Swój bałwanek konduktor nie płasko

Kalandah
żem sobie notkę przeczytał
dłuuuga taka, teraz będzie bolała mnie głowa
poważnie widziałaś takiego misia w bibliotece??
Bajka
uhm niestety
Kalandah
ciekawe po co tam przyszedł – pewnie mama mu kazała
powiedziała – jak nie przyniesiesz książki – nie będzie kieszonkowego
Bajka
coś w tym stajlu
Kalandah
ale to mógł co ciekawego wziąć – ten życiorys Bońka to jest coś
zawsze polecam wszystkim Bysiom, chociaż sam nie czytałem
Bajka
hyhy
albo autobiografię Gołoty
Kalandah
pewnie wstyd się przyznać, ale wolę takie gupie książki co to mają fabułę i niekoniecznie mają w tytule „jak w siedmiu krokach…”
Bajka
a wiesz, że ja też… dziwne
Kalandah
a autobiografii Gołoty to raczej bym się nie spodziewał w tym stuleciu
chłopak na pewno ma bogate życie wewnętrzne
a nie bardzo ma czas by to spisać
no chyba ze to taka autobiografia co to obrazkowa będzie
Bajka
ta jest! 😉
Kalandah
wiesz, obrazek pobitego ryła a pod tym Myśl Miszcza
„ja mu tak jebłem”
Bajka
o rety ;))
/bajka z bujną wyobraźnią podnosi się z podłogi/
Kalandah
o odgryzionych uszach nawet nie wspomnę
bo pewnie i to zajęłoby dobrych kilka stron
chopak wiele przeżył
Bajka
oj tak
a kopanie po jajach?
toż musiał się chyba z tego terapeutować dobrych parę dni
Kalandah
i myślisz że zdjęcia tych skopanych jaj też?
w sumie to kawałek jego ciężkiego życia
byłoby warto
Bajka
umieram 😉
Kalandah
nie chcemy by było tak że ktoś kiedyś weźmie w ręce to wiekopomne dzieło (pewnie będzie to lekturą obowiązkową w gimnazjum) spojrzy i zasmuci się wielce – ryło obite jest a jaja skopanego brak
ucho czarne, ucho białe, a jaja w kolorze dowolnym niet
Bajka
bosz, padam ;)))
a ja jeszcze pracować muszę
Kalandah
spoko, spoko, się uda popracować
zobaczysz
ja tam lubię pracować przez sen – przynajmniej czas szybciej płynie
tyle że może czasem wychodzą z tego dziwne rzeczy
ale jeszcze nie zdarzyło się żebym obudził się na środku Rynku na czubku ratusza z gołą pupą, więc wielkiej tragedii nie było
Bajka
noo, to by mogło być straszne
dla kosmonautów na przykład 😉
Kalandah
oj tak
toż taka próżnia to wszystko przez małą dziurkę powyciągać może
widziałem w filmach
w takim kosmosie to w ogóle jest wiele niebezpiecznych rzeczy
wielkie meteoryty co trzeba je wysadzać włąsnoręcznie
i takie żyjątka co mieszkają w brzuszkach, albo ślinią rury jak są już większe

Pozdrawiam z podłogi
again

A little bit wkurw of magic ;)

Ludzie zaczepiają mnie czasem na gg albo w księdze gości tekstem w stylu ‚hejka, tu XYZ czytam twojego bloga ale notki trochę za długie, więc przeczytałem tylko pół i se poszłem ale może wrócę’.
Śmiech mnie pusty ogrania.
Nie wracaj. Lepiej nie.
Albo się czyta, albo sie udaje… a jak notki za długie to polecam stronę wuwuwu.blog.pl i tysiące innych znacznie ciekawszych, krótszych, przystępniejszych, mniej obciążających nadwyrężone i tak zwoje.
Człowiek tym się różni od zwierząt ponoć, że wolną wolę posiada.
Gorąco polecam 😉
Najlepiej smakuje ze zdrowym rozsądkiem przyprawiona szczyptą dobrego humoru i dystansu do świata 😉

I tylko przypomina mi się scenka biblioteczna, kiedy to młody gniewny podchodzi do pani opiekującej się woluminami i mówi:
– Chciałem coś do czytania… tylko cienkie.

Bo dla mnie cienka to może być czerwona linia albo herbata po trzecim parzeniu a książki zawsze za szybko się kończą. Zwłaszcza te dobre.
Trzeba się zatem zdecydować czy się czyta… czy się fragmentarycznie czytuje… i tyłka nie zawracać… po próżnicy 😉

Za długa Bajka

Ps. Poprzednią notkę pewnie przeczytają tylko zwolennicy sportów ekstremalnych, więc w skrócie: Halka i ja w parku, hahaha, burza. Pozdrawiam 😉

Bo we mnie jest seks…

Wczorajszy spacer z Hal po Parku Skaryszewskim uświadomił mi jak bardzo brakowało mi powietrza. Dostałam go aż w nadmiarze. Czy można udusić się zapachem jaśminu? Jeśli tak to ja zamawiam własnie ten rodzaj śmierci. Najlepiej oczywiście żeby Pan Śmierć był przystojny nieziemsko, przyszedł z butelką wina i z tym jaśminem i ten teges… dał się namówić na pertraktacje co do warunków domniemanego zejścia… najlepiej w pozycji horyzontalnej… no bo ja oczywiście jako umierająca muszę leżeć. Tak zawsze na filmach jest to nie będę wyrywna co by w scenariuszach gmerać. Ja tam się nie znam – ze wsi jezdem rowera siem bojam…
W pracy strzelałam już powoli dziobaka. Nos na klawiaturze, ręce wiążące sznurówki butów na stojąco, znaczy, że wszystkie znaki niebieskie i drogowe mówią, iż wieczór sie zbliża niechybnie…
Lucyna Ha przyszła, wytarmosiła ochroniarza wzrokowo za narządy śledcze, wpakowała mnie w autobus i wywiozła. Bicza niestety nie wzięła ale i tak było kuul. Miałam nadzieję na jakieś tet a tet w krzaczorach ale kazała mi tylko kuśtykać alejkami i sie upajać. To się upajałam. A owszem. Żeby nie było, że nie potrafię. Ławeczki były odrapane fajosko i do tyłka się lepiły jak świeżo malowane, nieopodal na trawce pod drzewkiem leżał sobie pan co to też się niewątpliwie upajał ale w nieco inny deseń bo pan robił za runo leśne i wtapiał się w otoczenie a do atmosfery wydzielał zapewne tyle związków siarki, że zieloni mogliby go oskarżyć o samodzielną konkurencję dla ozonowego otworu zwanego znacząco ‚dziurą’ co to taki zły jest i klimat nam psuje. Pan wydał mi się wyjątkowo wdzięcznym elementem integralnym tego parku. Tym bardziej, że w swojej czerwonej bluzeczce i z purpurowym obliczem świetnie komponował się z kwietnymi prostokątami z feerią barw pośrodku alejki. Tylko malować akwarele. Do pełni szczęścia dostałyśmy nawet w promocji zachód słońca. No normalnie nastrój jak w mordę strzelił. Serio serio. Romawtyzm aż łamie w kościach.
Siedziałyśmy więc sobie, patrząc na to słońce, na tego pana co sobie leży, niedaleko jakiś inny (też wydzielający) śpiewa ochryple ‚Kommn bejbyy lajt mmhm faajer’, na te klomby i jaśminy… wiater wiał, kwiaty pachły, komary rypały jak złoto. Jeden nawet zapragnął Halkowej stopy ale… hmmm cóż… była to jego ostatnia wieczerza. Haluta uczciła jego zacny żywot krwiopijcy głośnym plaśnięciem.
Pokuśtykałyśmy na huśtawki. Czego jak czego ale pacierza, piwa i placu zabaw nie odmawiamy nigdy… sobie ani innym.
Z nogami w powietrzu trajkotałyśmy nadal nieustająco obserwując obściskujące się wszędzie parki zakochanych:

Halka – Myślał by kto, że to dla dzieciarni huśtawki a tu same pary 😉
Bajka – Noo… my też kurde sparowane. Ale cóż – my po prostu pasujemy do siebie, hyhy
Halka – No ba!
Bajka – Ty wiesz co lala. Ty weź zmień se płeć… albo ja zmienię…
Halka – ??!!
Bajka – Żeby było no wiesz… po bożemu 😉

Nasz dziki rechot prawdopodobnie wypłoszył z parku wszelkie ptactwo, wiewiórki i dzikie koty a Haluta prawie spadła z huśtawki.

Sielską atmosferę zepsuł nam zbyt silny zmył powonienia. Innymi słowy coś straszliwie śmierdziało. Wytrzymawszy kilka minut, zwiałyśmy stamtąd w podskokach. Jeszcze chwila bowiem a niechybnie dołożyłybyśmy nieco swego bogatego wnętrza do tego malowniczego parkowego krajobrazu.

Halka – Ale tam waliło
Bajka – No strasznie
Halka – Jakby ktoś się porzygał
Bajka – To była kupa
Halka – Eeee. Rzygi na pewno. Mówię ci, że rzygi
Bajka – Chodź sprawdzimy ;))
/dziki rechot reaktywacja/
Halka – Kuna! Rzygi Marlej! 😉
/rechot ocenzurowano w trosce o dobrą perystaltykę jelit czytelników… ale z pewnością był dziki/

Podreptałyśmy dalej posiłkując się dropsami Airwaves na szybsze zapominanie węchowych doznań. Miło spacerować wieczorem, gdy noc jeszcze młoda a mimo późnej godziny na dworze widno. I ten jaśmin obłędny we wszystkich zakamarkach skóry 😉 Przemyślenia różnorakie przerwał nam nagły skowyt. To tylko jakiś pan w pobliskim barze kakaoke śpiewał ‚Jolka Jooolkaaaa pamięęęęęętasz’ a śpiewał tak, że aż łzy w oczach stawały… z bólu. Pan bowiem miał rejestry niczym pijany nietoperz echolokację. Dzisas 😉
Humor nam się wyostrzył niczym zestaw noży z kosmiczną technologią krojenia gwoździ.

Bajka – Ale daje czadu. Jak orkiestra rozpaczliwie szarpana.
/tu nastapił chichot synchronicznie wymienny pomiędzy nami, którego żadne onomatopeje nie są w stanie oddać, nawet jakby się spiły porzeczkowym winem babci Stefy/
Halka – Orkiestra dęta, rżnięta i dmuchana.
Bajka – Hmmm. No z tym dmuchaniem i rżnięciem to wiesz… czemu nie 😉 ale żeby dąć to nie… nikt mnie jeszcze nie dął, hyhyhy

Cycki nam opadły 😉
Haluta się złożyła prawie uklękła ze śmiechu, ja się popłakałam. Czyli pełen serwis. My to jednak jesteśmy zdrowo powalone… poniekąd oczywiście tylko. Żeby nie było 😉 I chyba dobrze nam z tym.
A pan? Pan rył, wył i kwiczał dalej prezentując swoje rejestry w świetnej praskiej akustyce baru karaoke.

Wracałam z uśmiechem. Już zdążyłam zapomnieć jakie to przyjemne. Powietrze aż drżało od wyładowań. Ciężkie, gęste, gorące. Takie, co to wdziera się pod skórę i tańczy w krwioobiegu. Takie, którym oddycha się przez zapomnienie. Szaleństwo wisi w powietrzu. I jeszcze chwila a niebo pęknie. Chmury pełne deszczu. Pękne i groźne jednocześnie. I jaśmin pachnący coraz upojniej, jakby chciał zdążyć z narkotycznym odurzeniem przed burzą. Nucę sobie ‚bo we mnie jest seks…’. Liczę sekundy od grzmotu do błyskawicy. Napięcie powietrza uzależnia. W taki wieczór słowa są zbyt proste. W taki wieczór szkoda życia na sen. Zdążyłam z pierwszymi kroplami. Ciężkimi od dnia, który właśnie się kończy. I już nie liczy się nic.
Kocham burzę… bosymi stopami

Jakby było mało

Jakaś menda włamuje się na blogi. Próbuje ukraść, zmienić hasło i hulaj dusza piekła nie ma. Złapałam w porę. Dzięki ci intuicjo za statystyki i blokady i przekierowania mailowe. Hasła pozmieniałam i teraz prędzej się zaciukasz zardzewiałym grzebieniem zanim ci sie uda gnojku. Ale lojalnie ostrzegam – jak cie dorwę to nogi z tyłka powyrywam aż web z płucami odleci albo wersja espeszaly for ju – wyrwę ci głowę i nasikam do szyi! A znajdę cię jak nic. Obiecuję.

A do czytelników posiadających jeszcze blogi apel – zmieniajcie sobie hasła ino szybko – najlepiej na takie literowo-cyfrowe mieszane. C2H5OH nie polecam – za banalne – ale coś w tym stajlu. Zawsze to jakieś utrudnienie. A po co sie podkładać. I jeśli ktoś ma jedno hasło do wszystkiego – bloga, konta mailowego, statystyk itp itd… to życzę mu szczęścia i powodzenia z nowym blogiem bo stary prawdopodobnie mu ukradną. Ja wiem, że to ułatwienie dla właściciela, bo mniej w pamięci mieć trzeba, ale dla złodzieja to również prezent.
Przemyślcie i zmieńcie co trzeba.

Powodzenia
Bajka + jej wkurw przestrzenny

Ty mnie uśmiechu nie opuszczaj… zwłaszcza teraz

Haluta
Marzę o Bradleju łydce
niech no się tu zbliży szybce
jak się w rece me dostanie
to niech zadrżą inne panie
Bajka
Ale On o innej pani
co ją Głynet miała za nic
już swe pisze epopeje
aż się cała Troja chwieje
Haluta
(refren)
Szabadabada makolągwa
przydałby się Jacek Łągwa
Ich Troje i ja
szabadabada
Bajka
Drży w kolanach Piękny Marian
że go Bradlej nie wytargał
a on Go by za tę łydkę
smyrnał lekko całkiem w pipkę
Haluta
Bradlej Bradlej łydka Twa
tyle sexu w sobie ma

(tu spadłyśmy z krzeseł i prawdopodobnie pozdrawiamy z podłogi śpiewając ‚szabadabada makolągwa’)

Haluta
camon bejbe gimmi jor łydka
Bajka
gimmi ol jor łydka
tunajt
Haluta
aj nid jor łydka as macz as jor rest
Bajka
ol aj nid is łydka pam param param
ups aj did łydka egein
Haluta
coś łydka is around mi
and ol oj fink is łyyyyydka yors
Bajka
łudż ju kol maj łydka if aj soł ju in kolano
Erik Klapson
is de best łydka in de łorld

Stop-klatka

Jestem.
Półprzezroczysta jestem i niewyraźna.
Ale jestem.
Szukam motywacji jeszcze.
Więc może przestanie być tak parszywie.

Delete zabolał.
Takie dziwne drżenie we mnie. Że niby nic… tylko trochę linijek tekstu… jakieś wynurzenia bzdurne. A jednak zabolał.
Może więc jeszcze nie teraz, co?
Może w końcu się uda.
W końcu gdzieś musi być jakaś cywilizacja.
Trzeba być odpowiedzialnym za to co się oswoi. Choćby się oswajało tylko słowem… anonimowym, pojedynczym, pozornie mało znaczącym.
Wstydzę się własnych słabości.
Nie wiem czy kiedykolwiek dorosnę do tych wszystkich poprzeczek, które sobie ustawiłam.
A czasem już prawie wydaje mi się, że nic mnie nie złamie. Nie po tym wszystkim. A jednak.
Wstydzę się wielopoziomowych dołów, które zawsze powinnam pokrywać uśmiechem… żeby nikt nie widział tego co parzy pod skórą.
Mokre poduszki suszyć oddechem.
Nie wychodzi mi czasem.
Bardziej niż zwykle.
Żałosne?
Ale się uczę.
Jeszcze półprzezroczyta, ale…
Jestem.

3 2 1 0 .

Nienawidzę nie czuć się silna jak Roman B.
Nienawidzę gdy jestem żałosna i spragniona ciepła.
Gdy się rozczulam przy piosenkach nienawidzę.
I gdy w kinie płaczę nie w tych momentach, w których bym chciała.
Nienawidzę upodabniać się do paprotki w przychodni.
Wysychać nienawidzę.
I uzależniać się od innych.
Nienawidzę zastrzyków.
Nienawidzę musieć.
Nienawidzę gdy nie mogę jeździć na rowerze.
Nienawidzę gdy latem jest jesień.
Nienawidzę tak drogich i wodnistych owoców.
I brudu za paznokciami kasjerki w cukierni.
Nienawidzę adaptacji do rzeczywistości, z którą się nie zgadzam.
Nienawidzę sama krzyczeć ‚dość’!
Bezsilności nienawidzę.
Nienawidzę gdy rano budzę się w tym samym miejscu.
Nienawidzę kokonów.
Nienawidzę gdy bolą mnie nawet paznokcie.
I końcówki włosów do podcięcia.
Nienawidzę chamstwa, bezdennej głupoty, klapek na oczach.
Nienawidzę utartych formułek.
Stereotypów i uprzedzeń, którym ulegam w zgodzie z naturą i resztą chorego wszechświata.
I krętactw nienawidzę.
Nienawidzę wspomnień, choć bez nich nie chciałoby mi się żyć.
I myślenia pomiędzy wierszami, którego już się nie oduczę.
Nienawidzę światłocieni udających blask i swojej nadwrażliwości.
Masek nienawidzę i manipulacji, które widzę z wyłączonymi zmysłami.
I braku starań o to by być kimś lepszym.
Pytań ‚a co to właściwie są wartości’?
Permanentnego braku nienawidzę.
Nienawidzę tak się czuć.
Nienawidzę samotności.
Nienawidzę nienawidzieć.
Zwłaszcza siebie.

Wszędzie klatki.
Klatki słów, obrazów, znaczeń.
Pułapki na motyle.
Powiedz mi co ci sie śniło a będę wiedzieć jak cię wykorzystać.
Sto sposobów na udane konfabulacje.
Koloryzowanie od A do Z. Dla opornych. W weekend.
Dmuchana Matka Teresa po liftingu. Za jedyne 999.99 w promocji świątecznej w sierpniu.

Wczoraj, dziś i jutro – wszystko jest względne, papkowate, rozmydlone.
Szary papier, szare mydło, szara masa.
Dwadzieścia siedem odcieni szarości gdy pragnę barw, nasycenia, pełni. Światłoczułość mi na imię.
W końcu ja też mogę po prostu chcieć wrzasnąć KURWA! nie zważając na poprawność językowo-polityczno-społeczno-dewotyczną i mieć głęboko w tyle wszystkie konwenanse.
Co do jednego.
I pieprzyć wszystkie oburzone spojrzenia. Z przytupem. Z fasonem.
Boso ale w ostrogach.

Takie moje luźne przemyślenia.
W końcu tyle blogów dookoła.
Więc może by tak wcisnąć delete?

.

Te baby to jednak głupie są

Wściekła żona szła 90 kilometrów pieszo.
Ja się zastanawiam czy ona faktycznie taka durna czy tylko mnie się wydaje. Co innego się wściec jak nie przymierzając dziki pies na prerii po zderzeniu z kaktusem a co innego pokazać kluczyki do pustostanu we własnej czaszce i zamiast dobrze się rozejrzeć/ zadzwonić/ próbować złapać stopa/ poprosić o pomoc policję/ pójść leżeć krzyżem do najbliższego kościoła (niepotrzebne skreślić)… zaiwaniać z buta bawiąc się w Korzeniowskiego bez lat treningu.

Pewna Niemka przewędrowała pieszo 90 kilometrów, ponieważ myślała, że mąż odjechał bez niej ze stacji benzynowej.
O losie! Nietórzy definitywnie nie powinni myśleć. To im szkodzi.

Małżonkowie zatrzymali się na jednej z dużych stacji benzynowych przy autostradzie. Kobieta po wyjściu ze sklepiku nie zauważyła samochodu stojącego na parkingu za budynkiem stacji. Rozwścieczona wyruszyła w pieszą podróż do domu.

Po 15 godzinach kobietę znalazła policja, którą zaalarmował mąż zaniepokojony nagłym zniknięciem żony. Była wycieńczona.

Gdyby za głupotę dawali nagrody ta pani z pewnością dostałaby Order Odrodzenia… tylko do licha nie wiem czego.
😐