Tak mnie naszło

Wrrrr, warczę, gryzę, drapię, kopię, hobbystycznie rzucam glanami do celu, połykam w całości, nawet nie przeżuję 23 razy jak radzą buddyjscy mnisi a także bez ostrzeżenia siekam z liścia. Przerzucę się na pończochy jak nic. I będę odpisywać nachalnym macho na gg na posty w stylu ‚bierz mnie, bierz mnie bo stracę formę’, że właśnie siedzę przed kompem w pończochach i ‚czekam na cię mój Romeo’… najlepiej Alfa.

A wszystko przez te rajstopy. Nienawidzę ich po prostu. Pomijam już specyficzne zjawisko, że jakbym się nie starała ich założyć i tak na koniec już przy ostatnich kosmetycznych ugładzaniach coś szarpnę i wyrwę dziurę, puszczę oko a w najlepszym przypadku zaciągnę i zmechacę. Dla mnie to chyba powinni robić pancerne. Z włókna szklanego…

Jak dobre w zadzie to za krótkie w nogach i ‚stopy’ to wchodzą ale ten ‚raj’ to już niekoniecznie. Jak odpowiednio długie to na dupsko gabarytów trzydrzwiowej szafy… albo takie, że mogę je sobie podciągnąć pod pachy, gustownie zrolować i wystąpić w golfie. I jeszcze wmówić znajomym, że to ten tego… glamur…

Tylko po co? Na kijek mi taki siuwaks co to nawet mi porządnie kopyt nie oblecze. Albo zwisa, albo się wałkoni, albo do szału doprowadza. A już najgorzej jak chcę do glanów założyć pięknie przykrótką szkodniczkę (znaczy kieckie w szkockie kratkie) a rajstopy (?!) dziady za krótkie. W efekcie krok znajduje się na wysokości połowy ud. A czy ja wyglądam na rajtuzowego skejta? Nie bałdzo raczej. No właśnie. No to warczę…

Bajka w spodniach jednak

PMS, czyli koszmar z ulicy Wiązów 17 i 2/53

Dzisiaj przez pół dnia Mister Możdżer robił mi dobrze swoim pianinem. Wot artist. Dodam, że rączek od klawiatury nie odrywał. Mało tego. Nawet nie był tego świadom. Ech.

Wstałam razem z nim, razem z nim wzięłam prysznic, szalałam z dzikim odkurzaczem razem z nim, zrobiłam porządki i very big pranie też, z nim wypiłam kawę i to ani na chwilę nie przestał grać. Musi chyba jakiś nie ten teges skoro nawet nie zauważył. Faceci…

A teraz siedzę z plastikowym wiaderkiem przed nosem i zażeram się resztą kwaszonej kapusty co to mi z wczoraj została. Wcześniej wypiłam baileysa z lodem i dobrze mi z tym. Ciekawam tylko jak to wpłynie na talent pana Leszka.

Hmmm… szkoda, że nie mam pączków… albo żelków Haribo… albo grzybków w occie… albo kompotu z wisienkami… albo śledzia… albo nektarynek… albo ziemniaczanych chipsów… albo winogron… a najlepiej wszystkiego na raz.

O rety! Przez to wszystko znów nie będę mogła spać 😉

Insomnia – drugi stopień wtajemniczenia

W ramach wspominek wszelakich przypomniało mi się stare jak świat dzwonienie do ludzi w książki telefonicznej.

Na przykład na tapetę szli wszyscy Szczypiórkowscy…

– Dzię-dobry-wieczór, czy jest pan Piórkowski?
– Szczypiórkowski…
– Nie szkodzi, poczekam

I rechot. I mało do szczęścia potrzeba. Wrednam i tak.

A dziś uszczęśliwiło mnie pół kilograma kiszonej kapusty.
Mniam

i chociaż mamy dwie nogi, ręce też… ludzie nie mówią nam dzień dobry

między niebem i piekłem bywa ciekawie
mogłoby tylko być nieco przyjemniej
kadarka na pusty żołądek
leczenie objawowe duszy
ale za to jest mi ciepło

i tylko coś spać znów nie daje

łazi za mną nowa składanka Mansona
jak dziki kot po spadzistych dachach
jeszcze ją ugłaskam

tymczasem bezsenne ‚dzień dobry’ wszystkim zabłąkanym w czasoprzestrzeni
zawsze wolałam wschody słońca

Łans apon e tajm…

Wchodzę do domu. Po ciemku bo pora późna mocno i głucha. Wszyscy śpią więc najciszej jak umiem. Proste to nie było bo najpierw jak gramoliłam się na schody to wpadłam na grabie (pozdrowienia sponsorowane są przez Altacet, który pozwolił dorodnemu guzowi pozostać na miejscu wewnątrz czaszki i nie utworzyć się na spoconym z wysiłku czole).

Na szczęście zatkałam otwór gębowy zwany paszczą kułakiem zanim te wszystkie bluzgi mogły się zmaterializować i zabłysnąć lekkością przekazu wśród nocnej ciszy. Potem jak już się na schody wgramoliłam ciskając się wsobnie to nie mogłam trafić kluczem w dziurkę bo ciemno było jak w osobistej szanownej na półce po lewej stronie.

Jak już trafiłam, satysfakcjonująco zazgrzytałam metalem w zamku i wtarabaniłam się do przedpokoju, to pierdutłam się łokciem o kredens (ileż ja razy przypominała o zamykaniu tych piiiip piiiip piiiip drzwiczek, wrrr). Rozmasowując bolący staw wpadłam na drzwi, które też powinny być zamknięte i już w ogóle narobiłam rabanu. No do jasnej nieustającej.

A miałam wejść niepostrzeżenie, dokonać pospiesznych ablucji, wygmerać i wymaćkać Stefana i razem z nią a razem z nią z jej mruczeniem godnym niejednej Electry czy Fatboya udać się do wytęsknionego łóżka celem spotkania z nie mniej wytęsknionym Bradlejem, na które to spotkanie byłam umówiona w jakieś 20 minut po zetknięciu z poduszką.

I cały misterny plan w p… parapet. Bo jak już tego rabanu narobiłam to się Mamuty pobudziły, bo Vivaldiego bym z grobu wyrwała razem z korzeniami a co dopiero Mamuty z mamucinego łóżka. A jak się pobudziły to Zdzich chrapnął, Mamut westchnął, spojrzeli z wyrzutem na zegarek, wyrzut przenieśli na mnie, spojrzenia również (choć mocno mętne były) i Zdzich z dalszym chrapem i błogością, że to jednak nie złodzieje co przyszli jego cenny winylozbiór skonfiskować, opadł w pościel a Mamut zebrał się w sobie, dokonał wielkiego wysiłku myślowego (co było widoczne w postaci mało charakterystycznych o tej porze nocy zmarszczek na czole), podumał chwilę i wystrzelił tonem, jakby właśnie przypomniała jej się zapomniana dawno receptura alchemików i jakby od tego zależały losy świata:

– Kupiłaś ziemniaki?

Z lekka się zacukałam, zmarszczyłam, zaglądnęłam wgłąb siebie, nie znajdując tam zakodowanego polecenia co by owe smakowite bulwy zanabyć (ale może Mamut znów zapragnął uruchomienia telepatycznych fluidów i powinnam się była domyślić?) i po namyśle z lękiem o zdrowie psychiczne rodzicielki wyszeptałam:

– Niee… a po kiego grzyba ci ziemniaki o 3 w nocy?

Na to Mamut całkiem przytomnie odparł:

– A bo frytki chciałam zrobić…

jakby robienie frytek o tej porze było czynnością tak oczywistą jak oddychanie i z emfatycznym wzdechem opadł na poduszki… po czym zachrapał pozostawiając mnie w głębokiej konsternacji i z wysoce głupawym wyrazem na zdumionym obliczu.

I tylko mi się kiedyś przypomniało jak siostrzycy kiedyś siurpryzę zrobiłam, kiedy to podniosłam się, usiadłam, popatrzyłam nieprzytomnym wzrokiem wokół, zogniskowałam się na niej – biednej i przerażonej tym widokiem (bo widok lunatyka zawsze jest dość dreszczogenny) i całkowicie już rozbudzonej przez adrenalinę… a następnie po pełnej napięcia chwili wychrypiałam teatralnie jedno słowo – ‚żużel’ (z akcentem na pierwsze ‚ż’) – i walnęłam się spać z powrotem pozostawiając siostrzycę w strachu i zdumieniu bezbrzeżnym rano oczywiście o niczym nie mając pojęcia.

Nie ma jak marzenia senne 😉

Haluta, Ty leniwcu ;)

Bajka
po pracy szoruj do dom i pracę pisz
Halucynka
tyle, że sie skupić nie mogę bo mnie nosi
Bajka
robisz wszystko żeby się tylko za to nie zabrać a przeca wiesz, że musisz
Halucynka
chyba tak… ale mam jeszcze czas
Bajka
tia
Halucynka
nie mam noża na gardle
Bajka
mogę ci przystawić jak chcesz 😉
zawsze się tak mówi ‚mam jeszcze czas’
a potem panika bo z ręką w nocniku się budzisz na dwa dni do oddania pracy
Halucynka
jak się przemogę to dam rade
leniwam czy co?
Bajka
no leniwaś niestety w tej kwestii 😉
Halucynka
jako pierogi
Bajka
ale ja to świetnie rozumię 😉
Halucynka
hy, no to co mię do roboty gonisz? jak rozumasz?
Bajka
bo ja się goniłam sama a ciebie nie ma kto. miałam nóż na gardle w postaci Zuzki i nocnej pracy a ty sobie jakiś wymyśl jak nie masz 😉
Halucynka
Zuzka – jesteś mym nożem! 😉 hyhy
Bajka
hy hyhy hyhyhy
Halucynka
a gdzie ma trzonek?
Bajka
w d… dłoniach ;))

Tymbark na dziś – Zrób to z głową

Prasówka

W ‚Lampie’ Lipszyc rozmawia z Gretkowską.

Autowiwisekcja z tego żadna, niepotrzebnie robi się z niej taką męczennicę skazaną przez wszystkich na potępienie bo to fikcja ale pani Manuela zgrabnie posługuje się słowem. Szybko się czyta, łatwo popada w skrajności. Z czymś tam się zgadzam z czymś nie. Oceniać nie będę, bom nie od tego ale dwie kwestie zwróciły mocniej moją uwagę:

Lipszyc – Około 93, 94 roku zaczął się robić wokół Gretkowskiej szum. Wszyscy czytali Gretkowską i wszyscy mieli na ten temat zdanie. To było, jak powiedziała Kazia Szczuka, uderzenie pięścią w oczy. W literaturze polskiej pojawiły się nagle jakieś zakrwawione „tampony”.

Gretkowska – Kazia miała ciężki okres.

(…)

Lipszyc – Najpierw Paryż, potem Szwecja, jeszcze się w Polsce nie nabyłaś i znowu ucieczka?

Gretkowska – Przyjeżdżając pisałam już, że chcę wyjechać. Przyjechałam tylko po to, żeby Pola najadła się bigosu, i złachała w procesjach, żeby wiedziała jak się wynaradawiać i od czego odbić. Żeby wiedziała skąd jesteśmy.

Za pierwszą odpowiedź uśmiechnęłam się ładnie – lubię celne riposty zwłaszcza te minimalne w formie a maksymalne w przekazie.
Za drugą – uśmiechnęłam się krzywo.

Ale przynajmniej jest szczera.
Przeczytać warto.

Z dziejów współczesnego czytelnictwa, czyli dzieci to są cwane

Odwiedził nas wczoraj w pracy Karolus Maximus (znany tu i ówdzie jako Mister Rzęski Jak Bambi). Fajnie. Przydreptał, pouśmiechał się, pownerwiał nas faktem, o której normalne firmy wypuszczają pracowników do domu – było koło 16 więc wkurw mnie strzelił dziki i myszka w dłoni zadrżała ale wybaczamy mu jak zawsze wszystko, to także. Potem opowiedział o nowych przygodach Endrju.

Endrju ma 3 latka i jest zdecydowanie jednym z takich dzieciaków jakie uwielbiam. Poza tym, że wszędzie go pełno i dziko wręcz ciekawy jest świata, to niektóre jego popisy powalają zdumiewającą jak na ten wiek logiką. Przykład?

Karolus po przyjściu z pracy jest zasypywany gradem niezwykle trudnych pytań (z gatunku tych, na które odpowiedź zaraz generuje kolejny pytajnik) i rzecz jasna zawsze zaciągany do czytania z synem książek. Bowiem Endrju nade wszystko ceni literaturę, zwłaszcza czytaną przez tatę. I oto Karolus Maximus dzielnie wypracowuje ojczyźnie normę w programie ‚Cała Polska czyta dzieciom’.

Wreszcie Karolus z żonką stwierdzili wszem i wobec, że jak tak dalej pójdzie to zapiszą syna do biblioteki…
Słysząc to Endrju spojrzał na rodzicieli i stwierdził z przekonaniem:

– Wy mnie nie możecie zapisać bo ja nie jestem kartka…

Cwana gapa.

Karolus tylko westchnął i dodał ‚oj jak tęsknimy z Karoliną do tych chwil kiedy nie umiał mówić’…
Wolałam go nie pocieszać, więc w myślach tylko dodałam ‚a wszystko jeszcze przed wami’…

Tymbark na dziś – Tyle masz jeszcze do zrobienia

im ontums

nigdy wczesniej nie czułam się tak strasznie… nieważna

człowiek to jednak głupi jest
zawsze ma nadzieję, że jest dla kogoś kimś wyjątkowym

zwłaszcza jeśli zrobiłby wszystko by przychylić temu komuś nieba, poszedł by w ogień oblany benzyną, dałby się posiekać, pojechałby na koniec świata

a to jedna wielka bzdura

przykre