Prezenty

Mój Syn każdego dnia dostaje ode mnie miłość. Trudną. Bo pełną ciężkiej pracy i zmęczenia. Pełną. Bo to co zdobyte bez trudu zwykliśmy cenić znacznie niżej. Wartą każdej ceny. Bo odwzajemnioną. I to tak jak tylko można sobie wymarzyć. Każdym uśmiechem, nową śmieszną miną, dziwnym zlepkiem zgłosek i okrzykiem zdumienia – prawie jak: ‚patrz ile już umiem, mamo’. Miłość to trudna, bo trzeba się jej nauczyć. Nie pojawiła się sama i kłamią te wszystkie szalenie mądre poradniki, że ona przychodzi, robi wielkie bum i już jest się wzorcową samicą z instynktem w jednej kieszeni a łagodnym uśmiechem w drugiej. Na wszystko trzeba zapracować. Zwłaszcza na miłość. Tylko w tym przypadku na miłość DO. Dziecko kocha bezwarunkowo. Mamy to już na starcie. Pewniak. I nie wiem jak trzeba się starać by tę miłość stracić ale nie zamierzam sprawdzać. Sprawdzają tylko ci co na nią nie zasługują. Ci nigdy nie powinni mieć dzieci. Zapracować trzeba na to by nauczyć się kochać. Tak prawdziwie. Żeby umieć oddzielić od siebie problemy, i rutynę, i trudną naukę ‚obsługi’ nowego człowieka, który nie miał w komplecie instrukcji, od tego co się czuje. Odróżnić ważne od ważniejszego. Trzeba pozwolić sobie też na złość, smutek, zniecierpliwienie czy poczucie bezsilności, bo inaczej nie zrobimy miejsca dla kochania. Mądrego kochania. Świadomego tego co dobre i przyjemne ale i tego co boli. Przeżyliśmy już początek a ponoć początki są najtrudniejsze. Igor rośnie, z każdym dniem wydaje się bardziej rozumnie spoglądać na świat, uśmiecha się do moich dziwnych opowieści o kosmosie i wydaje dźwięki, od których ze śmiechu boli mnie brzuch. Rozgadana bestia się zapowiada. I chyba lubi Bukowskiego. Przynajmniej lubi słuchać gdy go czytam na głos. Mało dziecięca literatura, wiem. Ale na bajki przyjdzie jeszcze czas. A wracając do uczuć to chciałabym aby Młody wyrósł na mądrego faceta. Takiego, który nie będzie się wstydził mówić ‚kocham’… i kochać. Jeśli uda mi się go tak wychować, to będzie najwspanialszy prezent jaki kiedykolwiek mogłabym sobie wyśnić. Może i wrażliwcom żyje się trudniej, może i trzeba mieć w zestawie twardy tyłek i niekończące się pokłady wiary w ludzi i pogody ducha ale nie wyobrażam sobie życia w inny sposób. Bo co to za życie. Jeszcze zdąży być twardym. Życie go nauczy. Ja nauczę go kochać. I patrzeć na świat widzącymi oczami. Widzącymi poezję w śmietnikach. Taki mam plan. Tymczasem śpi a ja głaszczę go po głowie i tłumaczę sens zakładania czapki gdy wychodzimy na dwór. Bo nie lubi. Ja w prezencie dałam sobie spacer. Jak co dzień. Wczoraj w parku na zamarzniętych jeziorkach szaleli łyżwiarze. I padał piękny śnieg. Dziwny, powolny, sypki. Pod słońce wyglądał jak sztuczny. Takie trociny dla nowożeńców z okładki kolorowego pisma. Nierealne. Bezszelestne. A słońce zrobiło z tych opadających kawałków zimowego nieba takie śmieszne połyskujące biało czapeczki dla drzew, ławek i krzewów w alejkach. Szadź. Jak z pocztówki. Dziś wróciły kaczki.

Moczydło zimą
Moczydło zimą

aaa

mam dość

proszę mnie uśpić i oddać do badań
natychmiast

chciałabym mieć w lodówce martini
a nie liście kapusty
i mokre pieluchy

to całe macierzyństwo czasem srał pies

i już wiem czemu niektóre gatunki zjadają swoje młode
żeby przestały się drzeć

Żeby nie było

W naszej kamienicy są trzy klatki schodowe. Do każdej klatki schodowej (swoją drogą dość idiotyczna nazwa) przynależą cztery kondygnacje, które mieszczą po czworo drzwi każda (wyłączając parter bo tam drzwi jest dwoje z uwagi na piwnicę, wejście, skrzynki na listy i takie tam). I każde z tych drzwi posiada numer mieszkania bądź tabliczkę z nazwiskiem (co zdecydowanie ułatwia orientację gościom, akwizytorom i przygodnym seryjnym mordercom). Każde prócz naszych… Do wczoraj. Od dziś przygodni seryjni mordercy mogą się kierować na azymut:

Bajtki małe dwa

Mam nadzieję, że lubią zupę ogórkową 😉

Darek – łowca… koparek, czyli nowomowa dyrygenta

Byliśmy z Obywatelem na próbie chóru. Niespotykanie grzeczne dziecko. Jak zwykle przy innych. Nie wiem jak to się dzieje, ale wystarczy gdzieś się z Nim wybrać by z Wrzaskuna przemienił się w potulnego aniołka o zabójczo bezzębnym uśmiechu i niesłychanym wdzięku osobistym. Kobiety wręcz zabijają się by go dotknąć lub potrzymać na rękach a mężczyznom imponuje to w jaki sposób beka. W dodatku wszystkim się to podoba. Nawet mnie. To straszne. Mam syndrom matki i choć pewnie nie powinno, zaczyna mnie to przerażać. Jak zacznę do Niego słodko pogruchiwać, seplenić i wymyślać sprzętom domowym nowe, idiotyczne nazwy, proszę mnie dobić. Byle skutecznie.

Żeby całkiem nie zamienić się w mentalną rzeżuchę czytam książki i staram się jak najwięcej przebywać z ludźmi, którzy etap pieluch mają już dawno za sobą. Dlatego chór ratuje nas oboje. Młodemu dobrze bo lubi mieć widownię, mnie dobrze… po prostu. Ostatnimi czasy męczymy kolędy. Świąteczny czas, koncerty, bla bla bla. Dyrygent bezskutecznie próbuje wydobyć z nas muzykę a my równie bezskutecznie próbujemy szukać jej na suficie albo w plotkach z sąsiadem. Biedny Darek dwoi się i troi a chór i tak śpiewa po swojemu. Na ogół inaczej niż w jego wizjonerskim zamyśle. Nawiasem mówiąc to normalne o tej porze roku. Przy kolędach zwykle w styczniu następuje już zmęczenie materiału a chórzyści boją się otworzyć lodówkę w obawie przed pastuszkami co w żłobie leżą czy jakoś tak.

Dziś Darek nie wytrzymał:

– No co to takie zaleciane?!

Na sali konsternacja. Nikt nie wie o co chodzi ale na wszelki wypadek udajemy, że się boimy. Żeby nie było. Dyr jest znany z ciekawych sformułowań i skrótów myślowych ale teraz czeski film po prostu. W końcu odzywa się jakiś nieśmiały głos z tylnego rzędu:

– Jakie???
– No… za szybkie!

No. To przecież oczywiste 😉

Ps. Cytat z reklamy nadawanej w porze obiadowej w telewizji: ‚moje zaparcia są naprawdę trudne’… Urocze. Doprawdy. Leżę i kwiczę 😉

Wszędzie muzyka

Za oknem jest szaroburość. Ładna. Taka przytulna, choć wszyscy mówią, że odpycha. Co prawda teraz szaroburość jest rozbielona, bo zima, bo styczeń, bo śnieg, ale i tak ją lubię. A ona lubi mnie. Mało kto lubi brudne podwórka. Jestem więc mało kto. I patrzę na podwórko zapadniętymi oczodołami starych piaskownic, które dawno już nie pamiętają dziecięcych zabaw i ze starymi ludźmi w pustych oknach kamienic, którzy pamiętają wszystko. Wszystko prócz tego jaki dzień mamy, jaki ustrój, jaki świat. Zazdroszczę. Też chciałabym. Tak uciec w niepamięć. Od zaraz. Łatwiej. Za oknem są drzewa. I karmnik na chłodne dni. I sznur ptaków rozpięty na pięciolinii. Pięciolinia jest pod napięciem ale ptaki dobrze wiedzą jak na niej brzmieć. Fałsz to dwie struny na raz. Żaden nie fałszuje. Ptaki mają siódmy zmysł. Szósty mam ja. Gdy słucham muzyki.

Z głośników Waglewski mruczy mi do ucha to co sama czuję. Zawsze wie co powiedzieć. Pewnie dlatego nigdy nie spotkaliśmy się w lepszych czasach. Lubi go mój Syn. I szaroburość. I te ptaki na pięciolinii. I lubię go ja. Za tę wiedzę i za głos. Za muzykę. On wie jak poruszyć te struny co we mnie. Do szczęścia. Do bólu. Radio czuje. Pogłaskałam je dziś po grzbiecie całkiem przelotnie. I chyba bardziej z przyzwyczajenia. Ale czuje. Gra pod myśli i pod cały ten środek. Bo w środku wszystko drga. Rozsmakowało się w muzyce i porusza w jej rytm. Znów mieszczę się w jednym dźwięku. Cała.
Igor śpi słodkim snem niemowlaka niepokojonego tylko echem swojego pierwszego zęba. Rośnie i On i ząb. Przez sen. A we mnie to rozedrganie. Z głośnika sączy się świat. Po ścianach. Po plecach. Taki mój. Wygłaskany. Zza okna przytula się szaroburość. Ptaki już dawno przestały grać. Zmierzcha. Smutno jej. Odtulam. Wiem. Mnie też. Nie mówię nic, bo nie. Dziwnie jest mieszkać w lodówce. Zimno. Zimniej coraz. I tylko nie wiem czemu oczy mi się pocą.

O staniu na głowie

W weekend wymarzyłam sobie barszcz. Z całym mnóstwem buraków, gęsty, z ziemniakami w kostkę krojonymi, gorący, pieprzny i z majerankiem. Własnoręcznie wyczarowany w największym z posiadanych garnków. Po brzegi. Tak jak lubię. Nic prostszego – pomyślałam. Co prawda nigdy wcześniej barszczu akurat nie gotowałam, ale cóż może być trudnego w przyrządzaniu kolejnej zupy. Na pierwszy rzut oka nic. A drugie się zawsze przymruża.
Zakupiłam wszelkie potrzebne wiktuały przedarłszy się uprzednio z obywatelskim wózkiem przez pamiętne sobotnie zaspy. Przemknęłam przez sklep lotem koszącym 600 beretów na sekundę bo Wrzaskun już zaczął sobie przypominać czemu zawdzięcza swój przydomek, pognałam do domu i wtaszczyłam wszystko na górę. Uff. Po okiełznaniu dziecka i jego wytworów zabrałam się za własne, te zupne. Bo ja, trzeba przyznać, mam ogromną słabość do zup. Posiłki drugodaniowe są rzeczywiście na mocno drugiej pozycji. Talerz zupy to jest to. Ale dobrej. Postanowiłam więc zrobić mój ulubiony, pierwszy Barszyk Palce Lizać. Jak postanowiłam tak postanowiłam, nie pozostawało zatem nic tylko wziąć się do roboty. Z garnkiem nie było problemu bo mam całe trzy, z czego tylko jeden nadaje się do gotowania zup bo dwa pozostałe to dość małe rondle. Potraw dla krasnali ogrodowych nie przewidziałam, więc wybrałam ten jeden. Wszystko szło super i w ogóle już chciałam zachwycić się swym kulinarnym talentem, ponieważ udało mi się upchnąć w garnku wszystkie te specjały (a z uwagi na ograniczoną pojemność i nieograniczony apetyt to proste nie było), niczego nie zalać i nie puścić z dymem… ale… w moim niezmierzonym barszczowym geniuszu w efekcie w zupie obok buraków, kartofli, włoszczyzny i przypraw… miast śmietany do zup, znalazła się ta do ubijania.. co to ją się do deserów kładzie. Słodka. Nosz kurza twarz. Wszystko przez te butelki. Takie same. Różnią się tylko napisem. Ot taki drobiazg. Niby w porządku bo przecież buraki słodkie z natury są, jednak raczej nie preferuję ich dosładzania. Nie pomógł nawet sok z cytryny – barszczyk powędrował sobie w dal. A ja? Ja zostałam smutna i bez obiadu. Na szczęście dziś zrobiłam powtórkę. Tym razem udaną. Ze śmietaną bez dodatku cukru. Wyszło bosko. Garnek zupy zjedzony. Co prawda teraz nie mogę się ruszyć z przejedzenia ale za to cel został osiągnięty. Jak czegoś chcę to stanę na głowie a zrobię. A na przyszłość mam nauczkę by robiąc zakupy z dzieckiem dokładnie oglądać etykietki. Inaczej kiedyś wsypię do herbaty mąkę albo bułkę tartą a zamiast dżemem kanapki posmaruję musztardą.
Dobranoc

'Kobiety się nie rozbiera. Kobietę ubiera się we wstyd'…, czyli o filmach

Gdybym miała w zwyczaju sugerować się przy doborze filmu tytułem, nigdy bym go nie obejrzała. Podobnie jak ‚Zakochanego bez pamięci’ zresztą, który sądząc po tytule powinien być głupawą komedią romantyczną z beznadziejną w dodatku – jak sądziłam – obsadą. Gdybym sugerowała się wszystkim innym, od aktorów, przez kraj produkcji, po muzykę – pewnie też nie. Ale obejrzałam. I nie żałuję. Mało tego, czuję się dość przyjemnie zaskoczona. ‚Czas surferów’ – bo o nim tu mowa – posiada wszystko by móc stać się absolutną kinową klapą i totalnym nieporozumieniem w klasyfikacji: film.
Nie dość, że świeży i polski, to jeszcze komedia. W dodatku sygnowana muzyką, której nie znoszę i sztandarowym naszym amantem-zabijaką o twarzy pozornie nie skażonej myśleniem. Pozornie. Boguś Linda w polskich produkcjach jest na etacie naczelnego zakapiora, sypiącego na oślep wyrazami uznawanymi powszechnie za wulgarne (w dodatku w zaskakujących niekiedy konfiguracjach), będącego największą szyszką w okolicy i traktującego nieodłączne mu kobiety w mało szarmancki, oględnie rzecz ujmując, sposób. Były oczywiście wyjątki ale na tyle rzadkie, że etykietka przywarła i trzyma. Tym milej zaskoczyła mnie jego rola w ‚Czasie surferów’. Dobra, nie drewniana i momentami całkiem zabawna kreacja. Drewniana jest Agnieszka co Maciąg ale na szczęście jest jej mało i tylko wygląda, bo to jedno zdanie w jej wykonaniu ciężko nazwać mową. Cała reszta obsady jest w swoich rolach fantastyczna. Klama – gangster, z którym nie ma żartów (boski Zamachowski) – co poślizgnął się w wannie; Bonus, który zasypia prowadząc samochód odurzony chloroformem a budzi się bez palca, Fifi, co ma alergię na koty i pięści sprzedawców węży i Kozioł – wyjątkowa życiowa sierota i kretyn. Ale zdecydowanie moim faworytem jest Rysiu – akwizytor. W filmie nie przeszkadza nawet muzyka niejakiego Doniu, którego saute jakoś nie trawię choć zapewne ma swoich wielbicieli.
Polecam ‚Czas surferów’ bo to dobra komedia. Nie w myśl zasady: dobre bo polskie, bo ta zasada się ostatnimi czasy w naszej rodzimej kinematografii wyjątkowo rzadko sprawdza. Raczej w myśl zasady, że dobre, błyskotliwe i dowcipne dialogi są warte rozpowszechnienia. Tak jak tytułowy, moim zdaniem całkiem udany, tekst, który jest częścią całej serii pseudofilozoficznych rozmów o kobietach tych ciamajd bawiących się w gangsterów, a które mogą doprowadzić widza do bólu brzucha. Ze śmiechu.
Chcesz dowiedzieć się czemu Rysiu sika na siedząco? Obejrzyj. Moim zdaniem warto. Niby nic a jednak. A Rysiu to już w ogóle na prezydenta. Przynajmniej byłoby śmiesznie w zdrowy sposób.

Jak już o filmach, to na zakończenie dialog:
Kata – Jest coś dzisiaj w tiwi?
Baj – O 20 jest na przykład ‚Masz wiadomość’ z Tomkiem Hanksem i Meg Ryan.
Kata – Nigdy tego nie oglądałam.
Baj – Nie? Całkiem niezłe, tylko ciut za słodkie.
Kata – Tomka Hanksa nie lubię bo zawsze gra w jakiś durnych komediach romantycznych.
Baj – Taaa. Zwłaszcza ‚Cast Away’ albo ‚Filadelfia’ to komedie 😉

Zgrupowanie Radosław kontratakuje, czyli zima fajna tylko drogowcy jak papier toaletowy

Wczoraj były Mamuty. Oba. Znaczy najpierw Mamut Właściwy a Zdzich dopiero później. Nawiasem mówiąc dużo później zresztą. Lubię jak są Mamuty bo przynajmniej mogę sobie odpocząć od kariery kulturysty. Chwilowo bo chwilowo ale zawsze. Nauczyłam się doceniać te rzadkie momenty kiedy to mój osobisty młodociany wielbiciel lamp i parkowego drobiu lotnego wędruje z objęć maminych w babcine tudzież dziadkowe. Oj piękne to chwile. Można na ten przykład skoczyć do łazienki na siku, albo do kuchni na kanapkę, albo w ogóle ze szczęścia, że jest szansa odzyskać czucie w rękach. Korzystam więc ilekroć się takież momenty nadarzają.

Zaczytałam się więc w gazecie, nie pomnę już jakiej ale jakaś ogólnożyciowa była. Było w niej o rodzinie, która kupiła sobie w supermarkecie litrowy soczek tymbarkowy. Soczek miał być pomarańczowy a był… pleśniowy. Rodzinka bowiem soczek (o zgrozo i niesmaku) wypić zdążyła, gdy coś w pustym już kartonie grzechotać zaczęło. Już się ucieszyli z niespodziewanego bonusu od producenta a tu wtopa. I to na całego. Bo niespodzianka owszem była ale chyba nie taka jaką by dostać chcieli. Grzyb pleśniowy to chyba marna zachęta i jeszcze marniejsza nagroda.

Potem przyszedł Mamut Z Dzieckiem Na Ręku i obłędem w oczach (zdążyła się już odwyczaić) i zaczął coś rozprawiać o zawartości mojej lodówki. Marna faktycznie ta zawartość była ale ważne, że w ogóle było tam coś jadalnego z uwagi na warunki pogodowe wybitnie nie sprzyjające zakupowaniu wózkowemu. Krycha spostrzegła też serek wiejski, co to datę przydatności miał na przedwczoraj i dżem, który sprowadził się tu razem ze mną a o istnieniu którego najzwyczajniej w świecie zapomniałam. No co. Wcisnął się był na sam koniec półki i bawił w chowanego. To wygrał. Poszedł do kosza na śmieci. Serek Mamut chciał ocalić:

– Ale wiesz, że to wcale nie znaczy, że on już jest niedobry?
– Wiem. To znaczy tylko, że on już nie jest najlepszy.
– No właśnie.
– Ale jak nie jest najlepszy to ja już go nie chcę. Nie będę trzymać bo potem będzie jak z tym sokiem Tymbarku…
– Jakim barku?? – spytała Mamuta już najwyraźniej zaabsorbowana świeżym a dźwięcznym bąkiem Lokatora

Wieczorem, poprzez śniegi niemal podbiegunowe i zaspy uliczne typowo stołeczne, dotarł zdyszany Zdzich. Powitałam go z radością – w końcu przyniósł całą torbę świeżutkiego ciasta – ale i z niepokojem:

– Już myślałam, że nie przyjedziesz. Cały dzień próbuję się do ciebie dodzwonić a ty nie odbierasz i nie odbierasz. Nie wziąłeś komórki?
– Wziąłem – odparł Zdzich i sięgnąwszy za pazuchę, wielce zdumiony wyjął… pilota do telewizora.

Dodam tylko, że pilot był starego typu, znaczy duży, ciężki i wybitnie mało przypominający zdzichowy komórkofon.

A dzisiaj? Dzisiaj rano wybrałam się na zakupy bo ta lodówka taka pusta i na dwa dni się zaopatrzyć trzeba bo to Sylwester i wszyscy świętują a później będą odsypiać. Sklepy czynne do trzynastej, więc wybrałam się z domu o dziesiątej. Stwierdziłam, że o tej porze to już wszyscy szanujący się gospodarze domów zdążyli poodśnieżać chodniki przynajmniej na średnią przejezdność. Wszystko super tylko najwyraźniej w mojej okolicy są sami ci co to się nie szanują. Zaspy niemal po kolana, ulice na podobnym poziomie i w dodatku z nieba ciągle leci nowa dostawa. Piękna zima. Taka jaką lubię.

Szkoda tylko, że wszyscy ci, którzy mieli spełniać swoje – związane z nią – obowiązki, nawalili na całej linii. Wózek dziecięcy bowiem raczej średnio sprawdza się w roli łopaty do odśnieżania a Bajka w roli napędu. Jakoś jednak trzeba było dostać się do upragnionego pieczywa. W domu zostało się tylko takie mocno już sędziwe i raczej w samoobronie możnaby go użyć niż w charakterze spożywczym. Poprułam więc do przodu przez tę śnieżną pierzynę i grzęznąc raz po raz (bo wózek do połowy pokryty był już śniegiem) wydawałam coraz mniej cenzuralne warknięcia pod adresem służb wiadomych. Umilkłam przed parkingiem, gdzie właściciele aut usiłowali namierzyć swoje pojazdy w zaistniałych białych kopcach. Jedni używali w tym celu rąk i wulgaryzmów, inni postawili na telepatię. Wszyscy jednak byli mało uśmiechnięci. Uśmiechał sie tylko jeden pan. Na mój widok. Wyraźnie go ubawiło to co zobaczył – a musiało być super oglądać zdyszaną, purpurową na obliczu młodą matkę z wózkiem widocznym tylko od połowy wzwyż – bo aż stanął i zagaił:

– Ciężko tak chyba, co?
– Niee, skądże. Ja tak hobbystycznie – wysapałam.
– A nie łatwiej byłoby na saneczkach?
– Nie mam.
– A byłoby łatwiej…
– Łatwiej byłoby gdyby pan pomógł zamiast gadać ale do tego to trzeba uruchomić myślenie. Miłego dnia – uśmiechnęłam się i ochoczo pobrnęłam dalej.

A facet został z otwartą paszczęką na mrozie. Chyba go nie zawieje.. 😉

Zakupy zrobione. Prawie takie jak zaopatrzenie w razie klęski żywiołowej albo najazdu Hunów. Teraz można włączyć opcję Jamochłon i przejść w gastrofazę czynną. Do tej pory występowała tylko bierna i to najczęściej urojona. Można też pogadać sobie z Synem tak od serca bo nikt nie słyszy a on i tak nie spamięta. Może to i lepiej. POsłuchamy sobie dobrej muzyki, pooglądamy coś w telewizorni i przytulimy się… na sen. Jak tylko ucichną petardy.

A dla Was? Dla Was mam życzenia.

Wolnego czasu na sen,
uśmiechu – na dobry dzień,
pogody w duchu,
słońca na dłoni,
żeby marzenia móc łatwo dogonić,
spełnienia tego, co spełnić warto,
początku i końca z tą samą kartą,
supełków, co same się rozwiązują,
i ludzi wokół… co widzą i czują.
Wszystkiego co dobre na nowy rok cały chcemy dziś życzyć i DUŻYM i małym 🙂

Bajka i Igor Smoczkożerca

Wkurw kontaktowy wielopoziomowy

Poszłam zapisać Wrzaskuna do żłobka. Myślałam, myślałam i wymyśliłam, że innej możliwości nie ma. Pewnie, że wolałabym być wzorcową matką z hamerykańskich podręczników wielkich i bogatych dochtorów, co to nie musi łamać sobie głowy i obgryzać pazurów w poszukiwaniu drzwi z napisem ‚wyjście’. Ale nie jestem. Mało tego, wzorcowego to u mnie nie ma nic. Nawet dłonie mam niewymiarowe bo za małe na ‚dorosłe’ rękawiczki. Tak. No to żłobek. Na zatrudnienie opiekunki mnie nie stać. Zresztą po opłaceniu tego wynajmowanego mieszkania zostaje mi całe 500 złotych. Byczo. Zwłaszcza, że bilet miesięczny kosztuje 66. Babcia ze względów oczywistych odpada a innych wersji planu brak. Poszłam więc do tego przybytku dla dzieci, którym starsze panie w beretach straszą młode matki w autobusach.
Pogoda piękna, Młody w wózku, w drogę. Punkt docelowy okazał się bliższym niż przypuszczałam bo o cały przystanek tramwajowy od domu. Bomba. Już się napaliłam jak szczerbaty na zwietrzałe suchary, już sobie zaplanowałam gry-plan, już witałam się z gąską namalowaną na szybie…
Niestety moje zapędy w mig ostudziła Miss Piguła. Ale po kolei. Najpierw drzwi otworzyła Mała Zasuszona. Otworzyła i znikła gdzieś za drzwiami by kontynuować rozmowę telefoniczną. Stałam sobie więc piętnaście minut na korytarzu dzierżąc szczelnie opakowanego Lokatora i czekając na Zasuszoną, co znikła szybciej niż powiedziałam ‚dzień dobry’. W tym czasie zdążyłam się dowiedzieć co będzie jadła, w co będzie ubrana i jak się uczesze na Sylwestra ona, jej mąż, dzieci, teściowa, sąsiadka i pies. Nie wiem czyj bo się pogubiłam. Świetnie. Może skorzystam. Jak już Mała Skwarka paplaninę skończyła i raczyła wyjść, powiedziałam zgodnie z prawdą po co przyszłam.

– Kierowniczki nie ma – fachowo zaskrzeczała Sucha – jest na urlopie – zgromiła mnie wzrokiem, bo jak ja śmiem w ogóle tak przed tym Sylwestrem – ale zawołam pielęgniarkę…

Tu nastąpiło małe deja vu, bo znów musiałam czekać. Tym razem krócej i na kogo innego. Przyszła Miss Piguła. Obejrzała mnie ze znawstwem z każdej strony aż się zastanowiłam czy pod tą czapką to aby na pewno ja mam czyste uszy. Potem zajrzała Obywatelowi w nos i zaprosiła mnie do pokoju zwierzeń. Pokój zwierzeń miał na drzwiach napis ‚sekretariat’ i wystrój ala wczesny Gierek, ale za to Miss Piguła była bez napisu (w przeciwieństwie do mnie się nie przedstawiła) i miała wystrój ala późny Picasso. Sądząc po twarzy bardzo późny. Ruszyłam więc do ataku i wyłuszczyłam cel moich odwiedzin. Trwała Ondulacja zaśmiała się kpiąco półgębkiem i pomachała przed nosem kartką formatu A4:

– Pani wypełni wniosek to pani przyjdzie ALE uprzedzam, że to nie takie proste – zawiesiła głos by spotęgować napięcie. Chyba przedmiesiączkowe.
– A co trzeba zrobić, żeby było? Może dla samotnych matek są przewidziane jakieś udogodnienia? – spytałam.
– Proszę pani, teraz trzy czwarte to samotne – zaśmiała mi się w nos. Ugryzłam się w język żeby nie zdziwić się, że w państwie Romka, Andrzeja i Kaczorów to chyba raczej niemożliwe, bo jak to tak, ale się udało i opanowałam ów myślotok.
– A jakie są realne szanse na przyjęcie dziecka? – zadałam rzeczowe pytanie
– WIE pani, cóż, my mamy AŻ Z WRZEŚNIA dzieci NIE PRZYJĘTE… ale trzeba być dobrej myśli – pocieszyła mnie Piguła
– To może ja od razu tutaj wypełnię ten wniosek – sapnęłam zrezygnowana
– A nie, nie. Bo TU musi być pieczątka zakładu pracy – tu zawiesiła głos i oglądnęła mnie raz jeszcze dodając – pracuje JUŻ pani?
– JUŻ jakiś czas…

Pomyśleć, że trzydziestka za pasem, a jakieś Klempy Urzędnicze nadal biorą mnie za zwykłą siksę po gimnazjum i próbują zbyć byle czym. Tylko jakim prawem. W końcu takim ‚zwykłym siksom’ państwo również powinno zapewnić pomoc.

I znów mi się przypomina kawałek Kazika ‚Polska’… A jeszcze te żłobki i przedszkola, co to i tak tylko dla wybranych, wielcy i możni chcą pozamykać. No ale przecież zostaną prywatne, nie? Brawo.
Nic tylko wybrać się na Wiejską i trenować rzuty pieluchami w dal. Pełnymi oczywiście.

Wtorek

Nieładny ten wtorek. Dobrze, że już się kończy. Było dobrze. Tylko po co był ten telefon. Bez sensu… Teraz siedzę na podłodze pod ścianą w powyciąganych spodniach i wstrętnym staniku dla macior. Wisi mi dokumentnie czy mnie podgląda ten świr z naprzeciwka czy nie. Jestem tak bardzo anty, że nawet gdyby to się oduczy. Siedzę i konsumuję papierowe ręczniki w ilości hurtowej. Konsumuję. W końcu jestem konsumentem. Chusteczki wyszły. Podłość. Siedzę. Włączyłam Nosowską. Banał. Całkiem jak ten tusz co mi się rozpłynął na policzkach. Tandeta. Powinni robić lepsze. Takie, które sprawią, że gdy kolejny raz życie da po pysku, nawet nie mrugnę. Kochany Mikołaju, wróć i przynieś mi taki. I jeszcze hormony, na które zwalę to wszystko. I depresję. Będzie o niebo łatwiej.

Sorry Winnetou. Ochłonę, rozmasuję i pewnie napiszę coś jak dawniej. W końcu szoł mast goł on czy jakoś tak. Szkoda tylko, że tak szybko zapominam jak bardzo boli gdy się spada. Nigdy się chyba nie nauczę…

głupia ja