Pamiętacie taką reklamę w tiwi – to o jakiś telefon komórkowy z aparatem cyfrowym i wodotryskiem chodziło…
Siedziała sobie para. On i ona. Ona jakaś taka smutna. On nie mógł patrzeć, że ona taka. Dał jej całusa i pognał gdzieś. Ona została smutna jak była. Wrócił po jakimś czasie (w reklamie to zawsze tylko moment bo cenne sekundy lecą) i dał jej do łapy ten telefon właśnie co by sobie fotki pooglądała. A tam… całe dzikie stado zdjęć, na których pozornie błahego znaczenia, nie niosące ze sobą żadnych emocji przedmioty układają się w uśmiech. A to ozdobne słupki przed hotelem połączone kolorowym sznurem, a to warzywa na targu gdzie oczami są pomidory a uśmiechem kabaczek, a to drzewa z daleka do złudzenia przypominające uśmiechnętą mordkę. I on to wszystko dostrzegł i sfotografował dla niej… by jej humor poprawić. W kolejnych klatkach było widać jak twarz jej się pięknie rozjaśnia. Uśmiechnęła się. Do niego i do tych zdjęć co były tylko dla niej. Dał jej cały świat zamknięty w jednym głupim telefonie komórkowym.
Pamiętam, że dopiero po chwili zauważyłam, że płaczę…
Żałosne… rozbeczeć się na reklamie…
‚Cut my life into pieces…’ śpiewa mi w głowie Papa Roach.
A teraz dałabym się zabić za ‚Everything About You’… szkoda, że nie wiem czyje. Za ten rozdzierający mnie na strzępy głos i za całość, która sprawia, że mam na plecach ciarki jak całe mrowisko.
Mam chyba układ współczulny z gitarowym riffem. Znów nie wiem kiedy…
Kap.. kap.