Sentymentalna jestem psia kostka

Pamiętacie taką reklamę w tiwi – to o jakiś telefon komórkowy z aparatem cyfrowym i wodotryskiem chodziło…

Siedziała sobie para. On i ona. Ona jakaś taka smutna. On nie mógł patrzeć, że ona taka. Dał jej całusa i pognał gdzieś. Ona została smutna jak była. Wrócił po jakimś czasie (w reklamie to zawsze tylko moment bo cenne sekundy lecą) i dał jej do łapy ten telefon właśnie co by sobie fotki pooglądała. A tam… całe dzikie stado zdjęć, na których pozornie błahego znaczenia, nie niosące ze sobą żadnych emocji przedmioty układają się w uśmiech. A to ozdobne słupki przed hotelem połączone kolorowym sznurem, a to warzywa na targu gdzie oczami są pomidory a uśmiechem kabaczek, a to drzewa z daleka do złudzenia przypominające uśmiechnętą mordkę. I on to wszystko dostrzegł i sfotografował dla niej… by jej humor poprawić. W kolejnych klatkach było widać jak twarz jej się pięknie rozjaśnia. Uśmiechnęła się. Do niego i do tych zdjęć co były tylko dla niej. Dał jej cały świat zamknięty w jednym głupim telefonie komórkowym.

Pamiętam, że dopiero po chwili zauważyłam, że płaczę…
Żałosne… rozbeczeć się na reklamie…

‚Cut my life into pieces…’ śpiewa mi w głowie Papa Roach.
A teraz dałabym się zabić za ‚Everything About You’… szkoda, że nie wiem czyje. Za ten rozdzierający mnie na strzępy głos i za całość, która sprawia, że mam na plecach ciarki jak całe mrowisko.
Mam chyba układ współczulny z gitarowym riffem. Znów nie wiem kiedy…

Kap.. kap.

Co do zlotu

We czwartek, czyli jutro u Awitki zlot – tym co zapomnieli przypominam.
Liczę na to, że wystartujemy koło 21-22 i wtedy będą już wszyscy, którzy chcą i mogą przybyć. Nie wiem czy planujecie być wcześniej czy nie bo żadnych pytań nie było. Ja egoistycznie zaznaczę, że preferuję 22 bo wtedy sama też będę.
Mój chór koncertuje w Ciechanowie więc do 21.00 nie ma mnie w Warszawie (na tę godzinę planowany jest powrót). Potem jedziemy z Halą do Awii i zamierzamy dobrze się z Wami bawić. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać jak wyjemy (aczkolwiek repertuar patriotyczno-narodowo-wyzwoleńczy to nie jest to co tygryski lubią najbardziej) to wyruszamy o 16.00 z Koszykowej 80.

Mam nadzieję, że przyjedziecie
Smutno nam tu jakoś ostatnio

Bajka

Niech ktoś mnie uszczypnie !

Błagam… chcę się już obudzić.
Ten dzień to musi być jakiś parszywy zły sen.
Tam na górze ktoś musi mieć ubaw po pachy.
A ja? Ja już nie mam nawet chusteczek…
Jak dotrwam jakoś do wieczora to się własnoręcznie uduszę… z radości, że to już.
Wolałabym, żeby DZIŚ nigdy nie było.

Szfak

Jak nie umarłam to śpię i nawet chrapać nie mam siły

No to już wiem, że nie czyta. Może się boi, bo wie, że ja wiem (bo niby kurde jak nie wiedzieć jak się spędza dzień cały w jednym ciasnym pomieszczeniu) a jak ostatnio Żona przyszła do firmy to w jej stronę spojrzałam i to wyhaczył okiem swym bystrym i kaprawym. Bo może i patrzeć już nie wolno – a nóż widelec się wyda i trzeba będzie trząść portkami. A może zwyczajnie mu się przypomniało, że kiedyś to my na pieńku mieliśmy, bo ja pyskata a on kurdupel wrednej maści. Kiepskie połączenie. Ale ja zwyczajnie nie pozwolę sobie na pewne rzeczy. I nie zamierzam tego zmieniać. Szacunek przede wszystkim. A jak ktoś mi go nie okazuje to niech nie wymaga go w rewanżu. To akurat transakcja mocno wiązana i nie ma bata by mogło być inaczej. Tak więc nie czyta. A ja mimo tego, że zapieprzam jak pershing na wysokości lamperii, ciągle za mało robię. Jasne. Przychodzę do pracy umalować sobie szpony, poplotkować przez telefon i poczytać Cosmo. Tylko wurwa manikiury mnie nie zajmują bo chyba jakoś nie mam ani ochoty ani cierpliwości, telefonu nie odbieram bo nie mam czasu i mam to wszystko w dupie a od Cosmo wolę Pilcha i to czytanego w autobusie. I szczerze powiedziawszy nawet już nie pamiętam jak się nazywam. Od ładnych paru miesięcy.

Moja praca…

Dotarł do mnie e-mail. Adresowany do mojego przełożonego, moje nazwisko w polu ‚do wiadomości’. Napisał go kolega z pokoju, nasz ‚nadzorca’ i samozwańczy czif. Ten od żony zdradzanej ze stażystką. Pisałam o nim jakiś czas temu. Mimo, że stażystka wyjechała, romans nadal kwitnie. Wolne piątki i weekendy za miastem. Żonie pewnie opowiada o firmowych szkoleniach i o ciężkiej pracy. Fakt przecież wraca coraz później. Telefony, których nie da się nie słyszeć nawet gdyby siedziało się w sąsiednim pokoju a nie dwa biurka dalej. Pytania w stylu: ‚Dostałaś?… Niee?! A ile ci się spóźnia?’ Po paru dniach lepszy nastrój i dowcipy sypane z rękawa. Rzygać się chce. Panoramicznie. Podwójnie bo chcąc nie chcąc biorę w tym udział. Telefonu do żony nie mam. Zresztą nie wiem czy to by coś dało. Musiałaby być kompletnie ślepą idiotką żeby nic nie widzieć. Więc albo by mi wcale nie uwierzyła i jeszcze by mi się oberwało z kilku stron albo uwierzyła i trwała sobie dalej na pozycji męczennicy, którą zdradza mąż. Jak dla mnie to już za wiele się wydarzyło by nic nie zauważyć. Nikt nie jest aż tak krótkowzroczny. Czasem po prostu nie chce się pewnych rzeczy dostrzec.
Ale o czym to ja… Ach już.. E-mail. Krótki. Ot zwykła wiadomość służbowa. Temat ‚premia uznaniowa’. Treść? Proszę o odjęcie premii uznaniowej… bla bla bla… z uwagi na… bla bla bla. Znaczy za mało robię. Za mało…
Znaczy chyba dotarł do bloga po prostu.
Wszystko ma swoją cenę.
Dobrze, że węgiel już kupiłam.
W zasadzie to przyda mi się dieta. Sylwester tuż tuż i choć nie mam jeszcze żadnych planów to co mi tam. Bez trudu zmieszczę się w sukienkę ze studniówki.
Ale przynajmniej święta spędzę bez poczucia, że jestem ostatnim palantem.

Z poważaniem
Ja

Wyniki sondy październikowej

NIE LUBIĘ…

* poniedziałków (21 osób) 10%
* cebuli, wątróbki, szpinaku, fasolowej i rozgotowanego kalafiora (13 osób) 6%
* babć-borostworów w porannych autobusach (21 osób) 10%
* porannych autobusów (6 osób) 3%
rozmiękłych trawników z psimi kupami (28 osób) 13%
* jesiennej burości i ogólnej mocno chandrogennej aury (17 osób) 8%
* wyperfumowanych pudernic kolejkowych w ciasnych, dusznych sklepikach (21 osób) 10%
* głuchego Mordoru w porteflu (28 osób) 13%
* jak pepsi kończy się o 3 w nocy (7 osób) 3%
* budzika (25 osób) 12%
* swojego marudzenia (28 osób) 13%

Zagłosowało 215 osób

A Halka to ma najfajniejszego brata pod słońcem

No bo komu innemu by się chciało drałować do TESCO o północy bo wróciłyśmy lekko nie ten teges z imprezy i chciało nam się pić a lodówka powiedziała ‚mam tylko mleko i jak wam nie pasi to napijcie się wody z kwiatów’. No bo coli nie było. To poszedł Młody do tego TESCO. Sam z siebie zaproponował, chociaż siedział już w samych nachach przed kompem. I lodów nam sie chciało. Mnie się chciało jakichś owocowych (ale nie nie truskawkowych tylko jakiś innych ale jakich to już nie miałam pojęcia – ot traf za babą) a Hali śmietankowych albo waniliowych (ale też nie do końca wiedziała na pewno których bardziej). No i ubrał się Młody i poszedł. I wrócił. Z dwulitrową zimną coca-colą, granatem z tymbarku (moim ulubionym), litrowym sorbetem malinowym i takimiż śmietankowymi zielonobudkowymi. I jeszcze desery takie budyniowe nam kupił… z bitą śmietaną. I w ogóle. A potem oglądał ze mną wstrętne tiwi, choć przecież ja tiwi nie oglądam, aż usnęłam o jakiejś czwartej. O czwartej na pewno bo o 3.30 jeszcze śpiewałam w wannie. Hala już zaległa wcześniej. A mnie jeszcze nosiło. Jakiś durny film był i te lody i zasnęłam w końcu. A rano Młody zrobił naleśniki. A on właśnie robi najpyszniejsze naleśniki. I całą górę. I w ogóle. Bosko jest. I każdemu kogo lubię bym życzyła takiego brata. Sama sobie bym życzyła. I to nawet nie brata. Gdyby Młody tylko taki młody nie był 😉 To na pewno przez te naleśniki. Pyszności. Zjadłyśmy z Halą po kilka ciepłych jeszcze, wypiłyśmy pyszną kawę (dwie nawet – po jednej dla każdej), przed nami wariacje z dwusmakowymi morożenymi co to ich wczoraj na szczęście całych nie opędzlowałyśmy i jeszcze te deserki. A potem idziemy z moją Zuzą na Rybki z ferajny i będzie nam dobrze…

Tylko czemu mi tak smutno?

Pewnie wykasuję

Czy śmiech przez łzy jest jeszcze śmiechem? Czy już oszustwem? Udawaniem przed samym sobą, że jest dobrze, że wszystko się ułoży, będzie ‚jakoś’… Tylko jak się ciągle walczy żeby było ‚jakoś’ to to ‚jakoś’ już bokami wyłazi i sapie ze złości. Już by się chciało żeby w końcu jeden jedyny raz było ‚dobrze’… po prostu dobrze. Zawsze walczę. O ‚jakoś’. Co się takiego stało, że tak obniża się próg tych potrzeb? Dlaczego kiedyś zależało by było najlepiej a teraz wystarczy już samo ‚jakoś’? Chaos. Mam w głowie chaos. Pogubiłam się. Znów nie sypiam nocami, w dzień sypiam… na jawie, nieobecna jestem, za dużo myślę, analizuję. Nie chciałabym by życie było mniej skomplikowane. Ale chciałabym być mniej skomplikowana dla samej siebie. Trudno mi się ze sobą żyję. Byłoby pewnie łatwiej gdybym się lubiła choć trochę…
Pytam i nadal nie wiem. Czy śmiech przez łzy nadal jest śmiechem? Czy to tylko taka maska. Czy nawet jeśli choć na chwilę pomaga, koi, uspokaja, pozwala odetchnąć, wysmarkać nos, spojrzeć w lustro i przemyć te zapuchnięte oczy… tylko na moment… czy już nie jest wart tego by być takim okruszkiem, który zmagazynuję na cięższe czasy. I potem będę wracać do niego, odgrzebywać, cieszyć się, że był. Żyję przeszłością? Tak. Podobnie jak i teraźniejszością i przyszłością. Teraźniejszością żyję najpełniej. Jestem tu i teraz. Czasem płaczę. Częściej staram się uśmiechać. Wychodzi różnie ale wierzę, że jeśli powtórzę tysiąc razy… to kiedyś uwierzę. Staram się. Mocno. Tu i teraz. Przyszłością nie żyję. Łagodnie mi tłumaczą, że nie warto. Łagodnie bo po co panikować. Każdy czeka na jakiś cud. Każdy. W tym jesteśmy podobni do bólu. A co dalej? Kto to wie niech pierwszy rzuci… się na wiatr. Fałszywi prorocy i walka z wiatrakami mają wspólne ogniwo. W obie sprawy wierzy się póki jest nadzieja. A jak wiadomo ona zawsze odchodzi ostatnia. Jak kapitan tonącego statku. Czyli wiara w fałszywych proroków i wiara w sens walki z wiatrakami jest najsilniejsza. Paradoks. Najbardziej wierzymy w rzeczy zgóry skazane na niepowodzenie. Może własnie dlatego, że w nie nie wierzy już nikt…
Czy śmiech przez łzy nadal jest śmiechem?
Nie wiem. I nie wiem kto zna odpowiedź.