O staniu na głowie

W weekend wymarzyłam sobie barszcz. Z całym mnóstwem buraków, gęsty, z ziemniakami w kostkę krojonymi, gorący, pieprzny i z majerankiem. Własnoręcznie wyczarowany w największym z posiadanych garnków. Po brzegi. Tak jak lubię. Nic prostszego – pomyślałam. Co prawda nigdy wcześniej barszczu akurat nie gotowałam, ale cóż może być trudnego w przyrządzaniu kolejnej zupy. Na pierwszy rzut oka nic. A drugie się zawsze przymruża.
Zakupiłam wszelkie potrzebne wiktuały przedarłszy się uprzednio z obywatelskim wózkiem przez pamiętne sobotnie zaspy. Przemknęłam przez sklep lotem koszącym 600 beretów na sekundę bo Wrzaskun już zaczął sobie przypominać czemu zawdzięcza swój przydomek, pognałam do domu i wtaszczyłam wszystko na górę. Uff. Po okiełznaniu dziecka i jego wytworów zabrałam się za własne, te zupne. Bo ja, trzeba przyznać, mam ogromną słabość do zup. Posiłki drugodaniowe są rzeczywiście na mocno drugiej pozycji. Talerz zupy to jest to. Ale dobrej. Postanowiłam więc zrobić mój ulubiony, pierwszy Barszyk Palce Lizać. Jak postanowiłam tak postanowiłam, nie pozostawało zatem nic tylko wziąć się do roboty. Z garnkiem nie było problemu bo mam całe trzy, z czego tylko jeden nadaje się do gotowania zup bo dwa pozostałe to dość małe rondle. Potraw dla krasnali ogrodowych nie przewidziałam, więc wybrałam ten jeden. Wszystko szło super i w ogóle już chciałam zachwycić się swym kulinarnym talentem, ponieważ udało mi się upchnąć w garnku wszystkie te specjały (a z uwagi na ograniczoną pojemność i nieograniczony apetyt to proste nie było), niczego nie zalać i nie puścić z dymem… ale… w moim niezmierzonym barszczowym geniuszu w efekcie w zupie obok buraków, kartofli, włoszczyzny i przypraw… miast śmietany do zup, znalazła się ta do ubijania.. co to ją się do deserów kładzie. Słodka. Nosz kurza twarz. Wszystko przez te butelki. Takie same. Różnią się tylko napisem. Ot taki drobiazg. Niby w porządku bo przecież buraki słodkie z natury są, jednak raczej nie preferuję ich dosładzania. Nie pomógł nawet sok z cytryny – barszczyk powędrował sobie w dal. A ja? Ja zostałam smutna i bez obiadu. Na szczęście dziś zrobiłam powtórkę. Tym razem udaną. Ze śmietaną bez dodatku cukru. Wyszło bosko. Garnek zupy zjedzony. Co prawda teraz nie mogę się ruszyć z przejedzenia ale za to cel został osiągnięty. Jak czegoś chcę to stanę na głowie a zrobię. A na przyszłość mam nauczkę by robiąc zakupy z dzieckiem dokładnie oglądać etykietki. Inaczej kiedyś wsypię do herbaty mąkę albo bułkę tartą a zamiast dżemem kanapki posmaruję musztardą.
Dobranoc

4 uwagi do wpisu “O staniu na głowie

  1. a gdzie fasola w tym barszczu? 🙂

    Moi znajomi Ukraińcy do barszczu dodają musztardy zamiast śmietany. Znaczy jak naleją talerz barszczu, dodają łyżeczkę od herbaty musztardy. Skosztowałem, smaczne 🙂

    Polubienie

  2. chopie, a nie czytałeś, że autorka matka karmiaca jest, a?
    a nie czytałeś, że matki karmiace fasoli nie mogą, a?
    to co gupie pytania zadajesz w temacie fasoli?
    I taki potem mówi, że czyta bloga dokładnie ; )

    Polubienie

  3. a wogóle Bajka gotowała barszcz czerwony,
    a b. z fasolą to barszcz się nazywa ukraiński, nie ważne, że tak naprawdę różnią się tylko fasolą.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s