych obrażeń i much przydrożnych w nosie i innych jamach 😉
‚Wyszedł ubrany w różowe spodnie w niebieskie niezapominajki. Rył, wył, kwiczał i ogryzał nogi od fortepianu…’
Kto zgadnie o czyim debiucie tak pisał ongiś w Ekspresie Wieczornym pan Stefan zwany Wiechem ma u mnie gorące kakao z pianką.
A tak mnie jakoś najszło 😉
Ps prewencyjny.: Ty Haluta jesteś zdyskwalifikowana bo już ci mówiłam a kakao i tak wypić mogiemy 😉