ja wiem, że beczenie nic nie da
i że rano oczy czerwone
tylko szkoda
bo znów coś pękło
za kruchy lód
za mała ja
Miesiąc: Styczeń 2005
Tmavomodry svet
Tracy Chapman łazi mi po głowie w tę i nazad. Nie tupie. Dotyka ledwie końcami palców każdej synapsy z osobna. Połączenia nerwowe zawsze mam czułe jak wnętrze dłoni. Końcem języka dotykam podniebienia gdzie rozpływa się mleczna czekoladka. Nucę od wczoraj bezwiednie i uśmiecham się do szyb i odblasków.
Mam tajemniczy uśmiech. Powiedział pan w autobusie i odśmiechnął się a wszystkie zmarszczki na jego twarzy ułożyły się w wachlarze. Na drugim końcu jego ręki zaczebiotała wnuczka i rozpogodził się całkiem jak lipcowe niebo nad jeziorem. Prosił o skasowanie biletu.
Ufają mi starsi ludzie. Panie w poczekalni zawsze powierzają najskrytsze kulinarne sekrety mojemu notesowi. Bo drobna jestem i jeść dużo muszę. I przyzwyczaić się do mnie można. I bo ode mnie ciepło promieniuje. Tyle go w sobie noszę.
Tylko dłonie zawsze mam zimne. Marznę przedziwnie gdy się już prawie prawie ociepla. Całkiem jakby ciało mówiło ‚dalej dasz sobie radę sama, dalej już nie muszę’ i wyłączało wewnętrzne słoneczko z kontaktu.
Zapadłabym się w poduszkę. Miękką i kochaną. Wtuliłabym się w sen jak w obłok i spała dziecinnym snem kciuka w kąciku ust. Zazwyczaj zasypiam takim samym embrionem jakim się budzę. Obejmuję się rękami. Nie zmieniam położenia ciała. Raz czy dwa poczułam się na tyle pewnie by to zrobić. Potem dłużej zajmowało ponowne przystosowanie. Nie ma powtórek.
Dziś znowu widziałam ten obłok. Stalowy, o jasnych, poszarpanych brzegach. Niebo jak zwykle nic nie zauważyło. Zignorowało drobnym deszczem moje pytające spojrzenia. Burością się zasnuło i miało wszystko tam gdzie ja w poniedziałki. Czy to zmienia poglądy świata przekonanego o niepowtarzalności cirrusów i cumulusów? Wiem, że to ten sam. Nikt inny zdaje się tego nie dostrzegać.
Poszłabym do wewnątrz
Umarłam i straszę
Obcy
pogadamy?
Bajka
wybacz, nie mam czasu
Obcy
a co robisz?
Bajka
pracuję, pa.
Obcy
ok, to innym razem, papa
tydzień później
Obcy
widzę, że nie masz zamiaru się odezwać
Bajka
a powinnam?
Obcy
no nie wiem
Bajka
znamy się?
Obcy
nie ale jakiś czas temu napisałem do ciebie tylko nie miałaś czasu
Bajka
to wiele wyjaśnia bo kompletnie cię nie kojarzę
Obcy
szkoda, że nie napisałaś
Bajka
a pisałam, że to zrobię?
Obcy
nie
Bajka
więc w czym problem?
Obcy
szkoda, że od razu nie powiedziałaś
nie wpisywałbym cię w kontakty
.
.
.
.
Obcy
czemu nic nie piszesz?
Bajka
bo rechoczę
Obcy
ze mnie?
Bajka
nie, jestem zielona, mam wyłupiaste oczy, szeroki uśmiech i panicznie boję się bocianów
Dodam tylko, że wg wizytówki ów pan miał 34 lata a nie jak rozmowa z nim mogłaby sugerować – 14…
Dżizas
Gdyby babcia miała wąsy…
Dzisiejszy poranek niczym nie różnił się od poprzednich. No może tylko tym, że zaspałam jakieś pół godziny. To znaczy chciałabym aby to była różnica. Niestety to standard. Niestety bo bardzo nie lubię się spóźniać.
Z reguły nastawiam budzik na potrzebną godzinę, po czym gdy już ryknie piskliwie jak policyjna syrena, przestawiam go ze stoickim spokojem o pół godziny i dalej oddaję się drzemce, która oczywiście najprzyjemniejsza jest właśnie we wczesnych godzinach porannych. Uprzedzając już rady niektórych dodam, że na nic zdało się nastawianie budzika na pół godziny przed żądanym osiągnięciem pionu. Podczas gdy ja śpię w najlepsze i przytomność umysłu mam na poziomie Żuław Wiślanych, mój wrodzony i nieoceniony poranny spryt intuicyjny przestawiał budzik o… godzinę i dalej pozwalał spać i śnić coraz to ciekawsze sceny.
Tak to właśnie sama siebie mogę przechytrzyć i nie mieć o tym bladego pojęcia póki nie obudzę się z wrzaskiem, że znów zaspałam i nie zacznę szamotać się w poszukiwaniu zaginionej siostry jedynej skarpetki jaką w skarpetkowej szufladzie znaleźć zdołałam. Przy tym ze dwa razy zgniotę kołdrą tudzież inną bielizną pościelową całkowicie spokojnego i w błogim mruczeniu zatopionego Stefana, ze trzy razy go ofukam, że on – znaczy ona – może a ja nie, pomarudzę, że wcześnie/ poźno/ zimno/ buro/ smętnie/ spać mi się chce/ nic mi się nie chce/ marchew zdrożała/ i biomet jest niekorzystny a potem w 10 sekund założę na siebie ubranie, w 9 minut dokonam niezbędnych ablucji, minutę stracę na szukanie kluczy, które zapewne znajdę w lodówce lub w pojemniku z solą kuchenną warzoną i wybiegnę z niedopiętą kurtką, powiewającym na wietrze szalikiem i czapką włożoną na lewą stronę.
Po drodze na przystanek ubieram się zazwyczaj już kopletnie i do ukochanego przez większość warszawiaków środka komunikacji miejskiej – autobusu – wsiadam już jak to mówi Mamut ‚jak człowiek’. Nie chcę myśleć jako kto, lub może raczej co, według niej miałabym wsiadać gdybym stanu skupienia po drodze z uporem maniaka nie zmieniała. Ale to już inna para kaloszy.
Dziś czytałam sobie w najlepsze książkę i nawet miałam wygodne miejsce stojące tuż pomiędzy giętą w okrąg metalową rurką a łokciem zażywnej matrony z dwojgiem pokażnych tobołków, z czego jeden stanowiło wysoce ruchliwe dziecko rasy męskiej o rudej grzywie i wrednym spojrzeniu (ja oczywiście bardzo kocham dzieci ale nie te kopiące otoczenie ubłoconymi walonkami) a drugi całkiem nieruchliwy (o dzięki ci ty, który patrzysz na nas z góry) i wypełniony wiktuałami.
Moje wygodne miejsce stojące nagle zakłócił drugi łokieć a to już było nieco mniej wygodne z uwagi na ograniczenie widoczności bo ów element kończyny górnej był sporych rozmiarów. Właścicielem łokcia przesłaniającego mi 3/4 strony bogato usianej drukiem był nie mniej okazały we wzroście pan z kitką. Kitka dla odmiany była mizerna i postrzępiona a całość – kitki nie pana – związana była frotką w jakże uroczym kolorze różowym.
Z miejsca przypomniał mi się długowłosy metal z czerwoną damską torebeczką z filmu ‚Kontrolerzy’ ale opanowałam rechot i tłumionym głosem zadudniłam w łokieć (ucho właściciela było zdecydowanie za wysoko na mój mizerny wzrost i wygodne miejsce stojące a z lekcji fizyki pamiętam, że kości są wysoce akustyczne). Zadziałało ale połowicznie. Właściciel co prawda zabrał łokieć ale w to miejsce natychmiast pojawił się inny, mniejszy i zapewne damski. Skapitulowałam. W takim tłumie i tak nie dałoby się spokojnie poczytać.
Ostatnie pięć przystanków przebyłam już bez słowa drukowanego przed oczyma za to mierząc się spojrzeniem z rudym, wrednym, kopiącym czymś atakującym mój lewy but. Po pewnym czasie coś się z lekka speszyło i zmieniło obiekt płaczliwie relacjonując zażywnej matronie, że ‚a ona to się patrzy’. Matrona sprawdziła osobiście i zarejestrowawszy, że rzeczywiście ‚a ona to się patrzy’ cmoknęła z niezadowoleniem i z miną urażonego flaminga zasłoniła wredne rude własnym ciałem.
Trudne to to nie było z uwagi na jej dość pokaźną objętość własną a przy tym naruszyło mizerny teren prywatności jakiegoś młodego prawnika (lub absztyfikanta na prawnika) z teczką co to próbował (nawiasem mówiąc bezskutecznie) zmęczyć kodeks cywilny w wersji mocno skróconej, więć nawiązał się zaraz między nimi barwny a wartki dialog pełen imperatywów kategorycznych i epitetów. Tyle, że bynajmniej nie przypominało to lekcji języka polskiego ani zajęć z filozofii. Mili ludzie. Taaa.
Wysiadłam z ulgą, zaczerpnęłam pełnego świeżych spalin powietrza po czym pognałam kurcgalopkiem na tramwaj, który właśnie ruszał z pętli i zmierzał bezczelnie na mój przystanek. Zdążyłam. Przynajmniej tu. W tramwaju było nieco mniej ludzi ale to tylko z uwagi na początek trasy. Za parę minut będzie mocny nadkomplet. Nie dojechaliśmy jeszcze przystanku a już słychać było odgłosy kolejnej słownej utarczki. Ktoś tam warczy, że miejsce siedzące, ktoś inny żeby nie warczeć bo on sobie nie życzy, kolejny głos włącza się, że nie życzyć to on sobie może i już szopka gotowa. Jak ujadające psy.
‚Polska, mieszkam w Polsce, mieszkam w Polsce, mieszkam tu tu tu tu…’ nucę sobie pod nosem a drzewa umykają w miarowym przytupie.
Tramwaj przywiózł mnie pod pracę. Wysiadłam i pomyślałam sobie, że pewne rzeczy są constans choćbyśmy na głowie stawali a pewni ludzie niereformowalni choćby przeszli tysiąc dróg reinkarnacji. A o ile przyjemniej byłoby gdyby mniej na siebie szczekać i mniej warczeć. Gdyby być uprzejmymi bardziej i pogodnymi zamiast od samego rana dawać upust swoim frustracjom i egoizmowi. Truizm? Możliwe, ale czemu taki zapomniany…
I tak mi się przypomniało jak tuż przed świętami, w jeden z najbardziej ruchliwych czwartków w roku, kiedy ludzi na chodnikach i ulicach było tylu co na pochodzie pierwszomajowym dwadzieścia lat temu, ruszaliśmy z Basią i Michałem spod firmy ich samochodem i trzy osoby nie patrząc przed siebie prawie wpadły nam pod koła. Michał wzburzył się, uchylił okno i krzyknął:
– Może tak po dachu mi państwo przejdą ?!!
Wtedy jakiś mężczyzna odłączył się od tej trójki, podszedł do szyby, pochylił się i już przeraziłyśmy się z Basią, że będzie jakaś nieprzyjemna konfrontacja z efektami specjalnymi, a on spokojnie i z ciepłym uśmiechem odparł:
– Nie wiem czy się uda ale jak pan chce to spróbuję 😉
Napięcie szybko zamieniło się w śmiech i dalej pojechaliśmy już w znacznie lepszych nastrojach.
Gdyby wszyscy mieli poczucie humoru jak dwaj opisywani powyżej panowie z pewnością byłoby mniej stresu w takich zwykłych, codziennych relacjach.
Proste, nie? Zbyt proste. Paradoksalnie ludzie wolą komplikować sobie życie.
Milszego dnia
Weekendowe trzy grosze
KONTROLERZY
Za możliwości i pełne ich wykorzystanie.
Film urzekający w każdym dźwięku i w każdej klatce. Nic dodać nic ująć. Brawa za niepowtarzalny klimat, muzykę, grę aktorów, cudowne w swej naiwności połączenie komedii z thrillerem z lekką nutką psychodelicznych wizji, a już mój osobisty Oscar za dobranie postaci i ich kreacji. Wyszłam z kina z niedosytem czyli tak jak z kina wychodzić lubię i od piątku myślę o tym filmie. Myślę bardzo ciepło i delikatnie i choć nie mam zdecydowanego zdania co do symboliki Czarnego Kaptura (bo sama w sobie się podzieliłam na obozy) czy zakończenia to zaliczam go do takich jakie lubię. Obejrzę go na pewno jeszcze raz. I jeszcze nie wiem jak ale zdobędę ścieżkę dźwiękową.
CO MI ZROBISZ JAK MNIE ZŁAPIESZ
Za wszystko.
Bo lubię wracać. Bo każde słowo w tym filmie jest potrzebne a każdy dialog jest lepszy od poprzedniego. Bo jest najlepszy na podły nastrój i braki w pogodzie ducha. Bo kiedyś to byli aktorzy. Bo śmiech to zdrowie. Bo każda leniwa niedziela powinna się zaczynać z Bareją. Bo lubię… po prostu. Zachęty nie trzeba.
DON JUAN DE MARCO
Za sposób widzenia kobiety.
Gdyby kiedyś jakiś mężczyzna zdołał wypowiedzieć coś takiego, jak mówił szanowny pan Depp w tym obrazie, przetrwawszy mój początkowy atak śmiechu i ewentualne rzuty podręcznymi przedmiotami (typowe poskromienie złośnicy mającej w poważaniu gładkie gadki) i byłby przy tym choć przez ułamek sekundy tak przekonujący jak on… przez najbliższe 32 lata co rano podawałabym mu kawę każdego dnia zakochując się w nim na nowo.
Ale bym komuś przy…smażyła kotleta
Jeśli ktoś przez przypadek jeszcze nie wie kto jest największą gapą na świecie i dla kogo poniedziałkowe ranki są równie fartowne co miesięczny zapas puszek Whiskas dla wygłodzonego kota… tyle, że zamkniętych… to można już krzyknąć:
– Ja wiem! Ja wiem! Wybierz mnie! Ja wiem!
Otóż z pełną świadomością mogę się pod tym tekstem podpisać.
Nie dość, że w nocy śniła mi się mielonka (tak… mielonka… taka konserwowa) a nie lubię jej jak jasny gwint i rano wlazłam czystą, suchą skarpetką w kałużę (o której pamiętałam jeszcze wieczorem i miałam plan pamiętać o niej również rano, gdy wstanę) to jeszcze bardzo mądrze nie założyłam okularów i lazłam tak pół śpiąc przed siebie.
Mój pokażnych rozmiarów guz ma na imię Zenon.
Cóż… ponoć w każdej sytuacji należy szukać pozytywów… przynajmniej nie czuję się samotna 😉
Z cyklu 'Urzekło mnie ostatnio…'
Parskówka monitorowa
Ponoć najszybciej serce kobiety zdobywa mężczyzna, który w trakcie randek niewiele mówi – tak przynajmniej twierdzi pewien amerykański naukowiec
Sandy Pentland, profesor z Massachussetts Institute of Technology. Według tego, niewątpliwie miłego, pana gdy mężczyzna zdecyduje się na romantyczne tete â tete, musi przestrzegać paru żelaznych zasad.
Najważniejsza brzmi: najlepiej walkowerem oddać dziewczynie 90 % czasu przeznaczonego na rozmowę.
Gdy mężczyzna zamierza coś powiedzieć, powinien to zrobić niezbyt głośno. Zbyt ciche odpowiedzi też nie są wskazane. Rzeczą nie bez znaczenia jest ton, jakim mężczyzna przekazuje informacje – powinien zapomnieć o ‘napinaniu muskułów’. Panowie powinni dodawać swoje trzy grosze w odpowiednim momencie. Broń Boże wtedy, gdy lalunia wczuła się w monolog i słowa mężczyzny mogłyby spowodować, że nagle umknie jej wątek. To dla mężczyzny-łowcy oznacza katastrofę. Nawet pojedyncze sylaby powinny zachęcać kobietę do wyszczebiotania tego, co sobie akurat wymyśliła.
Kluczem do sukcesu jest według profesora Pentlanda ilość aprobujących wtrąceń typu ‘OK lub ‘Ooo!’, trwających mniej niż sekunda. Zdaniem tego wybitnego naukowca kobieta staje u bram raju, gdy niemal po każdym jej zdaniu facet wydusza z siebie jakiekolwiek słowo wskazujące, że ją rozumie. Nawet gdy to guzik prawda.
Wiecie co? Przeczytałam to wszystko dławiąc się ze śmiechu. Po pierwsze, żeby zapamiętać to wszystko absztyfikant musiałby raz po raz zerkać do notesu i być ogólnie zorganizowanym w sposób wybitnie mnie odstręczający, a poza tym byłby tak spięty, że chyba tylko grad wielkości strusich jaj powstrzymałby mnie od sprintu z tej szopki w przeciągu dwóch minut. Gdybym jednak nie daj wszyscy święci umówiła się z podobnym wskazówkom wielkiego pana profesora palantem i rzucałby mi takie radosne pomruki milcząc jak martwy żuk gnojarz, to nie dość, że po takim spotkaniu miałby uraz do kobiet na najbliższe 30 lat to jeszcze chyba całkiem popadłby w katatonię – i to jest właśnie po drugie.
Na szczęście jednak nie wszystkie kobiety są tak okrutne i zołzowate jak ja.
Powodzenia panowie 😉
Cruella de Bike
Jako dziecko chciałam pracować w bibliotece
Nie lubię czytać książek. Dokładnie – nie lubię. Ja uwielbiam czytać książki. Ubóstwiam, kocham, celebruję, wchłaniam. Cieszę się każdą stroną dobrej książki jak dzika świnia obierkami w dżdżysty dzień i ciągle mi mało, wciąż chcę więcej i więcej. To wręcz chorobliwe. Uzależniam się.
Smutne są momenty, gdy książki się kończą, bo zdaję sobie sprawę, że to już, że poznałam całą historię zawartą w milionach znaków i przeminęła pozostawiając niedosyt. Ale jednocześnie cieszę się z tego, bo wiem, że pora sięgnąć po następną, która już czeka i wyciąga do mnie z szelestem papierowe dłonie szepcząc: ‚weź mnie… czekam..’
Tyle jeszcze do przeczytania, tyle jeszcze do przeżycia. Taka świadomość podnosi na duchu. Nawet gdy już tylko chciałoby się zakopać w pościeli nie wstając przez okrągły rok a może i dwa, to warto wychylić nos, choćby po to by wziąć do ręki kolejną książkę. To nic, że zapominam o jedzeniu, przejeżdżam swoje przystanki, wpadam na słupy i/lub przechodniów, psuję sobie wzrok i w pojęciu niektórych ‚marnuję czas na makulaturę’. Warto.
Tyle mam ile wiem. Nic więcej i nic mniej. Bo tak naprawdę posiadam tylko to co jest we mnie, w mojej głowie – moje myśli, moje pragnienia, moje uczucia, moja wiedza i mój światopogląd. W dużej mierze ukształtowała mnie właśnie literatura. Literatura, muzyka i film. Nie zadowalam się byle czym. Wybieram najlepsze. Może i trudne, może specyficzne, może niezrozumiałe dla większości ale w moim rozumieniu najlepsze.
Wracam do książek. Po latach, rzadziej miesiącach. Za każdym kolejny razem to co czytam wywiera na mnie inny wpływ, zmienia się odbiór i interpretacja. Tak lubię. Jako dziecko byłam naprawdę nieznośna. A wtedy jeszcze nie znano w terminologii zespołu ADHD. Byłam po prostu trudnym dzieckiem. Nigdy nie zaliczano mnie do gatunku tych grzecznych pociech, które są jak z obrazka i na zawołanie deklamują wierszyki albo całują stare ciotki bo tak wypada. Zawsze byłam zołzą. Tylko teraz jestem zołzą nieco starszą i nieco wyższą.
Ale gdy czytałam książki… nie istniał dla mnie świat a ja nie istniałam dla świata. Mamuty szybko się zorientowały czym dla mnie jest słowo pisane. W sumie raczej nietrudno było się zorientować gdy w wieku lat 7 pociecha zaczytuje się ostatnim Tomkiem imć Alfreda Szklarskiego i już sięga kolejnej półki z Conan-Doyle’m a przy tym z lubością zagryza skórki przy paznokciach.
W efekcie najsurowszą – z zakresu tych psychicznych – karą w Kodeksie Kar Mamucich w tym okresie mojego życia był kategoryczny zakaz czytania książek przez bite dwa tygodnie. Oczywiście obchodziłam go łukiem podstępnym i radosnym czytając w szkole udając, że rysuję grzecznie w zeszycie szlaczki i obliczam słupki.
Cud, że w ogóle zdołałam przyswoić jakąkolwiek wiedzę z zakresu matematyki, bo właśnie na lekcjach tego przedmiotu najczęściej oddawałam się przyjemnościom czytelniczym. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się to mądrym rozwiązaniem, bo kto wie, może teraz byłabym jakimś słynnym matematykiem pracującym właśnie nad cząstkowymi paradygmatami symetrii wtórnej albo czymś innym, równie wstrząsającym w brzmieniu.
No ale stało się co się stało. Jobla z dziedziny matematyki nie dostanę ale przynajmniej z dziką chęcią i niezaprzeczalną przyjemnością podwyższam współczynnik niewtórnych nieanalfabetów w naszym pięknym kraju ściekiem i szlamem płynącym. I dobrze mi z tym.
Tak w ogóle to miałam napisać notkę o tym, że lubię robić okładki do książek. Nie lubię gdy się niszczą, zawijają im się kartki, rysują się od kluczy w torbie czy strzępią na brzegach. Lubię dbać o książki. Poza tym moje okładki są zawsze inne. Zależnie od książki, którą akurat będę czytać robię jej taką czy siaką obwolutę. A to kolorowy papier w psychodeliczne misie, a to kolaż z gazety, a to cienki skrawek płótna, a to fragment plakatu z kina.
Lubię i już. Sprawia mi frajdę sięgnięcie po dobrą książkę owiniętą w coś co sama stworzyłam. Jakoś przytulniej się robi i bardziej domowo. Ostatnio poszłam na łatwiznę. Czasu było mało i możliwości ograniczone. Wydrukowałam z worda dwie kartki gęsto zapisane słowem ‚bla’, skleiłam na grzbiecie i obłożyłam tym książkę. Wygląda zaskakująco dobrze. I tylko zastanawiają mnie ciekawe spojrzenia współpasażerów ze środków komunikacji miejskiej. Zazwyczaj nieco zdumione i rozbawione.
bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla
A zakładki robię z ciekawych ogłoszeń, papierków po pysznych cukierkach, pocztówek, biletów, suszonych kwiatów i okrągłych papierowych serwetek-wycinanek z przytulnych knajpek, w których podają pyszne kakao i grzane wino.
Poczytałabym…
Miłego
Stres?
Narzekasz na stres i posiłki konsumowane w trudnych warunkach?
Popatrz na to…

Nie ma jak wczasy odchudzające 😉
Miłej reszty dnia