Czuję, żę ja muszę

Nie wiem jak reszta blogowego towarzystwa ale ja bym jakowegoś zlota chętnie zorganizerowała, bo odczuwam nieodpartą potrzebę. O! Bo koniec końców wszystko niby jest na miejscu i dupska nie trzeba ruszać i w kapciach można posiedzieć przed monitorem dłubiąc w zębach i parskając kawą po kątach ale fajnie byłoby poznać wreszcie te wszystkie bździągwy i tych wszystkich towarzyszy. W końcu piękną mamy jesień tego lata, więc trza trochę rozgrzać atmosferę 😉

Zróbcie mi prezent i dajcie się zebrać do kupy, wyściskać i… poznać!

Na początek proponuję Łorsoł, bo tak! Co powiecie na 9-10-11 lub 16-17-18 lipca? Ja postaram się zorientować gdzie tu mamy jakieś schroniska albo campingi, co by tanio było w miarę a reszta… to już zależy od Was moi drodzy 😉
Apeluję zatem do Waszych opuszków palców – łączmy się na Polach Mokotowskich i nad Wisłą i miejmy frajdę, że możemy być jeszcze bliżej!

Bajka została opowiedziana 😉

Njusy

No to Warszawa
16-17-18 lipca
kontakt ze mną na pasztetowa_raz@gazeta.pl i tam też można uzyskać numer kontaktowy
w piątek na pewno pierwszym przystankiem wieczornym będą Pola Mokotowskie (to dla zainteresowanych Warszawiaków)
dajcie znać o której przyjeżdżacie i czy macie gdzie spać

Bajka organizacyjna

Mistrz Kierownicy

kalandah
jestem strasznie zdolny
dzisiaj miałem pierwszą prawdziwą jazdę
jeździłem po Wrocławiu i wciąż jest tutaj tyle samo mieszkanców co przed moją jazdą
a może nawet kilku w międzyczasie przybyło
ale z tym akurat związku nie miałem, wiec pewien nie jestem
bajka
witaj Mistrzu Szos!

czyżby tylko? 😉

Ps. Wrocek ma Kalandaha, my mamy Kanawalię😉

Megalomania zbyt często odbija się czkawką panie Belka

W ‚Zetce’ przed wyjściem:

‚Ja nie dbam o miliony… przedmiotem moich zainteresowań są miliardy’

Marek Belka

Szkoda tylko, że przez te zaniedbane sześć zer przedmiot zainteresowań premiera może pozostać jedynie sferą zainteresowań domniemanych.
Rzadko kiedy jeśli zapomnimy o dojeniu pięciu krów szósta sama się wydoi, obsłuży koleżanki i jeszcze poda nam do stołu maślankę. No chyba, że będzie święta… ale ten etat jak widać już mamy obsadzony.
Muszę się poddać jakiejś terapii bo mam ochotę kogoś pogryźć albo zdzielić belką przez grzbiet.

Bonus poniżej

Bajka za burtą

Po zakończeniu okrutnie ciężkiego tygodnia pracy i walnięciu wszystkiego koncertowo w czapkę podjęłam ze Ściany Płaczu ostatnie przed wtorkową Matką Boską Pieniężną fundusze emerytalne i ruszyłam na podbój Polskich Kolei Państwowych. Polskie Koleje Państwowe albo nie akceptują moich ambicji terytorialnych albo też mnie po prostu nie lubią, bo najpierw Wszechmogąca Okiennica (czyli borostwór płci prawdopodobnie żeńskiej, z nieustającym PMS-em w dodatku, warczący ostrzegawczo za okienkiem z napisem KASA NR 7) wyraziła swój nagły sprzeciw do świata i ludzkości w postaci kartki ‚PRZERWA OD DO’ a następnie na moją gorącą argumentację do jej wyższych społecznie wartości (samo to stwierdzenie już jest przekomiczne w przypadku Wszechmogących Okienic), że ja muszę absolutnie bo za trzy minuty odjeżdża pociąg, w którym bardzo chciałabym się znaleźć (i to bynajmniej nie z powodu moich ciągot do zatęchłych bordowych zasłonek z poprzylepianymi gumami do żucia, albo sapiących konduktorów z łupieżem) odszczekała z miną wściekłego Gremlina, że albo się znajdę albo i nie. Nie powiedziała mi w sumie nic, czego sama bym nie wiedziała, ale wolałam nie jątrzyć, choć Bóg mi świadkiem, że gdyby nie ta szyba z odciskami milionów nosów załamanych podróżnych, to trafiłabym ją z dziką chęcią między kurwiki. Musiała się chyba jednak zapomnieć i dopuścić do głosu dawno nieużywane sumienie, albo wyglądałam tak powalająco marudnie, że łaskawie sprzedała mi bilet sztuk raz. Weekendowy. W wolnej chwili odmówię w jej intencji wypicia stosownej ilości procentów ale może innym razem. Minutę później siedziałam już w przedziale pociągu do Łodzi. Podróż sponsorował zachód słońca i Pat Metheny Group na uszach a pięciolinie wysokiego napięcia ponad torami to unosiły się to opadały jak cały ten jazz. Pięknie było i ani się nie obejrzałam a już dojechałam na miejsce. Na stacji Uć Widzę szczekał donośnie Thorr z uśmiechem numer pięć. U niego czekała na mnie solidna porcja spaghetti (przesolił ale i tak było pyszne) i stęskniona Kadarka. Zasnęłam nad ranem z poczuciem dobrze spełnionej butelki.
Następnego dnia (czyli dziś… jeszcze… o ile zdążę wkleić tę notkę przed północą a biorąc pod uwagę kończącą się butelkę i postępującą sztywność daktyloskopową mogę mieć pewne problemy natury technicznej… mineła już kolejna butelka zatem chyba już jednak wczoraj) po śniadaniu nawiedziliśmy Małgośkę odpoczywającą po życiowych trudach tygodnia w Cherry Mountain. Na nasze spotkanie wyszła razem z Lukrecją (czyli Dorotką), rezolutną i wygadaną… po mamie. Mała z miejsca zaciągnęła mnie na huśtawki, gdzie w przeciągu 5 minut wyjawiła wszelkie rodzinne sekrety i uśmiała się do nieprzytomności z imienia mojego psa, które przezornie pozwolę sobie zatrzymać we własnych meandrach wiedzy zewnętrznej. Bo i po co mają drodzy czytelnicy parskać napojami na czyste gdzieniegdzie jeszcze monitory. Grunt, że oprócz imienia wyjawiłam jej jeszcze prawdę objawioną… że mój pies jako szczenię młode i urocze robił szpagat pierwszej klasy ilekroć go posadzono na gładkiej kuchennej posadzce, bo nogi rozjeżdżały mu się jak mnie na lodowisku w Krynicy. Pełen kosmos. Lukrecja śmiała się tak, że mało nie spadła wywinąwszy uprzednio przecudnej urody koziołka. Na szczęście obyło się bez ekwilibrystyki stosowanej. Wcześniej zaś, nieopodal domku, wskazując na lewy kącik ust ze śladami burej maści, dziarska czterolatka z olbrzymim znawstwem przedmiotu wtajemniczyła nas w swoje zdrowotne sekrety i triumfalnym tonem zakrzyknęła:

Lukrecja – A ja tu mam zimno!
Ja – No tak, ale masz też na nim maść, czyli takie lekarstwo, więc niedługo zniknie
Lukrecja – To propolis
Ja – Acha… a wiesz, że propolis robią pszczoły?
Lukrecja – Yyyy?
Ja – Serio serio… lubisz pszczoły?
Lukrecja – Nie lubię
Ja – A dlaczego?
Lukrecja – Bo ja nie jem pszczół

Najlepsze są najprostsze odpowiedzi. Przynajmniej logiczne 😉
Thorr stwierdził, że pierwszy raz w życiu widział jak na ułamek sekundy opadła mi szczęka bo nie wiedziałam co powiedzieć. Fakt. Wcięło mnie.
Potem się dowiedziałam, że wyglądam jak Barbie i że mała ma pierścionek z diabełkiem plus z kim się przyjaźni w przedszkolu a kto jest głupi i ma wszy jak ruskie czołgi. Ta Barbie mnie z lekka przygięła ale mam nadzieję, że ocenę tę zawdzięczam li tylko moim długim włosom a nie reszcie aparycji bo szczerze mówiąc Barbie to koszmarna zdzira jest. Ma puste spojrzenie, maksymalnie aproporcjonalną budowę ciała, wielki cyc, talię anorektycznej osy, zero mózgu i kończyny wyginające się w każdą stronę świata. W dodatku puka się z plastikowym Kenem. Bleah.
Żeby choć ten Plastk Fantaskik Men był jakiś bradlejowo-łydkowy. Ale on nawet nic w tych majtach nie ma. I wygląda jak ‚idź stąd’, mam wrażenie, że stale nosi pieluchę a fryz ma jakby go na łące krowa jęzorem dwa razy mlasnęła po grzywie. Koszmar z ulicy Wiązów. No i wcale a wcale nie przypomina Bruce’a Mrau Willisa. Od razu przypomina mi się widziany swego czasu na murze jednego z warszawskich liceów napis ‚Barbie to kurwa. Cindy’

A teraz siedzę przy kompie Thorra, wściekam się na jego kulawą myszkę bez rolki i głupawą klawiaturę, popijam Kadarkę, co to pękła jej kolejna butelka, wspominam mój utykający (bo staw biodrowy kocha mnie tak bardzo, że często daje o sobie znać) spacer po mieście Uć, wyświechtane i świecące nosy pomników, kelnera ze Sphinxa, któremu oczywiście z sobie tylko znanym i niepodważalnym urokiem osobistym dogadałam ze słodkim uśmiechem w zamian za fatalną i chamską obsługę:

– A pan to chyba od niedawna pracuje jako kelner?
– To nie ma chyba żadnego znaczenia… myślę. A czemu pani pyta?
– No bo nie wychodzi to panu.

Zostawiłam go tak ze szczęką na wysokości blatu stolika. Może jak goguś skompresuje sobie dane i jakimś cudem ta informacja przebije się przez jego kiepsko pofałdowane płaty czołowe, to następnych klientów nie będzie traktował jak wrzodów na tyłku. Nie byłabym sobą gdybym puściła to płazem. Zawsze mówiłam, żem wredna zołza i złośliwa na dodatek ale wiecie co? Bardzo mi z tym do twarzy i nie zamierzam niczego zmieniać. Mało tego. Zamierzam jeszcze poćwiczyć 😉

A póki co wypiję wasze zdrowie i wkleję tę notkę zanim spiję się za bardzo wy wcisnąć ‚dodaj’

Hik!

W radio słyszę

‚Co trzeci mąż zdradza żonę
Co czwarta żona zdradza męża
Co piąty handlowiec ma wrzody’

A ja mam co drugi włos w inną stronę, wszystko w dupie i zeza rozbieżnego po całotygodniowych nadgodzinach

Zatem się żegnam
w imię Ojca i Syna

i idę do diabła gorszyć fanatyków

Miłego i w ogóle Alleluja
Bajka ujkendowa

Ps. A tak na marginesie to albo mi się próg tolerancji obniżył albo lala w tym radio ma taki wnerwiający głos, że mi oczy musztardą zachodzą a ziemniaki czwórkami spieprzają w podskokach z piwnicy…

Piątkowe wypadki

Wychodzę z pokoju z kubkiem gorącej kawy. Za drzwiami prawie wpadam na rozpędzonego na nieswoim torze lotu Nadwornego Informatyka, wyraźnie przerażonego ewentualną wizją zawartości mojego parującego skarbu na swojej Pięknej Świeżo Krochmalonej w kolorze wściekłej morelki. Bleah. Piękna Świeżo Krochmalona również zdaje się być przerażona. Nie wiem tylko czy bardziej mną i kubkiem kawy czy swoim właścicielem.

Nadworny Informatyk – O Jezu!!!
Ja – Nie mów tak do mnie bo się peszę.

Basia znowu ma fioła. Znaczy fioła to ona ma zawsze i nieustająco ale teraz ma wtórnego fioła z natury ‚sie odchudzam i kij wam w czapkie’. Nie wiem zupełnie czemu bo szprycha z niej jakich mało ale najwyraźniej lato przyszło (choć chyba zapomniało zapukać) i laskom odbija. Bo kto o zdrowych zmysłach upodabniałby się z własnej nieprzymuszonej woli do paleozoicznych skamielin co by się powylegiwać na plaży i zapolować na… archeologów chyba. Choć szczerze powiedziawszy taki archeolog to świetna partia jest, bo im niunia starsza tym on szczęśliwszy i zakochany. Muszę sobie zapisać w przypominaczu co by za trzydzieści lat zapolować na archeologa. Tymczasem korzystam z życia i wyrobów spożywczych bez ograniczeń. Sumienie mam czyste. Nieużywane 😉
Częstuję Basię absolutnie pysznymi, maksymalnie kalorycznymi i prawdopodobnie całkowicie zbędnymi w naszym organizmie kabanosami.

Basia – Nieee dzięki. Dziś jem tylko owoce…
Ja – Owoce sroce! Bierz i nie gadaj, przeca widzę jak ci oko lata 😉
Basia – Nieee.. ja dziś poszczę…
Ja – A ja jutro posram!

I mamy kolejny powód do dzikiego rechotu.
Kocham swoją pracę… w piątkowe popołudnia 😉

'Jeden z dziesięciu' na wyrywki

– Jaką nazwę nosi nasławniejszy polski żaglowiec?
– Kusznierewicz

– W kogo zamienil się Gustaw w „Dziadach”? Dla ułatwienia powiem, że zaczyna się na literę K
– W królika?

– Ile nóg ma salamandra ?
– Trzy
– To chyba kulawa…

– Proszę podać wzór na pole prostokąta…
– a kwadrat + b kwadrat
O Boże powiedziałam wzór na obwód
– Niestety Pani wzór na obwód również jest nieprawidłowy…

– Jak się nazywała kraina w filmie „Kingsajz” którą zamieszkiwały krasnoludki?
– Legolandia

– Jak nazywa się najmniejszy ssak z rodziny psowatych, który żyje na pustyni i ma duże uszy?
– Nietoperz.

– Główni bohaterowie „Nocy i dni”?
– Jan i Bogumił
– To byłoby takie nowoczesne małżeństwo.

– Jak się nazywa szpital wojskowy?
– Latryna.

Kategoria powiedzenia i przysłowia. Proszę dokończyć:
– Goły jak święty…?
– Mikołaj…

– Postać z mitologii i znany klub piłkarski? Dla ułatwienia na literę A?
– AC Milan.

– Jaki pseudonim nosił Bernardo Belotto, nadworny malarz króla Stanisława Augusta
– Bertolucci

– Jak się nazywał chłopiec z bajki o królowej śniegu
– yyy… będę strzelał… Pinokio

– Jak nazywa się mężczyzna którego żona wyjechała na wakacje?
– Rogacz

Hmmm… to ostatnie to akurat nawet rozumiem ale chyba ‚słomiany wdowiec’ lepiej brzmi…
A w ogóle to podziwiam cierpliwość i opanowanie Tadeusza Sznuka 😉